Loading...

czwartek, 12 lutego 2015

Carlos Fuentes: „Contra Bush”

Zmarły w 2012 roku, wybitny pisarz i dyplomata (1975-1977 ambasador Republiki Meksyku w Paryżu) meksykański, liberał z poglądów, krytyk Chaveza (nazywał go „tropikalnym Mussolinim”), Reagana i Busha-juniora, w dzienniku politycznym z lat 2000-2004, wydanym w 2004 roku pod tytułem Contre Bush (polska edycja w tłumaczeniu Pauliny Bojarskiej Świat Książki Bertelsmann Warszawa 2005), Fuentes wykpiwa politykę administracji Busha-Cheneya. Książka jest dedykowana Arthurowi Schlesingerowi (1917-2007), stronnikowi amerykańskiej Partii Demokratycznej, Clintonów i Kennedych, co pokazuje, że Fuentes nie jest jakimś kolejnym nawiedzonym Latynosem, nie znoszącym USA, lecz świadomym i obeznanym krytykiem pewnego stylu w jakim czasem politykę zagraniczną prowadzą amerykańscy Republikanie (s. 5), odrzucający Clintonowskie wezwanie do prób rozumienia wzajemnych zależności politycznych. carlos fuentes cb Na początek (wpis z 1 sierpnia 2000 r.) Fuentes bierze na cel hasła „współczującego konserwatyzmu” głoszonego przez administrację Busha, które zdecydowanie nie pasuje do zwariowanego libertarianina Richarda Cheneya, pierwszego mózgu owej administracji (s. 9). Cheney to jak wylicza Fuentes, zwolennik: legalizacji killer bullets, apatheidu w RPA, trzymanie Mandeli w więzieniu, podobnie jak najbardziej konserwatywny senator Jesse Helms. Cheney to typowy petrolowy polityk, popierający sankcje ekonomiczne w stosunku do krajów, które ropy nie mają (Kuba), ale wrogi sankcjom wobec roponośnym. Cheney żałował, że „dobry Bóg” nie umieścił ropy w krajach demokratycznych (s. 11), swoją drogą to właśnie łatwa forsa jest stronnikiem tyranów. Cheney, reprezentant Wyoming nie reprezentował nikogo prócz nafciarzy, co ciekawe podobnie według Fuentesa czynił także demokrata Al Gore (finansowany przez nafciarza Armanda Hammera), za miękka postawę wobec rosyjskich nafciarzy krytykował go Bush jr, ale ze względu na Cheneya przestał. W 2000 roku Fuentes bał się, że nowy prezydent Meksyku Vincente Fox nie da rady obronić naftowego Pemexu przed naftowymi interesami USA. W tekście z 6 XI 2000 roku Fuentes dziwi się, że mimo iż rząd Clintona był znakomity (spadek zadłużenia, bezrobocia, przestępczości, wzrost tolerancji i dobrobytu), Gore w swej kampanii dystansował się od jego osiągnięć, mimo oczywistej bliskości ideowej, Amerykanie wybrali więc Busha, który nie przejawiał nadaktywności reformatorskiej (s. 15). Co do florydzkiej nocy wyborczej (tekst z 24 XI), Fuentes żałuje, że garść reakcjonistów kubańskich z Miami, może przerwać legalne liczenie głosów (s USA mówiono o meksykanizacji polityki amerykańskiej) i krytykuje przyjęty w 1787 roku konsensus co do liczenia głosów, dający przewagę małym stanom (s. 20). W tekście z 18 stycznia 2001 roku pisze Fuentes o faktycznej twarzy Busha, czyli promowaniu reakcyjnego Johna Ashcrofta (z Uniwersytetu Boba Jonesa zwalczającego międzyrasowe małżeństwa i promującego segregację rasową w szkolnictwie) na stanowisko prokuratora gen. Wobec spraw dotyczących relacji USA-Meksyk, Fuentes (tekst z 9 II 2001), liczył, że ścisłe jak nigdy przedtem relacje obu państw przyczynią się wreszcie do rozwiązania kilku stałych problemów, np. w USA zrozumie się, że meksykańscy odpowiednich Ala Capone znikną dopiero jak USA przestaną wreszcie karać samych używających narkotyki (s. 24), a nielegalna imigracja do USA ustąpi dopiero jak wdroży się programy wzorowane choćby na niemieckim programie Gastarbeiterów. Vincente Fox miał, wg Fuentesa szanse załatwić te sprawy, skoro nie reprezentował demo-dyktatorskiej partii PRI. 25 lutego 2001 roku pisze Fuentes o Bushu, który jednocześnie starał się przypodobać Afroamerykanom i Kennedym, a w tym samym czasie dawał publiczne pieniądze kościołom (s. 28). Podobnie jak Mitterand, który w 1981 roku pytał Williama Styrona i Arthura Millera o to jak to możliwe, że wybrano Reagana (odpowiedzieli, że w USA uwielbia się gwiazdy filmowe), Fuentes pyta jak to możliwe, że Bush gorszy jeszcze od głupiego Reagana czy inteligentnego lecz niemoralnego Johnsona/Nixona, bo głupi i niemoralny został wybrany. Fuentes stopniowo w pisanych niemal na żywo tekstach coraz szerzej otwiera oczy. Oburza go wysłanie satelitów szpiegowskich nad Chiny, zerwanie rozmów z Koreą Płn., wypowiedzenie traktatu z Kioto, budowa autostrad w rezerwatach leśnych, likwidacja biura ds. walki z AIDS, i badań nad obecnością salmonelli w szkolnych posiłkach (s. 32). Wszystko to jawi się Fuentesowi jako rynkowy leninizm. Richard Perle, dawny antyeuropejski „strateg” Reagana, został twarzą polityki zagranicznej Busha jr. Fuentes odnotował też nagonkę na liberalnych intelektualistów mających swoje zdanie nt. polityki antyterrorystycznej Busha (Bill Maher stracił sponsorów jak nazwał terrorystów „kryminalistami, ale nie tchórzami”, Tom Gutting – robotę za krytykę niezdecydowania Busha 11.09., nieprzyjemności mieli też Peter Jennings i Dan Rather (s. 43). Fuentes podpisuje się pod stwierdzeniami Touraine’a, Oscara Ariasa, Grassa i Sorosa dotyczących niesprawiedliwości gospodarczej jako przyczyn terroryzmu islamskiego i innego (s. 44-46). Osobiście nie jestem przekonany, uważam bowiem, że to głównie bałagan prawny i korupcja powoduje, że terroryzm jest opłacalny, a temu USA nie są winne, co nie znaczy, że jakiejś formy pomocy prawno-administracyjnej nie można by przedsięwziąć (są przecież takie menadżersko-prokuratorskie misje np. UE). 2 grudnia 2001 roku Fuentes pisał o Argentynie i Meksyku i ich ekonomicznych problemach, oraz o tym, że terroryzm islamski całkowicie odciągnął uwagę USA od Latynoamaeryki. Europie zarzuca Fuentes mrzonki o własnej potędze (s. 59), innym kontynentom wiarę w zderzenie cywilizacji („nikt nie ma monopolu na barbarzyństwo”), kubańskim reakcjonistom z Miami utrudnianie pogodzenia USA z Kubą, w czasach gdy UE wchodzi na kubański rynek (s. 65) i izolacja staje się fikcją, zaleca reelekcję Cartera, który odsłużył w końcu tylko jedną kadencję, a mógłby pomóc w tej kwestii. Rumsfeldowi w lipcu 2002 zarzuca demonizowanie i atakowanie Trybunału w Hadze. USA zarzuca zbyt nagłe porzucenie Saddama, które było sygnałem ostrzegawczym np. dla Turcji (s. 76). Fuentes uważał we wrześniu 2002 roku, że nieprzygotowana wojna i okupacja Iraku, miała za cel tylko reelekcję Busha. W lutym 2003 roku Fuentes ostrzegał przed światem jednobiegunowym (s. 102), choć to trochę stoi w sprzeczności z krytkowaniem krajów UE za mocarstwowe mrzonki. Wraz z chwalonym przezeń Villepinem, Fuentes ostrzega też przed zbyt częstym stawianiem siły ponad prawem. Teorię Huntingtona o zderzeniu cywilizacji, bierze Fuentes (tekst z kwietnia 2004 r.) za purytański rasizm charakterystyczny dla Anglosasów XIX wieku (s. 112). H. pisze o Angloameryce, choć USA to też francuska Luizjana, hiszpańska Floryda, rosyjska Alaska itd. Meksykanów i muzułmanów, ma H. za najeźdźców, choć pierwsi przyjeżdżają pracować, a muzułmanie przezywają właśnie wojnę domową fanatyków z moderatami. Latynoscy imigranci pracują najwięcej z wszystkich Amerykanów (największy procent osób zatrudnionych na rodzinę), a miliard dolców na edukację ich w Kalifornii, oznacza dla Kalifornii 16 miliardów federalnych pieniędzy na pomoc edukacyjną. Także dwujęzyczność florydzka powinna być uważana jak wszędzie na świecie za szansę kulturową, a nie za zagrożenie uważa Fuentes (s. 116). Słusznie chwali Fuentes de Villepina i Chiraca za ambitne ale realne plany wspólnej odbudowy Iraku, choć moim zdaniem powinien także dostrzec utrudnianie przez Francję utworzenia koalicji antysaddamowej, o czym przytomniej pisze inny anty-Bushysta Paul Berman. Mimo wszystko felietony Fuentesa są dość trafne i trafnie podsumowane przez cytat z Clintona: „Polityka nie jest teologią. Oznacza rządy opatre na oczywistych faktach, a nie dogmatach” (s. 138).

