czwartek, 18 października 2018

Katarzyna Guczalska: „Państwo jaki dzieło sztuki. Piękno i wolność w filozofii Hegla” – recenzja.

Dr Katarzyna Guczalska, którą mam szczęście znać osobiście, jest specjalistką od filozofii i myśli politycznej Hegla. Jej interpretacje poglądów tego filozofa bywają dość zaskakujące, ale może to wynikać z tego, że to filozof trudny w odbiorze. Mimo to autorka uważa, że warto przebrnąć przez jego stronice i zachęca do tego:

https://www.youtube.com/watch?v=bak-952-GiM

Niekoniecznie jest to myślą przewodnią autorki książki: „Państwo jaki dzieło sztuki. Piękno i wolność w filozofii Hegla” (Aureus Kraków 2010), ale ja przynajmniej tak interpretuję jej książkę, że Georg Wilhelm Hegel (1770-1831) był jednym z tych filozofów, którzy chcieli przywrócić spoistość i jednorodność kulturze Zachodu. Dla Hegla najważniejsze jest państwo rozumiane jako dobro wspólne, i afirmuje on spoistość i harmonię państwa, na tyle na ile się da tą spoistość i harmonię osiągnąć (Guczalska 2010 s. 9). W starożytnej Grecji nie było prywatnej moralności w naszym rozumieniu, więc nie było rozbicia na społeczeństwo obywatelskie i na państwo, a więc państwo i jego ceremonie zaspokajało moralne potrzeby mieszkańców polis, i być może dałoby się tą spoistość choć częściowo wskrzesić. Należałoby to zrobić wbrew Machiavellemu, Hobbesowi i innym, którzy traktowali państwo jako mechanizm, i coś niezależnego od społ. Obywatelskiego, skoro obywatele i wódz zawierają umowę społeczną (s. 12). Hegel marzy o państwie, które nie dopuszcza samowoli, ale szanuje wolność (s. 14). Jednocześnie pomysły Schillera i innych romantyków, którzy w estetyce szukali remedium na oświeceniowe oddzielenie obywatelstwa od natury i państwa za naiwne.



Tak swoją drogą to wydaje mi się, że to rozbicie może być wcale nie takie złe i być może twórcze dla kultury Zachodu, tak jak stałe napięcie na linii protestantyzm-katolicyzm, a ci którzy jak Auguste Comte chcieli jednoczyć ducha i naukę w jedną kulturę trochę przeceniali swoje możliwości. Ale wróćmy do Hegla…

Hegel zgadzał się, że rewolucja francuska obnażyła rozbicie nowożytnego obywatela na idealizm naśladujący naturę i mechaniczne pojmowanie państwa, ale nie uważał by romantyczne remedium Schillera z 1795 roku, postulującego wychowanie estetyczne (s. 39), mogło zadziałać. Sztuka jest zbyt mało totalna w swym oddziaływaniu w nowoczesnym świecie by mogła spełnić takie zadanie, uważał Hegel, poza tym nie potępiał on rewolucji francuskiej jak Schiller czy Schlegelowie (s. 47). Bohaterowie Schillera są zbyt mało uniwersalni, czy inaczej zbyt klasowi we Hegla. Hegel uważał, że rewolucja nie jest rozumna i konserwatyści są bliżej prawdy, cenił stabilizację polityczną, i wierzył że boga i naturę da się poznać racjonalnie (s. 59). Romantyzm potępiał za irracjonalizm. Jak Vico i Herder wierzył, że historia jest głównie historią ducha (s. 63), czyli historią idei, i wierzył, że odkryje prawa historii idei jak Kepler odkrył prawa fizyki (s. 68).

Jak Rousseau Hegel wierzył, że prawdziwa wolność jest dopiero w państwie, ale w przeciwieństwie do niego uważał, ze państwo powstaje naturalnie a nie z kontraktu (s. 71). Dziwi się, że wielu uważa, że separacja od życia publicznego daje wolność (s. 75). Tutaj widzimy idealne pole konfliktu z libertarianską i demokratyczną filozofią anglosaską. Nie bez kozery Popper uważał Hegla za zwolennika totalitaryzmu państwowego. Dr Guczalska uważa jednak, że Popper źle zrozumiał Hegla i że nie on jeden źle go zrozumiał.

Sztukę romantyczną Hegel uważa za głębszą, a klasyczną za piękniejszą, przy czym obie istniały zawsze przynajmniej od początków christianitas (s. 85). W sumie chyba ma rację, w końcu przed romantyzmem mamy rozmaite mistycyzmy i sentymentalizmy, tak samo do kolumn ludzkość ciągle wraca.

Rozum i duch nie są sobie przeciwstawne, a prawda leży w rozumie czyli w ideach a nie w naturze – uważa Hegel (s. 95). Grecy żyli w etycznej jedności, rzymianie już w dużej mierze zniszczyli swą etyczność tworząc prawo (s. 99). Duch grecki ateński i cnoty demokratyczne Montesquieu dostarczały poczucia jedności dawnym mieszkańcom greckich polis (s. 110). Teatralna starogrecka polityka prowadziła czasem do nadużyć ale stanowiła inkluzywną kulturową jedność. Grek przed Sokratesem nie bardzo rozumie czym jest sumienie, lecz kieruje się duchem wspólnoty (s. 120). Dlatego etyka jest lepsza od moralności, która jest zbyt względna. Luther nadaje christianitas nową etykę postulując większe zaangażowanie wiernych i obywateli (s. 131). Luteranizm zespala z powrotem rozum i religię w jedno. Religia nie wymaga oddzielnej celebracji od tego momentu; święta obywatelskie i religijne są tym samym dla protestanta w bardzo wielkim stopniu. Hegel uważa to za krok w dobrym kierunku.

W Grecji i Azji nie znano indywidualizmu, ale na nowoczesnym Zachodzie jest on tak wybujały, że Hegel nawołuje do większego obywatelskiego zaangażowania (s. 134). Państwo nie ma podlegać społeczeństwu obywatelskiemu jak głosił Hobbes, Kant czy Fichte, lecz być wspólnym dobrem – organizmem (s. 141). Za Platonem Hegel nawoływał głównie do dobra i prawdy (s. 171), a rozum i prawdę utożsamiał z wolnością, choć wrogie samowoli. Tylko człowiek rozumny może być wolny (s. 182). Państwo jest ideą i wspólnym dobrem, a nie maszyną, ani potworem-Lewiatanem (s. 195).

Czytając niniejszą książkę dziwiłem się jak bardzo na przekór swej epoce działał Hegel. Jak konserwatysta uważał państwo za organizm, ale w sumie naturę uważał za coś nieważnego dla rozwoju ludzkości, której wystarczy własny rozum i idee. Rozumowi przyklasnęliby oświeceniowcy, ale już idealizmowi raczej nie. Nawet jeśli chcieli zbawiać świat działali zgodnie z naturą i jej materialistycznymi prawami, lub tak przynajmniej myśleli. Mamy więc do czynienia z nietypowym połączeniem pojęć i nic dziwnego, że myśl Hegla jest uważana za trudną. Najbliżej Heglowi jest chyba Auguste Comte (1798-1857), zresztą nie tylko ja to widzę:

http://chicago.universitypressscholarship.com/view/10.7208/chicago/9780226321127.001.0001/upso-9780226321097-chapter-19

Comte widział w pozytywizmie właśnie pomysł na przezwyciężenie rozbicia na religię i rozum, nawiązując do empiryzmu Davida Hume’a. Podstawowa teza pozytywizmu głosi, że jedyną pewną wiedzą jest wiedza naukowa. Ta może być zdobyta tylko dzięki pozytywnej weryfikacji teorii za pomocą empirycznej metody naukowej. Pozytywizm podkreśla znaczenie wiedzy empirycznej i naukowości, a wzorem są w nim nauki przyrodnicze. Pozytywizm we współczesnej postaci nadal jest kojarzony ze światopoglądem naukowym – czasem nazywany wręcz scjentyzmem lub ideologią naukową. Jako taki bywa często podzielany przez technokratów, wierzących w konieczność rozwoju przez postęp nauki. Ciekawe jest to, że obok idealizmu Hegla, pozytywizm Comte’a ma ten sam cel, czyli nadać Zachodowi duchową jedność. Comte’a oskarżano o próbę wprowadzenia kultu nauki, a Hegla o kult państwa a więc coś w rodzaju Robespierryzmu. Może gdyby nasza kultura była obecnie bardziej jednorodna lepiej stawiałaby czoła islamizmowi? Ciekawe prawda? Polecam lekturę książki dr Guczalskiej o Heglu!

Adam Smith (1723-1790) czyli bitwa o geniusza.

Adam Smith, szkocki filozof-moralista i ekonomista, który w swych modelach ekonomii unikał moralizowania, szukając tego co obiektywne jest postacią niejednoznaczną i skomplikowaną. Zwykle uważa się, że etyka i ekonomia są u niego jedną całością (Zabieglik 2003, s. 10). Jest to jedna z niewielu postaci dziejów życia intelektualnego, która jest zwykle opisywana z pozycji naszych obecnych potrzeb i problemów niż w kontekście swej epoki. Jest też jednym z niewielu ekonomistów o niesłabnącej reputacji (Chodorowski 2002, s. 7).

Znawca Szkocji osiemnastowiecznej i jej historii intelektualnej Stefan Zabieglik (Zabieglik S., Myśli i ludzie - Adam Smith, Wiedza Powszechna Warszawa 2003) opisuje go głównie jako moralistę i filozofa, zawieszonego raczej w próżni dziejowej, za to Jerzy Chodorowski (Chodorowski J., Adam Smith (1723-1790). Życie i dzieło autora Badań nad naturą i przyczynami bogactwa narodów Wydawnictwo UWr Wrocław 2002) interesuje się szkockim myślicielem przede wszystkim jako osiemnastowiecznym, zakotwiczonym w swoich czasach i szkockich realiach ekonomistą. Przyjrzyjmy się zatem obrazowi Smitha jaki się wyłania z tych dwóch wspomnianych opracowań, zanim pokuszę się o własne uwagi.

