Loading...

środa, 11 lipca 2018

Borys Sokołow: "Prawdy i mity wielkiej wojny ojczyźnianej 1941-1945"

Polecam książkę Borysa Sokołowa: „Prawdy i mity wielkiej wojny ojczyźnianej 1941-1945” (przeł. Julia Stroganova i Andrzej Sawinkow Bellona Warszawa/Kraków 2017. Sokołow obnaża w niej nadmuchaną bańkę sowieckiej chwały wojennej. Przypomina, że w 1944 i 1845 roku alianci wiązali walką 40% Wehrmachtu i to te lepsze 40% i wyprodukowali większość ciężarówek i znaczną część czołgów Armii Czerwonej (s. 11). Obala mit jakoby USA i UK uważały Hitlera za gorszego niż Stalin, po prostu Hitler dowodził nowoczesnym krajem i musiał być pokonany pierwszy jako bardziej niebezpieczny (s. 12). Sokołów zgadza się z tą oceną. Sokołow dowodzi, że Stalin chciał zaatakować Niemcy jak tylko Rzesza będzie osłabiona pokonaniem UK, ale nie zdążył przestawić A.Cz na ofensywę (s. 32). Terminem ataku miał być marzec 1941 roku ale trzeba było go odłożyć (s. 102). Pupil Żukow tym dowodził, Koniew był trzymany w nieświadomości, i wyrażał zdziwienie czemu wszystkie jednostki kieruje się na zachodnią granicę (s. 117).
Rosjanie przez całą wojnę walczyli kiepsko. A.Cz nigdy nie przestałą być bardziej milicją niż armią (s. 118), stąd częsta panika. Do końca wojny front wschodni był poligonem dla młodych niedoświadczonych pilotów Luftwaffe (s. 34). Nawet w bitwie o Berlin przewaga taktyczna była po stronie Niemców. ZSRR stracił w wojnie nie 22, ani 26 ale około 47 mln ludzi, tylko straty rzędu ponad 40 mln wyjaśniają dzisiejsze problemy demograficzne Rosji (s. 315). Wojna był zbrodnią Stalina na własnym narodzie. Żukowowi wyśnił się blitzkrieg bez ciężarówek i mechanizacji, czyli tłumne powolne skomasowane pchanie się pod lufy Niemców (s. 72). Brak było też lotnictwa strategicznego (s. 41), Armia Czerwona powinna się była bronić, bo do ataków była zbyt nieruchawa i za mało profesjonalna, władze ZSRR nie zważały jednak na to. Propaganda wzywała do ofiarności. Kursk to mało omawiana bitwa ale i mało propagandowo zakłamana, bo nie szło w niej o miasto z imieniem Stalina w nazwie. Pod Kurskiem i wsią Prochorowka zniszczono nie 300-400 niemieckich czołgów, lecz … pięć (uszkodzono 50), lecz Rosjanie stracili 334 czołgi, po prostu straty własne wpisano jako niemieckie (s. 17, s. 118). Bitwa pod Kurskiem wygrana została przez Niemców, ale nie na tyle by odwrócić bieg wojny. Alianckie wsparcie nie pozwoliło wykorzystać zwycięstwa.

Thomas Schmid: "Europa umarła. niech żyje Europa"

Książka Thomasa Schmida: „Europa umarła. niech żyje Europa! Światowe mocarstwo musi wynaleźć się na nowo” (przeł. Bartosz Nowacki, Zuzanna Bogucka Polityka S.K.A Warszawa 2017. Schmid stara się przedstawić jako mędrca mającego pomysł na zażegnanie europejskiego kryzysu, niestety wychodzi zupełnie przeciwnie. Zwracają uwagę rozmaite globalistyczne fatalizmy: „Europa musi jakoś przygotować się do wspólnego świata, a Merkelowe: wir schaffen das stanowiło pierwszy nieporadny krok (s. 12). Potem Schmid niemożebnie kadzi Polsce: „wolna od kompleksów Polska mogłaby być drugim państwem UE” (s. 17) – co z Francją chciałoby się zapytać, no cóż „Francja wymaga reform” (s. 210). Następują co prawda rozmaite rozsądne zdania typu: „Europa nie powinna się jednoczyć dla samego jednoczenia” (s. 30), ale globalistyczne fatalizmy są jednakowo mgliste. Euro powinno być wprowadzone po zjednoczeniu jak w Italii (1859) i Niemczech (1870). UE Schid podziwia jako przykład pierwszych wiążących umów w Europie po holocauście (s. 41) – ciekawa perspektywa, ale monopolizowanie nadziei europejskiej na normalne życie po 1945 roku przez euroentuzjastów budzi pewnie dystans. Schmid nie udaje, że nie ma w Europie konfliktu Północ-Południe (o model ekonomii i o euro) i Wschód-Zachód (o uchodźców) i nie odsuwa swego wzroku (s. 52), ale w sumie nie ma recept poza: „więcej elastyczności” (s. 65). Dalej niestety mamy nieco propagandy, otóż zdaniem Europy unijna biurokracja to szczupła i dobra biurokracja; 60 tysięcy urzędników, którzy odpowiadają za ponad 500 obywateli UE (s. 81). Figura słowna jest śmiechu warta; w samej Francji jest ponad 2 mln urzędników, a w Polsce na przykład milion, a więc urzędnicy UE za nic nie odpowiadają poza sobą samymi i swoim małym cyrkiem. Potem nagle Schmid znowu widzi rzeczywistość: „bez europejskiego demosu PE ciągle będzie jeszcze długo przypadkową zbieranina (s. 93).
Bardzo rozsądnie Schmid przekonuje by pamiętać, że UK zwalczała nazistów i chroniła Voltaire’a i … Marxa (to drugie to nie wiem czemu zasługa…), więc nie wolno odwracać się od Brytów, choć UK mogła wiecie zrobić dla UE dzięki swemu liberalizmowi (s. 115). Odradza takim jak Oettinger ostro gadać z Polską (s. 143), i uniezależnić się od szantażu Turcji. Model dla UE widzi w HRR czyli starej Rzeszy istniejącej od średniowiecza do 1806 roku (s. 161, 254), co dowodzi zupełnego braku znajomości dawniejszej historii; HRR była bowiem igraszką w ręku Wiednia i Wersalu. Trafnie za to wytyka konserwatystom brak troski o ciągle śmiesznie mały i słaby Frontex. Potem znacznie mniej rozsądnie przekonuje by odważyć się na różne prędkości (s. 180), uznaje różnice mentalności Północy i Południa wg Montesquieu, choć uważa je za zbyt stereotypowe i chętnie przypomina, że Jean Monnet wcale nie żałował, ze nie jednoczył WE na kulturze, to wymyślił Jack Lang, francuski min. Kultury (s. 198-223). Schmid nie uważa, że UE musi się kulturowo jednoczyć, choć zaraz potem ma za złe poetom za milczenie (s. 230). Przewiduje że Trump pozostawi UE samej sobie w obliczu Rosji (s. 272), co wygląda trochę na myślenie życzeniowe, w końcu UE bez parasola z USA jest niemiecka…

środa, 4 lipca 2018

Starożytny Rzym z perspektywy liberalnej

Na polskim rynku wydawniczym są dwie bardzo dobre pozycje traktujące o społeczeństwie starożytnego Rzymu. Jako liberał i sekularysta świadomy jestem wielkiego długu jaki nowoczesne społeczeństwa mają u SPQR i już o tym nieraz mówiłem: https://www.youtube.com/watch?v=ke29IpN5ETo Tym razem interesuje mnie jednak nie tyle co zawdzięczamy cywilizacji SPQR, lecz to czy i na ile starożytna Roma była liberalna. Na pierwszy rzut oka wcale nie była, bowiem starożytny patriotyzm zakładał poświecenie się dla ojczyzny, a więc obowiązki obywatela wobec państwa a nie odwrotnie, ale jednak są pewne liberalne elementy w starożytnym Rzymie.
Pierwszą książką do jakiej warto zajrzeć pod tym kątem to dzieło Jeana-Noëla Roberta „Rzym. Przewodnik po cywilizacji” (przeł. Mariola Aszkiełowicz, Press&It Warszawa 2007). Jest to rodzaj Vademecum po cywilizacji rzymskiej. Politeizm dobrze układa się z liberalną tolerancją, ale też zwiększa ilość tabu społecznych w niektórych okolicznościach. Z rzymskich wartości: odwaga, honor, virtus (męstwo), wierność (fides) są mniej liberalne niż pacta sunt servandta, ale generalnie spektrum cnót jest szerokie. Społeczeństwo opierające się na pracy niewolniczej i gardzące pracą fizyczną (teoretycznie obywatel rzymski nie miał pracować) nie ma szans być liberalne. Za Seneki co prawda już traktowano niewolników dobrze (s. 101). Italia Oktawiana Augusta (Robert 2007, s. 82) liczyła 7,5 mln ludzi, w tym 3 mln niewolników. Jednak już lepiej wypada inna cecha Rzymu – praktycyzm i utylitaryzm. Nowej filozofii Rzym nie wynalazł, ale może to właśnie dało mu siłę, że Rzymianie myśleli praktycznie; zrobili z prawa dyscyplinę naukową (Robert 2007, s. 87). Problematyczny jest brak prawdziwej klasy średniej. Ekwici zajmowali się handlem i bankami, czym pogardzał stan senatorski, ale przejmowali ich kulturę i arogancję (Robert 2007, s. 90), a dekurionowie stanowili klase rad miejskich czyli biurokrację i klasę w jednym. Podział plebejusz-patrycjusz nie był taki straszny odkąd w 445 p.n.e. zezwolono na śluby między obu grupami. Tendencje liberalizujące były bardzo widoczne. Prawo XII Tablic wprowadzało równość plebejuszy i patrycjuszy i jasne procedury sądowe (Robert 2007, s. 109), a wśród polityków przeważali nie hermetyczni nobiles lecz progresywni populares, walczący z wyzyskiem wolnych i niewolnych. Tanie zboże z Egiptu jednak zrujnowało drobnych chłopów Italii, którzy zasilali plebs miejski (Robert 2007, s. 126). W swych początkach Rzym idealizował chłopów (Cincinnatus agricola bonus), pod koniec Imperium, powszechnie nimi pogardzano. Kopalnie należały do państwa (Robert 2007, s. 132). Nie było cechów rzemieślniczych ale były kolegia wolnych rzemieślników, obok zakładów z rzemieślnikami-niewolnikami. Rzym miał swój New Age (Apulejusz), ale i mocny rzymski konserwatyzm zwalczające judeochrześcijańskie nowostki (Ammian Marcellinus - Robert 2007, s. 190). Pauperyzacja chłopów Italii zniszczyło Rzym tak samo jak brak klasy średniej.
Nieco inny wydźwięk ma praca: Geza Alföldy, Historia społeczna starożytnego Rzymu, przeł. Anna Gierlińska, Wydawnictwo Poznańskie 1998. Węgierski historyk zauważa, ze już Etruskowie mieli problem z rozpadem społeczności na arystokrację i resztę traktowana jak pół-niewolnicy (Alföldy 1998, s. 21). Na tym tle problemy Rzymu nie wydają się tak radykalne mimo iż zbuntowani plebejusze w V wieku p.n.e. praktycznie założyli sobie osobne miasto (Alföldy 1998, s. 35) ze świątynią bogini Ceres (493 p.n.e.). Od roku 304 p.n.e. obowiązywały jednolite prawa procesowe dla patrycjuszy i plebejuszy (Alföldy 1998, s. 46), elity składały się z wyniosłych nobiles ale i z homines novi (Alföldy 1998, s. 76). Rzymianie bali się buntów niewolniczych, np. Katon starał się ich skłócać by nie działali razem (Alföldy 1998, s. 89) a mimo to po Spartakusie właściwie nie było poważnych ich buntów. Dbanie o nich było tak samo jak reforma rolna zwykle kiełbasą wyborczą, no może nieco mniej (Alföldy 1998, s. 121). Reforma rolna Gajusa Gracchusa była połowiczna, ale dopuściła ekwitów do trybunałów, a publikanom dała dzierżawę podatków w Azji (s. 111). Sulla dodał w 70 roku p.n.e. jeszcze do owych trybunałów bogaczy z organizacji tribusowych. Poszerzanie elit polityczno-sądowych sprzyjało liberalizacji, system dzierżawy podatkowej – wręcz przeciwnie – otworzył bramę wyzyskowi. Wielkim problemem było wąskie grono najwyższych urzędników, którymi mogli być jedynie ludzie ze stanu senatorskiego (poniżej tysiąca facetów - Alföldy 1998, s. 158). Alföldy potwierdza, że ekwici (ok. 5000 osób) przyjęli ideologię senatorów bo nie mieli własnej, i choć zarabiali nie tylko jako ziemianie jak senatorzy, ale i jako np. kupcy czy bankierzy np. Cornelius Cenecio, małpowali ziemian. Nawet jednak jak doliczyć dekurionów nie będących ekwitami (200 tys mężczyzn) i ich rodziny do ekwitów i senatorów, elita polityczna Imperium była wąska. Pod koniec Imperium coraz większe znaczenie mieli wolni coloni pracujący w latyfundiach będących zwykle własnością kilku lub likunastu jak byśmy dziś powiedzieli - inwestorów. Ich położenie nie był zdaniem Alföldy’ego złe (Alföldy 1998, s. 193), ale rozdźwięki społeczne końca imperium (pauperyzacja chłopów, konflikty etniczne, sekciarstwo, nowe wierzenia, barbaryzacja armii i spadek jej lojalności, walka chrześcijaństwa i starej religii np. taki Paweł Orozjusz (ok. 385 – przed 423) nie zmartwił się złupieniem Rzymy przez Wizygotów w 410 roku bo to też chrześcijanie, ale przed poganami Wandalami zmykał) powodowało, że państwo starało się im przeciwdziałać, choć władcy nie wymyślili niczego poza drenażem podatkowym i centralizacją (Alföldy 1998, s. 245). Drenaż ten powodował zjawisko zwane patrocinium jak określana była ucieczka pod opiekę możnych protektorów de facto udzielnych władców na swych majątkach lub przerośniętych latyfundiach (Alföldy 1998, s. 278) czyli – jak rozumiem - ucieczka do - przyszłych feudałów. Czyżby przerost państwa połączony z kryzysem zaufania do niego spowodowało nadejście średniowiecza? Czy lepszy pan blisko z mieczem w ręku czy daleki cesarz?