Liberalizm w Australii – zarys historyczny

Liberalizm australijski, kanadyjski czy nowozelandzki są często pomijane w opracowaniach na temat liberalizmu w ogóle, choć są niezwykle interesujące, ze względu na specyficzne warunki w jakich społeczeństwa te powstały. Australijczycy nie przeżyli typowego dla Anglii, etapu kastowego. Od początku anglosaska elita polityczna tego kraju była elitą gentelmanów i ludzi zamożnych, raczej otwartą niż zamkniętą dla nowych ludzi. australia flaga_300 Australia ma dość nietypową tradycję polityczną. Autralia zaczęła swój polityczny byt w miejscu nazwanym w 1770 przez Jamesa Cooka Zatoką Botaniczną (Botany Bay, aborygeni zwali je Kurnell). Cook, w sposób typowy dla XVIII-wiecznych intelektualistów, idealizował aborygenów jako „szlachetnych dzikusów”, jednak w XIX wieku optyka ta się bardzo zmieniła. W 1788 roku powstały w Australii pierwsze osiedla, mające charakter kolonii karnych. Przybyła wówczas tzw. I flota, z 751 skazańcami, pilnowanymi przez 250 żołnierzy oraz z grupą urzędników z żonami. Kapitan Athur Phillip, przywódca całego przedsięwzięcia starał się nadać mu formę misji cywilizacyjnej i utrzymać porządek i praworządność na wysokim poziomie. Zaprzyjaźnił się nawet z Aborygenem imieniem Bennelong, który mieszkał mniej więcej w miejscu gdzie dziś stoi słynna Opera w Sydney. Warunki zamieszkania pierwszych kolonistów (w 1793 roku przybyli pierwsi wolni osadnicy) bywały ciężkie, niemniej jednak wizje historyków sprzed kilku dekad, jak np. Roberta Hughesa porównujące życie więźniów do gułagu, są nieporozumieniem. W Londynie mówiono więcej o daniu skazańcom drugiej szansy niż o karze. Najgorzej wiodło się kobietom, stanowiącym zaledwie 1/5 pierwotnej białej populacji, i narażonym w związku z tym na wiele przykrości na tle seksualnym, oraz ci więźniowie, którzy dostali się w ręce Johna Macarthura i jego „rumowego korpusu” (Rum Corps), grupce feudalnie żyjących oficerów, traktujących skazańców jako prywatne źródło siły roboczej na ich farmach. „Korpus” przyjaciół Macarthura starał się odtworzyć typową brytyjską klasowość, lecz ich samowola została ukrócona przez gubernatora Nowej Południowej Walii (New South Wales – NSW) Lachlana Macquaire w 1810 roku . W 1817 roku gubernator Macquaire, który starał się przekształcić Nową Południową Walię w zwykłą kolonię cywilną, utworzył, wbrew woli władz w Londynie, pierwszy duży bank australijski . Kolejni gubernatorzy zrównali w prawach „emancypowanych” ex-skazańców i cywilnych kolonistów (tzw. „ekskluzywnych”). Brytyjska klasowość powoli odchodziła do lamusa. Do 1840 roku Australia pełniła rolę przede wszystkim kolonii karnej, stąd niemal wszystkie najstarsze miasta Australii były koloniami skazańców, z wyjątkiem Perth (zał. 1829, do 1891 roku ta stolica Australii Zachodniej miała poniżej 10 tys. mieszkańców), Adelaide (zał. 1836, dziś stolica Australii Południowej, w XIX wieku osiedliło się tam wielu Niemców, a w czasie wolny wietnamskiej – Azjatów) i Melbourne (zał. 1835, stolica stanu Wiktoria na południe od NSW). W latach 40. XIX wieku ustały transporty więźniów. Do dziś wielu Australijczyków lubi się chwalić wytropionym przodkami-kryminalistami. Nie znaczy to jednak, że kraj toczy przestępczość, wręcz przeciwnie. W latach 50. Okazało się, że młode australijskie społeczeństwo nie spełnia wiktoriańskich standardów, co budziło zmartwienie elit i moralistów. W Sydney i Melbourne (inne miasta dopiero raczkowały) dobrze czuli się komicy i aktorzy, uciekający przed brytyjskim konserwatyzmem społecznym. Australia coraz bardziej stawała się brytyjską kontrkulturą. Kwitła prostytucja, a gorączka złota (1851) zachęciła wielu Chińczyków do przyjazdu (1860-1861), którzy zwykle zarabiali na życie jako hodowcy warzyw w przydomowych ogródkach, ale w umysłach moralistów głównie handlowali opium . W 1854 roku wybuchł pierwszy republikański bunt w kolonii Wiktorii pod wodzą charyzmatycznego Irlandczyka Petera Lalora (jego ludzie wymyślili flagę z Krzyżem Południa), zazwyczaj jednak polityka australijska znajdowała sobie miejsce w systemie brytyjskiego imperium. Wcześni politycy australijscy, mimo pewnych różnic ideologicznych mieli dość podobny światopogląd na który składały się: mateship czyli egalitarny duch solidarności obywatelskiej, nakazujący postrzegać państw jako wielki zakład użyteczności publicznej , pewien stale obecny anty-intelektualizm , romantyczny męski etos zdobywcy buszu (choć jednocześnie prawa wyborcze kobiety otrzymały w koloniach australijskich wyjątkowo wcześnie, bo jeszcze przed końcem XIX wieku), oraz jednolicie anglosaski dość rasistowski (choć nie bardzo jak na standardy XIX i wczesnego XX wieku) sposób postrzegania świata (niechęć do aborygenów, czy chińskich i japońskich imigrantach przybyłych w czasie gorączki złota, a potem wydalanych i więcej nie wpuszczanych w ramach polityki „białej Australii”). Irlandzcy katolicy zamieszkali w Australii, niechętni byli Londynowi, równie mocno jak kanadyjscy frankofobi, lecz, nie mieli oporu z identyfikowaniem się ze swoimi anglosaskimi protestanckimi sąsiadami. Do autorów promujących mateship i dumnie nazywający siebie „Buszmenami” należeli Henry Lawson i „Banjo” Peterson. Obaj ci poeci i dziennikarze związani z popularnym magazynem „Bulletin” wyróżniali się także daleko posuniętym maczyzmem i mizoginizmem; przedstawiali bowiem kobiety albo jako słodkie seksowne idiotki, albo złośliwe i wredne stare babsztyle . O potrzeby i godność kobiet upominała się wtedy Barbara Baynlan. W połowie XIX wieku Australijskiej białej ludności było około miliona (Aborygenów w początkach wieku XIX było ok. 300 tys.), w 1890 już 3 miliony. Byłoby zapewne więcej gdyby nie oddalenie Australii od UK i USA, oraz fakt, iż śródkontynentalna pustynia („martwe serce kraju”) ni była szczytem marzeń kolonistów. W 1901 powstał Związek Australijski i pierwszy ogólno-australijski rząd Edmunda Burtona, szefa Patrii protekcjonistycznej, który pokonał kandydatów z Partii Wolnego Handlu i Partii Pracy. Pierwotnie parlament federalny (każdy stan Australii ma własna konstytucję i rząd) obradował w Melbourne (od 1927 roku w nowej stolicy Canberrze, budowanej od 1913 roku). Jedną z pierwszych decyzji parlamentarnych było zapoczątkowanie słynnej antyimigracyjnej White Australia Policy. Liberałowie tacy jak Alfred Deakin (drugi premier Australii, 1903-1904) starli się łagodzić napięcia społeczne, tak by uniemożliwić wzrost konserwatystów i laburzystów (Deakin ostrzegał przed „socjalistycznym tygrysem”) . Polityka łącząca dynamiczny kapitalizm z pełnym współczucia systemem socjalnym znana była w darwinistycznym społecznie Londynie jako „Australian settlement” („australijski porządek”) . W 1909 roku Protekcjonisci połączyli się z Partią Wolnego Handlu, tworząc Związkową Partię Liberalną – Commonwealth Liberal Party bardzo zróżnicowaną wewnętrznie. W Australii szybko wykształciła się tradycja silnego wpływu państwa na gospodarkę, i CPL nie próbowała z tym dyskutować, a jedynie hamowali centralizm i nadmierny interwencjonizm socjalistyczny Australian Labour Party. ALPO powstała w odpowiedzi na kryzys spekulacyjny lat 90. XIX wieku. Uważający się za obrońców ludności przed lewicowymi ekscesami i nieodpowiedzialnymi akcjami różnych grup) liberałowie przetrwali akcje strajkowe laburzystów i zmusili ich do współpracy . Jednocześnie bronili też praw pracowniczych kobiet wbrew konserwatywnym moralistom, i ALP i jej związkom zawodowym . Jeszcze egzotyczniej dla Europejczyka wygląda sojusz moralistów i moralistek prohibicyjnych z liberałami, przeciw ALP, która została utożsamiona z pijaństwem i popędami. W latach 1910-1913 laburzystom udało się przejąć po raz pierwszy władzę na nieco dłużej. Wprowadzili oni zasiłki macierzyńskie, które popierała też CLP, z tą różnicą, że dali je wszystkim matkom, a CLP chciała dawać je jedynie tym uboższym (posłowie ALP nie chcieli, by ubogie matki czuły się jeszcze biedniejsze) . Mimo antyimperialnego światopoglądu większości Australijczyków, nawet laburzyści z wielkim entuzjazmem poparli Wielką Brytanię w czasie I wojny światowej i już w 1915 roku mówiono o powszechnym poborze (jakiż kontrast w porównaniu z np. Kanadą), sprawa poboru podzieliła ALP (przeciwko poborowi był m.in. mocno powiązany z prawym jej skrzydłem Kościół Katolicki, co spowodowało, że katolickich zwykle Irlandczyków zaczęto nazywać zdrajcami) , co spowodowało, że laburzystowski premier William Hughes musiał wymienić skład gabinetu i oprzeć się na liberałach, którzy przekształcili się w 1917 w Nacjonalistyczną Partię Australii (NPA). Socjalista Hughes znany był z krytyki idealistycznych planów prezydenta USA Wilsona i Ligi Narodów, co przysporzyło mu wielkiej sympatii w Australii. Od 1922 roku NPA była w sojuszu z agrarystami (Coutry Party – CP). W 1931 roku NPA przekształciła się w Partię Zjednoczonej Australii (UAP) , a w 1945 w Partię Liberalną – LPA . Od 1931 roku parlament brytyjski nie mógł już tworzyć ustaw dotyczących Australii, bez zgody jej parlamentu . Lata 20. Upłynęły pod znakiem ekonomicznego boomu i bezprecedensowej wolności obyczajowej, a pod względem muzycznym – jazzowo. Kryzys 1929 roku w Australii miałby łagodny przebieg, dzięki ustawodawstwu socjalnemu, jednak spadek światowych cen wełny i zboża nie mógł nie uderzyć w społeczeństwo rolniczego kraju. Podczas II wojny światowej i wkrótce po niej (aż do 1949 roku) Australią rządzili laburzyści, co oznaczało ofensywę keynesizmu, centralizmu i interwencjonizmu (zwłaszcza po wojnie, kiedy laburzyści przejęli też władzę w Brytanii), a nawet (1944) krótkotrwałą wojnę z prasą, wbrew deklaracjom o przywiązaniu laburzystów do wolności opinii i religii . Szef liberałów Robert Menzies straszył przed widmem socjalistycznego lewiatana. II wojna światowa, w czasie której to USA a nie UK uratowały Australię przed Japończykami, zadziałała ujemnie na przywiązanie Australijczyków do Londynu (Menzies zaczynał być w tym przywiązaniu wyjątkowy), oraz wzmogło starania o zaludnienie kraju imigrantami z Europy i Bliskiego Wschodu w celu zwiększenia masy politycznej Australii (hasło: populate or perish). W powojennej Australii grupa tzw. angry penguins – modernistycznych intelektualistów pod wodzą dziennikarza Maxa Harrisa starała się wynaleźć lub może raczej odkryć oddzielny australijski etos narodowy m.in. na bazie egalitaryzmu i progresywizmu (trudno bowiem nawet dziś mówić o typowych Australijczykach, tak bardzo zróżnicowane jest to społeczeństwo). W 1938 roku Aborygeni zorganizowali się i poprosili państwo o opiekę. W 1965 rozpoczęły się protesty inspirowane amerykańskim ruchem praw obywatelskich dla czarnoskórych. W referendum w tej sprawie w 1967 roku 97% respondentów zagłosowało nad pełnią praw obywatelskich dla Aborygenów. Przegrał on jednak wybory w 1946 roku, i dopiero antykomunistyczna atmosfera późnych lat czterdziestych, i umocnienie sojuszu z agrarystami (przeciwnymi tradycyjnie centralizmowi i wolnorynkowcami) przyniosły Menziesowi w 1949 roku zwycięstwo wyborcze. Umiejętnie strasząc komunizmem i bazując na boomie gospodarczym lat 50. 60. Menzies utrzymał się u władzy rekordowo długo, bo aż do 1966 roku, po czym niepokonany odszedł na polityczną emeryturę . W latach 70. To ALP zaczęła przesuwać się na pozycje liberalno-centrowe, podczas gdy Partia Liberalna stawała się coraz bardziej prawicowo-konserwatywna. Menzies wykazywał pewne tendencje autorytarno-konserwatywne już w 1938 roku, gdy podczas wizyty w Niemczech wygłosił kilka pochwalnych uwag dla ustroju III Rzeszy. Już w czasie swego drugiego, dłuższego premierostwa, próbował zroganizować referendum w celu zdelegalizowania Partii Komunistycznej, inicjatywę jednak zablokowali labourzyści. Zarówno Menzies, jak i jego następca Harold Holt (premier w latach 1966-67) popierali wojnę USA przeciwko Północnemu Wietnamowi, i wysłali tam australijskich żołnierzy. John Gorton (premier w latach 1967-1971) utrzymał ich obecność w Wietnamie. Gorton postrzegany był jako antyelitarystyczny „swój chłop”, a przez opozycję jako pijak. W latach 60. Intelektualiści australijscy często głosili, iż Australia pod rządami Menziesa stała się krajem zanadto konserwatywnym, nudnym i pełnym hipokryzji. Z tej fali skorzystał polityk ALP Whitlam. Premier w latach 1972-1975, Gough Whitlam z Partii Pracy, był tym liderem, który przekształcił tą lewicową partię w socjalliberalną progresywną centrolewicę, wypełniając lukę, która powstała w wyniku coraz silniejszego przekształcania się Partii Liberalnej w ugrupowanie de facto konserwatywne. Ojciec Gougha Whitlama, prawnik, który specjalizował się w kwestiach praw człowieka miał wielki wpływ na światopogląd syna. Ponieważ ALP nie miała większość w senacie, nie udało się Whitlanowi przeforsować wprowadzenia powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, za to udało się wprowadzenie bezpłatnego szkolnictwa wyższego, zniesienie poboru do armii, rozwodów bez orzekania o winie (no-fault divorce) i zniesienie White Australia Policy, na rzecz multikulturalizmu, zniesienie protekcjonizmu handlowego, oraz ostateczne zniesienie dyskryminacji Aborygenów. Lata 70. To okres bujnego rozwoju kina australijskiego i literatury (Australia jest m.in. potęga jeśli chodzi o literaturę dla dzieci i młodzieży). Dziś obok Anglosasów jak Kim Scott, literaturę australijską współtworzą Azjaci (np. Malezyjczyk z urodzenia Hsu-Ming-Teo). Kolejny premier, tym razem z liberalnej LPA, Malcolm Fraser, w przeciwieństwie do Menziesa czy wręcz neokonserwatywnego Johna Howarda (reprezentującego prawe skrzydło LPA), dość umiarkowany i progresywny (zwiększył wydatki socjalne państwa), zahamował chwilę proces stawania się LPA partią jedynie konserwatywną. Fraser potępiał i RPA i Moskwę, choć nie zabronił pojedynczym sportowcom udziału w olimpiadzie w Moskwie w 1980 roku. Tak jak Fraser był niezbyt konserwatywny, tak jego następca z Partii Pracy Bob Hawke (premierostwo w latach 1983-1991) był uważany za zdrajcę ideałów lewicy, ponieważ niczym neoliberalna (konserwatywno-wolnorynkowa) Nowa Prawica w USA i UK (Reagan, Thatcher) sprywatyzował wiele gałęzi gospodarki. Mimo to ALP utrzymała się przy władzy. Jego kolega i następca Paul Keating znany jest głównie z dość dziwaczej próby uczynienia Australii krajem bardziej azjatyckim, skoro kontakty gospodarcze z Azją zdawały się zaczynać dominować nad tymi z Zachodem . John Howard (premier 1996-2007) był już typowym reaganistą prywatyzującym to co się da i konserwatywnym społecznie. Politycznie współpracował z USA czasów George’a W. Busha. Kevin Rudd (2007-2010) to z kolei wcielenie amerykańskiego guilty liberal rozwijającego w sobie międzycywilizacyjną wrażliwość. Rudd, znawca i miłośnik Chin, przeprosił oficjalnie Aborygenów za ich zwalczanie w przeszłości (zwłaszcza w odniesieniu do tzw. Stolen Generations – przymusową asymilację dzieci Aborygenów, w latach 1900-1970 pod różnymi pretekstami odbieranymi rodzinom, na wychowanie przez białych), wycofał też wojska Australii z Iraku (2009), lecz jego ekologiczne projekty już nie były tak udane w grudniu 2009 senat głosami posłów LPA odrzucono jego plan klimatyczny (Australia emituje najwięcej CO2 na obywatela wśród państw rozwiniętych) , stąd w 2010-2013 rządy przejęła jego koleżanka z partii Julia Gillard, pierwsza kobieta-szef APL i pierwsza premierka Australii. O różnicy między konserwatywnymi i czasem wręcz fanatycznie bogobojnymi USA, a rządzoną przez LPA Australią najlepiej świadczy fakt, że Gillard nie wstydzi się mówić w TV, o swoim ateizmie, czy swej podjętej w młodości decyzji by nie mieć dzieci. Gillard zaangażowała się w projekt obozu dla uchodźców w Timorze Wschodnim, który jednak nie został zrealizowany po zmianie zdania tamtejszego rządu. W 2013 roku po partyjnym głosowaniu na krótko do władzy wrócił Rudd. Od września 2013 premierem Australii jest Tony Abott z Partii Liberalnej, znany ze swego religijnego konserwatyzmu (niedoszły absolwent katolickiego seminarium duchownego), pewnej dozy męskiego szowinizmu i sprzeciwu wobec ograniczeń emisji zanieczyszczeń (bronił tej optyki przed Ruddem). Szef umiarkowanych „liberałów” Malcolm Turnbull w 2009 roku uważał Abotta za skrajnego w swych klimatycznych poglądach i wieszczył upadek partii, która będzie miała opinię nieczułej na sprawy ekologii . Mylił się. Tony Abott należy, podobnie jak premier Kanady Harper, do zajadłych krytyków awanturniczej ukraińskiej polityki Władimira Putina, co objawiło się podczas organizowanego przez Abotta zjazdu G-20. Abott utrwala wypaczony obraz prawicowego neoliberalizmu jako liberalizmu głównego nurtu, bowiem jego partia, mimo neokonserwatywnej polityki zewnętrznej i wewnętrznej nadal nazywa się Partią Liberalną. Abott dąży do ograniczenia socjalu, dąży np. do przywrócenia systemu „zasiłku za pracę” zlikwidowanego przez ALP w latach 90. (bezrobotni, którzy nie przyjmą proponowanej im przez rząd, czy samorządy oraz organizacje charytatywne, pracy automatycznie tracą zasiłek). System ma obowiązywać od czerwca 2014 roku. Praca tego typu ma trwać najwyżej 3 miesiące, by nie zagrozić etatowej sile pracowniczej (mimo to obawy pozostają, że zagrozi. Już w latach 90. Melbourne University uznał system za nieefektywny). W Australii bezrobotnych jest ok. 800 tysięcy osób . Australijczycy są powszechnie postrzegani jako mizoginiczni wieśniacy, lub wędrowni poszukiwacze przygód, choć znaczna większość Australijczyków mieszka w wielkich miastach (już same Sydney i Melbourne mają razem niemal 8 mln. Mieszkańców, a nawet położone na zachodzie Perth ma półtora miliona, cała zaś Australia ma 22 mln mieszkańców) i ma poglądy progresywne.