Smith urodził się w południowo-wschodniej Szkocji w małym miasteczku Kirkcaldy w 1723 roku. Miasteczko miało ok. 1500 mieszkańców, z czego większość stanowili ubodzy górnicy żyjący de facto pół-niewolnictwie. Jako nadmorska miejscowość Kikcaldy miało komorę celną (Chodorowski 2002, s. 15). Był pogrobowcem i chorowitym dzieckiem, przeżył jakoś epidemię czerwonki. Gdy miał 3 lata prawie porwali go Cyganie (Chodorowski 2002, s. 15). Już jako dziecko był roztargniony, ale także już wtedy uczył się mimo to bardzo dobrze (Zabieglik 2003, s. 12). W wieku lat 14 zapisany został na uniwersytet w Glasgow. Od 1730 roku nauczał tam idealista Francis Hutcheson. Wykładał po angielsku, a potem odpytywał po łacinie (Zabieglik 2003, s. 16).

W 1740-1744 był na stypendium Johna Snella w Oxfordzie, domyślnie miał zostać potem pastorem. Niestety Oxford nie tolerował wolnej myśli – np. zbesztano Smitha za lekturę Traktatu o naturze ludzkiej Davida Hume’a. Dawano Szkotom gorsze pokoje i naprzykrzano się im z anglikanizmem oraz z jakobityzmem (Zabieglik 2003, s. 19). Teologia nudziła Smitha (Chodorowski 2002, s. 17).

W 1746 roku Smith miał nadzieję na katedrę w Glasgow po Hutchesonie, ale wybrano niejakiego Craigiego hebraistę. Smith starał się więc o posadę w Edynburgu poznał tam Hume’a i Wedderborna. W 1752 roku lord Kames faktycznie zaproteguje go na katedrę literacką (miał tam też wykłady prawnicze – prowadząc je dowodził, że celem aparatu sprawiedliwości jest bezpieczeństwo społeczna - Zabieglik 2003, s. 159) w Edynburgu. Po paru miesiącach – w czerwcu 1752 roku - przeniesiono go na katedrę filozofii moralnej (Chodorowski 2002, s. 19). Uzyskawszy przystań Smith starał się pomóc przyjacielowi jakim był już dla niego wtedy David Hume i starał się zareklamować Hume’a na katedrę po Craigim, jednak sprawę utrącił diuk Argyll, i Hume mógł liczyć tylko na posadę bibliotekarza Advocates’ Library w Edynburgu.

W 1748 szlachcie szkockiej odebrano sądownictwo, ale nadal rządziła krajem. XVIII wiek i typowy dla niego liberalizm w ogóle według niektórych umożliwił powstanie prawdziwej ekonomii, ponieważ wreszcie nie wszystko zależało od zwyczaju i baronów, ale także od rozumu i wolnej przedsiębiorczości (Chodorowski 2002, s. 45). Tytoń i płótna wysyłane do Ameryki dzięki unii anglo-szkockiej 1707 roku też miały spore znaczenie. Jednocześnie jednak nadal nie wypadało słuchać koncertów i tańczyć Szkotom, a kobiety musiały mieć odkryte głowy w kościele by było widać, czy nie śpią podczas mszy (Chodorowski 2002, s. 48).

Wydana w 1759 roku „Teoria uczuć moralnych” uczyniła Smitha sławnym. Za fundament moralności uznał on sympatię którą rozumiał mniej więcej tak jak my dziś empatię, ale choć sympatia ta jest cechą każdego człowieka, nie da się poczuć tego co czuje druga osoba (Zabieglik 2003, s. 45). Uważał, ze ludzie pragną bogactwa i zaszczytów z próżności, a nie chęci poprawy losów (Zabieglik 2003, s. 50). Możliwa jest moralność obiektywna – jest to ta która służy całości społeczeństwa. Lepiej moralizować ograniczając własne przywary niż przypominać o losie innych. Od Hume’a wziął oparcie społecznych cnót na użyteczności (utility). Woli sympathy Hume’a jako podstawę moralności, niż egoizm Hobbesa, Pufendorfa i Mandeville’a czy rozum Hutchesona (Zabieglik 2003, s. 84). Rozsądek i równowagę uznał za cenne nie dlatego jednak, że są przydatne dla jednostki która ma te cechy, ale dlatego że są rzadkie (Zabieglik 2003, s. 63). Moralność najczęściej bywa subiektywna; Holendrzy są zbyt oszczędni, Polacy zbyt hojni, Włosi zbyt wylewni, Brytyjczycy zbyt zamknięci w sobie, Rosjanie za mało, a Francuzi zbyt grzeczni, Europejczycy piętnują kostkę w nosi dzikusa, ale nie widzą nic złego w gorsetach kobiet (Zabieglik 2003, s. 65). Smith uważa myśl ludzka za wolną, nie zależy ona od otoczenia (Chodorowski 2002, s. 62).

Jako filozofo Smith miał szkockie dość wrogie podejście do luksusu i próżności, ale czasem uważał, że dążenie do luksusu jest pożyteczne społecznie (Chodorowski 2002, s. 65), tak jakby się wahał miedzy kalwinizmem a liberalizmem Hume’a. Uważał inaczej niż Mandeville czy Pufendorf, że społeczęństwo jest jednak zbudowane na cnotach a nie wadach jednostek, od Hume’a wziął historyzm i empiryzm, oraz indywidualizm (widać wyraźnie też wpływy Montesquieu w tej dziedzinie - Chodorowski 2002, s. 75). W 1760 i 1761 roku Smith jest już sławny. Słynny lekarz i wolterianin Tronchin i polityk Shelbourne wysyłają do niego synów na nauki (Chodorowski 2002, s. 21). Smith sprzyjał mieszczaństwu, szlachty nie trawił specjalnie. Dnia 8 marca 1763 Smith wygłosił wykład, którego tematem była arystokracja, czyli jak twierdził „najwięksi gnębiciele wolności”:

„... arystokracja popadła w ruinę jak tylko pojawił się zbytek i rzemiosła. Jej upadek stwarza wszędzie warunki dla absolutnej władzy królewskiej. Miało to miejsce nawet w Anglii. Obecnie powszechnie uważa się, że Tudorowie byli władcami absolutnymi. ówczesny parlament, miast oceniania i kontrolowania, autoryzował i popierał środki, jakie podejmowali oni do osiągnięcia i podtrzymania władzy absolutnej. Henryk VII, a jeszcze bardziej Henryk VIII byli juz monarchami absolutnymi. Edward VI miał nie mniej władzy, która została jeszcze powiększona, ile się dało za panowania Elżbiety. W rzeczywistości była ona dużo bardziej umiarkowana i łagodna niż jej siostra Maria, najbardziej absolutna ze wszystkich angielskich władczyń. We Francji upadek arystokracji przyczynił się do ukształtowania władzy absolutnej króla trwającej do dnia dzisiejszego. Arystokracja popadła w ruinę zanim jakiś system wolności został ustanowiony...” (Zabieglik 2003, s. 262).

W 1763 roku zrezygnował z nauczania by udać się do Francji jako tutor pasierba lorda Townshenda, Henry’ego Scotta. W Paryżu m.in. znowu spotkał się z Hume’m, potem ruszył do Szwajcarii (w Genewie poznał Voltaire’a, którego popiersie będzie miał potem w domu i którego odtąd zawsze będzie podziwiać - Chodorowski 2002, s. 24) i znów do Francji a konkretniej Tuluzy (Zabieglik 2003, s. 27). Słaba francuszczyzna Smitha trochę utrudniała mu chłoniecie kultury galijskiej. Brat tego pasierba dołączył do nich w Tuluzie i zepsuł cała zabawę nagle zachorowując i umierając. Pasierb lorda Townshenda i Smith wrócili do Londynu, gdzie Smith pracował jeszcze pół roku z lordem. W 1767 roku Smith wrócił do ojczystych stron i zacieśnił współpracę z Hume’m. Choć nie przejmie jego ateistycznych sympatii i pozostanie deista, będzie zawsze za tolerancją religijną. Za wzór stawiał kwakrów w Pensylwanii (Zabieglik 2003, s. 142). Kalwinów zaś chwalił za dobrze wykształconą kadrę duchownych.

W 1776 roku wobec buntu kolonii amerykańskich Smith przestrzegał przed dogmatyzmem i sztywnymi stanowiskami. W tym roku ukazało się dzieło jego życia: „Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”. Dyktował je swojemu sekretarzowi przez kilka lat (Zabieglik 2003, s. 34), stąd nieco rozwlekły styl. Jak Hume, Smith krytykował dogmat dodatniego bilansu w handlu, a jak Steuart badał ekonomię metodami historycznymi (Zabieglik 2003, s. 87). Smith krytykował monopole jak np. Tucker, ale nie łudził się, ze kiedykolwiek nastąpi prawdziwie wolny rynek (Zabieglik 2003, s. 101, Chodorowski 2002, s. 60). Nie unikał omawiania zjawisk, które zdawały się przeczyć jego modelowi (Chodorowski 2002, s. 56). Uznał, że interesy pracodawców i pracowników nie musza być harmonijne, a prawo stoi zwykle po stronie pracodawców (Zabieglik 2003, s. 110). Rolnik ma bardziej zróżnicowaną inteligentną pracę niż pracownik manufaktury, ale się nie zrzesza stąd merkantylizm kręci się wokół manufaktur (Zabieglik 2003, s. 113). Smith chwali wolny handel bezcłowy w GB, ale gani tzw ustawy o biednych - poor laws, które hamują wówczas migracje za pracą po kraju (Zabieglik 2003, s. 114).