wtorek, 3 lipca 2018

Gabriel Bonnot de Mably (1709-1785) o Szwecji i reformach ustroju

Niedawno przypomniałem sobie książkę Marka Blaszke, „Mably. Między utopią a reformą” (Ossolineum 1985). Za PRL wychodziło więcej niż teraz opracowań radykalnych pisarzy politycznych XVIII wieku. Gabriel Bonnot de Mably (1709-1785) w zgrabny sposób łączył w sobie moderacki liberalizm a la Voltaire z republikanizmem w stylu Rousseau. Jak cała „republika literacka” XVIII wieku wyrażał zdecydowane potępienie wojen zaborczych (Blaszke 1985, s. 90). Daje nieco wyrazu protosocjalistycznym tendencjom, gdy mówi (s. 99), że biedni niezbędni są dla bogatych i stąd istnieje bieda.
Mably jest jednocześnie zwolennikiem i przeciwnikiem podziału władz, bo niby go popiera, ale sądowniczą uważa za podtyp wykonawczej i obie wykonawcze chce całkowicie podporządkować ustawodawczej (s. 103). Dlatego podobał mu się ustrój Szwecji tzw. Czasu wolności (Frihetstid 1719-1772); podczas gdy brytyjski król może wiele zrobić bez parlamentu, a parlament przeciwnie, sejm szwedzki jest mądrzejszy niż parlament brytyjski, gdyż posiada calą władzę ustawodawczą. W Szwecji to król jest pracownikiem sejmu który mu rozkazuje, od 1755 roku, przyjęto w Szwecji, że jeśli król odmówi podpisu pod ustawą, wysr=tarczy pieczęć z tym podpisem. Mably to chwali, choć oznacza to jednowładztwo parlamentu. Podoba mu się antyrojalistyczna retoryka szwedzkich ustaw:
„królowie nie mają prawa przekroczyć i pogwałcić praw swoich poddanych, gdyż są oni stworzeni w taki sam sposób jak inni ludzie, są im równi w swych słabościach przychodząc na świat i równi w niedoskonałościach podczas ich życia i również śmiertelni… wybór królów przez naród jest podstawą ich wielkości i środkiem koniecznym dla ich zachowania; byt najwyższy nie stworzył wcale rodzaju ludzkiego dla odrębnej przyjemności kilkunastu rodzin…” (s. 129).
Szlachta szwedzka choć stanowi I stan, nie pogardza innymi stanami. Mably przemilcza, że frihetstid i supremacja parlamentu nie dały Szwecji stabilności, i Szwecja stała się igraszką w rękach posłów Londynu, Wersalu i Petersburga. Gdy chwali Szwecję, tak naprawdę chodzi mu o Francje, bo nie może nie wiedzieć o niedoskonałościach okresu 1719-1772. Ganił Mably pochwały fizjokratów wobec Chin, dowodził, że Chiny są ludne i kwitnące dzięki despotyzmowi ale dobremu rolnictwu (s. 108). Mably to decentralista i zwolennika samorządów lokalnych (s. 125), oraz powszechniej edukacji ale nie dla wszystkich dosłownie (s. 128). Polska jednak, wobec archaiczności systemu, jego zdaniem mogła się uratować jedynie wprowadzając monarchie absolutną i znosząc liberum veto (s. 110, 185). Chwalił USA za chronienie praw człowieka, ale bał się ze demokracja okaże się szkodliwa gdy obyczaje przestają być nienaganne (s. 242), uważał demokrację bezpośrednią za ryzykowną (s. 227).

środa, 27 czerwca 2018

Buenos Aires w XVIII wieku

Buenos Aires w XVIII wieku nie miało jeszcze tego europejskiego, imigranckiego charakteru jaki ma obecnie. W dzielnicy La Boca w zakolu rzeki Vuelta de Rocha znajdowały się składy i baraki dla niewolników. Płytka woda utrudniała nieco żeglugę. Dlatego w XIX wieku port przeniesiony zostanie do Puerto Madero. Druga stara dzielnica to San Telmo. Do dziś wiele tu budynków z XVII i XVIII wieku. Do dziś stoi tam najstarsza szkoła miejska, Escuela Dr Guillermo Rawson, naprzeciwko kościoła Nuestra Senora de Belem (1735), a w innym miejscu budynek z 1760 roku - początkowo dom dla starych księży, potem po wygnaniu jezuitów (1767) – szpital, więzienie, dom poprawczy dla kobiet, obecnie muzeum więziennictwa. Do starych dzielnic pełnych budynków z XVIII wieku należą też Montserrat i San Nicolas. Na Plaza de Mayo stała miejska forteca w XVIII wieku, dlatego wtedy plac zwano Plaza de Fuerte. Z tych czasów pochodzi klasycystyczna Catedral Metropolitana. Kompleks jezuicki z XVII wieku, zwany od 1821 roku La Manzana de Las Luces, to kwartał budynków połączonych podziemnymi przejściami, połączonymi z fortem w XVII i XVIII wykorzystywali je żołnierze i przemytnicy. Z cywilnych budynków zachowała się także Casa de Virrey Liniers w dzielnicy Defensa i Casa de Mariquita S de Thompson, gdzie w 1813 roku wysłuchano pierwszego wykonania obecnego hymnu Argentyny. Dzielnica Retiro w XVIII wieku była generalnie parkiem gubernatora. Z barokowych kościołów największe wrażenie robi Basilica de San Nicolas de Bari. Inna dzielnica Recoleta, dziś pełna drogich sklepów, była terenem klasztoru franciszkanów, rozbudowywanego do 1706 roku. Większość szaty architektonicznej Buenos Aires to jednak XIX-wieczne dzielnice imigranckie jak Palermo z jej największa atrakcją Palacio des Aguas Corrientes. Źródło: M. Kocot, Buenos Aires, Mediaprofit Warszawa 2012.
Casa de Liniers

środa, 13 czerwca 2018

Erika Fastland: „Sowietstany" - recenzja

Polecam książkę Eriki Fastland: „Sowietstany. Podróż po Turkmenistanie, Kazachstanie, Tadżykistanie, Kirgistanie i Uzbekistanie”, przeł. Maria Gołebiowska-Bijak Terra Incognita Warszawa 2016. Od 1991 roku mało mówi się zna zachodzie o tym rejonie świata.

Turkmenistan: wielki jak Francja ale ludny jak Dania. Od 1971 roku znajduje się tam nieprzerwanie płonący krater z metanem. Wszyscy przesadzają z bagażem podręcznym w samolotach (s. 17). Turkmenistan składa się głównie z pustyni, i to roponośnej pustyni. Kraj jest de facto totalitarny, ale bogaty. Szczyci się swoją stolicą Aszchabadem, pełną marmurów. Turyści muszą oddać się w ręce państwowych planistów pobytu (s. 33). W 1997 roku prezydent Nyazow musiał zerwać z nałogiem, więc odtąd w stolicy można palić tylko w pomieszczeniach. W 1993 roku Nyazow którego postać stoi dziś na cokołach dawnych pomników Lenina, kazał zastąpić cyrylicę specjalną wersją alfabetu łacińskiego, skutkiem czego wielu obywateli woli dziś pisać po rosyjsku, bo po swojemu nie bardzo umie. Bez wiz do Turkmenistanu mogą jeździć tylko obywatele Kuby, Wenezueli, Mongolii i Turcji. Na każdym kroku podkreśla się neutralność, by wykręcić się od współpracy z regionem (s. 42). Nyazow czyli Turkmenbasza, kazał kobietom nosić płaskie kapelusze i suknie do ziemi, a prezenterkom zaprzestać makijażu. Pierwszą lektura rodaków jest z jego rozkazu Ruhnama. Od 1991 roku zakazane są cyrk, balet i opera, bo basza ich nie lubił. Nie wolno było źle oceniać uczniów, a lekarzom diagnozować AIDS czyli Orwell na całego. W 2005 roku zlikwidowano wszystkie szpitale na prowincji zwalniając 100.000 pracowników. Tuż prze śmiercią turkmenbasza nakazał wypłacać emerytury tylko tym, którzy mogli udokumentować 20 lat nieprzerwanej pracy. W 1997 roku turkmenbasza poddał się operacji w RFN, wyznał o tym narodowi w 2006 roku zapewniając o zdrowiu, po czym w tym samym roku zmarł. System prawny jest chaotyczny a ludzi zacheca się do donosów. Obecnie panuje Gurbanguly Berdimuhamedow, i już czasem księgarnie nie mają Ruhnamy na stanie… (s. 54). Benzyna nie jest już za darmo, a GB twierdzi, że chroni ludzi przed bezbożną nagością Facebooka, choć Facebook nie pozwala na nagość, ale Turkmeni tego nie wiedzą (s. 55). Kierowca na pustyni poważnie twierdzi: „o prezydencie nie należy nawet myśleć krytycznie” (s. 74). By nie uznano cię za szpiega należy mieć kiepskie buty, znać rosyjski i nie unikać kontaktu wzrokowego. No i wiedzieć ile kosztują produkty pierwszej potrzeby w twoim kraju, bo policja może o to spytać. Gaz i woda są nadal za darmo (s. 111). Za czasów ZSRR wielu Kazachów mieszkało w Turkmenistanie, obecnie prawie wszyscy wrócili do siebie.

Kazachstan – olbrzymi kraj, wielki niemal jak Indie, ale ludny jak Holandia, od 1991 roku rządzi ze stolicy Astany, prezydent Nursułtan Nazarbajew. Z Turkmenistanem dzieli go spory pas ziemi niczyjej. Kazachowie są bardziej mongoloidalni od Turkmenów. Paszportowców martwi, że jest sporo Pakistańczyków w Norwegii. Kontrola jest miła i fachowa (s. 125). Wielu Kazachów uważa się za Rosjan (w 1731 dobrowolnie poddali się carowi), choć tak jak Ukrainę Rosjanie głodzili ich w 1934 roku. Kazachstan to najbardziej północny kraj z muzułmańska większością. Prawo zakazuje wielu rzeczy w imię sekularyzmu, np. można mieć tylko jedną żonę, ale mieszkańcy wiedzą lepiej (s. 153). Kazachstan uniezależnił się od Rosji kooperując z Chinami. W 1989 roku mieszkało w Kazachstanie 6 mln Rosjan, dziś około 4 mln. W II wojnie światowej zginęło 300 tys Kazachów, tyle samo cywilów zginęło od głodu i chorób, ogółem 1/10 narodu nie przeżyła wojny. Astana nie nadaje się do zwiedzania pieszo, bardziej do aut, powstała bowiem na skutek dekretu w 1994 roku. To druga najzimniejsza stolica świata po Ułan Bator. Nazarbajew planuje do … 2050 roku wprowadzić pełnie demokracji na wzór zachodni (s. 185). Nie ma opozycji, ani nawet inteligencji.

Tadżykistan to kraj składający się głównie z gór, jest biedny, wielkości połowy Polski, ludność nieco mniejsza niż w Szwecji. Stolicą jest Duszanbe, prezydentem Enomali Rahmon. De facto gadają tam po persku ale piszą cyrylicą (s. 241). Stolica pełna BMW i Mercedesów, a 1/3 ludu niedożywiona. Brak ogródków kawiarnianych, autorka znalazła jeden (s. 245). W 2103 nie było nawet kampanii wyborczej ze strony prezydenta , tak był pewien zwycięstwa. W 1997 roku Rahmon musiał iść na ugodę z islamistyczną opozycję dziś nie musi (s. 289).

Kirgistan wyróżnia się swoimi demokratycznymi cechami na tle regionu; naród już dwa razy obalił tam prezydenta. Kraj jest nieco większy od Tadżykistanu, a ludności ma tyle co Dania, czyli nieco mniej. Od 2011 roku rządzi nim prezydent Ałmazbek Atambajew. Stolica nazywa się Biszkek, jest bardzo zielona i sympatyczna. W 2005 roku Akajewa obalono (uciekł do Moskwy), gdy próbował zmienić konstytucję by zostać prezydentem po raz czwarty (s. 345). Jego następca Bakijew nie był lepszy, drożyzna doprowadziła do jego obalenia w 2010 roku. Kirgistan jak inne kraje regionu jest bardzo bezpieczny, policji jest dużo i jest rozmieszczona w kluczowych miejscach, bezpieczniej niż w krajach UE. Prezydent nie jest na żadnych portretach i mało pojawia się w gazetach. Na wsiach są jeszcze ostatni wschodni Niemcy.

Uzbekistan, sprzymierzony długo z USA, gra jeszcze większe solo w polityce międzynarodowej niż Turkmenistan (s. 161). Kontrolerów granicznych interesuje najbardziej pornografia (s. 403), pytają też i Biblię i inną „propagandę religijną” (s. 404). Uzbekistan obszarowo przypomina Hiszpanię a ludności ma najwięcej w regionie bo aż 28 mln. O tajnej policji z Taszkientu krążą złe legendy, że porywają i torturują turystów poza tymi co zwiedzają w formalnych grupach. 1/5 PKB Uzbekistanu to pieniądze od uzbeckich gastarbeiterów z Rosji (s. 412). W 2005 roku Amerykanów poproszono o opuszczenie kraju, gdy skrytykowali masakrę na placu Babura (s. 422). Wykształconych Uzbeków martwiło podczas podróży autorki pogarszające się zdrowie Isloma Karimowa i niebezpieczeństwo przejęcia władzy przez islamistów (s. 424). Z perspektywy czasu wydaje się, ze nie jest jednak tak źle. Prezydent od grudnia 2016 roku Shavkat Miromonovich Mirziyoyev jest dość rozsądny, zwłaszcza w stosunkach z Kirgstanem. Zachęcam do lektury!