Darwin i darwinizm według Janet Browne

Janet Browne wykłada historię medycyny na London College University (UCL). Ta biografka Darwina postanowiła napisać przystępną biografię najsłynniejszego dzieła Darwina; „O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego, czyli o utrzymywaniu się doskonalszych ras w walce o byt”. Wydanej w listopadzie 1859 roku, i znów w styczniu 1860 ponieważ 1 wydanie oficyna Johna Murraya szybko wyprzedała (w dniu ukazania się). Jednocześnie z kolejnymi brytyjskimi wydaniami, ukazywały się Appeltonowskie wydania w USA. W 1960 roku biskup Oxfordu Wilberforce mógł już zawodzić: „jak to możliwe, by rzepa stała się człowiekiem” (s. 8). Fakt, lepsza glina… Dziś po podważeniu części wniosków darwinizmu przez genetykę, zręby nauk Darwina są nadal aktualne, choć czasem np. głupcy z Teksasu je atakują. Za życia Darwin cieszył się szacunkiem, nawet wśród części pastorów. Ojciec Charlesa, Erasmus Darwin tez był ewolucjonistą, więc wysłał syna do Edynburga na studia w 1825 roku na studia medyczne, w 1827 roku Charles przerzucił się na biologię, i studiował Lamarcka i chodził na wykłady Roberta Granta, a instytucjonalnie – na studia teologiczne w Cambridge (idea była taka, by ewolucjonizm i biologię traktować jako hobby wiejskiego pastora). Botanik John Henslow, i geolog Adam Sedgewick to cambridgowskie znajomości Darwina. Czytał także Johna Herschela i Alexandra von Humboldta (s. 19). W 1831-1836 Darwin ruszył na hydrograficzną wyprawę przedsięwziętą przez Royal Navy (namówił go szwagier). Szef wyprawy, kapitan Robert Fitzroy, miał raczej niebiblijny pogląd na świat, co wiele lat po wyprawie się miało zmienić. Zobaczywszy niewolników w Brazylii, Darwin zareagował jak oburzony liberał (s. 25), cała jego rodzina miała abolicjonistyczne poglądy. Darwin postrzegał zdolność „dzikich” do ucywilizowania się np. w ramach murów Londynu, jako dowód, że istnieje tylko jeden ludzki gatunek (s. 32). Po powrocie do UK, Darwin zastał z jednej strony postęp społeczny (koleje, wynalazki), ale i strachy przed nim (np. przed czartystami i socjalizmem). Ulepszenie społeczne przywoływały skojarzenia z biologicznymi i vice versa (s. 37). Niektórzy liberałowie jak nowy kolega Darwina Charles Lyell łączyli oba postępowe zainteresowania (s. 40). darwin-o-powstawaniu-gatu Około 1837 roku Darwin musiał porzucić przekonanie o boskiej interwencji w ewolucję, ale ateistą nie był, pod koniec życia przyjął dla siebie termin agnostyk, ukuty przez jego przyjaciela Huxleya), być może utracił wiarę dopiero jak w 1851 roku zmarła jego ukochana córka. Od Malthusa wziął przekonanie o tym, że walka o byt jest czymś namacalnym (poor laws z 1834 roku, o warsztatach dla ubogich były z ducha maltuzjańskie), a od farmerskiej sztucznej selekcji, przekonanie, że w naturze dokonuje się podobna bez udziału człowieka (s. 44-45). Darwin obawiał się publikować swą pracę o ewolucji, ponieważ widział jak wielkie ataki spotkały w 1844 roku anonimowego autora (dziś wiadomo, ze był to Robert Chambers entuzjasta frenologii): Vestiges of the Natural History of Creation (s. 50). Lyell namawiał Darwina do publikacji. Tennyson, Wallace, David Friedrich Strauss, Baden Powell, Matthew Arnold, Samuel Smiles podważali cuda i dogmaty, promując naukę i samokształcenie, liberalny „Westminster Review” podobnie (s. 63), Darwin nie czuł się już tak osamotniony w latach 50. Jak był w latach 40. Darwinowska walka o zasoby niszczyła złudną boską harmonię (s. 68), pisał o przetrwaniu najsilniejszych – survival of the fitest, bo wówczas słowo ewolucja było niemal zarezerwowane dla embrionów. W 1864 roku dopiero miał to zmienić Herbert Spencer. Darwin unikał zarówno teologicznego języka, jak i teleologii (to ostatnie w odróżnieniu od Lamarcka). Owad został uznany za równie dobrze przystosowanego jak człowiek. Po publikacji dzieła Darwina, np. Asa Gray, próbował celowość lamarckowską przywrócić. Darwin unikał debat i pozostawał w Down House, podczas gdy bronili go Charles Lyell, Asa Gray, Thomas Huxley i Joseph Hooker (s. 85). Huxley był najmocniejszy i najbardziej polityczny z obrońców; bez ogródek utożsamiał darwinizm z wolnomyślicielstwem i liberalizmem (s. 90). W 1862 roku poparł Darwina główny brytyjski liberał – John Stuart Mill, a niedługo potem uczynili to Renan i George Henry Lewes. Wielu krytyków darwinizmu zwracało uwagę na wagę samej książki Darwina. Darwin unikał raczej otwartych ateistów, takich jak Edward Aveling, zięć Marxa (s. 96), bał się zaszufladkowania. Początkowo ciężko było pogodzić darwinizm z pragenetyką i badaniami wieku ziemi. Darwin pisząc oddzielna książkę o pochodzeniu człowieka, wykazywał liczne połączenia między naturą i kulturą (kanon piękna od pawia do obrazu). Leslie Stephen i Alfred Wallace bardzo chwalili tą pozycję. Nie ukrywam, że dla mnie jako humanisty, najciekawsze są związki darwinizmu z polityką i myślą społeczną. Ucieszyłem się więc, że Janet Browne bynajmniej nie unika tego tematu. Pisze ona o zachwyconych „walką o byt” fabrykantach brytyjskich (s. 100). J.D. Rockefeller, James J. Hill czy Andrew Carnegie połączyli maltuzjanizm, spenceryzm i darwinizm tworząc prawicową, antysocjalną myśl polityczną. Karl Peason łączył z kolej darwinizm z kultem kolonializmu. Francis Galdon – z eugeniką. G.B. Shaw i J.B.S. Haldane zwalczali więc „prawicowy” Darwinizm. Shaw, za pomocą Lamarcka i jego przedkładaniem siły sprawczej środowiska nad czynniki wrodzone (s. 112-113). Zola, Thomas Hardy, i Herbert George Wells przyczynili się mimo postępowych poglądów, do uznania ewolucji za siły degeneracyjnej (s. 115). Lombroso i Bertillon wulgaryzowali darwinizm w ramach kryminalistyki. Leonard Darwin, syn Charlesa, przyczynił się do ustawowego zamknięcia wariatów w przytułkach , by nie mogli się rozmnażać (s. 118). Henry Goddard użył darwinizmu jako inspiracji w badaniach IQ (też uważał, że narody degenerują się, podobnie jak Robert Yerkes, który za osobniki z najniższym IQ uznał prostytutki i … Polaków – s. 119). Związek Monistów w Niemczech wyznacza marsz od darwinizmu do holocaustu, choć oczywiście jest to związek bardzo luźny. Carl Vogt uważał, że każda rasa pochodzi od innej małpy (s. 121). Nawiasem mówiąc ja tak samo uważałem jako … siedmiolatek. Chwalony przez autorkę Franz Boas, zwolennik absolutnej równości i niepowtarzalności kultur, reprezentuje drugą skrajność moim zdaniem. Bateson i pierwsi genetycy zwalczali darwinizm. Łysenko w ZSRR, aż do demaskacji dokonanej przez Andrieja Sacharowa, tworzył odrębną radziecka „naukę”, o jarowizacji ziarna i wywoływanej ewolucji na żądanie. Haldane, jako młody marksista, zwalczał darwinizm, utożsamiany w kręgach lewicowych z eugeniką, ale już Diane Fossey czy Desmond Morri w latach 50. i 60. uważali, że to co w człowieku zwierzęce, wcale nie musi być niedobre, wbrew biadającym po II wojnie światowej humanistom antymaterialistycznym (s. 135). Darwinizm i eugenika zdążyły się już jednak skojarzyć zarówno w kręgach socjalistycznych jak i chadeckich ze złem absolutnym i tak pozostaje do dziś, choć rasizm przejawiali już plemienni watażkowie czasów prehistorycznych, czy feudalni „błękwitnokrwiści” arystokraci.

O głupcach: Margaret Thatcher, romantycy, poeci, libertarianie, sarmaci, literaci i Augustyn z Hippony.

Głupoty w świecie tyle, że muszę pisać skrótowo i hurtem, inaczej pisałbym cały czas o różnych jej przejawach, tak, że miałbym ledwo czas by coś zjeść i spać. Dobra jedziemy z tym koksem: 1. Thatcher – lady M. ma nad Wisłą fanów, bo kiedy prowadziła wojnę domową ze związkowcami w UK, mizdrzyła się do wałęsowców, i tyle z historii ten głupi naród pamięta zwykle. Gdy wreszcie w polskim necie jakieś słowa krytyki, okazuje się, że sa one libertariańskie więc witki mi opadły; dżuma krytykuje cholerę, coś kiedy imam jaja se robi z jezusowców, gdy ci przemieniają chleb w mięso na mszy. Nie każda krytyka wroga jest cool z automatu. Oto połajanka libertariańska dla M: http://nowadebata.pl/2013/12/04/fatalne-dziedzictwo-margaret- thatcher/ Może i jest to pewna odmiana od typowych biogramów MT (konserwatywne panegiryki w stylu „Daily Mail” i lewicowe biadolenia w stylu „Guardiana” jak pisze autor Sean Gabb, gospodarzem bloga jest z kolej Tomasz Gabiś – taki typowy postmodernistyczny pseudoliberał prawicujący), ale Gabiś zarzuca jej po prostu, że była konserwatystką first, a libertarianami posługiwała się tylko jako pożytecznymi idiotami, którymi zwykle są, więc słusznie czyniła. Gabb wkurza się, że Thatcher: wprowadziła państwo policyjne poprawności politycznej (bo dała uprawnienia policji, a potem Blair się nimi posłużył ! To tak jakby mieć pretensję do Platona, że filozofia Heideggera była pronazistowska), że walcząc z „praniem brudnych pieniędzy”, doprowadziła do rozszerzenia ogólnego nadzoru nad naszymi transakcjami finansowymi, i popuściła smycz policji, podjęła pierwsze kroki w kierunku całkowitej kryminalizacji posiadania broni (cóż UK to nie Teksas), nie obcięła rządowych wydatków, pozwoliła na przekształcenie samorządów i administracji niższego szczebla w system synekur dla Wrogiej Klasy (Enemy Class). Wg Gabba: „jej wspieranie przedsiębiorczości nie wyszło nigdy poza przychylność dla wielkich koncernów. Prawdziwi przedsiębiorcy byli w coraz większym stopniu obarczani podatkami i regulacjami, utrudniającymi prowadzenie działalności gospodarczej. Z drugiej strony wielkie korporacje obsypywano pochwałami i ulgami prawnymi”. No sorry, ale libertarianizm zawsze tylko do tego może prowadzić. Jeśli wydaje się wojnę urzędnikom i nauczycielom w imię państwa-minimum, trzeba się oprzeć na wielkim biznesie. To nieuchronne. Libertarianizm zawsze powoduje konserwatyzację społeczną. Gabb pisze więc dalej o hodowaniu oligarchów, i domaganiu się od nich kasy na kampanie, no pewnie, a czegoś się spodziewał? Gabb wkurza się, że T. walczyła z „wolnością wyboru w kwestii palenia papierosów. To ona zapoczątkowała współczesną obsesję na punkcie zdrowia i bezpieczeństwa, co stanowiło jedynie pretekst do kontrolowania naszego życia. Znacznie wzmocniła uprawnienia państwa odnośnie nadzoru i kontroli nad wychowaniem dzieci przez rodziców oraz ogromnie zwiększyła liczebność pracowników socjalnych i rozszerzyła zakres ich władzy”. No pewnie, w końcu była konserwatystką, nie? Czemużby konserwatystka miała czynić inaczej? Dalej czytamy: „To ona sprawiła, że modne stały się ekologiczne absurdy. Była pierwszym znaczącym brytyjskim politykiem, który zaczął pleść bzdury na temat zmiany klimatu i dziur ozonowych. Zapewne była przekonana, że da w ten sposób jeszcze jedną nauczkę górnikom … prawie w ogóle nie obniżyła podatków. Bezwzględnie forsowała tempo integracji europejskiej. Jej militarystyczna polityka zagraniczna i niewolnicze posłuszeństwo wobec Waszyngtonu przeważnie działały na niekorzyść Zjednoczonego Królestwa. Jedyna prowadzona przez nią wojna, mająca jakieś usprawiedliwienie, stała się konieczna tylko dlatego, że jej właśni koledzy skutecznie zachęcili rząd argentyński, aby zaatakował Falklandy”. I całe szczęście, że jedyna, czy nie? Falklandy pomogły wygrać wybory, więc kto wie, może to była wojna sztuczna. Nawet jej wojna ze związkowcami uważa Gabb była nieskuteczna, bo powodowała, że zmutowały one w agresywny ekologizm i bezpieczniacyzm społeczny. Gabb pisze na koniec: „Żałuję, że to nie James Callaghan wygrał w 1979 roku. Jeśli sprawy przybrałyby później zły obrót, byłby to przynajmniej uczciwy, jawny despotyzm. A 34 lata później ani libertarianie, ani prawdziwi konserwatyści nie musieliby robić z siebie durniów, próbując wmówić sobie i wszystkim innym, że było inaczej, niż było”. Zabawne, że John Gray, ex-thatcherysta krytykował Thatcher w „Fałszywym świcie” (bez samokrytyki, czym mnie wkurzył nieco) za zbytnio wolnorynkowy kurs i rozbicie rodzin, muszących dostosować się do elastycznego trybu pracy i swoich szefów, oraz za zniszczenie klasy średniej, przez faworyzację wielkiego kapitału. Jednocześnie Thatcher krytykowana jest często przez lewicę za pauperyzację całych dzielnic Londynu i innych miast, bo to związki i pomoc społeczna hamowały biedę. Thatcher krytykowana jest też przez liberałów społecznych, bo skasowały programy oświatowe o seksie i emancypacji, i zwalczała feministki. Nic dziwnego, że nikt z wymienionych grup jej nie lubi, była konserwatystką, która bredziła o wolności, a wprowadzała ograniczenia; słuszne (np. wobec wolności trucia innych tytoniem w miejscach publicznych) lub zwykłe purytansko-świętoszkowate (sprawy aborcji, LGBT itd.). Libertarianie kupili hasła o likwidacji państwa i dali się nabrać, bo są idiotami jak każdy kto sprowadza wolność nie do prawnej stabilizacji i przewidywalności jak Montesquieu – klasyk liberalizmu, lecz do prostej zasady państwa-minimum (Jemen to państwo minimum…). Gdyby nie to, że MT była taką wredną konserwą, to bym ją lubił za to, że zrobiła taki numer tym libertariańskim głąbom. Thatcher była konserwą starego typu; maltuzjanką i społeczną darwinistką (jej ulubioną lekturą były książki Samuela Smilesa o samopomocy), libertarianie dziś oszukani płaczą, choć niektórzy z nich jak Rothbard i Hoppe otwarcie mówią, że rezultatem jakichkolwiek libertariańskich reform zawsze będzie konserwatyzm i zamordyzm społeczny. Obawiam się, że zanim wszyscy to skumają, w Polsce Mikke zrobi swój eksperyment i wylądujemy jak UK; bez przemysłu itd, oraz bez brytyjskiej armii i potegi kulturowo- językowej, czyli literalnie z niczym. glupota 2. Sarmatyzm i Janopawłodrugizm – bardzo podobał mi się w najnowszym NEWSWEEKU (5-11.01.2015) wywiad z Tomaszem Piatkiem („Armia małych inkwizytorów”) o polskim zakłamaniu, co do gułagu chłopów i kraju bezprawia jakim była Polska sarmacka i co do JPII, którego nawet „Krytyka polityczna” (np. Piotr Pacewicz) nie pozwalają krytykować, bo ciągle łudzą się, że jakoś się nim posłużą w dziele liberalizacji.. marzenie ścietego łba… 3. Poezja. Czemu wywołuje pozytywne skojarzenia? Czy nieracjonalnie połączone zdania wg rymu i rytmu nie są po prostu jakąś magio- religią? Czy w arii Mozarta by coś się zmieniło gdyby słowa szły nie „Voi che sapete, che cosa e amor”, tylko „Io ho comprato del burro e del’ pan’”? Skąd u nas tyle szacunku do pięknych zdań? Poezja rozkwitała najlepiej w czasach tyranów; romatyzmu, hitleryzmu, staliznizmu, a nie myśli jasnej. Piękna no i co z tego? Heglowska proza też jest piękna i też bez sensu (jak wykazał Popper). Powiedzonko: „Arbeit macht frei” też jest piękne, podobnie Horste Wessel Lied i hymn ZSRR. Czemu tak mało ludzi walczy z tzw. „magią” słów. Czemu słowa są ważniejsze od czynów, a forma od treści? 4. Może choć raz, jeden jedyny raz bądźmy nowocześni czyli modernistyczni bez „post-”. Znakomicie uchwycone w serialu: „Californication” promiskuityzm pisarzy, którzy dymają co się rusza, a potem w radiu pierdolą o upadku języka np. angielskiego (LOL, BRB etc.). Cóż nikt już nie przeczyta XIX-wiecznych poezji, które po wycięciu 300 stron opisów przyrody, mają 100 stron akcji i dialogów, czy jakiejkolwiek myśli. Nowoczesność nie polega na bzykaniu, bo Goethe też zaliczył pół Italii, ale na trafnej i szybkiej analizie rzeczywistości. Ale my nie, zawsze wstecz, zawsze sentymentalizm jak stodoła, zawsze brandzlowanie się swym pochodzeniem, językiem, smutkiem, TENSKONOTOM. Chwała bogu, jest internet i ludzie nie trawią już wielostronicowych bzdur, a literatura faktu wypiera belle lettre czym powraca do źródeł; Daniel Defoe – pierwszy i największy brytyjski powieściopisarz uważał, że powieść całkowicie wymyślona, nie mająca w sobie nic z reportażu to ŁGARSTWO. Ma rację, nie żyjmy wśród łgarstw. 5. Na koniec coś lżejszego: ŚMIERĆ i ZŁO. Wszystkie ludzkie dyskusję sie na tym kończą, bo każdy w końcu zdechnie. My ateiści to wiemy i nie łudzimy się, dlatego dla wierzących jesteśmy nieprzewidywalni, możemy nawet o zgrozo – wysłać dzieciaki na lekcję z wychowania seksualizacyjnego młodzieży… „Święty” czyli oddany funkcjonariusz Kościoła, Augustyn z Hippony powiedział, że „zło to brak dobra” czyli brak łaski. Jak to christian miał tendencję do opacznego postrzegania rzeczywistości. Średni ze mnie filozof, ale nawet ja widzę, że jest dokładnie odwrotnie: DOBRO TO BRAK ZŁA. Człowiek żyje i żyje, chyba, że dopadnie go ból i cierpienie czy inne czystki etniczne, a w końcu śmierć. Śmierć to brak życia, ustanie funkcji życiowych, czczenie zła np. jako Szatana jest tak samo głupie jak czczenie kapryśnego bóstwa niby-dobra. Zło nie istnieje jako oddzielny byt lecz jest rezultatem czyli konsekwencją ludzkiej głupoty, okrucieństwa, błędu lub … biologii. Natura i bóg są okrutni, a więc źli, bo nikt umierać nie chce. Kiedy wreszcie zaczniemy gadać o tzw. „ważnych sprawach” nie od d..y strony? 6. Sztuka – czy ktoś napisał NORMALNĄ historię Włoch? Bez tego wymieniania kolejnych malarzy i innych sztukowców z nazwiskami na -lllinniii? :) O ludziach a nie o rzeźbach? hmmm?