Bogata w złoto Hiszpania jest biedna, bo prawdziwym bogactwem jest praca i wydajność (Zabieglik 2003, s. 120). Rozwój miast służy stabilizacji społecznej i wolności (tu wpływ Hume’a – Zabieglik 2003, s. 129). Primogenitura szlachty osłabia i hamuje rozwój gospodarczy (Zabieglik 2003, s. 130). Gani zakaz tworzenia manufaktur w przyszłych USA, jako pogwałcenie prawa własności. Pochwala kolonizację tylko pustych terenów, gdzie nie ma dzikich ludów. Przewiduje, że British America pomiatana przez Londyn się oderwie i stworzy Imperium jakiego świat nie widział jeszcze (Zabieglik 2003, s. 135). Dostrzegał znaki rewolucji przemysłowej, ale nie uważał jej za czynnik zmieniający warunki gry ekonomicznej (Zabieglik 2003, s. 151). Gdyby w kilku słowach oddać „Bogactwo narodów: byłoby to: praca, wolność, banknoty. Wolność powinna być ograniczana tylko przez prawo jednostek (Chodorowski 2002, s. 118). Wynalazki uważał tylko za uzupełnienie gospodarki, a nie jej istotny element (Chodorowski 2002, s. 143). W jego czasach to było uzasadnione. Smith dopuszczał odejście od wolnego rynku w pewnych dziedzinach ze względu na obronność kraju (Chodorowski 2002, s. 148), a więc myślał trochę jak Donald Trump o surowcach strategicznych.

„Bogactwo narodów” chwalili bardzo Hugh Blair, Edward Gibbon i David Hume, ale na przykład John Pringle, szef Royal Society skrytykował Smitha, jako nie-ekonomistę piszącego o ekonomii (Chodorowski 2002, s. 29). W sierpniu 1776 roku Hume umarł, co Smith ciężko przeżył. Uczcił przyjaciela panegirykiem, który narobił mu kłopotów z klerem, ponieważ Hume był znany z ateizmu. Przez część 1777 roku Smith był w Londynie gdzie dużo dyskutował z E. Burke’m i E. Gibbonem (Chodorowski 2002, s. 29). 1778 roku dawny uczeń czyli pasierb Townshenda, Henry Scott wystarał się o posadę wysokiego urzędnika ceł na całą Szkocję dla Smitha. W 1780 roku poświecił nieco uwagi esejom o sztuce, zwłaszcza o muzyce, którą uznał za najmniej zdolną do naśladownictwa, ale przez to najbardziej twórczą i prawdziwą dziedzinę sztuki (Zabieglik 2003, s. 191). Harmonia to za mało, ważniejsza jest ekspresja, przez co muzyka jest też mniej formalna niż inne sztuki (Zabieglik 2003, s. 297). W 1782 roku Smith gościł u Samuela Johnsona w Londynie. W 1787 roku był tam znowu, i tym razem sam premier William Pitt pytał go o rady (Chodorowski 2002, s. 31).

W XIX - wiecznej Anglii admirację dla Smitha jako ekonomisty hamowały torysowskie strachy przed rewolucją mieszczańską, a potem przez liberałów pro-kolonialnych (J.S.Mill uważał „Wealth of Nations” za dzieło przestarzałe), w Niemczech przez romantyczne obsesje na punkcie moralizowania, we Francji blokada kontynentalna Napoleona, w Rosji – śmierć udającego liberała cara Aleksandra I (1825), w Italii zaś nigdy głęboka nie była przed XX wiekiem (Chodorowski 2002, s. 150-190). D.A. Moss uznaje Smitha za ojca kapitalizmu, a N. Chomsky za krytyka kapitalizmu (Zabieglik 2003, s. 7). Dziś Smitha często krytykuje się za niesprawiedliwe elementy „kapitalizmu”, nawet jeśli ten kapitalizm nie jest wolnorynkowy, ale np. konsesyjno-reglamentacyjny jak w III RP (Chodorowski 2002, s. 251). Smitha wielu krytykuje za stwierdzenie „niewidzialna ręka rynku”, co rzekomo sugeruje, że rynek jest niezgłebialnym bóstwem. Smith faktycznie w „Bogactwie narodów” wspomina trzykrotnie o „niewidzialnej ręce”, ale oznacza to jedynie tyle, że jeśli gospodarka jest wolna, żyje i zachowuje się zgodnie z zasadami natury, a te jak najbardziej zgłębiać można (Chodorowski 2002, s. 256). Pamiętam jak widziałem, że John Gray podkreślał różnicę między racjonalnym postrzeganiem rynku przez Smitha, a boskim uwielbieniem np. Richarda Cobdena i innych Manchesterczyków dla rynku, oraz podobne rozważania Ericha Fromma.

A oto kilka moich wyciągów z „Bogactwa Narodów”. Widać wyraźnie, że dla Smitha podstawą wszelkiego bogactwa jest praca, której odzwierciedleniem jest cena ostateczna towaru; dlatego też sprzeciwiał się wszelkim ingerencjom władz i ustawodawstwa w ceny. Za zło konieczne uważał także istnienie cechów (Smith, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów Warszawa 1954, t. I, s. 170) czy nadawanych przez władze monopoli (np. na czerpanie zysków z handlu tytoniem). Smith stwierdza bezpośredni związek między stanem Banku Anglii a stanem samego państwa, dlatego nie decyduje się wystąpić przeciwko pieniądzom papierowym i operacjach na nich, choć nie pochwala sterowanej przez państwa polityki cenowej z użyciem banknotów. Plan Johna Lawa nazywa „wspaniałym, lecz nierealnym”. Samą rolę banków (kontrolowanych przez państwo) Smith ocenia pozytywnie, jako instytucji, które mogą wprowadzić w ruch kapitał, który inaczej stałby w miejscu nie pomnażając bogactwa kraju przez inwestycje (Smith 1954, t. I, s. 403). W księdze czwartej Wealth of Nations Smith dokonuje ataku na merkantylizm i wynikający z niego protekcjonizm handlowy. Sednem filozofii Smitha jest tu przekonanie, że: „...każdy człowiek może w konkretnej sytuacji znacznie lepiej ocenić, w jakiej gałęzi gospodarki krajowej może umieścić swoje kapitały i w jakiej gałęzi produkt osiągnie najwyższą wartość, niżby to mógł zań zrobić mąż stanu czy prawodawca...” (Smith 1954, t. II, s. 46). Uważa też za niemądre blokowanie wwozu cudzoziemskich towarów do kraju jeśli są one np. lepiej wykonane czy tańsze od wyprodukowanych w ojczyźnie. Wtedy warto nabyć je z zagranicy za pieniądze uzyskane ze sprzedanych zagranicy produktów z dziedziny, w której ma się nad zagranicą przewagę. Obawiającym się zalewu Anglii obcymi towarami nieobłożonymi cłami protekcyjnymi, Smith przypomina o czasie i kosztach transportu, które na przykład sprawiły, że mimo zezwolenia na wolny przywóz irlandzkiego mięsa nigdy nie wyparło ono z rynku angielskiego (Smith 1954, t. II, s. 53). Smith mocno atakuje wszelkie monopole, zauważając mimo swej niechęci do szlachty, że „obywatele ziemscy” o wiele rzadziej niż fabrykanci ulegają pokusie tworzenia takich monopoli. Autor Wealth of Nations stwierdza, że nawet akty nawigacyjne parlamentu z XVII wieku zakazujące kupcom innych nacji przywozić towarów do Anglii na swych statkach, były chybionym pomysłem ponieważ obciąża Anglie kosztami dostawy towarów z różnych rejonów świata (Smith 1954, t. II, s. 57). Cła protekcjonistyczne warto wprowadzać jedynie na towary, które w kraju (tj. a Anglii) są bardzo ciężko opodatkowane.

Absurdem jest, jak pisał Smith, nakazywać ludziom (lub zmuszać ich do tego podatkami) jak mają lokować swoje kapitały, tak jak rolnikom nakazywać uprawiać określony rodzaj zbóż, bez zwracania uwagi na rodzaj gleby, klimat itd. Same podatki, jeśli są nadmierne, mogą stać się, według autora, przekleństwem równie wielkim jak surowość klimatu i jałowość ziemi (Smith 1954, t. II, s. 61). Smith oskarżał merkantylistę Jean-Baptiste’a Colberta o wprowadzanie protekcjonizmu dla dobra kupców, a przeciw ludowi francuskiemu (dziś powiedzielibyśmy: konsumentom). Przez swą protekcjonistyczną polityką Colbert wywołał także wojny z Holandią (Smith 1954, t. II, s. 63), z czego Smith wyciąga wniosek, że naprawdę wolny handel pozwoliłby uniknąć takich tragedii. Smith jest przeciwnikiem także tzw. wyrównywaniu bilansu handlowego z innymi krajami, premiom eksportowym, które powodują, że handel przestaje być zyskowny dla obu stron, a staje się takim tylko dla jednej z nich (tej premiowanej przez własny rząd). Międzynarodowe traktaty handlowe również traktuje Smith z rezerwą; polegają one bowiem na przywilejach handlowych. Strona udzielająca takiego przywileju może nadal zarabiać na handlu, ale zyski zawsze będą mniejsze niż w okresie sprzed nadania przywileju, czyli w okresie wolnej konkurencji, dlatego każdy traktat handlowy musi być niekorzystny dla jednej ze stron sygnujących; nawet tak popularny i chwalony wśród brytyjskiej opinii publicznej jak tzw. traktat lorda Methuena z Portugalią z grudnia 1703 roku, który zdaniem szkockiego filozofa, był korzystny jedynie dla strony portugalskiej (Smith 1954, t. II, s. 179-181).