Simone de Beauvoir: "Druga płeć"

Tym razem postanowiłem zrobić recenzję książkowego pomnika feminizmu jakim jest dzieło Simone de Beauvoir (1908-1986): „Druga płeć”. Korzystałem z wydania Wydawnictwa Czarna Owca Warszawa 2014, w przekładzie Gabrieli Mycielskiej i Marii Leśniewskiej. Simone de Beauvoir w dzisiejszym świecie uproszczonego zideologizowanego feminizmu chyba by się nie odnalazła i to było moim największym zaskoczeniem, gdy czytałem tą książkę. Zbyt wiele jest bowiem w niej interesujących informacji o różnicach między płciami, pod względem historycznym i społecznym.

Simone de Beauvoir wychodzi od konstatacji, że uczynienie kobiet równymi nie wiadomo co by miało oznaczać, wszak „nawet w Rosji kobiety pozostają kobietami” (de Beauvoir 2014, s. 19), w tym sensie, że nawet z ZSRR nie są całkiem równe i podlegają ustawodawstwu mężczyzn, i to dość kapryśnemu ustawodawstwu rodzinnemu, zaś w USA feministki twierdzą jednocześnie, że już są równe mężczyznom, a domagają się męskich hołdów i względów jak dawniej. Mężczyzna nigdy się sam nie charakteryzuje jako mężczyzna bo to rzecz oczywista (de Beauvoir 2014, s. 21).

Kobieta jest stale określana jak facet, któremu czegoś brakuje. Arystoteles pisał: „samica jest samicą na skutek braku pewnych przymiotów” (de Beauvoir 2014, s. 23), i kobiety tej domyślnej wyższości facetów nie negują w zasadzie nigdzie i nigdy. Domagając się swoich praw, są niezręczne i gubią się taktycznie, na przykład zachowują się jak mniejszość społeczna choć nią nie są przecież (de Beauvoir 2014, s. 25). Udają, że robotnice są szczęśliwsze niż gospodynie domowe (de Beauvoir 2014, s. 34). Tak samo jak agresywność mężczyzn jest bez sensu, bo przecież starczy kobiet dla nich wszystkich (de Beauvoir 2014, s. 55). Kobiety sa wyraźnie słabsze podkreśla Simone; mają wyższe tętno i mniej czerwonych krwinek (de Beauvoir 2014, s. 62), kobieta jest na przegranej pozycji jeśli chce stać się kimś takim jak mężczyzna, bo zawsze będzie tym innym (de Beauvoir 2014, s. 81).

To ostatnie spostrzeżenie przypomniało mi niedawne opinie konserwatywnego redaktora Gavina McInnesa, który uznał, ze w szkołach zakłada się milcząco, ze wzorowy uczeń to dziewczynka, więc rojbrowatość chłopców jest uważana za nienaturalną i szkodliwą, wskutek czego nauczyciele, głównie kobiety w tym zawodzie zresztą pracują, szprycują chłopców środkami uspokajającymi, czyniąc z nich domyślnego dobrego ucznia – dziewczynkę. W pewien wiec sposób historia zatoczyła koło. Simone de Beauwoir w sumie chodzi o to samo tylko w drugą stronę; by nie uważać że człowiek np. pracownik jest domyślnie facetem.

Simone de Beauvoir była dziewczyną marksisty Sartre’a, ale miała do socjalizmu i do ZSRR znacznie bardziej zdroworozsądkowe podejście niż on. Co prawda twierdziła, że w kapitalizmie kobieta może łatwo stać się jeszcze jednym obiektem posiadanym przez mężczyznę (de Beauvoir 2014, s. 84), ale i w regulowanej gospodarce ma ciężko, m.in., dlatego, że nie da się „zrównać ciąży z jakakolwiek pracą” i wycenić za pomocą płacy. Zauważa też, że ZSRR ciągle zmieniał politykę rodzinną, głownie z dorywczych powodów ekonomicznych.

Niewola kobiet, choć nie zawsze dotkliwa jest widoczna wszędzie pisze Simone. Katarzyna II nie zmieniła zostając carycą pozycji chłopek rosyjskich w chłopskich domach, a sama musiała ulegać męskim opiniom. To prawda niedawno dowiedziałem się, że tylko ukradkiem jeździła konno „po męsku” (miała specjalne siodło, w którym można było jeździć na oba sposoby). W kwestii muzułmanek, Simone rozczarowałaby dzisiejsze feministki-islamofilki, stwierdza wprost, że „w islamie zakwefiona kobieta ma status niewolnicy” (de Beauvoir 2014, s. 114). Natomiast w tym samym Egipcie w czasach starożytnych kobiety miały sporo swobody i szacunku, ponieważ prawo nie przewidywało patrymonium (de Beauvoir 2014, s. 117).

Również w Sparcie kobieta była traktowana jak chłopak; prawie na równi z mężczyzną (de Beauvoir 2014, s. 119). W starożytnym Rzymie pojawili się jednak już męscy opiekunowie majątkowi i prawni, a chrześcijaństwo dodatkowo upadla kobietę, uznając ją za grzesznicę (de Beauvoir 2014, s. 123-126), dopiero XVI i nowa moda dworska – kurtuazja – nieco osłabia tą tendencję, podobnie jak osiemnastowieczne małżeństwa partnerskie z wyższych sfer (de Beauvoir 2014, s. 145). Ojcowie kościoła uważali kobiece narządy za odrażające i jeszcze pobożny Carl von Linne takie bzdury głosił (de Beauvoir 2014, s. 217). Św Tomasz stwierdzi, że ciało faceta Duch Św ożywia w 40 dniu życia, a kobiece w 80tym.

XVIII wiek jest stosunkowo pełen szacunku do kobiet (de Beauvoir 2014, s. 311). Intelektualiści zwykle uważali poniżenie kobiet za sztucznie wytworzone zjawisko, które można by łatwo cofnąć zmieniając nieco akcenty w edukacji dziewczynek. Tak uważali Voltaire, Diderot, Helvetius i d’Alembert, którzy twierdzili, ze sztucznie uczy się kobiety uległości. Rousseau był samotnym dinozaurem twierdząc, że „przeznaczeniem kobiety jest małżeństwo” (de Beauvoir 2014, s. 149). W roku 1778 statystyk Moreau napisze: „nie tylko zamożne kobiety uważają, że kontynuowanie gatunku jest tylko starym zabobonem” (de Beauvoir 2014, s. 163) Powoli dążono do przyznania kobietom kontroli nad własną rozrodczością, ale wzdragano się dać im samodzielność majątkową.

Niestety XIX wiek charakteryzuje się już daleko posuniętym antyfeminizmem. De Bonald powie, że „kobieta jest wobec męża tym czym dziecko wobec matki” (de Beauvoir 2014, s. 485), a Balzac, że „kobieta musi się dostosować do męskiego rytmu serca”. Ten sam Balzac twierdził, że „ma nie tyle kochać męża co przede wszystkim go nie zdradzić”. U socjalistów było niewiele lepiej. Robotnice końca XIX wieku zarabiały połowę mniejsze dniówki niż faceci, a związkowcy-mężczyźni protestowali gdy zbyt wiele ich zatrudniano (pracodawcy lubili panie bo były tańsze), dlatego m.in. August Bebel narzekał na brak solidarności robotnic i robotników (de Beauvoir 2014, s. 161).

Oficjalnie pierwszy problem praw wyborczych dla kobiet podniósł John Stuart Mill w 1867 roku, w 1869 stan Wyoming został pierwszym znacznym terytorium gdzie kobiety mogły głosować, niedługo potem Colorado i kilka innych stanów poszło w ich ślady. Terytoria pionierskie zwykle były bardziej feministyczne (de Beauvoir 2014, s. 171), stąd w suffrage przodowały środkowe stany USA, i kraje północne kraje nordyckie w Europie (Szwecja 1907, Finlandia 1906). Tam gdzie tradycja feudalizmu była silna, mogły sobie istnieć wspaniałe teorie jak studenta Hippela (Niemcy 1790), Mary Wollstonecraft czy Olimpii de Gouges (również druga połowa XVIII wieku), ale nie szły za tym kroki legislacyjne.

Francja i inne kraje katolickie zachowały wyraźnie antyfeministyczny dryg przez cały wiek XIX i XX. Na przykład Francuzi zachowali wstręt do zawodów jakie zwykle wykonywały kobiety i wielokrotnie deklarowali, ze sami wstydziliby się je wykonywać (de Beauvoir 2014, s. 181), w krajach protestanckich takie deklaracje były słabsze i rzadsze.

Według de Beauvoir mężczyzna widzi w kobiecie raz kogoś podobnego do siebie a raz naturę (de Beauvoir 2014, s. 191), stąd ma tendencję do ucieczki od natury i chaosu jaki z nią utożsamia, stąd to całe demonizowanie np. miesiączki (de Beauvoir 2014, s. 199), nad natura nie ma się pełnej kontroli, tak jak kobieta nie ma jej nad miesiączką. Uroda męska jest uznawana za wysoką jeśli jest aktywna, sportowa, kobieca gdy jest omdlewająca, pasywna (de Beauvoir 2014, s. 207). Macierzyństwo jest zjawiskiem naturalnym więc nie daje władzy (de Beauvoir 2014, s. 221), w świecie męskim kultura musi tryumfować nad naturą.

Tylko optymistyczne społeczeństwa pogodzone z życiem dają kobietą więcej swobody, na przykład w USA, społeczeństwa wybredne jeśli chodzi o akceptację natury pilnują kobiet pod kluczem (Francja, Italia - de Beauvoir 2014, s. 239), a kobietę utożsamiają z rosołem i nudą. Dlatego nawet w drugiej połowie XX wieku kobiety rzadko żyły pełnią życia (de Beauvoir 2014, s. 319). Upokarza je sposób oddawania moczu, bardziej krępujący niż męski, dojrzewanie, gdyż wyrastają na słabsze od facetów (de Beauvoir 2014, s. 325, 331, 379), de Beauvoir nazywa to wręcz „deklasacją”. Kobiety nie widzą tego zjawiska do końca, gdyż nie udaje im się tak sprawnie jak facetom uwolnić od własnego narcyzmu. Facet utożsamia sukces z tym co jest na zewnątrz z misją z działaniem, tak jak na zewnątrz jego ciała jest członek (de Beauvoir 2014, s. 348), dlatego dziewczynki chciałyby by chłopcami, a odwrotnie prawie nigdy. Kobiety wykonują prace i czynności, ale nie ocenia się tej pracy jako cząstki ich, same tez tak tego nie postrzegają, choć każdy drwal-mężczyzna uzna wykarczowany las za cząstkę siebie i źródło satysfakcji (de Beauvoir 2014, s. 767). Kobieta, choćby nie wiem jak mądra, będzie oceniana i sama się będzie oceniać, raczej w kategoriach: piękno, czystość, delikatność niż sukces.

Niektóre kobiety w purytańskich kulturach (np. Holandia) uciekają przed swą natura w czystość (ciała i domu), katolickie kobiety Południa pławią się w narcyzmie i erotyzmie lub zupełnie poddają woli mężczyzn (de Beauvoir 2014, s. 521). W nowoczesnych USA środki antykoncepcyjne prawie dają kobiecie ten sam status pełni życia jaki mają faceci (de Beauvoir 2014, s. 441), ale prawie czyni różnicę, w społeczeństwach religijno-konserwatywnych kobiety są oszukiwane, że „stanowią dla mężczyzny wartość nieskończoną a tak naprawdę są jedynie rozrywką” (de Beauvoir 2014, s. 806). Według Bernarda de Mandeville’a prostytutki istniały by kobiety nimi nie będące, mogły się cieszyć szacunkiem, tj. by w ogóle jakieś kobiety cieszyły się szacunkiem; jest to ucieczka w czystość, w której była mowa wcześniej (de Beauvoir 2014, s. 643).

Simone de Beauvoir wcale nie twierdzi, że równouprawnienie jest rzeczą prostą. Podkreśla jednak, że „trzeba jakoś zdefiniować kobietę poza stosunkiem jaki utrzymuje wobec mężczyzny”, bo tylko tak „zmienimy świat zastany w królestwo wolności” 9 de Beauvoir 2014, s. 813).

Anglomania XVIII wieku

Anglomania była jednym z czołowych zjawisk w filozofii, polityce i sztuce XVIII wieku. Przejawiała się w bezgranicznym uwielbieniu wszystkiego co angielskie, zwłaszcza angielskiego ustroju politycznego w jego wyidealizowanej wersji wolteriańskiej i monteskiuszowskiej. W XVIII wieku angielska kultura promująca naturalność, powagę (spleen) i liberalizm polityczny staje się kontr-wzorcem dla królującego od połowy XVII wieku francuskiego wzoru centralizmu monarchicznego, formalizmu i dowcipu. Nie wszyscy jednak filozofowie czyli intelektualiści osiemnastowieczni byli anglomaniakami, np. ustrój brytyjski krytykował markizm Rene d’Argenson, podobnie kawaler Louis de Jaucourt - dobrze znający anglików członek Royal Society, który zarzucał anglomaniakom niepatriotyczną postawę. Zjawiskiem anglomanii dziś zajmują się głównie francuscy historycy jak Claude Bruneteau, Bernard Cottret oraz brytyjscy Richard Butterwick.
Fascynacja Anglią miała wiele twarzy. Niewątpliwy anglofil, Louis Sébastien Mercier odróżniał mądrą i wspartą wiarą w lepszość brytyjskich instytucji anglophilie i bezmyślne naśladownictwo obyczaju i stroju angielskiego – anglomanie:

„...Czy nigdy nie weźmiemy od Anglików nic prócz odzienia? Maja i oni głupców, ale u nich głupota bierze początek z pychy, u nas zaś głupcy powodują się tylko próżnością. Mają i oni ludzi występnych, lecz ludzie ci do swych występków nie dodają przynajmniej obłudy. Mają złodziei, lecz ci złodzieje zachowują jeszcze cień zacności; nigdy nie okradną cie do szczętu, dzielą się łupem z ofiarą i nie przelewają krwi jak złodziej we Francji. Bodajby mnie okradziono po angielsku!. Ale nasi złodziejaszkowie poczynili nie większe postępy niż nasi współcześni głupkowie, rzekomi naśladowcy brytyjskich obyczajów... (Mercier 1959, s. 276)”.