Robert Levin: „Bill Clinton. Portret polityka”

Postanowiłem nieco przybliżyć biografię i osiągnięcia Clintona, świetnego mówcy i dyplomaty, człowieka który unowocześnił zaniedbaną za Reagana infrastrukturę, i wyrównał Reaganowski mega-deficyt, oraz dął światu Internet, a mimo to znany jest poza USA i może jeszcze UK, głównie z krótkiej znajomości z pewną Żydówką o polskim nazwisku (och! wreszcie z czegoś byliśmy znani! Pierwszy raz od czasów Kościuszki, bo Chopin to Francuz a Vojtilia to Italiano :). Ale wróćmy do Billa C. BC był prezydentem ze snów Davida Osborna; takim, który potrafiłby wyjść poza schematy myślowe zimnej wojny (obecnie w nie wracamy, ale ok). Osborn uważał, że nie jest najwazniejszy rozmiar rządu, ale jego sposób działania. Bill to skromny chłopak z Arkansas, jego owdowiała matka piła i ćpała, więc lekko nie miał (s. 12). Uczył się (od 1954 roku) w szkole katolickiej w Hot Springs, choć rodzina była baptystyczna, od 1964 pracował przez 2 lata dla sen. Fulbrighta w Waszyngtonie, w latach 1968 -1970 był stypendystą w Oxfordzie, w szkole prawa w Yale poznał Hillary Rodham, która w 1975 roku została jego żoną. W 1978 roku Clinton został gubernatorem Arkansas, namłodszym gub. w skali kraju. W 1983 roku wdrożył z powodzeniem reformy oświatowe w tym zacofanym (od jego kadencji nieco mniej zacofanym) stanie. W 1992 prezydent USA. W szkole średniej Bill był lubiany. Uchodził za bystrego ucznia. Interesował go np. związek między posiadaniem floty a demokracją w historii UK, USA itd. (s. 38). Od progresywistycznego przemówienia Kennedy’ego (1960), Clinton postanowił zapisać się do Democratic Party (s. 45). Bill liczył na ucywilizowanie Południa, choć sam stykał się czasem z odium południowca, np. Edith Jones ostrzegała go, że dla południowca dostanie się do jednej z uczelni Ivy League może być trudne (s. 47). Ale dostał się do jezuickiego Georgetown, gdzie chodził na religioznawstwo dla niekatolików (nazywano te zajęcia buddyzmem dla baptystów – s. 52), stąd religijność BC miała mieć bardzo ekumeniczny wymiar. Jako student BC nagadał rasiście George’owi Wallace, na jednym z jego wieców: „przez pana muszę się wstydzić, że jestem z Arkansas” (s. 65). W Oxfordzie stereotyp południowca dawał o sobie znac dalej. Czarny stypendysta z USA (jeden z 32 płynących do UK na tym samym statku) Tom Williamson na wszelki wypadek unikał Southenera, ale potem się zaprzyjaźnili. Brytów szokował BC otwartością i rubasznością, a także wysokim wzrostem (Clinton ma 186 cm wzrostu), jako jedyny przyjaźnił się z groźnym portierem Douglasem, eks-sierżantem British Army (s. 67). W kwestii Wietnamu BC był z Bobem Kennedym przeciw ekipie Johnsona. Yale było wg Levina idealnym miejscem dla Clintona bo znane było nie tylko z nauki czym prawo jest, ale i czym powinno być, a BC był typowym idealistą (s. 86). Po Yale BC uczył prawa konstytucyjnego w Arkansas. Starał się też działać w lokalnej polityce. Arkansas lat 70. było jedynym stanem gdzie nie było powszechnej edukacji (s. 90). Postępowcy jak Orval Faubus (we wszystkim prócz kwestii rasowej, był za segregacją) czy Dale Bumpers mieli często związane ręce, wobec konserwatywnych lobbies i anarchizmu mieszkanców stanu. W 1974 roku Clinton próbował sił w wyborach gubernatorksich; krytykował republikanina Hammerschmidta za popieranie Nixona, i postulował wzmocnienie pozycji kongresu wobec prezydentów (s. 95) i za sprezciw wobec powszechnej oświaty. W 1974 roku przegrał o włos, w 1978 wygrał, mimo iż krytykowano go za liberalizm w kwestiach dostępu do broni, marychy, praw kobiet i kary śmierci. Wygrał w 71 z 75 okręgów (s. 106). „Daily Citizen” z Searcy chwaliła go za „konserwatyzm” finansowy (czyli po ludzku odpowiedzialność finansową). Od początku 1978 roku BC mówił o równości szans w kontekście edukacji. Miał problemy z lobby drogowym i kubańskimi emigrantami (Fort Chaffe). Choc opanowął kryzysy, w 1980 wyborów już nie wygrał. W 1980 Clintonowie byli na baptystycznej pielgrzymce w Izraelu, co wzmocniło sentyment obojga dla tego kraju (s. 126). W 1984 roku DP wyznaczyła na pojedynek z Reganem staroświeckiego liberała z Północy Mondale’a, co spowodowało, że wielu demokratów z Południa, wolało Reagana (s. 141). BC też nie był zachwycony. Jako kandydat na gubernatora Bill Clinton uznawał, jak jego pastor Oscar Vaught, że biblia hebrajska nie zakazywała całkowicie aborcji, stąd BC był zawsze pro-choice, a przeciw propozycjom senatora z Arkansas Luthera Hardina z 1985 roku, wygrał stanowisko gubernatora dzięki naciskowi na edukację, o której pozostali kandydaci mówili niewiele. Jako gub. nie bał się bywać w domach ludzi oficjalnie zdeklarowanych jako LGBT i wielokrotnie przejawiał niechęć wobec wszelkich uprzedzeń (s. 164). Levin pisze nieco o seksaferze z Lewinsky, i uważa, trochę inaczej niż np. Paul Berman, że ludzie mieli gdzieś cudzołóstwo, lecz że przetrwał nagonkę dzięki temu, że się nie ukrywał i nadal spotykał na żywo z wyborcami (s. 186). Małoduszność GOP w tym czasie nie odpłaciła się, DP zemściła się w sprawie Foleya. Jako prezydent Clinton, stwierdził oligarchizację Reaganowo-Bushową i ujął się za ubożejącą klasą średnią (s. 213) oraz kobietami chcącymi faktycznej równości. Głosił, że państwo nie jest potworem jak malował je Reagan, lecz może się przydać. Clinton budował drogi i mosty (za Reagana USA inwestowały w nie 12 razy mniej niż RFN i Japonia), oraz ograniczył ogromny Reaganowski deficyt, który rujnował uboższych. Obiecał dostęp do netu w szkołach firmach i bibliotekach do… 2015 roku (s. 218), walkę z AIDS (Reagan pozwalał „rozwiązłym” pacjentom umierać), walkę z toksycznymi odpadami (Reagan zaniechał kontroli w sprawach bezp.), i wykorzystanie wiedzy wojskowej do cywilizacyjnego progresu cywilnego. Oskarżał Republikanów o hipokryzję; głoszenie family values i rujnowanie rodzin podatkami (s. 222). Urlopy rodzinne i pracownicze, i to by ludzie nie musieli ciągle wybierać między rodziną a pracą było priorytetem Clintona. Edukacja (program Head Start, który obiecali wspomóc Republikanie, ale nigdy tego nie zrobili) to kolejne oczko w głowie BC. Clinton starał się zmierzyć z zbyt kosztownym systemem zdrowotnym, w którym wszystkim rządzą ubezpieczyciele i producenci (często szkodliwych lub niepotrzebnych leków). W październiku 1991 w przemówieniu oskarżył Republikanów o szczucie ras i grup społecznych przeciwko sobie nawzajem, by odwrócić uwagę , od bezrobocia (s. 236). Lata 80. nazwał dekadą chciwości i egoizmu (s. 246), mówił o gigantycznych pensjach dyrektorów i managerów, bandytyzmie, lekceważeniu obowiązków obywatelskich i o błędnym Reaganowskim przeciwstawianiu wolności i bepieczeństwa, a jak ma być wolny chłopak, którego ojciec musi odprowadzać do szkoły, by go nie napadnięto? Clinton zrealizował większość obietnic, poległ tylko w walce z farmaceutami, tej potęgi chyba nikt nie ruszy. Ale i tak Clintonowski bilans jest imponujący. Także w polityce międzynarodowej; udane akcje w Serbii (w Serbii starał się mediować i rozumieć wszystkich, anie jak Bush jr w Iraku zakładał, że jakoś będzie) i demokratyzacja Korei, a także do pewnego momentu – Rosji. To Clinton zaczął ścigać terrorystów po świecie. Wiele zrobił też dla dysydentów w Chinach; niestety po nim przyszedł buldog z GOP niszcząc olbrzymi kredyt zaufania do USA, np. wysyłając samoloty szpiegowskie nad Chiny. Za Clintona takie wskrzesznaie cold war by nie przeszło. Czy wspomniałem już, że internet – ucho wolności – to dar Clintona dla świata? Dotąd był to niszowy projekcik.

Paul Scheffer o asymilacji – lepszy liberalizm i całkowita wolność słowa niż multi-kulti

Paul Scheffer, holenderski liberał, urbanista i filozof, napisał w 2000 roku głośny artykuł o fiasku multikulturalizmu w Holandii. W wywiadzie dla „GW” (10-11 stycznia 2015 „Spierajmy się jak razem żyć”), Scheffer przypomina wypowiedź Jeana-Marie Le Pena z 1958 roku, tym, że „nic nie przeszkadza muzułmaninowi stać się obywatelem Francji”, a więc dawna kolonialna prawica, miała inne zdanie niż dzisiejsza co do imigracji i asymilacji, a to dlatego, że okazały się trudniejsze niż sądzono. W 1973 (kryzys paliwowy, bezrobocie) zamknięto kwoty migracji, ale ci co już się do Europy Zachodniej dostali, zaczęli ściągać rodziny. Schaffer zauważa konflikt światopoglądów byłych imigrantów i ich potomstwa z rdzennymi Francuzami czy Holendrami, ale dziwi się demonizowaniu tego konfliktu. Prawica boi się, że migracja zmienia ich świat (bo zmienia), i stara się oddzielić od imigrantów, lewica z kolej traktuje np. muzułmanów jak kochane niegrzeczne dzieci. Postmodernistyczny multikulturalizm łączy te dwie postawy, unikając sporu, który jest sam w sobie dobry uważa Scheffer. Holenderski liberał twierdzi, że uczenie muzułmanów o Oscarze Wildzie (geju) czy o holocauście jest trudne, ale konieczne. W rozmowie z młodymi Marokańczykami w Holandii, narzekającym na rasizm Holendrów, i niechęć nie-muzułmanów w zatrudnianiu ich, przypomina, iż szacunek musi być obustronny, jeśli oni potępiają ateistów (np. samego Scheffera) czy gejów lub Żydów, za to kim są, nie mogą liczyć na szacunek. Paul-Scheffer Scheffer uważa, że mówienie o większości i mniejszościach jest szkodliwe, bo pozwala na stadne traktowanie grup, i spłyca oraz wykoślawia konflikt światopoglądowy. Proponuje szczerą rozmowę, i przypomina, że muzułmanie z którymi rozmawiał, cenili sobie jego trudne pytania o ateizm czy homoseksualizm i obustronną tolerancję (bo nie klepał ich protekcjonalnie po ramieniu, przytakując ich zdaniom, jak opiniom dzieci, jak to czynią postmodernistyczni Holendrzy). Przypomina też, że indywidualne podejście do Irlandczyków czy Włochów umożliwiło bolesną ale niemal pełną integrację ich z niemal wyłącznie protestanckim jeszcze ok. 1840 roku społeczeństwem USA. Holender krytykuje poprawność polityczną i postuluje wolność uważania homoseksualizmu za perwersję, na równi z uważaniem islamu za tyranię umysłów, co nie znaczy, że można kogoś pobić: „Wolność słowa sprawia, że gorące głowy się chłodzą. Bez możliwości puszczenia pary wściekłość łatwo przeradza się w przemoc”. Surinamczycy dziś czasem żałują, że nie uważa się ich w Holandii już za emigrantów, bo na byciu kłopotliwym imigrantem można zarobić i coś zyskać. Scheffer uznaje ślepą multikulturową hojność za problem, który hamuje możliwość porozumienia z przytłaczającą większością muzułmanów (z wyjątkiem patologicznych fanatyków). Rządcom poleca wolność słowa i indywidualne podejście do ludzi, muzułmanom przemyślenie konsekwencji np. nieuznawania władzy Żyda (Joba Cohena) – burmistrza Amsterdamu. Wszyscy jesteśmy dorośli, więc zachowujmy się tak – uważa Scheffer. Dawno już nie czytałem wypowiedzi, z którą zgadzałbym się w 100 %, a tak jest właśnie w przypadku wywiadu z Paulem Schefferem.