Merkantylizm i protekcjonizm handlowy Smith traktuje jako przykłady bardzo wątpliwej moralnie polityki państwa naciskanego przez fabrykantów wobec skromniejszych wytwórców i mieszkańców, pisząc: „...W interesie fabrykantów leży sprzedawanie gotowych wyrobów po jak najwyższej cenie i zakup materiałów do ich wyrobów po cenie możliwie najniższej. Wymuszając na władzy prawodawczej premie eksportowe dla wywozu własnych wyrobów lnianych, wysokie cła przywozowe dla wszelkich zagranicznych wyrobów lnianych oraz całkowite zakazy konsumpcji krajowej niektórych rodzajów francuskich tkanin starają się sprzedać własne towary po cenach możliwie najwyższych. Popierając zaś przywóz zagranicznej przędzy lnianej i stwarzając tym samym konkurencję dla przędzy, którą wykonuje nasza ludność w kraju, starając się kupować pracę biednych prządek płacąc możliwie najmniej... Nasz system merkantylistyczny popiera przede wszystkim ten rodzaj przemysłu, który pracuje na rzecz ludzi bogatych i możnych. Aż nazbyt często zaniedbuje się lub gnębi ten przemysł, którego działalność przynosi korzyść ubogim i nędzarzom... Gdy działa się na szkodę jednego stanu obywateli, mając jednocześnie jedynie na względzie korzyść innego stanu, jest to oczywiście sprzeczne z ową sprawiedliwością i równością traktowania, które obowiązuje panującego wobec swych poddanych z różnych stanów. A przecież nie ulega wątpliwości, że zakaz eksportu wełny krzywdzi w pewnym stopniu producentów wełny jedynie po to, by poprzeć interesy fabrykantów … Nie trudno zgadnąć, kto był twórcą całego systemu merkantylistycznego. Możemy być pewni, że jego twórcami nie byli konsumenci, o których interesy zupełnie nie dbano. To producenci, o których interesy zabiegano tak troskliwie, a wśród producentów głównymi architektami tego systemu byli nasi kupcy i fabrykanci…” (Smith 1954, t. II, s. 330-357). Adam Smith podkreślał potrzebę wprowadzania niskich podatków i jasnego określenia ich wysokości (Smith 1954, t. II, s. 585) i proponował naliczanie go nie jak radzili ekonomiści francuscy według zmieniającej się renty gruntowej, lecz według metody weneckiej - wysokości czynszu dzierżawnego, w Republice Weneckiej bowiem, jak podaje Smith, podatek wynosił 1/10 czynszu . Państwo zamiast zastosować podobnie prosta metodę wykorzystania rejestrów umów dzierżawnych woli przeprowadzać kosztowne pomiary gruntów i katastry podatkowe, by móc manipulować poddanymi (np. obciążyć jedną prowincje podatkami bardziej niż inną, lub jedna grupę społeczną bardziej niż inne, (jak np. Fryderyk II Wielki szlachtę śląską). Tak więc Smith zdemaskował jedno z największych zagrożeń dla wolności ze strony władzy centralnej. Filozof postulował by monarcha nie posiadał innych gruntów i urządzeń jak te tylko, które służą obronności kraju lub rozrywce (parki, skwery), tzn. by nie było królewszczyzn z produkcją rolną i własnym dochodem.

Trudno sobie wyobrazić jak bardzo radykalna była myśl Smitha w końcu XVIII wieku, aż dziw bierze, że dziś uchodzi on za myśliciela konserwatywnego. Tymczasem tak jak Hume czy Burke, Smith jest liberałem z krwi i kości. Jakby powiedział Ludwig von Mises chciał on by miejsce przymusu baronów zajęła merytokracja, niestety XX-wieczna i dzisiejsza lewica zbyt często naśladuje dawnych baronów…

David Hume - bitwa o geniusza czyli: Hume - konserwatysta czy liberał ?

David Hume (1711-1776) szkocki myśliciel, filozof, historyk i ekonomista, urodzony i zmarły w Edynburgu, jest być może najważniejszą postacią na intelektualnej scenie XVIII wieku. Nieco zapomniany jako ekonomista, Hume w dużym stopniu wpłynął na Adama Smitha, choć miał sporo więcej zrozumienia dla np. luksusowego stylu życia. Bogactwo bowiem temu sceptykowi religijnemu kojarzył się raczej z cywilizacją niż z grzechem (jak np. bardziej kalwińskiemu z ducha Smithowi). Jako ekonomista Hume zauważył na przykład, że: pieniądz jest rozdzielany między narody według ich stopnia aktywizacji ekonomicznej, że ekonomia może wywołać skutki polityczne (de facto był wynalazcą makroekonomii). Dostrzegał komplementarność gospodarki francuskiej i brytyjskiej, przed Ricardem zdawał sobie sprawę ze znaczenia specjalizacji, uważał, że zyska także kraj zacofany na przeniesieniu doń zakładów pracy , a więc był także ojcem konwergencji ekonomicznej. Dyfuzja technologii zaostrza konkurencję, tam gdzie raz zagościł spirit of industry tam ludzie zawsze znajda zajęcie (Grzybek D., Handel i pokój. Geneza i ewolucja liberalnego pacyfizmu, TAiWPN Kraków 2015, s. 71-74). Hume – handel wzmacnia moralność, bo rozwija ufność, tą myśl weźmie od niego potem m.in. John Stuart Mill (Grzybek 2015, s. 155). Na przykładzie ekonomicznych pism Hume’a widać wyraźnie liberalną orientację i motywację autora.

https://www.youtube.com/watch?v=1gXwBfoTF3k

Także w swoich pismach o religii, Hume koncentruje się na modłę liberalną na swobodach jednostki. Deista (może nawet ukryty ateista) David Hume (1711-1776), podobnie jak Leibniz i Voltaire, skupił się na praktyczniej filozofii dobrego i godnego życia w opozycji do poronionych, jego zdaniem, i bezproduktywnych pomysłów, takich jak zwalanie całej pracy na niebiosa, życie klasztorne i bezustanne modlitwy. Pisał on, że „cnoty mnisie” stępiają umysł, alienują człowieka od innych (S. Jedynak, Hume, Wiedza Powszechna Warszawa 1974, s. 214) i są po prostu nieprzydatne społecznie; lepiej coś kupić (dać komuś zarobić), niż modlić się. Hume, w przeciwieństwie do wielu innych filozofów Oświecenia, nie widział w religii produktu ludzkiej głupoty, lecz przede wszystkim produkt niezaspokojonych potrzeb. Zwłaszcza poczucia bezpieczeństwa i poczucia opieki, lecz żadna religia ostatecznie nie pomaga w tych kwestiach – strach nie maleje, a rozwój instytucjonalny i intelektualny religii powoduje ogólny wzrost nietolerancji w stosunkach międzyludzkich, który zamienia strach metafizyczno-egzystencjalny w zwykły codzienny strach przed przemocą. W miejsce religii Hume polecał filozofię i refleksję. Pisząc o Chinach także zachował więcej liberalnej czujności niż bardziej ignoranccy pisarze oświecenia; uważał bowiem, że tamtejsza władza, choć filozoficzna i humanistyczna, zanadto tłumi dyskusję. Widać tu liberalny głos Hume’a, zapowiadający o wiek późniejszą uwagę Johna Stuarta Milla, który twierdził, że nieskrępowana wymiana opinii jest główną dźwignią rozwoju cywilizacji. Oczywiście Hume, w przeciwieństwie do czołowych myślicieli francuskiego i niemieckiego Oświecenia, był emotwistą – uważał, że bez emocji nie ma nawet mowy o myśleniu.

Hume łączył w sobie liberalizm i oświeceniową postawę ze sceptycyzmem nawet co do sił i haseł obozu oświecenia, przez co czasem omyłkowo brany jest za konserwatystę. Tymczasem jak każdy dobry liberał wiedział, że ludzie nie zawsze rozumują wolnościowo i trzeba to wziąć pod uwagę, a stabilizacja sprzyja wolności często bardziej niż rewolta, choćby słuszna. Jednym z autorów, którzy robią z Hume’a konserwatystę jest Tomasz Tulejski, autor książki: „konserwatyzm bez Boga. Davida Hume’a wizja społeczeństwa, państwa i prawa”, Fijorr Publishing Chicago/Warszawa 2009.



Książka Tulejskiego, jakkolwiek interesująca, nie przekonuje w swej głównej tezie uznania Hume’a za konserwatystę. W ogóle fakt, iż Tulejski jest w stanie postawić tezę jakoby Hume konserwatystą był wynika z faktu, że nieustannie myli on liberalizm czyli doktrynę według której najważniejszy jest nieskrępowany rozwój jednostek i ich wolność działania (wolność słowa, otwarte społeczeństwo, merytokracja, jednostkowe zasługi) z innymi ideologiami, które mogą się z liberalnym światopoglądem pokrywać ale absolutnie nie muszą jak wąsko pojęty racjonalizm (bo Hume jako empiryk nie jest racjonalistą tylko gdy racjonalizm pojmiemy bardzo wąsko, tj. że rozważania czysto rozumowe jest ważniejsze od doświadczenia i daje pełniejszą wiedzę), lub jak demokratyzm – tu warto przypomnieć, że w XVIII wieku prawie nie było filozofów zwolenników demokracji, nawet wśród największych radykałów. Jefferson czy Rousseau i inni pro-rewolucyjni pisarze byli republikanami, ale demokratami raczej już nie.

Tomasz Tulejski zauważa, że Hume chwalił wigowską antyambsolutystyczną rewolucję chwalebną 1688 roku, która zwaliła z tronu Jakuba II Stuarta, co wskazywałoby na liberalizm Hume’a, ale przeciwstawia temu „antyracjonalizm” Hume’a, który miałby go zbliżać do konserwatyzmu (Tulejski 2009, s. 12). Tulejski bowiem stale upraszcza kilka spraw. Po pierwsze przeciwstawia sobie nawzajem podobnie jak czynią to niektórzy prawicowi pisarze amerykańscy jak Irving Kristol, nieustannie racjonalizm oświecenia francuskiego i emotywizm brytyjski, choć na Wyspach nie brakowało radykalnych racjonalistów jak Thomas Paine, a we Francji nie brakowało sceptycyzmu wobec możliwości rozumu, nawet sam Voltaire miał wątpliwości, nie mówiąc już np. o Kancie.

Dla porównania, brytyjski znawca liberalizmu John Gray nie przeciwstawia sobie wzajem oświecenia brytyjsko-amerykańskiego i francuskiego jak to robią często neokonserwatyści, lecz widzi wspólny mianownik między oboma nurtami , też tak to widzę i tezy tej broniłem w doktoracie. Przekonanie o niedoskonałości natury ludzkiej łączy Szkota Hume’a, Wirgińczyka Jeffersona i francuza Constante’a (Gray J., Liberalizm, przeł. Radosława Dziubecka, Fundacja im. Stefana Batorego IW Znak Kraków 1994, s. 37).