We Francji anglomanię hamowały nieco wojny z Wielka Brytanią, w innych krajach kontynentu europejskiego był to trend bardziej stały, stale przybierający na sile idąc ku końcowi wieku XVIII. Wielka Brytania z racji swego potencjału demograficznego miała z definicji większe szanse na stanie się wzorem ustrojowym, większe niż mała ludnościowo Holandia, która nadawała ton w malarstwie i biznesie w wieku XVII, ale uległa osłabieniu w wieku XVIII, i Szwecja, która również traci status potęgi w wieku osiemnastym, a w 1718 roku zmienia ustrój na parlamentarny (tzw. Czas wolności – frihetstid: 1718-1772), stając się, choć na krótko pewnym źródłem inspiracji. Anglia to kraj ludny i potężny już w XVII wieku, jednak by w ogóle uznano, że warto w czymkolwiek naśladować Anglików, musieli oni po pierwsze przedstawić interesującą alternatywę polityczną wobec dominującego wówczas absolutyzmu. Taką alternatywą była konstytucja 1689 roku zwana kartą praw (bill of rights), pierwsze prawdziwie liberalne ustawodawstwo w Europie. Jednak państwo takie musiało jeszcze działać; to działanie udowodniło w 1713 zmuszając najpotężniejszego monarchę Europy Ludwika XIV do niekorzystnego dlań traktatu pokojowego w Utrechcie. Wówczas już wszystkie oczy zwrócone były na Anglię. Szokiem było to, że w tej epoce upadku republik (Holandia, Wenecja) i wzrostu sił monarchii (Prusy, Rosja) brytyjski „ustrój mieszany” (monarchia mixta) wysunął się na prowadzenie. Książę Marlborough to pierwszy brytyjski wódz znany wszystkim Europejczykom. Nowy brytyjski ustrój ustalił się za rządów premiera Roberta Walpole’a (1721-1742), i charakteryzowano go jako parlamentarna-gabinetowy. Rola króla stała się raczej bierna, głównie wspierał on premiera.

Francuscy obserwatorzy nie zawsze trafnie diagnozowali ów ustrój. Brytyjska polityka była dla nich zbyt hałaśliwa i niezrozumiała. Znakomitym przykładem jest tu Montesquieu, który choć nie rozumiał do końca jak działa angielski rząd, znajdował się pod mocnym wpływem nauk Henry’ego St. John, wicehrabiego Bolingbroke (1678-1751), od którego przejął ideę podziału władz. Monteskiusz był w Londynie w 1734 roku i zapoznał się szczegółowo z politycznymi przekonaniami przeciwników rządu Walpole’a (Butterwick 2000, s. 62-63). Montesquieu wziął plany Bolingbroke’a i jego kręgu za rzeczywistość i nie zauważył, że między królem a parlamentem nie ma aż takiej idealnej równowagi sił, która potem Montesquieu będzie promował jako podział władz, tj. model w którym dwie władze konkurują o wpływ na obywatela, ograniczając się nawzajem, dzięki czemu obywatel ma nieco oddechu. Brytyjczycy np. David Hume, dziwili się, że francuscy intelektualiści nie dostrzegli, że parlament jest znacznie silniejszy od króla; z drugiej jednak strony Hume dostrzegał organizacyjną przewagę swojego kraju nad Francją (opisując Calais użył sformułowania: „mało sensownej działalności”).

Do Anglofilów należy też zaliczyć Voltaire’a. Gdy Voltaire przybył w maju 1726 roku do Londynu okazało się, że bankier który miał pieniądze na pobyt – Mendes da Costa zbankrutował wkrótce po ich otrzymaniu. Został bez pieniędzy gdy wszyscy jego Brytyjscy znajomi byli w swych wiejskich posiadłościach poza stolicą. Po pierwszym dobrym wrażeniu jakie wywarła na nim brytyjska stolica rozczarowały go plotkujące o potknięciach znajomych damy (Parker 2005, s. 50). Pomógł mu kupiec Everard Fawkener, kupiec handlujący z Syrią (wtedy turecką), inspirator wielu motywów orientalnych u Voltaire’a. Politycznie Voltaire trzymał z torysami Bolingbroke’a, ale i szef wigów premier Robert Walpole dał mu wydawniczy grant w wysokości 200 funtów (Pearson 2005, s. 79). Również Jerzy I dał mu 100 gwinei by podkreślić, że cieszy się z obecności Francuza w swoim kraju (Parker 2005, s. 51). Po powrocie z prowincji po kilku miesiącach od przybycia V do Londynu, zaopiekował się nim Bolingbroke u którego bywał wieczorami (Leithäuser 1961, s. 58); dzięki niemu Voltaire poznał Pope’a, a w 1727 roku - Swifta; powiastka filozoficzna Voltaire’a Mikromegas z 1752 będzie nawiązywała do Guliwera (1726). Locke został ulubionym filozofem Voltaire’a, a on sam jego kontynuatorem. Książę Newcastle pomagał mu przy druku poematu „Henriada”, który we Francji napotykał na mur cenzury. Wydanie było luksusowe (Leithäuser 1961, s. 64). Listę subskrypcji otwarto w styczniu 1728 roku (Parker 2005, s. 61). Przez pewien czas zastanawiał się czy nie pozostać w Anglii, zwłaszcza, że koniec regencji we Francji (1726) nie zapowiadał nic dobrego dla liberalnych pisarzy (Leithäuser 1961, s. 61). Wielkie wrażenie wywarł na poecie uroczysty pogrzeb Newtona, szacunek dla naukowców, pisarzy, aktorów i aktorek nad Tamizą. Voltaire prawdopodobnie celowo idealizował Anglię, gdzie pisarzy tez przecież jak np. Defoe, czasem prześladowano, ponieważ chciał przede wszystkim oświecać Francję (Gay 1959, s. 44). Jego listy filozoficzne o Anglii były pierwszym de facto pismem politycznym francuskiego oświecenia, bo Listy perskie Montesquieu były zbyt subtelne i nie przemawiały wprost (Gay 1959, s. 48). W marcu 1729 wrócił Voltaire do Paryża, a właściwie do Saint Germain en Laye, gdzie które ubił interes na loterii La Condamine’a, wkrótce zakazanej przez władze (Pearson 2005, s. 87). Niedługo potem zmarła uwielbiana przez cały kraj i przez niego aktorka Lecouvreur. Wzburzyło poetę, że została ona potraktowana jak grzesznica i musiała być pochowana ukradkiem. Cały lud paryski czytał pismo jakie jej poświęcił (Parker 2005, s. 69), ale nikt głośno nie zaprotestował prócz Voltaire’a nawet potężny marszałek Maurycy Saski, choć oburzeni byli wszyscy. Ulotkę przekazywano z rąk do rąk (Leithäuser 1961, s.78). Voltaire celowo przedstawił elity brytyjskie jako bardziej otwarte na nowych ludzi niż były w rzeczywistości, ale jak twierdzi Butterwick różnica między Francją AD 1730 mogła być większa niż oboma tymi krajami AD 1780 (Butterwick, s. 61). Voltaire spierał swiez e swoim przyjacielem i zwolennikiem modelu szwedzkiego, Argensonem który ustrój jest najlepszy. Locke też został sprzedany Francji i reszcie kontynentu w wyidealizowanej wersji wolteriańskiej, bardziej deistyczny i tolerancyjny niż był w rzeczywistości. Całe życie będzie się Voltaire wahał miedzy oświeconym absolutyzmem Fryderyka II a modelem angielskim. Do końca życia będzie uważał, że Anglicy mają najwięcej wolności w Europie, choć odwiedzający go Anglicy mówili mu czasem, że różnica jest mniejsza niż przypuszcza. W listopadzie 1752 roku Voltaire pisał do madame du Deffand z Prus, że wprawdzie naśladuje się już we Francji angielskie teorie w fizyce i innych naukach, angielskie rozwiązania dotyczące aparatu finansowego państwa i technologii budowy okrętów, ale wciąż nie są chętni by naśladować angielską wolność poglądów (Gay 1959).

Filozofowie całej Europy nawet jeśli niekoniecznie zostawali anglofilami czy też anglomanami. Vincenzo Martinelli przybył w 1748 roku do Londynu i podobnie jak Montesquieu wziął idee polityczne (tym razem wigowskie) za rzeczywistość. Europa poznawała angielski ustrój głównie przez prace Voltaire’a i Montesquieu. Herdera zainspirowała teza Montesquieu, że wolności brytyjskie wywodzą się z lasów Germanii. Georg Lichtenberg i Goethe podziwiać będą naturalność angielskich manier i dramatu, August Schloetzer – angielskie instytucje i liberalizm.

Monarchowie o pretensjach filozoficznych, bardziej (Fryderyk II) lub mniej liberalni (Katarzyna II), zachowywali wstrzemięźliwość wobec brytyjskiej polityki, ale wysyłali ludzi do Anglii by uczyli się nowych technik rolnych i przemysłowych. W dziedzinie sztuki Katarzyna II została anglomanką całkowicie: „nie lubię fontann, które torturują wodę”, Fryderyk II pozostał gallofilem (pałac Sanssouci w odróżnieniu od np. pałacu Leopolda von Anhalt-Dessau był całkowicie francuski), ale interesował się jedynie technikami brytyjskimi w rolnictwie i industrii, no i politycznie bliższy był liberalnemu wolterianizmowi. Fryderyk Wielki i Józef II lekceważyli Anglię ze względu na cykl wyborczy, parlamentaryzm i (przejściowe, jak się miało okazać) kłopoty w wyłonieniu silnego gabinetu. Obaj monarchowie uważali, że z tego powodu na Brytyjczykach nie można polegać, a potęga Wielkiej Brytanii wkrótce upadnie (Sorel 1981, s. 91-98).

Szanujący się anglofil czy też angloman francuski czy niemiecki był ubrany w charakterystyczny sposób. Purytańska jeszcze Anglia czasów republiki Cromwella (1649-1660) zakazywała wwozu efektownych francuskich koronek, zwłaszcza tych z dodatkiem złota. Stały się ona bardzo drogie, ponieważ można było je uzyskać jedynie dzięki ryzykownemu szmuglowi (Goldenberg 1904). Koronki haftowane złotą nicią były typowe dla XVII wieku dla mundurów i strojów dworskich obojga płci. Królowa Anna Stuart (pan. 1702-1715) uznając, że elity Anglii zbytnio się wykosztowują na te złote nici zakazała importu. Za panowania Jerzego II (1727-1760) znowu zakazano importu (też niezbyt skuteczny był ten zakaz), tym razem jednak także ze względów ideologicznych. Jerzy II żądał patriotyzmu ekonomicznego i praktycyzmu od swoich obywateli. Także więc na kontynencie, anglomani utożsamiać zaczęli już w pełni skromność i praktycyzm, oraz dyskretną elegancję z „angielskimi” przekonaniami; np. tym że klasy społeczne powinny się mieszać, a tolerancja religijna i dla odmiennych opinii jest ważna. Utylitaryzm i naturalność uwiodły wielu. Praktyczny strój redignote, obszerny płaszcz z szerokim kołnierzem, używany w Anglii przez szlachtę i mieszczan do podróży konnej wyewoluował w ostatnich dwóch dekadach XVIII wieku w gustowny strój męski i damski. Anglofil czy też angloman, miał też charakterystyczny styl zachowania. Cechą podstawową była powaga. Hume mawiał, że pije sie lepiej z Francuzami, ale rozmawia z Anglikami. Purytansko-filozoficzna powaga stała się nowym trendem. Charles Hanbury Williams, mentor Stanisława Poniatowskiego, przyszłego króla, zalecał mu być po angielsku poważnym i unikać francuskiego humeur (Butterwick 2000, s. 107). W pisarstwie nakazywano wzorem Fieldinga i Richardsona więcej nurzać się w uczuciach, i unikać francuskiego stylu anegdotycznego.

Rekordy w Anglomanii bił Palais Royal, czyli alternatywny dwór francuski skupiony wokół Ludwika Filipa Orleańskiego (1747-1793), księcia Chartres. Tam za zasady uwielbiano wszystko co angielskie, z kolej inni popadali w drugą skrajność, co wykpiwał wspomniany już anglofil Louis-Sébastien Mercier, autor m.in. niekorzystnego dla Paryża tekstu: Parallèles de Paris et de Londres:

„...Domorośli politycy z tarasu Tuilerii są przeciwko Anglikom; gadają tylko o tym; jakby tu lądować w Anglii, zająć i spalić stolicę; a choć wszyscy się z nich śmieją, ten pogląd na Anglików nie różni się od sądu możnych tego świata... (Mercier 1959, s. 46)”. A oto jaką wyższość widział Mercier w brytyjskim ustroju i charakterze: „…W monarchii trzeba być gładkim sybarytą, wyzbytym dzielności; jedyną pociechą są tu próżne rozkosze zbytku. Tylko republikanom przystoi szorstkie wzięcie, zamaszyste ruchy i harde spojrzenie, które idzie w parze ze śmiałym sercem i miłością ojczyzny… Wolę patrzeć jak w Londynie lud bije się na pięści i upija w szynku, niż widzieć, jak w Paryżu nie śmie unieść głowy, zatroskany, niespokojny, sponiewierany… (Mercier 1959, s. 45)”.