Postmodernizm – nowa odsłona romantycznego konserwatyzmu

Kolega Radek Czarnecki uważa neoliberalizm za główny nurt postmodernistyczny, ja uważam popularność neoliberalizmu za efekt postmodernizmu. Natomiast sam postmodernizm uważam za nową odsłonę konserwatyzmu, ponieważ: 1. postmodernizm jak romantyczny konserwatyzm zakłada zwątpienie w postęp, a skoro tak, to co może zabronić muzułmańskiemu ojcu w Niemczech tłuc córkę? Na pewno nie trybunał w Karlsruhe. 2. konserwatyzm jest ideologia lokalną i relatywną, więc nie uniwersalistyczną jak chrystianizm, liberalizm czy socjalizm, co wyjaśnia czemu Kościoły i chadecy są przeciw postmodernizmowi, a często i jego politycznej odmianie – multikultularizmowi, a świeckawi amerykańscy neo-kons za. 3. postmodernizm wygląda na zawieszenie broni z innymi cywilizacjami, a więc zakłada istnienie wielu cywilizacji i wielu przepisów na szczęście odwrotnie niż doktryny uniwersalistyczne jak chrystianizm, liberalizm czy socjalizm. Racja stanu – konserwatywna Realpolitik, ma więc przewagę nad polityką liberalnych praw człowieka (np.praw więźniów politycznych w Rosji, Iranie czy Chinach). Huntington – neokonserwatysta i postmodernista (postęp nie ma znaczenia w jego modelu rozwoju cywilizacji) przezornie uznaje więc nawet … Rosję i Latynoamerykę za inne cywilizację od „zachodniej”, by nic nie przeszkodziło ropobiznesowi, i małodusznej polityce wobec np. Meksyku. Jak mawia liberał Paul Berman – Realpolitik nigdy nie była wrogiem ludobójstwa. 4. neoliberalizm to liberalizm wypłukany z wszystkiego z wyjątkiem wolności przepływów forsy, jeśli postmodernistycznie podważymy prawa człowieka, traktowanie ludzkości jako jednej cywilizacji i uniwersalizm ideałów, otrzymujemy program minimum jakim jest neoliberalizm. Neoliberalizm często zamienia się w dogmatyzm wolnego rynku i sprzeciw wobec wszelkiej kontroli przepływów finansowych, dlatego biznesmeni kochają neolib, i wywołujący podobne skutki choć wychodzący z innych założeń – libertarianizm, a nie daszą ni grosza na głoszenie socjalliberalizmu czy zwykłego mainstreamowego liberalizmu, dla którego human rights stoją znacznie wyżej niż free market dogma. Dlatego uważam, że postmodernizm jest wyłącznie konserwatywny. Czekam na argumenty za i przeciw.

Adam Wielomski: „Konserwatyzm” – moja liberalna polemika z autorem i jego bohaterami