Tulejski słusznie zauważa, że np. Samuel Johnson uważał Hume’a za „torysa z przypadku”, a Adams i Jefferson za pisarza propagującego toryzm (Tulejski 2009, s. 15). Jednak oba te przykłady niczego jeszcze nie dowodzą. Dla Johnsona istotne było to, że nawet liberalny Hume nie kupował całej propagandy partii wigów i zauważał pewne dobre cechy silnej monarchii (stabilizacja daje wolność) i jego uwaga znaczy tylko to. Natomiast radykalni republikanie i twórcy USA - pierwszej prawdziwej nowożytnej republiki, która była czymś więcej niż oligarchicznym klubem typu Wenecja dożów, za toryzm uważali każdy monarchizm i lojalizm wobec Jerzego III, o czym Tulejski powinien wiedzieć, kierowała nimi propaganda, która nie pozwalała im dostrzec, że istnieli przecież liberalni monarchowie jak Fryderyk II Pruski, co dostrzegał już nawet mniej dogmatyczny George Washington, ceniący Fryderyka bardzo wysoko. Tym bardziej zrozumiałe jak Hume mógł cenić konstytucyjną monarchię brytyjską. Porównania jakie Tulejski snuje między Hume’m a bardziej religijnym (prawdopodobnie kryptokatolikiem) Edmundem Burke’m też nic nie zbliżają tezy o rzekomym konserwatyzmie Hume’a do celu, jakim jest jej udowodnienie. Burke także był liberałem. Po prostu uważał, że stabilność bardziej sprzyja wolności niż rewolucjonizm, jak uważa większość liberałów, w końcu na etapie Mirabeau-La Fayette nawet rewolucja francuska była spokojną reformą. Prawdziwy konserwatysta to taki, który ceni tradycję w wersji religijnej lub innej dla niej samej, a ład społeczny dla samego ładu, a więc konserwatystą jest ktoś w rodzaju Adama Muellera, Josephe’a de Maistre’a albo Justusa Moesera, ale na pewno nie Burke, ani tym bardziej Hume. Burke to najwyżej prawicujący liberał (tu zgadzam się z m.in. Adamem Wielomskim, z którym Tulejski polemizuje), a Hume typowy liberał. Hume uważał ład społeczny za twór historii (Tulejski 2009, s. 27) i Tulejski ma rację, że w pewien sposób uznaje on że to co stworzyła historia jest dobre, skoro to stworzyła. Łączy go z Burke’m wrogość wobec politycznych abstrakcji, ale wolność jest czymś konkretnym, a nie abstrakcją – jak mówił Voltaire – „być wolnym to móc działać”. Jeśli pozwalają ci działać, jesteś wolny. Wolność może być rozumiana jako abstrakcja, ale abstrakcją nie jest. Montesquieu już wykazał, jak słusznie zauważył Pierre Manent, że wolność to stan i rzecz a nie idea.

Hume krytykował Crommwella i rewolucję purytańską za ścięcie króla (1649) i dogmatyzm (Tulejski 2009, s. 37). Prawda, ale to jeszcze nie czyni z niego konserwatysty. Wigowie XVIII wieku rzadko byli purytanami, bliżej im było do libertynizmu raczej i brzydzili się ekscesami Cromwella, choć uznawali bunt przeciwko mało patriotycznym Stuartom za uzasadniony. Hume wyrównywał nieco Stuartów i niezwykle chwalonych przez Wigów – Tudorów, twierdząc że obie dynastie były równie tyrańskie, ale nawet konserwatyści tamtych czasów woleli jak Bolingbroke patriotycznych Tudorów niż niekompetentnych szkockich przybłędów – Stuartów, przeciwko ich monopolom handlowym Bolingbroke protestował jak rasowy liberał, choć był konserwatystą. Tulejski uważa to za wybieg przeciwko władzy premiera Roberta Walpole’a, który kontrolował i parlament i króla Jerzego I i II, jednak trudno uznać obronę Stuartów przez Hume’a za jakąś antyliberalną tendencję – po prostu wyraził swoje zdanie jako historyk, i również jako historyk wiedział, że nawet liberałowie (wigowie), którym sprzyjał czasami zbytnio upraszczają sens dziejów.

Tomasz Tulejski porównuje ganienie fanatyzmu purytanów XVII-wiecznych przez Hume’a z podobnym ganieniem fanatyzmu antyklerykalnych rewolucjonistów francuskich przez Burke’a w dobie rewolucji francuskiej, wybuchłej w 1789 roku, której Hume nie dożył (Tulejski 2009, s. 56). To jednak że obaj woleli moderację zamiast ekscesów, nie oznacza, że Hume byłby wrogi rewolucji francuskiej w całości, tak jak był Burke, ani że Hume potępił by antyklerykalizm 1789 roku tak samo jak fanatyzm religijny purytanów w 1649 roku. Głosząc takie tezy, moim zdaniem Tulejski się myli. W końcu jak sam Tulejski pisze, Hume różnicował między rozmaitymi radykałami religijnymi, dlaczego by nie miał zatem np. sprzyjać moderatom rewolucji francuskiej jak Mirabeau czy La Fayette, którzy w 1789 roku sprzyjali ugodzie z królem, chociaż mu nie ufali i chcieli konstytucyjnej reformy, a nie rewolucji. Skąd przypuszczenie, że Hume byłby aż takim panikarzem jak Burke? Horace Walpole, zresztą wig i liberał, uznał e rewolucja francuska udowodniła, że entuzjazm (w XVIII wieku to słowo oznaczało szaleństwo) to nie tylko cecha religii (Tulejski 2009, s. 72), w porządku, ale uznanie tego faktu nie oznacza jeszcze, że wszyscy są równie szaleni. Hume w końcu był empirykiem a nie dogmatykiem, więc po prostu jednych rewolucjonistów zapewne by lubił, innych nie.

Sam Tulejski zauważa, że empiria Hume’a doprowadziła go do przekonania, że ludzie mają niezależnie od narodowości i kultury podobny zestaw antypatii, sympatii i pragnień (Tulejski 2009, s. 123), zapomina jednak dodać, że taki uniwersalizm to cecha światopoglądu… liberalnego. Konserwatysta niczym de Maistre widzi raczej Niemca i Francuza aniżeli człowieka i absolutyzuje kulturę przecież. Hume jak liberał i typowy oświeceniowiec woli naturalną moralność od moralności religijnych. Rzucenie wyzwania „człowiekowi-wilkowi” Hobbesa poprzez głoszenie, że człowiek ma i dobre i złe cechy, i nacisk na użyteczność społeczną, a nie np. tradycję, też Hume’a do liberalizm zbliża, a nie oddala, choć Tomasz Tulejski tego jakby nie dostrzega (Tulejski 2009, s. 131). Słusznie zauważa Tulejski, że dla Hume’a sprawiedliwość to skutek ludzkich działań w historii i obserwacji tego co działa a co nie, a nie ludzkiego projektowania (Tulejski 2009, s. 149), w porządku, ale liberałowie nie uważają ludzi za wszechmocnych w projektowaniu politycznym, to już domena lewicy. Poza tym Hume nie uważa też, że świat jest projektem boskim, tak samo jak nie jest ludzkim. Prawo własności nie jest dla Hume’a ważniejsze niż użyteczność społeczna (Tulejski 2009, s. 151). Zgadza się, ale myślałem, że tylko marksiści utożsamiają ubóstwienie prywatnej własności z liberalizmem…

Zabawne są pretensje Tulejskiego do Hume’a, że potępia monoteizm bardziej niż politeizm (bo politeizm zakłada jednak tolerancję religijną), a nietolerancję katolickiej inkwizycji bardziej niż np. nietolerancję kalwińską (Tulejski 2009, s. 171). Choć to chyba normalne, że Brytyjczyka Hume’a bardziej przejmuje katolicki fanatyzm grożący bezpieczeństwu Wysp Brytyjskich (rządy bloody Mary, intrygi jezuicko-hiszpańskie XVI wieku, wielka armada), niż abstrakcyjne dlań kwestie rodem z Genewy. Zdaniem Hume’a papizm (katolicyzm) to nie religia, lecz raczej sekta, a politeizm antyczny był bardziej proaktywny i mniej antyintelektualny (Tulejski 2009, s. 173). Tezy kontrowersyjne, ale cóż … tak uważał. Bardziej to chyba martwi p. Tulejskiego niż mnie.

Hume był woluntarystą historycznym, choć człowiek ma w sobie pewne właściwości, które wpływają na rozwój ludzkości (Tulejski 2009, s. 185). Człowiek Hume’a jest wolny, ale wolności politycznej potrzebna jest rezerwa i moderacja. Hume, zdaniem Tulejskiego opowiadał się za czasem cyklicznym a nie za linearnym postępem (Tulejski 2009, s. 191), trudno powiedzieć czy ma rację – w końcu Hume zakłada jednak jakąś modernizującą rolę nagromadzonych doświadczeń historycznych ludzkości, a to jednak jest jakaś wizja postępowa, ale nawet gdyby tak było, że Hume uważał postęp za iluzję to Tulejski i tak nie ma racji, gdy sugeruje, że taki pogląd oddala Hume’a od liberalizmu. Liberał kocha wolność bo kocha, a nie dlatego, że ludzkość ku niej dąży. Kant wierzył w postęp przerywany, a Condorcet w stały, Voltaire widział możliwość stałego regresu. Wszyscy trzej byli liberałami. Montesquieu zauważał, że wolność jest trudna do osiągnięcia, bo świat nie gra dla niej – też był liberałem. Tulejski chyba myli liberałów z marksistami zakładając, że nie tylko cieszą się na wolność, jak marksiści na równość, ale zakładają jak marksiści że to co kochają na pewno nadejdzie…