Można przypuszczać, że Londyn był zbyt duży by władze mogły sprawować nad nim jakąkolwiek kontrolę, zwłaszcza przy więcej niż skromnym aparacie policyjnym, a więc Londyńczycy mogli być bardziej anarchistyczni niż republikańscy. I czy lepsze położenie Londynu pod względem ekonomicznym (wielki port) nie tłumaczy różnic w wyglądzie mieszkańców. Nie we wszystkich sprawach Mercier jest zwolennikiem swobody wyboru. Chwalił m. in. to, że król Prus Fryderyk II Wielki zabronił urządzać loterii, podczas gdy z powodu innej, zorganizowanej w 1783 roku przez generalnego kontrolera finansów Henri Lefèvre’a, markiza d'Ormesson (1751-1808) Paryżanie tracili całe majątki.

Jednak wybujały indywidyalizm, albo jak kto woli brytyjska swoboda w kultywowaniu własnego charakteru, co dziś nazwalibyśmy kreatywnością i smaorealizacją, rzucało się w oczy anglofilom z kontynentu. Voltaire zauważył że nawet francuzi gdy przechodzą na angielską mowę, mówią odważniej, Stanisław August powie, że Anglicy maja więcej cech charakteru niż np. Francuzi. Wielkim Anglofilem był też Armand Louis de Gontaut, książę de Lauzun (1747-1793), który był w drugiej połowie XVIII wieku przywódcą francuskiego dworskiego stronnictwa miłośników angielskich; zwyczajów, ustroju, filozofii i mody. Był również autorem eseju o obronności Imperium Brytyjskiego: Etat de defense d'Angleterre et de toutes ses possessions dans les quatres parties du monde, i kochankiem lady Lennox. Należał do "liberalnej" koterii Étienne-François de Choiseula, który był mężem szwagierki jego ojca. Niezależnie od uwielbienia Anglii, w 1779 roku wyruszył na pomoc Amerykanom. Amerykanie nazwali potem na jego cześć statek "USS Duc de Lauzun" zwodowany w 1782 roku. Po powrocie do Francji, był czołowym obok Mirabeau i markiza de La Fayette’a zwolennikiem konstytucjonalizmu i liberalnych reform. Rewolucjoniści francuscy zasadniczo podzielą się na „anglików” (Lauzun, Mirabeau), „amerykanów” (La Fayette, Condorcet) i tych, co nie rozumieli idei podziału władz, ku nieszczęściu Francji (Desmoulins, Danton, Robespierre). Anglofile i amerykanofile próbowali zapobiec radykalizacji rewolucji. Condorcet był zwolennikiem utrzymania „naturalnych nierówności” wynikających z indywidualnych zdolności i stanu majątkowego. Rdzeniem Condorcetowskiej idei postępu było przekonanie o szkodliwości wszelkiego sekciarstwa w nauce, dlatego piętnował monopol starożytnych kapłanów i Kościoła na naukę i moralność, i monopol szlachty do prowadzenia polityki. Choć nie był radykalnym demokratą, podziwiał Stany Zjednoczone za przełamanie tych monopoli, tak samo jak podziwiał (z pewnymi zastrzeżeniami) starożytne Ateny. Condorcet twierdził, że Wielka Brytania, o ile wypuści Amerykanów ze swych objęć, USA i Stany Zjednoczone, które odziedziczyły oparte na poszanowaniu wolności jednostki prawa poglądy brytyjskie, oraz czerpiąca z obu wzorców rewolucyjna Francja są najbliższe realizacji ideału wolnego państwa z powszechną oświatą i powszechnym dostępem do zdobyczy nauki, ponieważ postępowi nieustannie zagrażają ignorancja i zabobon (Condorcet 1795, s. 168). Niestety Lauzun i Condorcet nie przeżyli rewolucji. Więcej szczęścia miał inny czołowy anglofil Louis-Léon de Brancas, książę Lauraguais (1733-1824). Richard Butterwick wspominał o przejściowej urazie do Anglii, jaki odczuwało wielu adeptów oświecenia we Francji i Niemczech w okresie konfliktu Jerzego III i parlamentu z amerykańskimi koloniami (1775-1783), jednak już niedługo potem uwielbienie dla wolności angielskich zlało się z uwielbieniem do wolności amerykańskiej:

„...Nadzieje nasze co do przyszłości rodzaju ludzkiego sprowadzają się do trzech zasadniczych punktów: obalenie nierówności między narodami, większa równość w obrębie tego samego ludu i rzeczywiste udoskonalenie się człowieka. Czy wszystkie narody zbliżą się kiedyś do tego stanu cywilizacji, jaki osiągnęły ludy najbardziej oświecone, najbardziej wolne, najbardziej wyzwolone z przesądów, jak Francuzi i Anglo-Amerykanie... (Condorcet 1957)”. Skomplikowany i często przewrotny sposób postrzegania Anglików przez francuskie elity doskonale obrazują notatki dyplomaty francuskiego Charlesa de Peyssonnela (1727-1790) z 1782 roku opracowane przez Mario Pasa’ę. Jest to typowa książka tamtych czasów mająca służyć dowcipnej rozrywce. De Peyssonnel zauważa u Anglików wiele śmiesznostek, które drażniły wówczas Francuzów, jak na przykład angielskie upodobanie do kabrioletów, czyli odkrytych powozów. Dyplomata wyraźnie podkpiwał sobie przy tym z paryskiej anglomanii (Peysonnel 2007, s. 37-44).

W Polsce dopiero Stanisław August konsekwentnie zmierzał do skorzystania z brytyjskich wzorców ustrojowych, a i w sztuce anglomania kazała na siebie poczekać. Stanisław Konarski na przykład znał edukacyjne teorie Locke’a, ale w sumie z nich nie skorzystał, zignorował zalecenia dotyczące sportu i kształcenia w domu (Butterwick 2000, s. 84). Stanisław Poniatowski (ojciec króla) pisał w 1744 roku o Anglii jako jednej w z wielu republik, które można naśladować. W 1743 roku przynajmniej interesy brytyjskie i polskie przestały być sprzeczne i Czartoryscy coraz chętniej wiązali się z Brytyjczykami. Co nie znaczy, że Brytyjczycy widzieli pokrewieństwo ustrojowe; brytyjski mentor Poniatowskiego, czyli przyszłego króla, Charles Hanbury Williams widział w Polsce wolność zdegenerowaną w swawolę. Ta opinie była niestety słuszna. Polska szlachecka była w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii krajem zamkniętej elity, która nie dopuszczała do siebie nowych ludzi, oraz krajem tyranii szlacheckiej nad chłopami. Dnia 9 stycznia 1770 roku William Pitt Starszy użył podczas debaty w Izbie Lordów na temat mowy tronowej Jerzego III stwierdzenia, ze pewne decyzje „…sprowadziłyby brytyjskich wolnych farmerów do stanu gorszego niż wieśniaków w Polsce… - If this question be given up, the freeholders of England are reduced to a condition baser than the peasantry of Poland (Pitt 1848, s. 93)”. Takich przykładów używania sytuacji chłopstwa w Polsce jako synonimu okropieństw było w tej epoce na Zachodzie bardzo wiele.

Na początku XVIII wieku idee Johna Locke’a były w Gdańsku już dobrze znane, choć bardziej znane były książki filozofów niemieckich z Halle. W ofercie wydawniczej Korneliusa Beughema z 1720 roku znajdowały się dzieła Locke’a. W Gdańsku czytywano również chętnie angielską literaturę piękną między innymi Pamelę Samuela Richardsona (1689-1761) i wiersze Alexandra Pope’a (1688-1744). Znane były w tym mieście dramaty Szekspira. Pewnego pojęcia o ustroju angielskim mogła dostarczyć lektura dzieł Voltaire’a, popularnego w Gdańsku już w latach trzydziestych XVIII wieku. Jednak niemieckojęzyczny Gdańsk i reszta Rzeczypospolitej stanowiły jednak dwa odrębne światy (Grześkowiak-Krwawicz 1998, s. 14, 84-88).

Niemniej jednak, wszystkie proponowane reformy polskiego ustroju po 1750 roku powoływały się na doświadczenia i wzory brytyjskie, chociaż czasem jak Zamoyski woleli o tym nie wspominać braci szlacheckiej wprost, gdyż Anglia ciągle była dla wielu głównie ziemią heretyków. Dopiero około 1780 Polacy poznali nieco szczegółów o brytyjskiej polityce wewnętrznej, a w 1790 roku przetłumaczono deklarację niepodległości USA (1776) co wpłynęło na mało brytyjski charakter konstytucji 3 maja, wbrew nadziejom Stanisława Augusta (Butterwick 2000, s. 292).

Pierwsze meble w stylu angielskim, czyli po angielsku naturalne i wygodne, dotarły do Polski za Augusta II przez Gdańsk, w 1786 roku już nawet w Lublinie robiono kapany a la Chippendale (Butterwick, s. 286). Architektonicznie jako angielski dom, długo osamotnionym przykładem był wzniesiony po 1765 roku pałac gotycki bratanka króla Stanisława, również Stanisława Poniatowksiego w Korsuniu. W Zamku Królewskim nie było wiele angielszczyzny, zaś w Łazienkach tylko trochę. Stanisław August Poniatowski widział Brytyjczyków, jako tych co nie stracili dyscypliny mimo wolności. Trochę jednak przerażał go brytyjski indywidualizm (uważał, że przeciętny Brytyjczyk ma 3 razy więcej cech charakteru niż Francuz). Charles Yorke nauczył go doceniać brytyjski krajobraz (Butterwick 2000s. 128). Poniatowski jednak nie widział różnicy między spleenem a francuską ennui.

Wśród samych Brytyjczyków XVIII wieku niewielu by można znaleźć posiadających tak dużą wiedzę na temat Polski jaka miał Charles Hanbury Williams. Polska zaczęła interesować ich bardziej dopiero po 1764 roku, gdy na tronie zasiadł Stanisław August Poniatowski – anglofil, który nigdy nie przepuścił okazji by porozmawiać z Brytyjczykami zwłaszcza na temat ustroju panującego w ich kraju. Z tego powodu mieli oni łatwy dostęp do króla, który chętnie się im zwierzał. Dyplomata James Harris przyjechał w 1767 roku z Prus do Polski. Spostrzegł nędzę chłopów i panoszących się w Warszawie Rosjan. Król rozmawiał z nim o Szkole Rycerskiej i stwierdził, że jej założenie może być przydatne Rosji, dlatego dopuścili do jej założenia (Zawadzki 1963, s. 285-306). Nathaniel William Wraxall, agent kolejno East India Company, a następnie rządu brytyjskiego, który w latach 1777-1779 odwiedził wszystkie środkowoeuropejskie dwory interesował się tak jak Marshall głównie gospodarką, lecz na wyższym poziomie niż on. Poseł brytyjski w warszawie Wroughton miał obowiązek dostarczenia mu potrzebnych informacji. Wspomnienia z Polski (1778) Wraxalla emanują brakiem zaufania do ekonomicznego doświadczenia Stanisława Augusta i zaskoczeniem dlaczego Polacy tak mało wykorzystują gospodarcze atuty ich kraju. Wraxall doskonale orientował się w najnowszych wydarzeniach zwłaszcza dotyczących gospodarki i był świadom trudności spowodowanych działaniami Prus w tym względzie (Zawadzki 1963, s. 477-557). Warto też wspomnieć kapelana Johna Linda pracującego w Polsce jako nauczyciel szkoły kadetów.

W drugiej połowie XVIII wieku opinia o Polsce w Wielkiej Brytanii stała się bardziej zróżnicowana. Poseł polski w Londynie w latach 1769-1772 Tadeusz Burzyński (ur. Ok. 1730, zm. 1773) twierdził, iż: „…te dwa narody wolne mają jakieś przez toż samo sekretny ze sobą związek i wzajemny dla siebie szacunek”. Lord Mansfield stwierdził w rozmowie z nim: In this country Poland has no enemy. Niestety kłopoty Polski były dla Brytyjczyków raczej egzotyczne i niejasne. Rosji nie lubiano i zdawano sobie sprawę z potencjalnie niebezpiecznego wzrostu jej potęgi, ale nie pojmowano sprzeczności między Polską a dość popularnym w Londynie Królestwem Prus. Następca Burzyńskiego, Franciszek Bukaty w niedługim czasie pobytu w Londynie, stał się naprawdę Brytyjczykiem; pił toasty za rozbef i wolność. Adam Kazimierz Czartoryski tez miał mentora-Anglika; był nim Robert Murray Keith. Jednocześnie polityka brytyjska wobec Polski sprowadzała się w sumie tylko do obrony Gdańska przed zakusami Prus (Butterwick 2000, s. 151). Czartoryski lepiej poznał język angielski, bo miał więcej czasu niż król, ale prócz Daniela Hailesa brytyjscy dyplomaci cenili go niżej niż Poniatowskiego. Ci myśliciele polscy, którzy nawiązywali do Locke’a, jak Stanisław Staszic, kładli szczególnie silny nacisk na znaczenie ładu prawnego dla sprawy wolności: „tam gdzie prawodawstwo nie należy do narodu, tam nie ma żadnego towarzystwa, jest tylko pan i bydło jego (Grześkowiak-Krwawicz 2006, s. 113)”.

Stanisław August posiadał w swych zbiorach dzieła Szekspira, Bena Johnsona, Spensera, Bacona, Miltona, Drydena, Locke’a, Pope’a, Addisona, Swifta, Graya, Younga, Richardsona, Fieldinga, Samuela Johnsona, Sterne’a, Horatio Walpole’a, Defoe’a i Mac Persona. Król popierał dokonujących przekłady z angielskiego, które pojawiły się w większej liczbie dopiero po 1785 roku (Butterwick 2000, s. 168-173). Stanisław August nie przepadał za Tristramem i Osjanem i innym eksperymentalnym pisarstwem, ale Szekspir podobał mu się, gdyż złamanie zasady jedności miejsca akcji powodowało, ze można bardziej opowiedzieć o jakiejś kulturze (Butterwick 2000, s. 169). Znał nawet radykalne pisma polityczne np. Algernona Sidneya (Butterwick 2000, s. 249).