Jest to polemika podwójna, dlatego, że prof. Wielomski jest nie tylko autorem piszącym o konserwatyzmie, ale i konserwatystą wojującym, a jego książka ma charakter „misyjny”. Kiedy czytam książki napisane przez konserwatystów, zawsze zadziwia mnie ich dziwny humanizm. Konserwatyści przedstawiają siebie jako obrońcy ludzkiej „podmiotowości”, lecz nie widzą, że to liberalne prawa konstytucyjne dopiero im tą podmiotowość dają, podczas gdy konserwatyzm traktuje człowieka jak przedmiot, jak element kultury, w przypadku chrześcijańskich konserwatystów uprzedmiotowienie jest podwójne, ponieważ jednostka jest nośnikiem bożego planu, a nie celem samym w sobie. To oświeceniowy liberalny eudajmonizm czyni jednostkę i jej dobrostan celem samym w sobie. Tak samo zawsze zadziwia mnie, to, że konserwatyści widzą rzeczywistość sprzed 1789 roku (data umowna) jak bajkę dla grzecznych dzieci, w której każdy włącznie z chłopem pańszczyźnianym był przeszczęśliwy z powodu swego zakorzenienia w społeczności lokalnej i tradycyjnej. Jak wykazał już na pocz. XIX wieku liberał Beniamin Constant, jest to taka sama utopia, jak utopie futurystyczne lewicy, bo o przeszłości często wiemy niewiele więcej niż o przyszłości. Nie wiemy co myślał chłop w XV wieku, a nawet nie za bardzo co myślał mieszczanin, więc skąd domysł, że byli konserwatystami? Znane są teksty Jacquesa Coeura, który brzmi raczej jak progresywista i liberał („dla chętnych serc wszystko jest możliwe” – Jan Baszkiewicz: „Historia Francji”), Norbert Schindler napisał znakomitą pracę o ludziach „prostych i niepokornych”, może więc XVI wiek czy XII wiek był wieloideologiczny jak dziś jest świat? Czy optymaci i popularzy w Rzymie starożytnym nie wyglądają jak konserwatyści i liberałowie, w końcu chodziło o kwestię otwartego lub zamkniętego dojścia nowych ludzi z plebsu do elit. Chyba, że założymy jak najradykalniejszy opisywany przez Wielomskiego autor – Evola, że konserwatywna era kończy się z powstaniem filozofii, tylko, że … nie wiadomo kiedy ona powstała, prawdopodobnie dawno przed Homerem, bo istniała też filozofia przekazywana ustnie przecież. Czy wiek XX był gorszy niż wiek XII lub XVII? Nie sądzę; krucjaty i wojna trzydziestoletnia to też wielomilionowe jatki, podobnie jak podbój Ameryki Południowej przez hiszpańskich konserwatywnych ulubieńców profesora Wielomskiego… Konserwatyści mówią o chimerze praw człowieka, tymczasem w pewnym sensie istniały one zawsze lecz nie dla wszystkich a dla szlachty. Dla chłopów był gułag zwany feudalną gospodarką, a dla szlachty sejmokracja lub magistraty. Konserwatyści są bardzo różni w poglądach, bo każdy chce konserwować co innego; najczęściej coś co zna. Ponieważ myśl konserwatywna jest często widziana wobec tego jako zaściankowa, konserwatywna prawica chwali się autorami typu Kuehnelt-Leddin, którzy mimo podróży pozostali zaściankowi, tzn… eee konserwatywni. Konserwatyzm, uważa liberalizm za negację np. tradycji, lecz sam jest negacją prawodawstwa i instytucji liberalnych, przy czym sam rzadko ma spójny program. Liberalizm, doktrynę praw człowieka, wzajemnych zobowiązań, wolności wyboru, konserwatyści sprowadzają do groszorobstwa, choć sami groszem ani mniej ani bardziej nie gardzą. Konserwatyści wiedzą co wiedzą, i znają co znają (po swojemu), ale często nie wiedzą co zaproponować zamiast liberalizmu. Ludwig von Mises uważał konserwatyzm za resentyment niepracującego kleru i szlachty wobec świata pracy, która daje lepszą płacę i pozycję, być może coś w tym jest. Liberalizm wprowadza równość wobec prawa, konserwatysta słusznie zauważa, że nie wystarczy to jako model moralności, i będzie miał rację, ale to i tak nie czyni szlachcica i przywileju moralnym. Być może konserwatyści tak bardzo chcą powrotu do przeszłości, bo jej nie oceniają trzeźwo? To co proponują to abstrakcja. wielom Nie mogę mieć oczywiście pretensji do prof. Wielomskiego o to, że głosi konserwatywne hasła, jest bowiem konserwatystą, mam jednak do niego pretensję o watykanizację konserwatyzmu. Z wyjątkiem Evoli, i może jeszcze niektórych decyzjonistów, jasno daje on do zrozumienia, że prawdziwym konserwatyzmem jest tylko konserwatyzm katolicki. Dlatego zupełnie pomija on konserwatyzm rosyjski, neokonserwatyzm z USA, czy np. konserwatyzm Disraeliego. Jest to bardzo dowolne potraktowanie tematu, i nic poza katolicyzmem i hispanofilią autora nie tłumaczy go. Edmunda Burke’a ma AW za „prawicowego liberała”, który mógłby potępić restaurację tak jak potępił rewolucję (s. 15), całkowicie się zgadzam, choć sama nieortodoksyjność nie pozwala omijać konserwatywnych treści pism tego autora. Elitarysta Heraklit byłby wg AW pierwszym konserwatystą, co jednak nieco się gryzie ze stwierdzeniem, że konserwatyzm jest prastary (s. 20) i powszechny przed 1789, kogo zatem przekonywał Heraklit? O Burke’u pisze AW jako o uczniu Hume’a, a zatem człowieku indyferentnym religijnie, choć wielu autorów uważało go za kryptokatolika, ale OK był nieortodoksyjny. AW zdecydowanie woli de Maistre’a z jego pojęciem „schizmy bytu”, tj. cywilizacyjnej zmiany po 1789 roku, rozumianej jako aberracji i Chateaubrianda który twierdził, że w dawnej Francji ludzi dzieliło się według funkcji społecznej (zawodu), a nie podziałów politycznych (s. 22). Na ile to jest prawda? Przecież byli protestanci i katolicy, absolutyści i monarchomachowie, gallikanie i papiści konsekwentni, czy to nie są podziały polityczne? Dalej AW pisze o prawdzie rozumianej tomistycznie jako podobieństwo do Boga, co prawdopodobnie tłumaczy zaślepienie religijne niektórych katolików. Ciekawe zatem czy ja – ateista i liberał piszę nieprawdę, bo nie popieram argumentów prof. AW, czy ex definitione jako człowiek daleko od Boga? Nie podoba mi się utożsamianie konserwatyzmu z katolickim fanatyzmem i fundamentalizmem, tak samo jak nie podobałoby mi się utożsamianie go z islamizmem czy radykalnym islamem. To bardziej decyzyjności są czystymi „technicznymi” konserwatystami, podczas gdy AW czy jego ulubieniec Donoso Cortes to po prostu katoliccy fundamentaliści. Już kiedyś spierałem się z profesorem na temat sprzeczności chrześcijaństwa z konserwatyzmem, których on o dziwo nie dostrzega. Konserwatyzm, jak pisze AW broni tego co lokalne i walczy z biurokratyczną uniformizacją. Hmm to samo mogą czynić inne ideologie, poza tym czy AW broniłby np. lokalnej tradycji pt. Fryderyk II Sycylijski? Albo tradycji buntów bretońskich przeciw władcom Francji? Inną cechą k-zmu ma być wiara w ponadczasowe wartości (s. 27). Ale jakie wartości są naprawdę ponadczasowe? Petroniusz był rzymskim konserwatystą nieznoszącym tych chrześcijańskich rewolucjonistów przecież. Monarchia cały czas ewoluowała; która jest najlepsza? Stanowa? Patrymonialna? Absolutna? Ta z oktrojowaną konstytucją? Nacisk na obowiązki, a nie prawa to ma być kolejna cecha k-zmu. OK, a zatem liberał Kennedy też był k-stą („nie pytaj co państwo może zrobić dla ciebie, pytaj co ty możesz zrobić dla państwa”). K-zm wg AW jest przeciw polityzacji społeczeństwa. Ale społeczeństwo zawsze było polityczne, nawet jeśli polityką było kłócenie się z feudałem o warunki używania młyna czy karczmy (s. 28). Wiem, że AW chodzi raczej o masową politykę, ale ta jest rezultatem postępu przede wszystkim technicznego – telegraf, radio, kolej, TV i Internet są „odpowiedzialne” za upadek konserwatywnej domniemanej rzeczywistości a nie jakieś ideologie antykonserwatywne. Co ciekawe masowy konserwatyzm też jest produktem kolei. Konserwatyści chińscy zrywali co prawda tory kolejowe w XIX wieku, a socjaliści Neda Ludda niszczyli maszyny (niechęć do maszyn łączyła często lewicę z prawicą, Engels czerpał natchnienie od romantycznych konserwatystów angielskich i niemieckich), ale nieco z innych powodów niż lęk przed umasowieniem polityki… Inaczej niż konserwatywny historyk francuski Pierre Gaxotte, AW widzi Francję przed XIX wiekiem, jako uosobienie ładu i jedności ducha (s. 29). AW uważa, że konserwatyzm ewolucyjny wyłonił się tam, gdzie rewolucyjny wstrząs był mniej radykalny jak w UK i Niemczech (s. 30), choć lepiej byłoby tłumaczyć za de Maistre’m, że indywidualne czytanie Biblii przez protestantów już stanowiło pewną rewolucję, i emancypację. K-zm ewolucyjny (Burke/Gentz) jest więc raczej postawą niż doktryną. Tradycjonalizm (de Maistre/Bonald etc.) widzi historię jako ład tworzony przez Boga (s. 33), akceptuje tylko zmiany celowe, które nie naruszają ducha dawnego ładu, bardzo to wszystko mgliste, co nasuwa przypuszczenie, że tradycjonalizm to po prostu ultramontanizm, czyli „watykanizm”. Za Arminem Mohlerem, AW uznaje że od 1883 we Francji, czy w 1898 w Hiszpanii, lub w międzywojniu niemiecki, pojawia się konserwatyzm rewolucyjny, który nie łudzi się już, że odrobi „straty” zadane przez liberalizm, konstytucjonalizm, a także nacjonalizm i socjalizm, i postuluje nowe rozwiązania często mało katolickie, a bardziej techniczne. Jedyną alternatywą są smęty nad utraconym złotym wiekiem w bibliotekach jak to czynił po 1830 roku Bonald, a przed nim Kasjodor i Boecjusz (s. 48-51). Stąd AW popiera raczej konserwatyzm rewolucyjny, który uderza w „liberalny kult pieniądza” (faktycznie lepszy kult ziemi, nadanej prze króla wojowi i jego rodzinie i kult łatwej forsy z płodów rolnych…) i w parlamentaryzm, jak robili to decyzjoniści i AF. Dziwię się, że AW w ogóle nie uważa za k-zm amerykańskich neokonserwatystów (np. Huntingtona czy Kagana), skoro robią oni dokładnie to samo co decyzjoniści, akceptują niektóre zmiany starając się konserwatyzować świat innymi metodami. Jak sam AW przyznaje uczciwie k-zm rewolucyjny często ociera się – ze swym wołaniem o wodza – o volkizm (s. 59) przypomnijmy volkizm to ideologia romatyczno agrarna, z której naziści wzięli hasło Blut und Boden – skąd inąd bardzo konserwatywne. Przypomnijmy błękitna krew, hiszpańską limpieza de sangre, i ziemiańskość. K-ści rewolucyjni uważali, że konstytucja nie powinna być dokumentem prawnym (zresztą np. Burke też tak uważał) lecz żywą tradycją (s. 61). Przypomnę tylko, że tradycję historyczną, liberał Voltaire nazywał uzgodnionym zestawem kłamstw, a przejrzystość i jednoznaczność prawna liberalnego konstytucjonalizmu, boje na głowę np. XVIII-wieczny Neapol z jego kilkoma sprzecznymi tradycyjnymi i dowolnie interpretowanymi kodeksami prawnymi (Chłędowski, Historie neapolitańskie). Kult tradycji to kult bałaganu i mafii. W końcu mafia i arystokracja działają tak samo. Ojczyzna de Maistre’a – Sabaudia – była dość nowoczesnym i oświeconym państwem, gdy w 1791 roku najechali ją i podbili Francuzi (s. 77), stąd de Maistre zaczął węszyć w każdym reformizmie schizmę bytu. Konstytucję napisał Bóg, a człowiek ją tylko odkrywa, uważał de Maistre (s. 80), toż to po prostu Biblia-bis, bo to samo uważają niektórzy ludzie nie znający historii starożytnej, o Biblii… De Maistre uważa, że konstytucja powinna wynikać z historii danego narodu (akurat tu Burke by się zgodził), więc uważał, że np. konstytucja 3 maja jest zbyt obca szlacheckiej Polsce (s. 81). Kolejne głupstwo – przecież dopiero słabość i anachroniczne kniaziowanie Jagiełły i ustępstwa bezsilnego Batorego zbudowały anarchiczną Polskę szlachecką, ale przecież sabaudzki intelektualista lepiej wie… Dla de Maistre’a naród to król i arystokraci, i to oni powinni rządzić, ale nobilitowanie zdolnych ludzi za zasługi dla państwa powinno zachodzić (s. 85-86), ciekawe, że inny konserwatysta Boulainvilliers, a nawet liberał Montesquieu by się z tym nie zgodził, choć inny liberał – Voltaire – owszem. Nie odszedł więc de Maistre zupełnie od oświeceniowych wartości społeczeństwa coraz bardziej otwartego. De Maistre był pesymistą, co do możności przywrócenia ładu sprzed 1789 roku, ciekawe więc po co pisał? Carl Haller, wolał feudalną lokalną szwajcarską wieś, bo to znał i lubił. Wierzył, że to co istnieje od stuleci jest zgodne z wolą Boga (s. 93), co oznacza, że panowanie dinozaurów i niewolnictwo też jest zgodne z wolą Boga, podobnie jak inne dziwactwa i nieszczęścia, aż dziwne, że nie podjął tematu teodycei. Haller uważał, że silni feudałowie nie są zagrożeniem dla chłopów, lecz ich szansą na ochronę przed anarchią, to raczej ci co mają słabą władzę są zagrożeniem (s. 95). Jest to prawdą, podobnie myślał i Cromwell i Beniamin Constant („Czerwony kajet”), silne zasiedziałe rządy są łagodniejsze, jednak przymus feudalny, wieczny też może być problemem, tego jednak Haller już nie dostrzega. Bywali feudałowie wspaniałomyślni, bywali też okrutnicy, mieli absolutna władzę nad chłopami, a to zwykle nie sprzyja etycznemu wyrafinowaniu. Warto przypomnieć znów – nie wiemy co myśleli chłopi. Kiedy pan pytał niewolnika czy chciałby być wolny, ten odpowiadał (na wszelki wypadek), że nie, lub nie wyobrażał sobie innego życia – taka jest prozaiczna prawda. Tyrania odwiecznych tabu nie musi być łagodniejsza od rewolucyjnej. Dla Hallera liberał to po prostu mason (s. 101), ciekawe bo do ezoterycznej konserwatywnej masonerii należał np. de Maistre, ten sam, który uważał, że masoni NIE wywołali rewolucji francuckiej (Roberto Gervaso, Cagliostro s. 61). Czemu Haller pisał o tym na czym się nie znał? Niedawno mieliśmy akt terroru przeprowadzony przez niejakiego A. Breivika, konserwatywnego masona-neotemplariusza. Nie każdy mason to liberał. Nawet brytyjska UGLE jest raczej konserwatywna. Haller chciał utrzymywać skromne rządy z królewszczyzn i wymuszanych na szlachcie datków (przez zawstydzanie tych, którzy nie płacą), w ten sposób konserwatywny lokalizm i anarchizm Hallera znakomicie się łączą ze współczesnym libertarianizmem (co zauważa też AW), libertarianie próbują cała wolność sprowadzić do decentralizacji, choć wiele państw zdecentralizowanych w historii bywało zbrodniczymi, i bardziej tyrańskimi od tych zcentralizowanych. Nawet Adam Wielomski nie może znieść naiwności Hallera, który bredził o tym, że każdy feudał po prostu z definicji musi być czułym opiekunem dla chłopów. Następnie jazda bez trzymanki – AW uważa, że „k-zm zawsze był oparty na katolicyzmie”, stąd doniosłość pism Piusa IX dla k-zmu. Rozumiem, że konserwatyzm konfucjański, petroniuszowy, heraklitowy, prawosławny, czy protestancki odpadają? Pius IX potępił racjonalizm i scjentyzm, a nawet liberalny katolicyzm (chadecję, choć ta jak na rozkaz zerwała kontakty z liberałami w Belgii, we Francji i Holandii, skazując się na rolę wiecznej opozycji). Pius IX zrównywał liberałów z komunistami (s. 111), jako reprezentantów cywilizacji filozoficznej, domagał się immunitetu dla instytucji „prawdziwej i doskonałej” – KrK, czym wkurzył Actona i zawiódł wielu chadeków, oraz osłabił Kościół. Co zyskał? Wzmożenie lęków wobec Żydów, masonów i reformatorów, co spowodowało, że katolicy wybrali faszyzm. Oczywiście AW tego nie dostrzega, dla niego faszyzm nie ma w sobie nic konserwatywnego, choć układał się z religią, a kobietom nakazywał siedzieć w domu i rodzić dzieci, tak jak konserwatyści. Kiedy wreszcie konserwatyści wezmą odpowiedzialność za faszyzm? Jaime Balmes uznał „bez szemrania” pretensje Piusa IX do bycia nowym Innocentym III (s. 114). Pius IX uznał liberalizm za głównego wroga, bo oparty jest na prawach, a nie powinnościach, i na indywidualizmie (s. 115). Znowu kłania się Beniamin Constant i jego stwierdzenie, że prawdziwy podział jest między człowiekiem świadomym swych praw, śmiałym i odważnym – liberalnym, i człowiekiem stadnym socjalizmu lub konserwatyzmu, który służy tym ideologiom, tylko jako żywy nośnik utopii. Pius IX po prostu żądał większej władzy Kościoła nad ludźmi, reszta to tylko bełkot; widać to wyraźnie, wtedy gdy potępia indywidualizm i filozofowanie, a jednocześnie chce by szkoły katolickie były poza zasięgiem państwa (s. 116). Pius IX potępiał liberalną mentalność „zysku”. Nie pojmował jak widać, że liberalizm to nie tylko biznes i kontrakt, ale też utylitaryzm (etyka czynu, a nie niezbadanego zamiaru) i wolność wyboru. Ludwig von Miser, Austriak wychowany w katolickiej rodzinie bardzo żałował, że KrK zwrócił się przeciw wolności… Za konserwatyzm hiszpański AW uznaje nie to co Hiszpanie mają za konserwatyzm (obrona status quo), lecz karlizm – np. Victora Pradera y Larumbre, który bredził o tym, że to co stare jest święte (s. 121), hmmm hazard i prostytucja też są stare… Hasło karlistowskie: Dios, Patria, Rey y Fueros – jest nieco sprzeczne bo zawiera pierwiastek silnie monarchistyczny, ojczyźniany (a jeśli król jest cudzoziemcem?), ale już nie będę się czepiał, idźmy dalej. Karliści uważali państwo za organizm, a wolny rynek za wrogi import z Francji i GB/UK. Mella uważa, że liberalizm to anarchia moderata (s. 130) – cóż każda władza jest tym właśnie, także feudalna Hiszpania z karlistowskich snów. Adam Mueller, konwertyta katolicki, który wyjechał z Prus, bo tam wolano luteran, do Austrii to kolejny bohater książki Wielomskiego (140). Ciekawe, że AW ani słówkiem nie wspomni, że w Austrii jeszcze pod sam koniec XIX wieku, Mahler musiał stać się katolikiem by zostać dyrektorem opery… Takie czasy. Mueller, jak Fichte preferował wspólnotę (Gemeinschaft) nad jednostkę, lecz inaczej niż Fichte – chciał państwa organicznego, a nie biurokratycznego. Mueller krytykował monteskiuszowski trójpodział władz (błąd Montesquieu polecał dwupodział władz, by miedzy nimi powstała „przestrzeń wolności”, trzecią dośpiewano sobie w USA – por. Pierre Manent: „Intelektualna historia liberalizmu”) , i prymat teorii nad praktyką polityczną. Suwerenem dla Muellera był ani lud, ani król, lecz Bóg, rozumiany jako Historia (s. 145), ale jak każdy konserwatysta nie był w tym konsekwentny, ponieważ ani myślał uznać za Historię tego co mu się w niej nie podobało. Luther podporządkował Kościół państwu, i za to M. go nie lubił, ale uważał, jednocześnie że państwo powinno kontrolować całkowicie edukację, literaturę, sztukę itd., w czym był jak zauważa AW – bardzo luterańsko-pruski (s. 149). Choć moim zdaniem byłby tu przede wszystkim Heglowski, w końcu to konserwatysta Hegel utożsamił postęp z państwem pruskim, by zneutralizować indywidualistyczny anglosasko-niderlandzki liberalizm, czyli ten prawdziwy liberalizm. Mueller był antysemitą, ale jego niemieckość nie oznaczała klasycznego nacjonalizmu, lecz coś w rodzaju projektu Ottona III – bis. Jednak wbrew zdaniu AW uważam, to za formę nacjonalizmu, bo Niemcom przypada w tym układzie rola przewodnia, a to wystarczy by coś uznać za nacjonalizm. AW zapomina dodać, że dla AM liberalizm był „francuskim wymysłem” a więc miał on tendencje do filozoficznego szowinizmu i anty-uniwersalizmu. Zresztą sam AW pisze, że AM uważał za prawdziwą filozofię jedynie tą niemieckojęzyczną, zresztą wyjątkowo głupio uważał, bo cała katolicka spuścizna łacińska zostaje tym samym wyrzucona do kosza. Mueller był chyba po prostu kołtunem i nieukiem niestety. Rambiro de Maezu y Whitney uważał nacjonalizm za tożsamy z liberalizmem (s. 155). Co nie dziwi, kiedy przypomnimy sobie co John Gray uznał za największa słabość kontynentalnego liberalizmu w XIX wieku – jego połączenie z nacjonalizmem właśnie. Ale wróćmy do książki Wielomskiego; Maezu y Whitney uważał wszystkie narody za równe wobec Boga, ale Hiszpanię chciał ocalić prze antykatolickim liberalizmem, a więc – wbrew AW był jednak troszkę nacjonalistą, choć nie był rasistą (s. 161). Zresztą w XIX i XX wieku wszyscy latynosi na wyścigi zaczęli przekonywać, że jedynymi rasistami są Anglosasi. Do dziś nawet liberalni autorzy jak Carlos Fuentes wypisują takie dyrdymały. W książce AW nacjonalizm zdaje się być ciągle czymś innym; raz szowinizmem, raz rasizmem, inny raz ekcepcjonalizmem. No cóż… Chorobą Hiszpanów w XX wieku nie był rasizm, lecz katolicki fanatyzm, jak inaczej. Maezu y Whitney, jak pisze AW, uważał że zysk ekonomiczny jednego jest zawsze stratą drugiego (s. 163) – czyli jak typowy Latynos trochę był konserwatystą, a trochę socjalistą, a przy tym dominował zapewne wielki kompleks niższości wobec USA, cóż w końcu to pokolenie 1898, ale czemu budować całą teorię polityczną na resentymencie? Maezu y Whitney chciał by Hiszpanie pozostali kato-konserwatystami, ale zarabiali i prowadzili biznes jak kalwińscy biznesmeni z USA. Każdy by tak chciał … Jacquesa Bainville’a uważa AW za ostatniego orleanistę, który uważał monarchię niedemokratyczną za najlepszą gwarancję wolności jednostki (s. 174). Bainville uznał etatyzm za kiepskie cezariańskie lekarstwo na pauperyzację Europy po I wojnie światowej. Wygląda na ciekawego myśliciela, choć jego pomysł na monarchę-rozjemcę sporów prawnych nie różni się tak bardzo od poglądu na prezydenta z jego vetem, prawem łaski, itd. Bainville też mylnie uznał, że bogacze są – jakby powiedział Donald Rumsfeld – job creators, i postulował niskie podatki dla nich. Nie działało to jednak ani w XX, ani w XXI wieku. Za pierwszego decyzjonistę uważa Wielomski, Jaime Balmesa (1810-1847), stronnika karlistów. Balmes uważał liberalizm za ideologię teoretyków, którzy nie dają rady rządzić państwem pomyślnie w praktyce (s. 185) – hmm może dlatego, że utrudniali różni ultramontanie itd. Balmes uważał, że liberałowie (wolterianie) mają problem z utrzymaniem władzy, stąd ciągłe rewolty XIX-wiecznej Hiszpanii. Podobnie jak marksiści uważał liberalizm za doktrynę miast i mieszczan, która nie współgra z konserwatywną hiszpańską prowincją, stąd niestabilność rządowa (s. 190). Jednak liberalizacja ducha wsi wiele by tu nie dała, ponieważ, jego zdaniem leseferyzm skutkuje pauperyzacją mas (tak było, zanim liberałowie nie wprowadzili nieco państwa socjalnego na przełomie XIX i XX wieku). Balmes uważał, że władza musi mieć jakąś pozaziemską legitymację, czyli był fanatykiem, to zrozumiałe. Przeczy jednak sobie gdy pisze z jednej strony o bierności konserwatywnej prowincji i ich konflikcie z nielicznymi miejskimi reformatorami. Bierność jednej strony i konflikt częściowo się wykluczają (s. 191). Dla Balmesa podstawą kultury Europy jest chrześcijaństwo, cóż jak wszyscy konserwatyści zapomniał o SPQR… Donoso Cortes to kolejny fundamentalista chrześcijański, który bredzi o niezbadanej woli Boga, i o tym jak rozumie tą niezbadaną wolę (s. 199). Dla liberała, jak pisał DC, każdy rząd jest podejrzany o tendencje antywolnościowe – to niestety fakt, dlatego część liberalnych instytucji zawsze toczy rak libertarianizmu. Uważa, że liberalizm nie ma swojej teologii, bo jest zbyt filozoficzny, dlatego ulegnie socjalizmowi (s. 203). To niestety kolejne trafne spostrzeżenie, choć liberalizm poza tolerancjonizmem, posiada także etykę utylitarno-eudajmonistyczną, którą najgłębiej opracował John Stuart Mill. DC pewnie nie czytał, ciekawe czy czytał Milla prof. Wielomski? Słusznie DC głosił, że wolność jest córką ładu, a nie chaosu, lecz to nie wyjaśnia czemu nie może to być liberalny ład konstytucyjny? DC uważa, że monarchie nie dadzą rady powstrzymać socjalizmu, którego jak widać bał się jak herezji, zresztą socjalizm jest po trosze herezją, stąd ucieczka od wolności dotyczy nie tylko faszyzmu, katolickiego frankizmu, ale też i socjalizmu – ludzie wychowani przez konserwatyzm i autorytaryzm od wieków, nie mogli od razu nauczyć się żyć w liberalizmie (por. Erich Fromm). DC jednak postuluje bardziej doraźne metody strzelania do tłumu, dyktatury itd. Ma też typowo konserwatywne przesądy, np. uważa, że religijność średniowiecza pozwalała by władza była słaba, bo autorytety religijne też po trochu rządziły (s. 206). Władza średniowieczna, nie tyle słaba, co lokalna ma wszystkie wady niestabilnych rządów, jakie Balmes przypisywał liberalnym, stąd ciągłe wojenki, najazdy, czasem nawet przeciw suwerenom np. Ludwikowi XI itd. Znowu trzeba zauważyć, że średniowiecze to nie bajka. Z drugiej strony można zauważyć, ze w liberalizmie rządzi się mniej i łagodniej, bo rządzi głównie prawo, a nie rząd. Carl Schmitt (1888-1985) uważał cesarza Wilhelma II za uosobienie ładu, a dyktaturę za lek na demokratyczny chaos jaki nastąpił po 1918 roku. Naziści byli dlań zbyt prymitywni (s. 214). Uważał, że w demoliberalizmie „wartości służą jedynie dla uprawomocnienia interesów materialnych i politycznych” (s. 219) – co brzmi jak sztuczki papieży, królów żonglowania wartościami, ale Schmitt dostrzega to zjawisko tylko u parlamentarzystów. Stąd niczym Bodin w XVI wieku krzyczy o jakikolwiek ład. Rene Guenon, zwolennik duchowości Orientu, gloryfikował kastowość (jak Nietzsche), i uważał tradycję za przeciwieństwo masowości (s. 234), choć tradycja staje się zawsze to co masy robią przez dłuższy czas, ale OK. Także Guenon cierpi na kompleks don Kichota i idealizuje średniowiecze. Eric Voegelin to kolejny konserwatysta, choć zaczynał jako zwolennik Husserla i Kanta jak pisze AW (s. 238) – Wielomski chyba nie zauważył, że Kant przeciwstawiający etyke obowiązku (niezbyt konsekwentnie co mu wytknął Mill), etyce utylitarnej liberalizmu, i uduchowiony humanista Husserl to też konserwatyzm tyle, że może bardziej ewolucyjny! EV uznał za początek rozmontowania świata tradycji gnozę, czyli prawdę człowieka przeciwstawioną prawdzie świata (s. 240), jak dzisiejsi postmoderniści EV uważał, że Bóg ma dla każdego narodu inną tradycję. Przy tym wszystkim podziwiał Platona, ciekawe czy widział u niego elementy konstruktywizmu? Pewnie nie. Przy okazji widać jak bardzo niesamodzielna jest myśl konserwatywna. Gomez Davila – chyba ulubieniec prof. Wielomskiego uważał szlachtę za uosobienie wolności (inaczej niż np. Adam Smith, który miał ją za największa gnębicielkę wolności…). GD wolał feudalizm i mnogość dworów od państwa nowożytnego scentralizowanego, czyli mafia była dlań lepsza od stabilnego państwa (s. 255). Gratulacje. GD narzekał na kolektywizację myślenia (s. 259), co jest dziwne u konserwatysty, który postuluje powrót do feudalnego posłuszeństwa. Czy w ogóle da się uniknąć kolektywizacji myślenia? Jeśli nie krajowego, to choć w jednej wsi? Przecież tak działa właśnie miękka tyrania tabu. Kolumbijczyk narzeka też na naukę, która ponoć nie uszczęśliwia człowieka (bez nauki byłbym trupem, bo byłem chorowitym dzieckiem, może GD nie). GD chciał cofnąć czas o 700 lat, zapewne do Augustyna z Hippony, bo Tomaso d’Aquinio dlań zbyt już racjonalny przypuszcza Adam Wielomski (s. 263). Kłania się Fichte i jego znakomita teoria religii; człowiek uznaje się za złego i wszystko co dobre oddaje Bogu, a więc poza Bogiem i religią traci kontenans. Taka choroba konserwatystów. Oswald Spengler, kolejny maruda – na miasta, na jazz, i jazgot , heglista stawiający na pruski model postępu, przynajmniej nie miał złudzeń, że historię można cofnąć. Uważał jak Hegel i Moeller, że demoliberalizm jest dla Anglisasów i innych „Wikingów”, a nie dla Niemiec (s. 279). O Maurrasie wiem o wiele mniej, ale jawi mi się on głównie jako zwolennik racji stanu, przeciw prawom człowieka (s. 295), czyli nie interweniujemy w Serbii, jak mniemam…? Leon Daudet to głównie wróg kosmopolityzmu i nauki, Kantowskich fenomenów itd. Zwala jednak na liberałów, co słuszniej byłoby „zwalić” na antropologów (s. 309). Niechęć do nadmiernej relatywizacji powoduje u mnie nutkę sympatii do Daudeta, jak go przedstawia Wielomski. W sporze piemontczyków (Cavour, Gramsci, Norberto Bobbio, Pietro Gobetti, Palmiro Togliatti), z neapolitańczykami AW opowiada się po stronie tych drugich (s. 310). Gabriele d’Annunzio, nietzscheanista i Alfred Rocco, minister Mussoliniego to dla AW pożądane zrównoważenie wpływów heglisty-panteisty Gentilego (s. 315), dla mnie to po prostu faszyści prowatykańscy, wobec obojętnych. Pisze AW o staraniach dla dogadania się w Watykaniem; to znaczy na to by dać papieżowi znowu terytorium, które mu odebrano za sprzeciw wobec zjednoczenia Włoch. Zapomina, o radości z faszyzmu po drugiej stronie. Faszyzm niewiele się różni od konserwatyzmu, skoro odróżnia go tylko heglizm-panteizm, wszystko inne faszyzm z konserwatyzmem łączy. Może dlatego Daniel Goldhagen uznał za stosowne domagać się przeprosin KrK za wspieranie faszyzmu, a ten nie był zbyt skwapliwy. Christopher Hitchens i Erich Fromm trafnie zauważają, że faszyzm to katolickie zjawisko, nazizm zresztą też powstał w katolickiej Bawarii, stąd niechęć pruskich arystokratów do tych opitych piwem katolickich chamów z SA. Wiem, wiem, „nazizm to nie faszyzm”, ale różnice są niewielkie. Czy faszyzm to ubóstwienie państwa jak przekonuje AW czy narodu, a może tradycji, która też przecież faszyści i naziści chcieli wskrzeszać. Gdzie naprawdę kończy się konserwatyzm a zaczyna faszyzm? Czy jest taki moment? Bo religię popierali i jedni i drudzy, Kinder-Kueche-Kirche tak samo, autokratyzm tak samo, nawet ekonomię kartelową też, a więc? Gdzie jest granica? Może po prostu faszyzm to część konserwatyzmu jak decyzjonizm? Na koniec Wielomski zajął się Juliusem Evolą (1898-1974), który ma problem nie z oświeceniem czy reformacją, ale z sofizmem greckim (s. 317), i staje po stronie tradycji czasu kolistego, przeciw chronologicznemu. Nie w smak mu, że chrześcijaństwo nie zniszczyło całej helleńskiej nauki, ale wyzyskało część dla swojej propagandy. Każda racjonalizacja np. Tomaszowa, to desakralizacja (s. 327). Zachwyty nad kastowością indyjską czy starorzymską to kolejne składniki myśli Evoli. AW słusznie podkreśla konsekwencję myślenia Evoli, choć potem próbuje wykazać, że Evola był panteistą. No pewnie, że był, w końcu to człowiek starożytności. Troche mnie dziwi czemu AW dzieli wszystkich na dobrych i złych konserwatystów według szablonu: panteista-niepanteista. Voltaire, Locke, i 90% wczesnych liberałów nie było panteistami, lecz deistami; może Voltaire byłby większym konserwatystą niż Evola? W sumie był konserwatystą w dużej mierze; uważał ateizm za zagrożenie, był monarchistą, co prawda z woli ludu ale jednak. Maurrasa nazwał profesor Wielomski prawicowym wolterianinem. Co to więc znaczy być konserwatystą? Czy oni w ogóle mają jakiś program, czy jak Watykan nakaże to robią? Konserwatyzm musi podpierać się panteizmem, chrześcijaństwem, a czasem nawet elementami liberalizmu i socjalizmu, ponieważ, wbrew twierdzeniu głównemu zawartemu w książce prof. Wielomskiego, NIE dostarcza i nie oferuje spójnej wizji świata. Jakżeby zresztą mógł; jest tylko baśniową fantazją, utopią tych, którzy spali na lekcjach historii, lub jak mawia liberał amerykański Bill Maher; „kochają prawdę, tylko nienawidzą faktów”.