Rząd zdaniem Hume’a bierze się nie od Boga i nie od umowy społecznej, lecz z wojny. Wódz wojenny zostaje przywódcą także i na czas pokoju (Tulejski 2009, s. 198) i tak powstaje rząd, a więc władza wymaga akceptacji ludzkiej, ale niekoniecznie ich zgody jakby chcieli typowi wigowie (Tulejski 2009, s. 218). Tulejski wkłada wiele starań by wykazać, że Hume nie był typowym wigiem i do pewnego stopnia mu się to udaje. Hume przyznaje w pewnym momencie, że Bóg jest autorem rządu (Tulejski 2009, s. 244), chociaż to zdanie w zasadzie nie wnosi nic nowego do ludzkich spraw które zdaniem Hume’a rządzą historią. Hume najprawdopodobniej wahał się między deizmem a ateizmem i dlatego przywołał szefa wszechświata w pewnym momencie i to by było na tyle. Hume walczył z mitami politycznymi wigów, na przykład wykazywał, że „Magna Charta” (1215) to feudalny dokument, który nie tworzył wcale nowej jakości politycznej, tylko przeciwnie potwierdzał władzę króla, a przy okazji kilka ustępstw na rzecz baronów (Tulejski 2009, s. 261). Hume uważa, że poza historią na ustroje polityczne wpływają też „przyrodzone ludzkie zasady”, np. taka że „władza nie może czynić wszystkiego” (Tulejski 2009, s. 268). To mi wygląda na uniwersalne prawa natury typowe dla liberalnego światopoglądu choć opisane bardziej neutralnym językiem. Słusznie zauważa Hume, że nie ma czegoś takiego jak „władza w ogóle”, stąd każdego polityka należy opisać osobno, bo władza to konkretni ludzie. Stąd jego uwaga, że rządy Tudorów i Stuartów nie różniły się tak bardzo naturą czy ideologią, lecz kontekstem społecznym epoki (Tulejski 2009, s. 329), oraz niejednoznaczna opinia o premierze Robercie Walpole’u na przykład, któremu wytykał wiele wad, np. skłonność do korupcji, ale jednocześnie przypisywał mu stabilizację, a samej stabilizacji pewną trwałą wartość (Tulejski 2009, s. 299), dlatego inaczej niż większość wigów i np. Montesquieu nie uważał stanu równowagi między parlamentem a królem (monarchia mixta) za coś co sprzyja trwałości i wolał by król brał górę dla dobra kraju (Tulejski 2009, s. 308). To faktycznie mało wigowskie, ale czy mało liberalne? Kant był liberałem, gdy rządził jego państwem liberalny absolutny władca – Fryderyk II. Brak to w historii liberalnych monarchów i tyrańskich republik? Celna uwaga Tomasza Tulejskiego iż nawet Robert Walpole, zaprzysięgły wig dystansował się wobec wigowskiego dogmatu „prawa obywateli do oporu wobec władzy” (Tulejski 2009, s. 319), ale to tylko pokazuje, że liberalizm ma odwieczny problem z wrogami wolności, bo niestety ma, przypomnienie tego faktu jednak przybliża Hume’a i Walpole’a przecież, poprzez pokazanie, że liberałowie XVIII wieku nie byli wcale takimi dogmatykami demokratyzmu jak się często uważa. Hume jednak akceptuje bunt przeciwko władzy stale tyranizującej obywateli.

Na koniec swej książki Tomasz Tulejski zauważa, że Michael Oakeshott i John Grey uważają, że konserwatyzm a la Hume, który w miejsce Boga wstawia „długie trwanie i społeczne korzyści” może być dobrą alternatywą dla niewierzących by zbliżyć ich do konserwatyzmu (Tulejski 2009, s. 376). To prawda, ale warto przypomnieć, że John Gray to właściwie liberał prawoskrętny, którego przestraszyła atomizacja społeczna, którą wywołał Thatcheryzm, zaś takie same wnioski jak Michael Oakeshott i John Grey o łagodnych długotrwałych rządach i użyteczności wysnuł już w początkach XIX wieku rasowy francuski liberał Beniamin Constant, krytyk rewolucji francuskiej. Tak tak panowie konserwatyści. Liberałowie krytykują radykalizm rewolucji francuskiej od wieków, i to znacznie konsekwentniej niż konserwatyści. Co nie znaczy jednak, że Hume nie dogadałby się z Mirabeau.

Tomasz Tulejski się myli. David Hume był liberałem walczącym o liberalne sprawy. Na przykład był wspaniałym obrońcą wolności prasy. Hume, poświęcił tej sprawie jeden ze swych Essays Moral and Political z lat czterdziestych XVIII wieku (Hume D., On The Liberty of The Press, w: Hume D., Essays: Moral, Political and Literary, Cosimo, Inc., 2007). On The Liberty of The Press, to krótki tekst, w którym Hume stwierdza, że wolność prasy jaką cieszyli się współcześni mu Brytyjczycy była bezprecedensowa: „…Ponieważ pod żadnym innym rządem, czy to republikańskim czy monarchicznym nie pobłaża się wolności [tak jak w Wielkiej Brytanii – P. N.] w Holandii i Wenecji nieco bardziej niż we Francji i Hiszpanii; skłania to do postawienia pytania, jak to się dzieje, że Wielka Brytania jako jedyna cieszy się tym szczególnym przywilejem (Ibidem, s. 143)…”.

Odpowiadając na to pytanie Hume wychodzi od kwestii mieszanego rządu brytyjskiego, składającego się z elementów republikańskich i monarchicznych. Powołując się na przykład starożytnego Rzymu, stwierdza, że podobne sytuacje prowadziły czasem do powstania tyranii i wyraża zadowolenie, ze w Wielkiej Brytanii do tego nie doszło. Jego zdaniem wielce dopomogła w tym prasa:

„…pierwiastek republikański, obecnie przeważający w Anglii, choć w towarzystwie monarchicznego, musi dla zachowania swej egzystencji nieustannie mieć czujne oko na władze, by zlikwidować wszystkie tajemne źródła władzy i zachować życie i majątek każdego przez stworzenie generalnych i nienaruszalnych praw. Żadne działanie nie może zostać osądzone jako przestępstwo jeśli prawo nie wskazuje tego jednoznacznie…”

W ten oto sposób Hume powierza „opinii publicznej” rolę policjanta, którego aprobujący lub oskarżycielski głos najlepiej reprezentowałaby prasa: „…Nic nie jest do tego celu skuteczniejsze niż wolność prasy, dzięki której cała wiedza, dowcip i geniusz narodu może być użyty po stronie wolności i każdy może zostać pobudzony do jej obrony (Ibidem, s. 163)…”.

To samo w XIX wieku powie sztandarowy liberał tej epoki John Stuart Mill, który uzna wolne ścieranie się opinii za najpewniejszy fundament postępu cywilizacyjnego. To prawda, że Hume tak jak torys Bolingbroke uważał, że żyjemy zbyt krótko by kierować się w naszych działaniach jedynie perspektywą naszego życia, stąd historia jest dla nas źródłem wiedzy o funkcjonowaniu organizmów politycznych i społeczeństw (Tulejski 2009, s. 181-187) Hume uchodzi też jednak za jednego z praojców liberalnego utylitaryzmu. Można wykazać istnienie pewnych związków miedzy jego myślą a złagodzeniem prawa angielskiego w imię zasad użyteczności. Na przykład Frederick Rosen, uważa, że XVIII-wieczne złagodzenie prawa karnego nie było dzieckiem zwykłego sporu liberałów z konserwatystami, lecz wynikało z szeregu różnych filozoficznych tez. Montesquieu uważał na przykład, że umiarkowany rząd nie musi stosować ostrych kar, by był szanowany. Hume , stosujący historyczne uzasadnienie istnienia wielu instytucji, również i prawo chciał dostosować zarówno do ludzkich skłonności jak i do wzorców historycznych (Rosen F., Classical Utilitarianism from Hume to Mill, London 2003, s. 144-165).

sobota, 25 sierpnia 2018

Thomas Sowell: „Intelektualiści mądrzy i niemądrzy” - recenzja

W czasach widocznego zdurnienia „elit”, które przejawia się choćby w niemożności odróżnienia wyczerpanych głodem uciekinierów od spasionych cwaniaków rzucających ofiarowaną wodą w policję i naiwniaków NGO-idalnych, każdemu chyba warto polecić książkę Thomasa Sowella: „Intelektualiści mądrzy i niemądrzy” (wydanie polskie w tłumaczeniu Kamila Maksymiuka-Salamońskiego Fijorr Publishing Warszawa 2010, wydanie oryg.: Intellectuals and Society również z 2010 roku – choć raz coś nie tłumaczą u nas książki z opóźnieniem…).

Sowell to ciekawy człowiek. Urodził się w Karolinie Północnej, gdzie, jak wzmiankował w swojej biografii Personalna Odyseja, jego kontakt z białymi ludźmi był tak ograniczony, że sam nie wierzył, iż kolor "żółty" był możliwym kolorem włosów dla człowieka. Wraz z rodzeństwem przeniósł się do Harlemu, dzielnicy Nowego Jorku, pod opieką siostry matki (sam wierzył, że była jego matką, a ojciec zmarł przed jego narodzeniem). W wieku 17 lat z powodu rodzinnych kłopotów finansowych i pogarszającego się poziomu życia w domu porzucił szkołę średnią i rozpoczął samodzielne życie. Później służył w Marynarce Wojennej USA.

Intelekt nie jest mądrością, lecz mocą mózgu (Sowell 2010, s. 13). Intelekt może łatwo zrobić błyskotliwy wywód mający niewiele wspólnego z prawdą, np. jeśli wg Marxa praca fizyczna daje bogactwo, najbogatszymi krajami byłyby te z pokaźną siłą roboczą, podobnie z ideą Rawlsa, że sprawiedliwość jest „kategorycznie istotniejsza” niż wszystkie inne względy społeczne (Sowell 2010, s. 14). Orwell powiedział słusznie, ze niektóre idee są tak głupie, że może w nie uwierzyć tylko intelektualista (Sowell 2010, s. 15), bo jest bardziej oderwany od życia niż przeciętny człek. Intelektualista to człowiek, którego praca zaczyna się i kończy na ideach; Adam Smith nigdy nie prowadził firmy, a Marx gułagu (Sowell 2010, s. 17). Intelektualiści wymigują się we wszystkich czasach od wszelkiej odpowiedzialności, J.S. Mill uważał, ze powinni być wolni nawet od norm społecznych (Sowell 2010, s. 23). Potrafią się mylić kosmicznie; w 1968 roku Paul Ehrlich rzekł: „bitwa o wyżywienie całej ludzkości dobiegła końca”, po czym dekadę później świat nawiedzają straszliwe klęski głodowe (Sowell 2010, s. 24). Podobnie w 1965 roku Ralph Nader głosił, ze amerykańskie samochody są mniej bezpieczne, i choć żadne badania tego nie wykazały, nadal chodził w glorii mędrca.