Jednak pomimo poparcia królewskiego okres pomiędzy zainteresowaniem się Wielka Brytanią a odwiedzaniem jej trwał dość długo. Paweł Komorowski w swej pracy o recepcji dzieł Bolingbroke’a, Williama Robertsona i Edwarda Gibbona w Polsce czasów Oświecenia wylicza kilka innych bibliotek zawierających angielskie dzieła, konkretnie dzieła tych trzech historiografów. Były one obecne w Bibliotece Czartoryskich, Marii Sanguszkowej, Anny Pauliny Jabłonowskiej, Ignacego Krasickiego, Stanisława Kostki-Potockiego i Józefa Ossolińskiego (Komorowski 2003, s. 20-26). Dla porównania warto przytoczyć tu kilka dat pierwszych przekładów dzieł francuskich. Memnon Voltaire’a przetłumaczono w 1771 roku, Zadiga w 1773, Królewnę Babilonu w 1779, Kandyda 1780, Dobrego Bramina w 1781, Awanturę Idziego Blasa Lesage’a w 1769, Diabła Kulawego również Lesage’a w 1777, wyjątki z Emila Rousseau w 1765. Wydaje się, że różnica pomiędzy podjęciem tłumaczeń na polski powieści francuskich i angielskich jest niewielka. Jednak nie należy zapominać o tym, ze Polska była krajem elit francuskojęzycznych, a więc książki francuskie, w przeciwieństwie do angielskich, nie musiały zostać przetłumaczone by być dość ogólnie dostępne. Sam Stanisław August i niektórzy przedstawiciele elit czytali książki angielskie w przekładzie francuskim. Poza tym książka francuska była o wiele łatwiej dostępna. W latach 1786-1792 przy ulicy Senatorskiej w Warszawie mieściła się duża wypożyczalnia książek francuskich i nie był to jedyny tego typu zakład (Tomczak 1988, s. 141-142). Dość powszechnie rozumiany był też język niemiecki i czasem włoski, co potwierdzają liczni cudzoziemcy odwiedzający Polskę tych czasów. Podobne do wyżej wymienionego przedsięwzięcie dotyczące książek angielskich byłoby skazane na fiasko ze względu na zbyt małą liczbę ludzi władających językiem angielskim w Polsce Stanisławowskiej. Z pewną przesadą można by stwierdzić, że w zasadzie tylko otoczenie samego Stanisława Augusta i Czartoryskich było anglojęzyczne.

Butterwick stwierdza, że Stanisław August długo unikał jasnego wyrażania swych pro-angielskich sympatii, jak również otwartego informowania innych, ze proponowane przezeń reformy oparte są na wzorcach angielskich. Role katalizatora spełnił tu pierwszy rozbiór Polski. Po 1772 roku reformatorzy (zwłaszcza przed ogłoszeniem Konstytucji 3 Maja) zaczęli szafować przykładami zaczerpniętymi z teorii Hume’a i Burke’a (Butterwick 2000, s. 291-314). W 1775 roku Stanisław August wyraził nie po raz ostatni żal z powodu braku reakcji brytyjskiej na rozbiór.

Anglomania najdłużej utrzymała się w Rosji i na Węgrzech bo aż do lat 1830-tych, oraz w Niemczech, ale to już raczej z niechęci do Francji.

BIBLIOGRAFIA:

• Bergner T., Voltaire. Leben und Werk eines steitbaren Denkers, Verlag Neues Leben Berlin 1976.

• Butterwick R., Stanisław August a kultura angielska (przeł. Marek Ugniewski, Instytut Badań Literackich Warszawa 2000.

• Condorcet J.A., Outlines of an historical view of the progress of the human mind: being a posthumous work of the late M. de Condorcet, London 1795.

• Condorcet J. A., Szkic obrazu postępu ducha ludzkiego poprzez dzieje, Kraków 1957.

• Gay P., Voltaire’s Politics. The Poet as Realist, Princeton University Press Princeton New Jersey 1959.

• Goldenberg S., Lace, Its Origin and History, Brentano’s New York 1904.

• Grześkowiak-Krwawicz A., Gdańsk oświecony, szkice o kulturze literackiej gdańska w dobie Oświecenia, Warszawa 1998.

• Grześkowiak-Krwawicz A., Regina libertas. Wolność w polskiej myśli politycznej XVIII wieku, Wydawnictwo słowo/obraz-terytoria Gdańsk 2006.

• Komorowski P., Bolingbroke, Robertson, Gibbon – znajomość i recepcja ich dzieł w Rzeczpospolitej doby Oświecenia, Warszawa 2003.

• Leithäuser J., Er nannte sich Voltaire. Bericht eines grossen Lebens, Cotta-Verlag Stuttgart 1961.

• Mercier S., Obraz Paryża, opracowała i przeł. A. Jakubiszyn-Tatarkiewiczowa, Warszawa 1959, PIW.

• Parker D., Voltaire. The Universal Man, Stroud, Gloucestershire 2005.

• Pearson R., Voltaire Almighty. A life in Puruit of Freedom, Bloomsbury Publishing London 2005.

• Peyssonnel Ch. de, Petite chronique du ridicule, Paris 2007.

• Pitt W., The Speeches of the Right Honourable the Earl of Chatham in the Houses of Lords and Commons, London 1848.

• Sorel A., Kwestia wschodnia w XVIII wieku, Warszawa 1981.

• Tomczak A. (red.), Polska--Francja : dziesięć wieków związków politycznych, kulturalnych i gospodarczych, Książka i Wiedza Warszawa 1988.

• Zawadzki W., Polska stanisławowska w oczach cudzoziemców, Warszawa 1963.

wtorek, 12 czerwca 2018

Oliver Bullough: "Ostatni Rosjanin"

Książka Olivera Bullougha: „Ostatni Rosjanin. Jak ocalić ginący naród?” z 2013 roku (polskie wydanie: przeł. Patrycja Zarawska, Read Me Łódź 2016) jest udaną próbą przebicia się przez putinowską propagandę sukcesu. Jest to spojrzenie na Rosję brytyjskimi oczami. Zaczyna się od tego, że Rosjanie poważniej traktują Nowy Rok niż ludzie Zachodu, m.in. by sobie coś obiecać na nowy rok lub wspólnie się pośmiać i popić (s. 8). Rosjanie często piją cały czas, tego się nie da nazwać nawet alkoholizmem. Przeciętny Rosjanin pije 3 razy tyle rocznie co Niemiec i 4 razy tyle co Portugalczyk (s. 11), w latach 1940-80 spożycie alkoholu w Rosji wzrosło 10 razy. Tysiące wsi opustoszało, statystyczny rosyjski facet nie dożywa emerytury, choć pijaństwo nie jest problemem wyłącznie męskim. ZSRR zabijał w ludziach nadzieję, stąd chlanie (s. 17), ale już wcześniej królowała beznadzieja, zniesienie poddaństwa w 1861 nie dało chłopom prawa do przemieszczania się (s. 27), stąd bieda i plagi pijaństwa oraz dzieciobójstwa.
Gdy w 1941 roku przybyli Niemcy, byli wygłodniali i szukali jajek i lepszej żywności; klęli na Hitlera jak na Stalina, okradali Rosjan i Ukraińców z trzody, ale pootwierali cerkwie i pozwalali zatrzymać ziarno dla siebie, III Rzesza była ludzka w porównaniu z ZSRR, a Niemcy dbali by nie zrażać sobie tyłów frontu (s. 43). Publikowali dowcipne gazetki: „jaka jest kara za bigamię? Dwie teściowe”, opowiada Giermangienowicz. Jedną z tych gazetek była „Nowaja Droga” w Rydze, a w 1942-1944 „Nowaja droha” po białorusku. Był to – choć wtyd przyznać – okres największego rozkwitu kultury białoruskiej, jaką tępiono przez cały wiek XIX i XX (s. 163). Nieprawdą jest też, że ZSRR stał się bardziej ludzki po pokonaniu Niemiec. Pod koniec lat 40 w łagrach było 2,5 mln ludzi, milion więcej niż w 1945 (s. 60). Ojciec Dimitrij opowiada, o tym, że Cerkiew nawet nie pomyślała o opieraniu się bolszewikom, w końcu Cerkiew zawsze słuchała władzy świeckiej w Rosji. W 2010 roku Putin uczynił Archipelag Gułag lekturą obowiązkową, ale KGB nie dało wglądu w dokumentację obozową (s. 72). Poza mrozem, ludzi zabijały komary i pluskwy latem, pisał o chmarze pluskiew m.in. pisarz Oleg Wołkow. Ojca Dymitrija KGB straszyło Żydami i ich spiskiem (niby na rzecz CIA), by donosił wywiadowi, stary numer wykorzystywanie antysemickich obsesji księży (s. 84). Dimitrij twierdzi, że Rosja to kraj prawosławia, prawosławni sa Rosjanami, a nie kosmopolitami jak irlandzcy czy włoscy katolicy (tu autor nieco unosi brew w zdziwieniu – s. 269). W styczniu 1992 Jakunin ujawnił skalę szpiegowania Cerkwi przez bezpiekę (s. 285). Pianistka Tania, szwagierka znajomego Olivera opowiada o swej nauczycielce Oldze Aczkasowej, której rodzice przenieśli się do Niemiec, a która potem żyła w Niemczech jako zona Niemca, III Rzesza nie zrobiła jej krzywdy, choć polowano na „zdrajców rasy” czasem, natomiast powitanie krasnoarmiejców po rosyjsku wtrąciło ją do łagru (s. 91).
Przed 1917 roku do cerkwi chodzili prawie wyłącznie analfabeci, inni mieli dość, to samo stało się wobec komunizmu w latach 60 i 70, tylko prostacy byli nadal komunistami szczerymi (s. 116). Rosjanie zaniżają ilość ofiar wojny i pomniejszają problem alkoholizmu. W 1999 roku w RFN urodziło się 150 tys dzieci więcej niż w Rosji, choć Niemcy mają 82 mln ludzi, a Rosja – 140 (s. 127). W 1991 roku w Rosji na Rosjankę przypadało 3,4 aborcji (s. 133). Od 1960 roku bolszewicy hurtem posyłali dysydentów do psychuszek (s. 155). Dopiero Carter brał pod uwagę opinie i rady rosyjskich dysydentów w kontaktach z ZSRR (s. 171). ZSRR pozwolił wyjechać niektórych Żydów, ale tylko starych, których nie można było eksploatować. Dziś Rosjanie twierdzą, że kampania antyalkocholowa Gorbaczowa była pomyłką, tymczasem tylko wówczas Rosja odbijała się od demograficznego dna (s. 265), dziś Putin przypisuje sukces sobie, ukrywając jaka zapaść czeka Rosję za parę lat. „W latach 80. Były szkoły, dzieci, a teraz nic” (s. 276).
Nie będzie lepiej – ostatni bunt antyputinowski był w 2008 roku, gdy ludzie w Moskwie wkurzyli się, że wybory mówią tylko tyle czy Putin będzie prezydentem czy premierem; ale Putin rozgonił protesty, po czym zaczął nękać opozycję (Ksenia Sobczak, Aleksiej Nawalny), dawniej tylko Jurodiwi – głupki wioskowe mogli być opozycją, i chyba znowu tak będzie (s. 298).Autor nie zostawia żadnej nadziei na poprawę stosunków w Rosji. Ten kraj ginie … oby bez hałasu.

czwartek, 12 lutego 2015

Carlos Fuentes: „Contra Bush”