Górnictwo się kończy, ekologizm goni własny ogon. Czas na atom!

Tak lekceważona ostatnio Francja (że niby kryzys itd.) czerpie większość energii z elektrowni atomowych, co powoduje, że jej niezależność energetyczna jest o poziom wyżej niż większości krajów UE, poza może Norwegią i Szwecją. Na tym tle zabawnie brzmią argumenty za górnictwem i niezamykaniem nierentownych kopalni w Polsce, powołujące się na bezpieczeństwo energetyczne właśnie. Przestawienie się na atom dowodzi wysokiej racjonalności i wysokiego poziomu intelektualnego społeczeństw takich jak francuskie, amerykańskie czy japońskie. Nie ma czystszej i bezpieczniejszej energii. Pokojowe wykorzystanie atomu to wielki krok dla ludzkości, według futurologów i niektórych astrofizyków, następnym krokiem ma być czerpanie energii z ruchów księżyca i planet z ziemią sąsiadujących. Na razie jednak nie wiadomo jak to zrobić. Elektrownie atomowe jednak są stale udoskonalane. elektrownia-atomowa Ludzie mają nieracjonalne podejście do energii atomowej, myślą o Fukushimie II, gdzie problemem było tsunami, wyższe o kilka metrów od wałów ochronnych, i to, że woda zalała baterie zapasowe do urządzeń chłodzących, a nie niekontrolowana reakcja atomowa. Myślą o Czarnobylu, gdzie problemem był grafit bezsensownie używany kiedyś do chłodzenia – ale to już przeszłość; od dawna już używa się wody, po której od razu widać czy działa czy nie, nawet jeśli mierniki nawalą. W Czarnobylu ewakuowano ludzi z wielkiego obszaru, choć napromieniowanie zagroziło tylko bezpośrednim sąsiadom elektrowni! Do dziś teren jest opuszczony (z wyj. wycieczek turystycznych). Największą katastrofą przemysłową wszech-czasów był wyciek chemikaliów w Bhopal w Indiach, który spowodował śmierć sto razy większej grupy ludzi. Ludzie boją się atomu, o którym ekolodzy opowiadają rozmaite brednie. Merkel ulega Zielonym, którzy są najsilniejsi właśnie w RFN. Po Fukushimie obiecała przyspieszyć likwidowanie elektrowni atomowych, mimo iż w RFN nie ma trzęsień ziemi, ani tsunami. Zresztą są już teorie łączące ekologizm z volkizmem, czyli tym samym ruchem romantycznego kultu tego co naturalne – krwi i ziemi, który dał początek nazizmowi, może więc nieprzypadkowo ekologizm jest najsilniejszy w Niemczech … Wybuch elektrowni atomowej, podobny jest do katastrof samolotów, zdarza się ekstremalnie rzadko, i jest niebezpieczniejszą opcją energetyczną, tak jak samolot transportową, ale jest spektakularny, więc zwracamy uwagę nań o wiele większą niż na dziesiątki tysięcy ofiar zatruć czy wypadków samochodowych. Chodzi tu też o zaufanie nauce; kierownicę, lub kanapkę z salmonellą mamy w naszych niefachowych własnych dłoniach, samolot i elektrownia atomowa wymaga obsługi eksperckiej. Tak samo z argumentem naocznych świadków, i posiadaniem broni w domu, ponieważ dotyczy to sfery własnych możliwości, mamy do tego nadmierne zaufanie, mimo iż nikt jeszcze nie użył broni w dobrym celu, np. przeciw napadowi na bank w USA, a naoczny świadek to najsłabszy dowód sądowy, bo ludzie konfabulują, policja zaś i detektywi robią o niebo mniej błędów. Kołtun jednak lubi brać sprawy w swoje głupie ręce niczym brudny Harry. Czysty romantyzm. Dziś Francuzi eksperymentują z termojądrowymi elektrowniami, w których już nie ma najmniejszego problemu z kiełznaniem atomu, bo reakcje można przerwać w każdej chwili, a reszta kontynentu baja o wiatrakach i kwiatkach, oraz bioproduktach. Ostatnio Szkoci stwierdzili jednak, że wiatraki szpeciłyby górskie krajobrazy, a to zagroziłoby turystyce. Johna Gray słusznie pisze w „Fałszywym świcie”, że trzeba by całą ziemię pokryć biofarmami i wiatrakami by zadowolić utopijne pomysły ekologistów. Zresztą tak krytykowane przez nich GMO też jest już od dawna faktem, i zwykle nikomu to nie szkodzi. Ekologizm to romantyczna fantazja mająca więcej wspólnego z religią niż jakąkolwiek logiką. Wystarczy przeczytać Mone Chollet by zobaczyć, że uprawia ona nie myśl praktyczną lecz kult Gai. W Polsce ludzie tak boją się atomu, że nie znaleziono miejsca na elektrownię. europa-ej-procent-mapa-2 Górnicy mogą strajkować, Duda może straszyć niestrajkujących pobiciem („wiemy gdzie mieszkacie” brzmiało jak groźba, choć mogę się mylić), bo jest ich sporo, mają silny związek, kilofy i laski dynamitu. Kilka razy w przeszłości straszyli nimi parlamentarzystów, stąd są traktowani jak arystokraci. Pozwala się im na więcej niż innym. Pracownikom jakichkolwiek fabryk nie upiekłoby się to co książętom górniczym się upiecze. Ludzie odruchowo wspierają górników, bo rząd jest ble, nie myślą jednak że to ich pieniądze idą na górnicze fochy. Górnicy mają ciężką pracę, stąd spore pensje, ale już przywilejów przy zwalnianiu mieć nie powinni, bo nikt inny ich nie dostaje. Niestety tu Balcerowicz ma rację; należałoby szybciutko sprywatyzować i po kłopocie. Stare maszyny, nadmiar etatów, kiepskie kierownictwo – te kopalnie będą się sypać. Taniej jest sprowadzać węgiel z RPA. W Polsce cudzoziemcy (Czesi, Niemcy, Australijczycy) zakładają kopalnie nowe, ale te ich kopalnie mają nowoczesny sprzęt i mało pracowników, a więc mogą przynieść zysk. W liberalnym społeczeństwie nie może być jednak przywilejów, ani zbiorowych kontraktów pracowniczych za jakimi tęskni pan Szumlewicz. Pracowników powinno chronić prawo, a nie mafie zwane związkami zawodowymi, które się zachowują niemal jak terroryści. Górnictwo to balast; z jednego kg uranu mamy tyle energii elektrycznej co z zładowanego po brzegi … pociągu węgla. Chcemy żyć w XXI czy XIX wieku?