G.B. Shaw wyśmiewał w 1933 roku strach Amerykanów przed dyktatorami, aż w końcu Hitler wziął się za Żydów, potem był już ślepy tylko wobec Stalina (Sowell 2010, s. 29), Keynes z równą swadą wypowiadał się na tematy sobie znane i absolutnie mu nieznane. Ponieważ, nikt nie ma tyle wiedzy by zrozumieć całość tego co się dzieje na świecie, czy choćby 1% z tego, zaleca Sowell wolne rynki i sędziowską powściągliwość, ponieważ bazują one na doświadczeniach całej ludzkości, a nie kilku intelektualistów (Sowell 2010, s. 35). Dewey ignorował fakt, że w zasadzie nie wiadomo jak zrobić lepsze społeczeństwo. Wiedzę sztucznie dzieli się na przyziemną (mundane) i elitarną, by ta pierwsza zbywać jako przesądy (Sowell 2010, s. 40). Termin: „przymusowa emerytura”, dobrze oddaje tą arogancję intelektualistów wobec zwykłych ludzi i ich doświadczeń (Sowell 2010, s. 41), podobnie wobec ludzi z przeszłości, zarzuca się np. uprzedzenia Cyceronowi, gdy odradzał kupno brytyjskich niewolników, a może wiedział o czym mówi, w końcu byli niepiśmienni i nie rozumieli życia w Rzymie… (Sowell 2010, s. 42). Ekspert w dziedzinach ideowych służy do przełamywania oporów społeczeństwa wobec ryzykownych projektów i tu w zasadzie leży jego główna niesławna rola (Sowell 2010, s. 47). Eksperci z ZSRR próbowali ustalić 24 milionów cen, rezultat totalna klapa. W USA zaprzeczali przez dekadę, że przestępczość od 1961 do 1974 roku wzrosła dwukrotnie (Sowell 2010, s. 49). Nota bene dodam, że po spadku z lat 80 i 90, dziś też wzrasta i też zaprzeczają, choć np. w Kaliforni życie jest coraz bardziej ryzykowne, ponieważ Obama przeszkadzał policji i usprawiedliwiał kolorowych bandytów i chuliganów.

Inteligenci maja w ogóle problem ze zrozumieniem pracy policji; np. nie rozumieją że z odległości 14-23 metrów w walce z bandytami na broń palną tylko ok 14% pocisków trafia w cel, więc policjanci muszą „marnować” wiele amunicji (Sowell 2010, s. 51). Taka ekonomia pocisków wydaje się absurdem tylko inteligentowi, który uważa się za chodzący trybunał rozumu. Racjonalizm może być krótkodystansowy a la np. Chamberlain lub długodystansowy jak np. Churchilla. Ponieważ ludzkość z elitami na czele preferuje ten pierwszy władze i media traktują np. każdy huragan jako coś nagłego i nieprzewidywalnego, choć to zjawisko cykliczne (Sowell 2010, s. 58).

Intelektualiści nie będący ekonomistami postrzegają ekonomię jako grę o sumie zerowej (Sowell 2010, s. 63), stąd nie rozumieją ani tego, że „sprawiedliwy podział” jest w dużej mierze fikcją, tego, ze różna praca ma różną produktywność i tego że biedny w 1950 i biedny w 2000 roku to zupełnie dwie różne rzeczy. Bez niedoborów nie byłoby ekonomii byłby Eden, kapitalizm obwiniany przez Deweya za niedobory, nie tworzy ich lecz jedynie je ujawnia (Sowell 2010, s. 80). Shaw twierdził jeszcze głupiej, że kapitalizm sztucznie ogranicza produkcję. Mercier de La Riviere czy Adam Smith rozumieli, ze brak kontroli nie oznacza chaosu, Marx już nie (Sowell 2010, s. 83), choć np. natury nie kontrolujemy, a chaotyczna nie jest. Dewey i Dworkin uznali, że przyczynowość systemowa to mit, wszystkim rządzi wola ludzka, a więc chaos trzeba zastąpić kontrolą. Marx rozumiał, że nie jest to mit, ale uznał system za niewłaściwy (Sowell 2010, s. 91). Neomarksiści nie rozumieją, już zwykle ekonomii, i nie rozumieją, ze np. ustawowa płaca minimalna wyrzuca młodych ludzi z rynku pracy, a kontrola czynszów zmniejsza ilość budowanych mieszkań (Sowell 2010, s. 93). Lester Thurow jako jeden z niewielu przyznał się, że uważa ekonomię, za grę o sumie zerowej, inni zakładają to milcząco. Theodore Roosevelt, Lenin (do 1920 roku) i John Dewey uważali, ze praca przedsiębiorcy jest prosta (Sowell 2010, s. 101). Inni mylnie uważają możność współ-ustalania cen przed przedsiębiorców za władzę (jak Galbraith) i domagają się państwowej przeciwwagi. To co zupełnie wymyka tym geniuszom to rewolucyjne innowacje (H. Ford, Rochefeller i Standard Oil, Kodak). Hoover i FD Roosevelt usiłowali w czasie Wielkiego Kryzysu utrzymać wysokie i pensje i ceny produktów rolnych, chociaż siła nabywcza zależy od liczby transakcji a nie od cen (Sowell 2010, s. 113). Intelektualiści nie wyciągnęli wniosku z partactwa interwencjonizmy Hoovera-Roosevelta, i sukcesu „bezczynności” Reagana i nadal nie uczą się ekonomii uważa Sowell. Intelektualiści zwykle starają się ułożyć wszystkie fakty w jedną spójną epicką wizję świata (Sowell 2010, s. 117). Założenie wizji jest jednak irracjonalne i zbyt pierwotne wobec gotowej wizji co zauważyli już Paul Johnson i Schumpeter. Rousseau czy Mill uważali, że wystarczy kilka podstawowych korekt by nastała era szczęśliwości, a siebie samych za proroków i wizjonerów. Tragiczni (na zasadzie: cienka warstewka cywilizacji na górze barbarzyństwa) myśliciele tacy jak Robert Kagan jednak zachowują nieco więcej związków z rzeczywistością niż „oświeceni” jak Mill czy Rousseau, którzy oponentom przypisują niemoralność, dlatego np. William Godwin nazwał Thomasa Malthusa „szkodnikiem”, a bardziej „tragiczny” Edmund Burke wyraźnie uznał, ze oponent też może chcieć dobrze (Sowell 2010, s. 129). Arthur C. Brooks z Syracuse University zauważył jednak, że konserwatyści oddają częściej krew niż lewicowcy (Sowell 2010, s. 132).

Kolejnym problemem intelektualistów są prawa domniemane. Na przykład gardłują oni za prawami terrorystów do tego czy tamtego, choć nie są oni stroną prawa, rozumianego prawidłowo jako kontrakt – np. nie podpisali Konwencji Genewskiej (Sowell 2010, s. 134). Dlatego legenda SN Oliver Wendell Holmes odrzucał abstrakcyjne prawa będące de facto jedynie ideologicznymi hasłami myślicieli. Lewica wierząca w takie rzeczy, w jedną wszechogarniającą wizję rzeczywistości i w domyślnie zbawienną moc rządu i programy zmiany natury człowieka, istnieje naprawdę, prawica nie istnieje de facto bo ci co nie są lewicą mają zbyt różne wizje rzeczywistości (Sowell 2010, s. 139). W Ameryce lewica nazywa się socliberałami lub w skrócie liberałami, choć prawdziwi liberałowie (tj. klasyczni) są zwykle jednym z typów sceptycznych prawic, obok konserwatystów (Sowell 2010, s. 142). Konserwatyzm może konserwować różne rzeczy, więc w zasadzie ogóle nie jest ideologią – człowiek prawicy to człowiek nie-zideologizowany. To podstawowa równica lewicy i prawic (w liczbie mnogiej) wg Sowella. Oliver Wendell Holmes uważał jak typowy nie-lewicowiec, że prawa pochodzą z doświadczenia ludzkości a nie z logiki (jak sądzą lewicowcy). Wolny rynek jest nie tyle „prawicowy” co nie-ideowy. Rousseau – główny twórca lewicy tego nie rozumiał i domagał się woli powszechnej, wspólnych celów, a interpretację powierzył elicie (Sowell 2010, s. 149). Edmund Burke i Adam Smith byli rewolucjonistami bardziej niż lewica, ponieważ głosili wolność w feudalno-merkantylistycznym świecie przymusu, ale ponieważ dziś za rewolucjonistę może uchodzić tylko lewicowiec, są uważani za konserwatystów (Sowell 2010, s. 155).

Lewicowców i intelektualistów typowych uważa Sowell za w sumie jedno, ponieważ intelektualiści są wyabstrahowani z rzeczywistości i zwykle nie znają tego o czym mówią. Takich ludzi nie interesuje rzeczywistość, np. okazali zerowe zainteresowanie przemianom wolnorynkowym lat 90 w Chinach i Indiach, które wyciągnęły z biedy miliony ludzi, a ponoć troszczą się o biednych (Sowell 2010, s. 157). Raymond Aron zauważył, że osiąganie celów lewicy innymi niż ich metodami wywołuje ich wrogość. Dla lewicy bardziej liczy się postawa (kaprys) niż zasada; kiedyś byli eugeniczni, dziś uważają, że tylko biały może być rasistą, protestują przeciw boksowi, ale jakoś nie przeciw sky diving gdy zawodnik umrze (Sowell 2010, s. 165).