Zmarły w 2012 roku, wybitny pisarz i dyplomata (1975-1977 ambasador Republiki Meksyku w Paryżu) meksykański, liberał z poglądów, krytyk Chaveza (nazywał go „tropikalnym Mussolinim”), Reagana i Busha-juniora, w dzienniku politycznym z lat 2000-2004, wydanym w 2004 roku pod tytułem Contre Bush (polska edycja w tłumaczeniu Pauliny Bojarskiej Świat Książki Bertelsmann Warszawa 2005), Fuentes wykpiwa politykę administracji Busha-Cheneya. Książka jest dedykowana Arthurowi Schlesingerowi (1917-2007), stronnikowi amerykańskiej Partii Demokratycznej, Clintonów i Kennedych, co pokazuje, że Fuentes nie jest jakimś kolejnym nawiedzonym Latynosem, nie znoszącym USA, lecz świadomym i obeznanym krytykiem pewnego stylu w jakim czasem politykę zagraniczną prowadzą amerykańscy Republikanie (s. 5), odrzucający Clintonowskie wezwanie do prób rozumienia wzajemnych zależności politycznych. carlos fuentes cb Na początek (wpis z 1 sierpnia 2000 r.) Fuentes bierze na cel hasła „współczującego konserwatyzmu” głoszonego przez administrację Busha, które zdecydowanie nie pasuje do zwariowanego libertarianina Richarda Cheneya, pierwszego mózgu owej administracji (s. 9). Cheney to jak wylicza Fuentes, zwolennik: legalizacji killer bullets, apatheidu w RPA, trzymanie Mandeli w więzieniu, podobnie jak najbardziej konserwatywny senator Jesse Helms. Cheney to typowy petrolowy polityk, popierający sankcje ekonomiczne w stosunku do krajów, które ropy nie mają (Kuba), ale wrogi sankcjom wobec roponośnym. Cheney żałował, że „dobry Bóg” nie umieścił ropy w krajach demokratycznych (s. 11), swoją drogą to właśnie łatwa forsa jest stronnikiem tyranów. Cheney, reprezentant Wyoming nie reprezentował nikogo prócz nafciarzy, co ciekawe podobnie według Fuentesa czynił także demokrata Al Gore (finansowany przez nafciarza Armanda Hammera), za miękka postawę wobec rosyjskich nafciarzy krytykował go Bush jr, ale ze względu na Cheneya przestał. W 2000 roku Fuentes bał się, że nowy prezydent Meksyku Vincente Fox nie da rady obronić naftowego Pemexu przed naftowymi interesami USA. W tekście z 6 XI 2000 roku Fuentes dziwi się, że mimo iż rząd Clintona był znakomity (spadek zadłużenia, bezrobocia, przestępczości, wzrost tolerancji i dobrobytu), Gore w swej kampanii dystansował się od jego osiągnięć, mimo oczywistej bliskości ideowej, Amerykanie wybrali więc Busha, który nie przejawiał nadaktywności reformatorskiej (s. 15). Co do florydzkiej nocy wyborczej (tekst z 24 XI), Fuentes żałuje, że garść reakcjonistów kubańskich z Miami, może przerwać legalne liczenie głosów (s USA mówiono o meksykanizacji polityki amerykańskiej) i krytykuje przyjęty w 1787 roku konsensus co do liczenia głosów, dający przewagę małym stanom (s. 20). W tekście z 18 stycznia 2001 roku pisze Fuentes o faktycznej twarzy Busha, czyli promowaniu reakcyjnego Johna Ashcrofta (z Uniwersytetu Boba Jonesa zwalczającego międzyrasowe małżeństwa i promującego segregację rasową w szkolnictwie) na stanowisko prokuratora gen. Wobec spraw dotyczących relacji USA-Meksyk, Fuentes (tekst z 9 II 2001), liczył, że ścisłe jak nigdy przedtem relacje obu państw przyczynią się wreszcie do rozwiązania kilku stałych problemów, np. w USA zrozumie się, że meksykańscy odpowiednich Ala Capone znikną dopiero jak USA przestaną wreszcie karać samych używających narkotyki (s. 24), a nielegalna imigracja do USA ustąpi dopiero jak wdroży się programy wzorowane choćby na niemieckim programie Gastarbeiterów. Vincente Fox miał, wg Fuentesa szanse załatwić te sprawy, skoro nie reprezentował demo-dyktatorskiej partii PRI. 25 lutego 2001 roku pisze Fuentes o Bushu, który jednocześnie starał się przypodobać Afroamerykanom i Kennedym, a w tym samym czasie dawał publiczne pieniądze kościołom (s. 28). Podobnie jak Mitterand, który w 1981 roku pytał Williama Styrona i Arthura Millera o to jak to możliwe, że wybrano Reagana (odpowiedzieli, że w USA uwielbia się gwiazdy filmowe), Fuentes pyta jak to możliwe, że Bush gorszy jeszcze od głupiego Reagana czy inteligentnego lecz niemoralnego Johnsona/Nixona, bo głupi i niemoralny został wybrany. Fuentes stopniowo w pisanych niemal na żywo tekstach coraz szerzej otwiera oczy. Oburza go wysłanie satelitów szpiegowskich nad Chiny, zerwanie rozmów z Koreą Płn., wypowiedzenie traktatu z Kioto, budowa autostrad w rezerwatach leśnych, likwidacja biura ds. walki z AIDS, i badań nad obecnością salmonelli w szkolnych posiłkach (s. 32). Wszystko to jawi się Fuentesowi jako rynkowy leninizm. Richard Perle, dawny antyeuropejski „strateg” Reagana, został twarzą polityki zagranicznej Busha jr. Fuentes odnotował też nagonkę na liberalnych intelektualistów mających swoje zdanie nt. polityki antyterrorystycznej Busha (Bill Maher stracił sponsorów jak nazwał terrorystów „kryminalistami, ale nie tchórzami”, Tom Gutting – robotę za krytykę niezdecydowania Busha 11.09., nieprzyjemności mieli też Peter Jennings i Dan Rather (s. 43). Fuentes podpisuje się pod stwierdzeniami Touraine’a, Oscara Ariasa, Grassa i Sorosa dotyczących niesprawiedliwości gospodarczej jako przyczyn terroryzmu islamskiego i innego (s. 44-46). Osobiście nie jestem przekonany, uważam bowiem, że to głównie bałagan prawny i korupcja powoduje, że terroryzm jest opłacalny, a temu USA nie są winne, co nie znaczy, że jakiejś formy pomocy prawno-administracyjnej nie można by przedsięwziąć (są przecież takie menadżersko-prokuratorskie misje np. UE). 2 grudnia 2001 roku Fuentes pisał o Argentynie i Meksyku i ich ekonomicznych problemach, oraz o tym, że terroryzm islamski całkowicie odciągnął uwagę USA od Latynoamaeryki. Europie zarzuca Fuentes mrzonki o własnej potędze (s. 59), innym kontynentom wiarę w zderzenie cywilizacji („nikt nie ma monopolu na barbarzyństwo”), kubańskim reakcjonistom z Miami utrudnianie pogodzenia USA z Kubą, w czasach gdy UE wchodzi na kubański rynek (s. 65) i izolacja staje się fikcją, zaleca reelekcję Cartera, który odsłużył w końcu tylko jedną kadencję, a mógłby pomóc w tej kwestii. Rumsfeldowi w lipcu 2002 zarzuca demonizowanie i atakowanie Trybunału w Hadze. USA zarzuca zbyt nagłe porzucenie Saddama, które było sygnałem ostrzegawczym np. dla Turcji (s. 76). Fuentes uważał we wrześniu 2002 roku, że nieprzygotowana wojna i okupacja Iraku, miała za cel tylko reelekcję Busha. W lutym 2003 roku Fuentes ostrzegał przed światem jednobiegunowym (s. 102), choć to trochę stoi w sprzeczności z krytkowaniem krajów UE za mocarstwowe mrzonki. Wraz z chwalonym przezeń Villepinem, Fuentes ostrzega też przed zbyt częstym stawianiem siły ponad prawem. Teorię Huntingtona o zderzeniu cywilizacji, bierze Fuentes (tekst z kwietnia 2004 r.) za purytański rasizm charakterystyczny dla Anglosasów XIX wieku (s. 112). H. pisze o Angloameryce, choć USA to też francuska Luizjana, hiszpańska Floryda, rosyjska Alaska itd. Meksykanów i muzułmanów, ma H. za najeźdźców, choć pierwsi przyjeżdżają pracować, a muzułmanie przezywają właśnie wojnę domową fanatyków z moderatami. Latynoscy imigranci pracują najwięcej z wszystkich Amerykanów (największy procent osób zatrudnionych na rodzinę), a miliard dolców na edukację ich w Kalifornii, oznacza dla Kalifornii 16 miliardów federalnych pieniędzy na pomoc edukacyjną. Także dwujęzyczność florydzka powinna być uważana jak wszędzie na świecie za szansę kulturową, a nie za zagrożenie uważa Fuentes (s. 116). Słusznie chwali Fuentes de Villepina i Chiraca za ambitne ale realne plany wspólnej odbudowy Iraku, choć moim zdaniem powinien także dostrzec utrudnianie przez Francję utworzenia koalicji antysaddamowej, o czym przytomniej pisze inny anty-Bushysta Paul Berman. Mimo wszystko felietony Fuentesa są dość trafne i trafnie podsumowane przez cytat z Clintona: „Polityka nie jest teologią. Oznacza rządy opatre na oczywistych faktach, a nie dogmatach” (s. 138).