Narody ewoluują

Zaproszono mnie na Facebooku na jakąś idiotyczną akcję zaproszenia Putina do Auschwitz zamiast Gaucka, bo prezydent Niemiec reprezentuje naród morderców, a Putin – Wyzwolicieli… Ja myślę że prezydent RFN reprezentuje naród, który się czegoś nauczył z historii. Putin powinien jednak tam być – po to, aby sobie przypomniał jak się kończy nacjonalizm polityczny… Myślenie, iż narody mają jakieś stałe cechy to myślenie konserwatywne i błędne. My liberałowie uważamy, że polityka i wychowanie może zmieniać kulturę. Ciekawie pisze o tym m.in. Fareed Zakaria. Od lat 70. XX wieku liberalizacji ulegli Koreańczycy, Japończycy, Niemcy i Hiszpanie, oraz w nieco mniejszym stopniu Indusi. Przeciwny trend widać u Rosjan, Amerykanów, Irańczyków i Irakijczyków. Nie tratujmy innych narodów z perspektywy przestarzałych stereotypów. Narody powinny przepraszać za czyny własne, a nie swych ojców i matek…

Ramita Navai: „Miasto kłamstw. Cała prawda o Teheranie”

Teheran ukazany przez Navai to istny dom wariatów, w którym trzeba kłamać by przeżyć i mieć trochę spokoju. Sklepikarze kryją łamiących ramadan na zapleczach, a dzieci uczy się przekonująco kłamać, że tata nie pije alkoholu. Navai jest brytyjską dziennikarką irańskiego pochodzenia. Jej książka: City of Lies. Love, Sex, Death and the Search for Truth in Teheran z 2014 roku, została wydana po polsku przez Prószyński Media w tym samym roku w tłumaczeniu Tomasza Wilusza. Kuzyn dziadka Navai, Hassan Ali Mansur w 1964 dał amerykanom immunitet prawny w Iranie, czym wywołał ataki Chomeiniego (s. 329). Pomysł na książkę powstał w głowie autorki, gdy w 2004 roku była korespondentką Timesa w Teheranie, i zabroniono jej tymczasowo pisać o polityce Iranu (za dużo pisała o prawach człowieka), wtedy zaangażowała się w pracę charytatywnej szkoły przy ulicy Szusz w południowym Theranie, i usłyszała wiele ciekawych historii. Ramita Navai miasto klamstw Symbolem Teheranu jest dla Navai 17-kilometrowa ulica Wali Asr, której południowe brzegi okalają dzielnice konserwatywnej zwykle biedoty, a im bardziej na północ, tym zamożniej i chłodniej bo bardziej górsko (s. 13). Ulicę zbudował Reza Szach w 1921 roku, niszcząc sady oficjeli i arystokratów. Pierwotnie była to ulica Pahlawiego, w 1979 roku Mohammada Mosaddegha, byłego prezydenta obalonego przez pro-brytyjski zamach stanu, gdy próbował nacjonalizacji przemysłu naftowego (1953, stąd niechęć wielu Irańczyków do UK do dziś). Odtąd ma nazwę religijną na cześć imama Mahdiego. Nocami ścina się obecnie „niewinne” drzewa przy drodze, co odbierane jest przez mieszkańców, jako „ścinanie ich duszy” (typowo irańskie dramatyzowanie twierdzi Navai – s. 17). Navai przedstawia kilkanaście historii wzorowanych na prawdziwych wydarzeniach. Pierwsza opowiada o członku MEK (Modżahedin-e-Chalgh), organizacji, która schroniła się przed ajatollahami w Iraku Saddama H. Ma on świeckie (perskie) imię Dariusz, i nie rozumie swych rodziców, którzy wspominają popijawy przedrewolucyjnego Teheranu, za to zakochuje się w członkini MEK (w 1981 MEK zabiło przewodniczącego sądu najwyższego ajatollaha Behesztiego, a w 1998 roku naczelnika więzienia Elvin – s. 34, szefowa MEK Mariam Radżawi to istna guru). Bohater historii nie wykonuje zadania, a przy okazji widzi, że w Iranie nikt już za MEK nie tęskni. Następnie mamy historię córki bogobojnych rodziców z południowego Teheranu, która ogląda opery mydlane z dobrymi – brodaczami o islamskich imionach, i złymi – ogolonymi fagasami o perskich imionach (s. 49). Łatwo potępia koleżankę (czytelniczkę „Zanan” śmiałego pisma kobiecego, wychowaną przez ojca w stosunkowo liberalnej wsi, po trzęsieniu ziemi pojechali do zislamizowanego od 1979 roku Teheranu, nie mogli się przestawić) , przyłapaną na wychodzeniu z domu chłopaka (wydała ja matka chłopaka, potem wywalają owa koleżankę ze szkoły za to obrażenie moralności, a dokonuje tego dyrektorka, która okazuje się potem lesbijką i sama zostaje wywalona), za to dumna jest z ojca, który zgrywa wielkiego mędrca islamskiego, choć jego pielgrzymki okazują się wyprawami seksualnymi do Tajlandii, a Koran znał słabo, jednak same jego względne powodzenie majątkowe i domniemane pielgrzymki wystarczyły by uchodził za wyjątkowo prawego. Główna bohaterka rozdziału, zostaje wydana za bogatego utracjusza, opowiadającego dowcipy o seksie analnym i utrzymaniu błony dziewiczej (s. 77), nie pozwala jej ukończyć studiów (wbrew obietnicom zaręczynowym), a mimo to miał się za dobrego męża, bo ją utrzymywał. Po 2009 roku, sankcjach zachodnich i upadku Ahmadineżada, dało się odczuć pewną liberalną falę; nawet konserwatywne dziewczyny zaczęły oglądać tureckie seriale bogate w erotyczne akcenty, jak: „Zakazana miłość” czy „Harem sułtana”, a kobiety przestały uważać rozwód za coś niesłychanego (s. 97). Bardzo barwnie przedstawia Navai rozmowę bogobojnej kobiety mającej dosyć oschłego męża z mułłą: „modlę się daję jałmużnę… lekarz powiedział pani …, że każdy jest kowalem swojego losu” – na to mułła: „co za herezja! Miecz w rękach pijanego niewolnika jest mniej groźny niż nauka w rękach człowieka niemoralnego!”. Przy okazji Navai zauważa, że konserwatyści z takich dzielnic jak Mejdan-e Chorasan w południowym Teheranie, choć są wśród nich i zwolennicy rozdziały religii od państwa, cieszyli się z rewolucji, bo oznaczała ona zaprzestanie postrzegania ich jako dinozaurów, skrócenie czasu pracy, minimalną pensję, dopłaty do art. 1 potrzeby itd. (s. 67), państwo w którym duchowni w TV ze szczegółami opisują dziewice rajskie („zawsze rześkie, energiczne i młode. Nigdy się nie starzeją i są nietknięte” – s. 79), uznało ich nagle za wzorowych obywateli. Oto próbka stylu Navai z 3 rozdziału książki, którego bohaterem jest młody ateista (ukryty rzecz jasna) Amir, którego odwiedza sędzia i kat jego rodziców (wieśniak, dla którego rew. Islamska była awansem społecznym), proszący go po latach o przebaczenie (Amir nie wybacza ani nie przyjmuje jego podarków): „…Amir wszedł na ogromny plac przecięty dziesięcioma pasami ruchu. Minął taksówki, pijalnię soków owocowych, stoiska z chustami i wolnym krokiem, szereg zasobnych sklepów z manteau (red. okrycie wierzchnie, które kobiety muszą nakładać na ubranie, żeby ukryć sylwetkę) we wschodniej pierzei Haft-e Tir. Dwie furgonetki nabite członkami policji obyczajowej Gaszt-e Erszad niespiesznie sunęły obok grup kobiet, zainteresowanych najnowszymi przebojami mody islamskiej. Stróże moralności krążyli niczym sępy po placu obfitym w ofiary: młode kobiety w wąskich dżinsach i baletkach, z umalowanymi paznokciami, przebierające w jaskrawych, obcisłych okryciach. Nie brakowało też dziewczyn miejscowych, zwanych dziewczynami z Bisto-Pandż-e Szahriwar, na pamiątkę przedrewolucyjnej nazwy placu, która pochodziła od daty wymuszonej abdykacji Rezy Szacha na rzecz swojego syna, Mohammada Rezy. To pod wieloma względami zwyczajne Iranki – ani bogate, ani biedne. Wywodzą się z klasy robotniczej i średniej. Są studentkami, sekretarkami, pracownicami biur, gospodyniami domowymi, narzeczonymi, kochankami. Oglądają telewizję satelitarną i zakładają konta na Facebooku. W ich wyglądzie nie ma jednak nic zwyczajnego. Noszą tyle makijażu, że transwestyta by się przeraził. Brwi zwykle są podkreślone kredką albo wytatuowane pod kątem prostym do siebie, a la Spock ze „Star Trek”. Włosy w różnych odcieniach blond piętrzą się zatrważająco wysoko, na podobieństwo fryzur osiemnastowiecznych arystokratek francuskich. Podtrzymują je misterne rusztowania schowane pod zwiewnymi chustami, delikatnie udrapowanymi na głowach tak, by odsłonić jak najwięcej włosów z pasemkami. Prawie wszystkie nosy są skorygowane skalpelem. Obcasy rzadko mają mniej niż sześć centymetrów wysokości. Ta moda rozprzestrzeniła się w całym Teheranie, ale dziewczyny z Bisto-Pandż-e Szahriwar są jej dyktatorkami…”. (s. 109-110). Ramita NavaiTeheran il. mapa Teheranu dołączona do książki Navai. Amir nie gardzi religią, ale uważa, że duchowni nią manipulują, dlatego prowadzi na serwerze proxy VPN blog antyrządowy. Ten rozdział opowiada o tym, że singielki są uważane za kurwy, i nie wynajmuje się im mieszkań (s. 126), o tym jak lewica dała się prze 1979 rokiem, nabrać na egalitarne zagrywki Chomeiniego (s. 131), o pseudoreformach Chatamiego (prezydenta w l. 1997-2005 – „kilka filmów więcej, chusty nieco zsunięte do tyłu” – s. 137), o nadziejach jakie niesie wychowanek Chatmiego, Mir-Husajn Musawi, o Ormianach którym wolno produkować alkohol (nie są muzułmanami), więc czasem go sprzedają muzułmanom (s. 140), o Megdim Chazalim – uczonym islamskim i krytyku reżymu, o Mohammadzie Nourizadzie, który do wyborów 2013 był ultrakonserwą, a potem zaczął atakować Chameneiego (s. 141), o Murakamim i Kazuo Ishiguro, popularnym w Teheranie, o wybijanych oknach i przetrząsaniach księgarń (s. 150), o nadziei jaką dał wybór Rouhaniego na prezydenta w czerwcu 2013 roku. Kolejny rozdział traktuje o gangsterze, który przemyca wódkę Smirnoff z Irbillu w Iraku (s. 165), o irańskiej emigracji do Japonii w latach 80,, kiedy to Irańczycy pracowali na budowie, ale i dla Yakuzy (s. 169), o koreańskim serialu Jumong, zawiera też zabawną scenę kłótni bigotów z gangsterem, który ma napis „USA” na T-shircie (każe on im zniszczyć F-14, boeingi, i tamę firmy Morisson skoro wszystko co z USA pochodzi jest złe – s. 185). Zabawne są dowcipy o mułłach, który kobietom w czadorach daje klucze do raju, a tym „bezbożnym”, do swojego domu (s. 195), o seksie, który jest jak w ZSRR i w Chinach formą buntu, jak i o dziwacznych na serio głoszonych teoriach na temat przypadkowego zapłodnienia ciotki, przez upadnięcie na nią wskutek trzęsienia ziemi … (s. 196-197), i o hipokryzji w ogóle (w 2008 roku Reza Zarei, szef policji odpowiedzialny za walkę z rozpustą znaleziony w burdelu z 6 kobietami – s. 200). Mniej zabawni są ci co batożą nieobyczajne kobiety, czy czarownicy, którzy znoszą grzech czarami za forsę (s. 210-211). Popularnej aktorce Zahrze Amir Ebrahimi, na co dzień pseudobigotce, upiekła się sekstaśma, dziwki uliczne nie mają tyle szczęścia (s. 224). Bohaterem jednego z opowiadań jest kryptogej Morteza, należący do islamskiej obyczajowej straży obywatelskiej Basidż, nielubianych przez bardziej luzacką (i łapówkarską) policję regularną, który na koniec zmienia płeć (s. 273). Następna to historia Ashara, przedrewolucyjnego gangstera-gentlemana, który dostarcza hazardu nielegalnego (ajatollahowie uznali za legalny obstawianie wyścigów konnych jest ok – s. 293). Potem mamy historię Faridy, lwicy salonowej, żyjącej po 1979 roku w alternatywnej rzeczywistości, chodzącej potajemnie na fitness, urządzającej imprezy równie potajemne (otwarte są już tylko w LA – czyli Teherangeles – s. 302). Niektóre przyjęcia są bardziej jawne, po opłaceniu lokalnej policji, ale nie każdego na to stać, i nie gwarantuje to spokoju. Tajne gabinety zszywania błon dziewiczych, tajne ośrodki medytacji jak w Vippassana pod Theranem, czy sponsorowane przez chrześcijańskie uniwersytety z USA, ośrodki chrześcijańskie też należą do tego alternatywnego przedrewolucyjnego Theranu, który nadal żyje tu i ówdzie wśród północnych dzielnic, w południowych zaś kwitnie potajemny homoseksualizm (s. 308). Przy okazji LGBT; autorka wspomina jak w 1984 roku hermafrodyta imieniem Fejerdun poprosił Chomeiniego o zgodę na zmianę płci i uzyskał ją (s. 351). Nawet w irańskim bałaganie czasem znajdzie się nieco zdrowego rozsądku. Polecam lekturę!