Liberalizm w Australii – zarys historyczny

Liberalizm australijski, kanadyjski czy nowozelandzki są często pomijane w opracowaniach na temat liberalizmu w ogóle, choć są niezwykle interesujące, ze względu na specyficzne warunki w jakich społeczeństwa te powstały. Australijczycy nie przeżyli typowego dla Anglii, etapu kastowego. Od początku anglosaska elita polityczna tego kraju była elitą gentelmanów i ludzi zamożnych, raczej otwartą niż zamkniętą dla nowych ludzi. australia flaga_300 Australia ma dość nietypową tradycję polityczną. Autralia zaczęła swój polityczny byt w miejscu nazwanym w 1770 przez Jamesa Cooka Zatoką Botaniczną (Botany Bay, aborygeni zwali je Kurnell). Cook, w sposób typowy dla XVIII-wiecznych intelektualistów, idealizował aborygenów jako „szlachetnych dzikusów”, jednak w XIX wieku optyka ta się bardzo zmieniła. W 1788 roku powstały w Australii pierwsze osiedla, mające charakter kolonii karnych. Przybyła wówczas tzw. I flota, z 751 skazańcami, pilnowanymi przez 250 żołnierzy oraz z grupą urzędników z żonami. Kapitan Athur Phillip, przywódca całego przedsięwzięcia starał się nadać mu formę misji cywilizacyjnej i utrzymać porządek i praworządność na wysokim poziomie. Zaprzyjaźnił się nawet z Aborygenem imieniem Bennelong, który mieszkał mniej więcej w miejscu gdzie dziś stoi słynna Opera w Sydney. Warunki zamieszkania pierwszych kolonistów (w 1793 roku przybyli pierwsi wolni osadnicy) bywały ciężkie, niemniej jednak wizje historyków sprzed kilku dekad, jak np. Roberta Hughesa porównujące życie więźniów do gułagu, są nieporozumieniem. W Londynie mówiono więcej o daniu skazańcom drugiej szansy niż o karze. Najgorzej wiodło się kobietom, stanowiącym zaledwie 1/5 pierwotnej białej populacji, i narażonym w związku z tym na wiele przykrości na tle seksualnym, oraz ci więźniowie, którzy dostali się w ręce Johna Macarthura i jego „rumowego korpusu” (Rum Corps), grupce feudalnie żyjących oficerów, traktujących skazańców jako prywatne źródło siły roboczej na ich farmach. „Korpus” przyjaciół Macarthura starał się odtworzyć typową brytyjską klasowość, lecz ich samowola została ukrócona przez gubernatora Nowej Południowej Walii (New South Wales – NSW) Lachlana Macquaire w 1810 roku . W 1817 roku gubernator Macquaire, który starał się przekształcić Nową Południową Walię w zwykłą kolonię cywilną, utworzył, wbrew woli władz w Londynie, pierwszy duży bank australijski . Kolejni gubernatorzy zrównali w prawach „emancypowanych” ex-skazańców i cywilnych kolonistów (tzw. „ekskluzywnych”). Brytyjska klasowość powoli odchodziła do lamusa. Do 1840 roku Australia pełniła rolę przede wszystkim kolonii karnej, stąd niemal wszystkie najstarsze miasta Australii były koloniami skazańców, z wyjątkiem Perth (zał. 1829, do 1891 roku ta stolica Australii Zachodniej miała poniżej 10 tys. mieszkańców), Adelaide (zał. 1836, dziś stolica Australii Południowej, w XIX wieku osiedliło się tam wielu Niemców, a w czasie wolny wietnamskiej – Azjatów) i Melbourne (zał. 1835, stolica stanu Wiktoria na południe od NSW). W latach 40. XIX wieku ustały transporty więźniów. Do dziś wielu Australijczyków lubi się chwalić wytropionym przodkami-kryminalistami. Nie znaczy to jednak, że kraj toczy przestępczość, wręcz przeciwnie. W latach 50. Okazało się, że młode australijskie społeczeństwo nie spełnia wiktoriańskich standardów, co budziło zmartwienie elit i moralistów. W Sydney i Melbourne (inne miasta dopiero raczkowały) dobrze czuli się komicy i aktorzy, uciekający przed brytyjskim konserwatyzmem społecznym. Australia coraz bardziej stawała się brytyjską kontrkulturą. Kwitła prostytucja, a gorączka złota (1851) zachęciła wielu Chińczyków do przyjazdu (1860-1861), którzy zwykle zarabiali na życie jako hodowcy warzyw w przydomowych ogródkach, ale w umysłach moralistów głównie handlowali opium . W 1854 roku wybuchł pierwszy republikański bunt w kolonii Wiktorii pod wodzą charyzmatycznego Irlandczyka Petera Lalora (jego ludzie wymyślili flagę z Krzyżem Południa), zazwyczaj jednak polityka australijska znajdowała sobie miejsce w systemie brytyjskiego imperium. Wcześni politycy australijscy, mimo pewnych różnic ideologicznych mieli dość podobny światopogląd na który składały się: mateship czyli egalitarny duch solidarności obywatelskiej, nakazujący postrzegać państw jako wielki zakład użyteczności publicznej , pewien stale obecny anty-intelektualizm , romantyczny męski etos zdobywcy buszu (choć jednocześnie prawa wyborcze kobiety otrzymały w koloniach australijskich wyjątkowo wcześnie, bo jeszcze przed końcem XIX wieku), oraz jednolicie anglosaski dość rasistowski (choć nie bardzo jak na standardy XIX i wczesnego XX wieku) sposób postrzegania świata (niechęć do aborygenów, czy chińskich i japońskich imigrantach przybyłych w czasie gorączki złota, a potem wydalanych i więcej nie wpuszczanych w ramach polityki „białej Australii”). Irlandzcy katolicy zamieszkali w Australii, niechętni byli Londynowi, równie mocno jak kanadyjscy frankofobi, lecz, nie mieli oporu z identyfikowaniem się ze swoimi anglosaskimi protestanckimi sąsiadami. Do autorów promujących mateship i dumnie nazywający siebie „Buszmenami” należeli Henry Lawson i „Banjo” Peterson. Obaj ci poeci i dziennikarze związani z popularnym magazynem „Bulletin” wyróżniali się także daleko posuniętym maczyzmem i mizoginizmem; przedstawiali bowiem kobiety albo jako słodkie seksowne idiotki, albo złośliwe i wredne stare babsztyle . O potrzeby i godność kobiet upominała się wtedy Barbara Baynlan. W połowie XIX wieku Australijskiej białej ludności było około miliona (Aborygenów w początkach wieku XIX było ok. 300 tys.), w 1890 już 3 miliony. Byłoby zapewne więcej gdyby nie oddalenie Australii od UK i USA, oraz fakt, iż śródkontynentalna pustynia („martwe serce kraju”) ni była szczytem marzeń kolonistów. W 1901 powstał Związek Australijski i pierwszy ogólno-australijski rząd Edmunda Burtona, szefa Patrii protekcjonistycznej, który pokonał kandydatów z Partii Wolnego Handlu i Partii Pracy. Pierwotnie parlament federalny (każdy stan Australii ma własna konstytucję i rząd) obradował w Melbourne (od 1927 roku w nowej stolicy Canberrze, budowanej od 1913 roku). Jedną z pierwszych decyzji parlamentarnych było zapoczątkowanie słynnej antyimigracyjnej White Australia Policy. Liberałowie tacy jak Alfred Deakin (drugi premier Australii, 1903-1904) starli się łagodzić napięcia społeczne, tak by uniemożliwić wzrost konserwatystów i laburzystów (Deakin ostrzegał przed „socjalistycznym tygrysem”) . Polityka łącząca dynamiczny kapitalizm z pełnym współczucia systemem socjalnym znana była w darwinistycznym społecznie Londynie jako „Australian settlement” („australijski porządek”) . W 1909 roku Protekcjonisci połączyli się z Partią Wolnego Handlu, tworząc Związkową Partię Liberalną – Commonwealth Liberal Party bardzo zróżnicowaną wewnętrznie. W Australii szybko wykształciła się tradycja silnego wpływu państwa na gospodarkę, i CPL nie próbowała z tym dyskutować, a jedynie hamowali centralizm i nadmierny interwencjonizm socjalistyczny Australian Labour Party. ALPO powstała w odpowiedzi na kryzys spekulacyjny lat 90. XIX wieku. Uważający się za obrońców ludności przed lewicowymi ekscesami i nieodpowiedzialnymi akcjami różnych grup) liberałowie przetrwali akcje strajkowe laburzystów i zmusili ich do współpracy . Jednocześnie bronili też praw pracowniczych kobiet wbrew konserwatywnym moralistom, i ALP i jej związkom zawodowym . Jeszcze egzotyczniej dla Europejczyka wygląda sojusz moralistów i moralistek prohibicyjnych z liberałami, przeciw ALP, która została utożsamiona z pijaństwem i popędami. W latach 1910-1913 laburzystom udało się przejąć po raz pierwszy władzę na nieco dłużej. Wprowadzili oni zasiłki macierzyńskie, które popierała też CLP, z tą różnicą, że dali je wszystkim matkom, a CLP chciała dawać je jedynie tym uboższym (posłowie ALP nie chcieli, by ubogie matki czuły się jeszcze biedniejsze) . Mimo antyimperialnego światopoglądu większości Australijczyków, nawet laburzyści z wielkim entuzjazmem poparli Wielką Brytanię w czasie I wojny światowej i już w 1915 roku mówiono o powszechnym poborze (jakiż kontrast w porównaniu z np. Kanadą), sprawa poboru podzieliła ALP (przeciwko poborowi był m.in. mocno powiązany z prawym jej skrzydłem Kościół Katolicki, co spowodowało, że katolickich zwykle Irlandczyków zaczęto nazywać zdrajcami) , co spowodowało, że laburzystowski premier William Hughes musiał wymienić skład gabinetu i oprzeć się na liberałach, którzy przekształcili się w 1917 w Nacjonalistyczną Partię Australii (NPA). Socjalista Hughes znany był z krytyki idealistycznych planów prezydenta USA Wilsona i Ligi Narodów, co przysporzyło mu wielkiej sympatii w Australii. Od 1922 roku NPA była w sojuszu z agrarystami (Coutry Party – CP). W 1931 roku NPA przekształciła się w Partię Zjednoczonej Australii (UAP) , a w 1945 w Partię Liberalną – LPA . Od 1931 roku parlament brytyjski nie mógł już tworzyć ustaw dotyczących Australii, bez zgody jej parlamentu . Lata 20. Upłynęły pod znakiem ekonomicznego boomu i bezprecedensowej wolności obyczajowej, a pod względem muzycznym – jazzowo. Kryzys 1929 roku w Australii miałby łagodny przebieg, dzięki ustawodawstwu socjalnemu, jednak spadek światowych cen wełny i zboża nie mógł nie uderzyć w społeczeństwo rolniczego kraju. Podczas II wojny światowej i wkrótce po niej (aż do 1949 roku) Australią rządzili laburzyści, co oznaczało ofensywę keynesizmu, centralizmu i interwencjonizmu (zwłaszcza po wojnie, kiedy laburzyści przejęli też władzę w Brytanii), a nawet (1944) krótkotrwałą wojnę z prasą, wbrew deklaracjom o przywiązaniu laburzystów do wolności opinii i religii . Szef liberałów Robert Menzies straszył przed widmem socjalistycznego lewiatana. II wojna światowa, w czasie której to USA a nie UK uratowały Australię przed Japończykami, zadziałała ujemnie na przywiązanie Australijczyków do Londynu (Menzies zaczynał być w tym przywiązaniu wyjątkowy), oraz wzmogło starania o zaludnienie kraju imigrantami z Europy i Bliskiego Wschodu w celu zwiększenia masy politycznej Australii (hasło: populate or perish). W powojennej Australii grupa tzw. angry penguins – modernistycznych intelektualistów pod wodzą dziennikarza Maxa Harrisa starała się wynaleźć lub może raczej odkryć oddzielny australijski etos narodowy m.in. na bazie egalitaryzmu i progresywizmu (trudno bowiem nawet dziś mówić o typowych Australijczykach, tak bardzo zróżnicowane jest to społeczeństwo). W 1938 roku Aborygeni zorganizowali się i poprosili państwo o opiekę. W 1965 rozpoczęły się protesty inspirowane amerykańskim ruchem praw obywatelskich dla czarnoskórych. W referendum w tej sprawie w 1967 roku 97% respondentów zagłosowało nad pełnią praw obywatelskich dla Aborygenów. Przegrał on jednak wybory w 1946 roku, i dopiero antykomunistyczna atmosfera późnych lat czterdziestych, i umocnienie sojuszu z agrarystami (przeciwnymi tradycyjnie centralizmowi i wolnorynkowcami) przyniosły Menziesowi w 1949 roku zwycięstwo wyborcze. Umiejętnie strasząc komunizmem i bazując na boomie gospodarczym lat 50. 60. Menzies utrzymał się u władzy rekordowo długo, bo aż do 1966 roku, po czym niepokonany odszedł na polityczną emeryturę . W latach 70. To ALP zaczęła przesuwać się na pozycje liberalno-centrowe, podczas gdy Partia Liberalna stawała się coraz bardziej prawicowo-konserwatywna. Menzies wykazywał pewne tendencje autorytarno-konserwatywne już w 1938 roku, gdy podczas wizyty w Niemczech wygłosił kilka pochwalnych uwag dla ustroju III Rzeszy. Już w czasie swego drugiego, dłuższego premierostwa, próbował zroganizować referendum w celu zdelegalizowania Partii Komunistycznej, inicjatywę jednak zablokowali labourzyści. Zarówno Menzies, jak i jego następca Harold Holt (premier w latach 1966-67) popierali wojnę USA przeciwko Północnemu Wietnamowi, i wysłali tam australijskich żołnierzy. John Gorton (premier w latach 1967-1971) utrzymał ich obecność w Wietnamie. Gorton postrzegany był jako antyelitarystyczny „swój chłop”, a przez opozycję jako pijak. W latach 60. Intelektualiści australijscy często głosili, iż Australia pod rządami Menziesa stała się krajem zanadto konserwatywnym, nudnym i pełnym hipokryzji. Z tej fali skorzystał polityk ALP Whitlam. Premier w latach 1972-1975, Gough Whitlam z Partii Pracy, był tym liderem, który przekształcił tą lewicową partię w socjalliberalną progresywną centrolewicę, wypełniając lukę, która powstała w wyniku coraz silniejszego przekształcania się Partii Liberalnej w ugrupowanie de facto konserwatywne. Ojciec Gougha Whitlama, prawnik, który specjalizował się w kwestiach praw człowieka miał wielki wpływ na światopogląd syna. Ponieważ ALP nie miała większość w senacie, nie udało się Whitlanowi przeforsować wprowadzenia powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, za to udało się wprowadzenie bezpłatnego szkolnictwa wyższego, zniesienie poboru do armii, rozwodów bez orzekania o winie (no-fault divorce) i zniesienie White Australia Policy, na rzecz multikulturalizmu, zniesienie protekcjonizmu handlowego, oraz ostateczne zniesienie dyskryminacji Aborygenów. Lata 70. To okres bujnego rozwoju kina australijskiego i literatury (Australia jest m.in. potęga jeśli chodzi o literaturę dla dzieci i młodzieży). Dziś obok Anglosasów jak Kim Scott, literaturę australijską współtworzą Azjaci (np. Malezyjczyk z urodzenia Hsu-Ming-Teo). Kolejny premier, tym razem z liberalnej LPA, Malcolm Fraser, w przeciwieństwie do Menziesa czy wręcz neokonserwatywnego Johna Howarda (reprezentującego prawe skrzydło LPA), dość umiarkowany i progresywny (zwiększył wydatki socjalne państwa), zahamował chwilę proces stawania się LPA partią jedynie konserwatywną. Fraser potępiał i RPA i Moskwę, choć nie zabronił pojedynczym sportowcom udziału w olimpiadzie w Moskwie w 1980 roku. Tak jak Fraser był niezbyt konserwatywny, tak jego następca z Partii Pracy Bob Hawke (premierostwo w latach 1983-1991) był uważany za zdrajcę ideałów lewicy, ponieważ niczym neoliberalna (konserwatywno-wolnorynkowa) Nowa Prawica w USA i UK (Reagan, Thatcher) sprywatyzował wiele gałęzi gospodarki. Mimo to ALP utrzymała się przy władzy. Jego kolega i następca Paul Keating znany jest głównie z dość dziwaczej próby uczynienia Australii krajem bardziej azjatyckim, skoro kontakty gospodarcze z Azją zdawały się zaczynać dominować nad tymi z Zachodem . John Howard (premier 1996-2007) był już typowym reaganistą prywatyzującym to co się da i konserwatywnym społecznie. Politycznie współpracował z USA czasów George’a W. Busha. Kevin Rudd (2007-2010) to z kolei wcielenie amerykańskiego guilty liberal rozwijającego w sobie międzycywilizacyjną wrażliwość. Rudd, znawca i miłośnik Chin, przeprosił oficjalnie Aborygenów za ich zwalczanie w przeszłości (zwłaszcza w odniesieniu do tzw. Stolen Generations – przymusową asymilację dzieci Aborygenów, w latach 1900-1970 pod różnymi pretekstami odbieranymi rodzinom, na wychowanie przez białych), wycofał też wojska Australii z Iraku (2009), lecz jego ekologiczne projekty już nie były tak udane w grudniu 2009 senat głosami posłów LPA odrzucono jego plan klimatyczny (Australia emituje najwięcej CO2 na obywatela wśród państw rozwiniętych) , stąd w 2010-2013 rządy przejęła jego koleżanka z partii Julia Gillard, pierwsza kobieta-szef APL i pierwsza premierka Australii. O różnicy między konserwatywnymi i czasem wręcz fanatycznie bogobojnymi USA, a rządzoną przez LPA Australią najlepiej świadczy fakt, że Gillard nie wstydzi się mówić w TV, o swoim ateizmie, czy swej podjętej w młodości decyzji by nie mieć dzieci. Gillard zaangażowała się w projekt obozu dla uchodźców w Timorze Wschodnim, który jednak nie został zrealizowany po zmianie zdania tamtejszego rządu. W 2013 roku po partyjnym głosowaniu na krótko do władzy wrócił Rudd. Od września 2013 premierem Australii jest Tony Abott z Partii Liberalnej, znany ze swego religijnego konserwatyzmu (niedoszły absolwent katolickiego seminarium duchownego), pewnej dozy męskiego szowinizmu i sprzeciwu wobec ograniczeń emisji zanieczyszczeń (bronił tej optyki przed Ruddem). Szef umiarkowanych „liberałów” Malcolm Turnbull w 2009 roku uważał Abotta za skrajnego w swych klimatycznych poglądach i wieszczył upadek partii, która będzie miała opinię nieczułej na sprawy ekologii . Mylił się. Tony Abott należy, podobnie jak premier Kanady Harper, do zajadłych krytyków awanturniczej ukraińskiej polityki Władimira Putina, co objawiło się podczas organizowanego przez Abotta zjazdu G-20. Abott utrwala wypaczony obraz prawicowego neoliberalizmu jako liberalizmu głównego nurtu, bowiem jego partia, mimo neokonserwatywnej polityki zewnętrznej i wewnętrznej nadal nazywa się Partią Liberalną. Abott dąży do ograniczenia socjalu, dąży np. do przywrócenia systemu „zasiłku za pracę” zlikwidowanego przez ALP w latach 90. (bezrobotni, którzy nie przyjmą proponowanej im przez rząd, czy samorządy oraz organizacje charytatywne, pracy automatycznie tracą zasiłek). System ma obowiązywać od czerwca 2014 roku. Praca tego typu ma trwać najwyżej 3 miesiące, by nie zagrozić etatowej sile pracowniczej (mimo to obawy pozostają, że zagrozi. Już w latach 90. Melbourne University uznał system za nieefektywny). W Australii bezrobotnych jest ok. 800 tysięcy osób . Australijczycy są powszechnie postrzegani jako mizoginiczni wieśniacy, lub wędrowni poszukiwacze przygód, choć znaczna większość Australijczyków mieszka w wielkich miastach (już same Sydney i Melbourne mają razem niemal 8 mln. Mieszkańców, a nawet położone na zachodzie Perth ma półtora miliona, cała zaś Australia ma 22 mln mieszkańców) i ma poglądy progresywne.