Intelektualiści traktują ludzi jako byty abstrakcyjne stąd bezsensowne wysyłanie po 1945 roku Niemców osiedlonych od stuleci w Europie Wschodniej „z powrotem” do Niemieck, których nigdy nie widzieli, lub Hindusów z Ugandy do Indii, których nigdy nie widzieli (Sowell 2010, s. 168). Byt abstrakcyjny nie umiera nigdy. Stąd dziwne teorie dotyczące rozliczeń z niewolnictwem, lub np. oburzenie, że biały łatwiej dostanie kredyt w banku niż czarny (choć przecież to nie ze względu na kolor skóry lecz choćby wyższe przeciętne zarobki tj. zdolność kredytową!). Tam gdzie nie ma danych, milcząco zakłada się istnienie równości, tj, że wszystko jest cacy. Świat jest zawsze winny, a idee lewicy zawsze dobre (Sowell 2010, s. 174).

Następny rozdział dotyczy uczciwości intelektualnej, a raczej jej braku. Od prawdy ważniejsza jest wizja. Duranty, choć wiedział jaka jest prawda o ZSRR zniszczył karierę Muggeridge’owi, który powiedział ją głośno (Sowell 2010, s. 180). W Rosji i Brazylii są większe restrykcje co do posiadania broni a liczba przestępstw jest tam wyższa, dlatego lewica nigdy nie mówi o tej zależności, lecz o innej – między liczba sztuk broni, a liczba strzelanin, nie wspomną też, ze ataków bez użycia broni palnej też jest w NY więcej niż w Londynie na przykład (Sowell 2010, s. 184). Jakiekolwiek informacje które nie pokazują czarnych czy gejów jako ofiary są uważane za nudne (np. info, ze od 1994 roku odsetek ubóstwa czarnych par spada stale i ciągle jest jednocyfrowy), ponieważ liczy się nie ich dobrostan, a rola w epickiej opowieści inteligentów (Sowell 2010, s. 188). Utrzymuje się, na przykład że ilość podpaleń czarnych kościołów jest większa niż białych, a tak naprawdę jest taka sama. Historia też bywa przekłamywana; Theodore Roosevelt, który nie znał się na ekonomii i przeputał wiele pieniędzy w bezsensownych akcjach uważany jest za biznesmena, oczytany prezydent Truman za wiejskiego głupka, a płytki Adlai Stevenson za intelektualistę, Hoover – filantrop, za człowieka bez serca, przystępny sędzia Clarence Thomas – za odludka. Podobnie fikcyjną osobowość miewają narody; Gandhi został zastrzelony bo walczył z nietolerancją w Indiach, ale intelektualiści uczynili jemu współczesnych Hindusów jego wzorowymi klonami. Diderot, Shaw i inni idealizowali Rosję, a wszystko co wiktoriańskie jest zawsze ośmieszane, choć Wiktorianie położyli kres masowej biedzie i alkoholizmowi (Sowell 2010, s. 290).

Jean-Francosi Revel zauważał, że intelektualiści zbyt często piszą o „drganiach swojej duszy”, a nie o faktach (Sowell 2010, s. 214). Mimo to intelektualiści widza rzecz odwrotnie. Harold Pinter uważał, że nie ma powieści prawdziwych i nieprawdziwych. Paul Johnson pisał o tendencji czytelników którzy raczej widza w sobie coś nie tak, jeśli nie umieją zrozumieć współczesnego pisarza niż oczekują, że następnym razem pisarz wyrazi się bardziej zrozumiale (Sowell 2010, s. 216). Stąd neurastenia, buta i pogoń za nowym wśród pisarzy, bo ta sobie zaprogramowali odbiorców, by mieć swobodę i za nic nie odpowiadać.

Intelektualiści nie rozumieją prawa. Condorcet czy Dworkin uważali, że naturalna ewolucja prawa to bzdura, i powinna ja zastąpić wyrozumowana filozofia prawa (Sowell 2010, s. 235). Dlatego na przykład F.D. Roosevelt uważał, ze wolno mu wszystko czego przepisy nie zabraniają, choć każda kosntytucja opisuje to co władzy wolno, z domysłem, że co nie spisane w niej – tego nie wolno (Sowell 2010, s. 236). Stąd ten cały aktywizm sędziowski, rozpatrywanie konstytucji bez kontekstu historycznego kiedy była spisana oraz lewicowe bajania o dostosowaniu prawa do postępu technologii, o woli narodu itd. Uważa Sowell. Wymysłem lewicy jest tez „prawo nastawione na skutki”, to znaczy inżynieria społeczna udająca prawo jako przykład daje to Komitet Ocalenia Narodowego Robespierre’a (Sowell 2010, s. 262) i prawa majątkowe.

Lewicowy nacisk na prewencję (blame society), i rozumienie przestępcy pozbawia uczciwych obywateli prawa do obrony (w UK nawet nie mogą pogrozić bandycie plastikowym pistolecikiem), w latach 90 w USA przybyło broni, a UK nałożyła nowe restrykcje – przestępczość wbrew przewidywaniom elit zrosła w UK, a w USA zmalała (Sowell 2010, s. 281). Za Reagana było najmniej zamieszek rasowych bo prezydent ten w ogóle się nie zajmował niczym co miało „rasowe” w nazwie, za Johnsona były rekordowe zamieszki, bo Johnson nieustannie dłubał w tej tematyce. Lewica woli jednak brnąć w „substytuty więzienia” i „alternatywy” niż karać jak trzeba i zająć się prawdziwymi a nie abstrakcyjnymi przestępcami. Szkoda, że nie da się obliczyć ogromnych kosztów wdrażania w życie pomysłów intelektualistów, może wtedy by się opamiętali wzdycha Sowell (Sowell 2010, s. 291). Intelektualisci myślą, że istnieje coś takiego jak „wojny w ogóle”, choć nie ma czegoś takiego – każda wojna jest inna; ma inne przyczyny, skutki, przebieg i dynamikę (Sowell 2010, s. 293). Mimo to do 1918 roku wszyscy w zasadzie chwalili imperializm (Hitler tak samo jak Wilson), a po 1918 roku wszyscy chwalą pacyfizm (Churchilla uznano za idiotę i podżegacza choć chciał po prostu ostrzec naród brytyjski) – w każdej sytuacji, znowu postawa ważniejsza od faktów… W 1793 roku William Godwin uznał, że „kraj rozbrojony ergo - nie stanowiący żadnego zagrożenia dla innych nie może zostać zaatakowany”, to samo uznają Russell i Blum w latach 30 XX wieku. Weil za to zacznie uznawać każde panowanie za okupację wiec wszystko jedno czy francuska czy nazistowska (Sowell 2010, s. 325). Doprowadzając do rozbrojenia mentalnego i faktycznego elity ułatwiły zadanie państwom Osi. W latach powojennych Russell atakował ZSRR, ale potem w 1958 roku znów zaczął namawiać do jednostronnego rozbrojenia Zachodu. Walter Cronkite – tuza dziennikarstwa przedstawił wojnę w Wietnamie jako klęskę, choć została wygrana (Sowell 2010, s. 355). Z incydenty w Mai Lai zrobiono regułę, a regularne zbrodnie Vietkongu przemilczano. Wierzono w dobrą wole wszystkich ludzi tak dalece, ze pozwolono Wietnamczykom z Północy zmasakrować południowców. Dlatego dla inteligencji takim szokiem były uczciwe słowa Reagana o „imperium zła” – uważa Sowell, a taki strach wywoływał jego zwyczaj nie podpisywania żadnych traktatów „dobrej woli”, które nic nie zmieniały (Sowell 2010, s. 369). Inteligenci bali się, że Reagan wywoła wojnę swą twarda postawą, choć w zasadzie zakończył on (zimną) wojnę uczciwie stawiając sprawy. Dlatego przypisali zasługi Gorbaczowowi, by nie przyznać, że czasem siła i zdecydowanie sa lepsze niż puste wyrazy dobrej woli. Nad obiema operacjami w Iraku (1991 i 2003) roztaczano złe wróżby drugiego Wietnamu, a powiodły się, operacja Surge (2007) wyplenienia terroryzmu, wywołała sprzeciw Hilary Clinton, Teda Kennedy, Obamy, Paula Krugmanna i Johna Edwardsa, i właściwie wszystkich mediów w USA i przedstawiana była jako „oczywisty” nonsens w jaki wierzy tylko Dick Cheney, choć zakończyła się spektakularnym sukcesem – ilość ofiar miesięczna po stronie USA i Iraku spadła gwałtownie, a uchodźcy mogli wrócić do domów, zaś Irak mógł wreszcie stać się jedyną stabilną demokracją na Bliskim Wschodzie oprócz Izraela (Sowell 2010, s. 381). Generała Petraeusa oskarżono o kłamstwo zanim… cokolwiek powiedział. Lewica kłamała o Surge jeszcze przez dwa lata aż wreszcie otarła się o śmieszność. Patriotyzm, który kogoś innego sprowadziłby do refleksji, dla niej nie istnieje, już Godwin uznawał go w końcu XVIII wieku za „romantyczne bredzenie”.

Intelektualiści sami wynoszą się na ołtarze (np. Dreyfusowi pomógł więcej i wcześniej polityk Clemenceau, a nie intelektualista Zola, ale to intelektualiści opowiedzieli tą historię - Sowell 2010, s. 422), a są raczej balastem dla społeczeństwa uważa Sowell. Tworzą wielkie butne wizje w świecie, którego tak naprawdę do końca nikt nie rozumie, widzą społeczeństwa jako jeden scalony organizm, a sami dzielą je na plemiona (klasy, rasy itd. - Sowell 2010, s. 405, 426). W USA nie zdobyli takiej pozycji jak w Europie, dlatego polityka w USA jest ciągle bardziej realna niż europejska. W 1776 roku USA powstały w zasadzie bez elit, bo arystokracja europejska bała się rejsów przez Atlantyk, następnie w XX wieku zatriumfowała także w USA, utrudniając walkę z nazizmem i komunizmem, od czasu Internetu jej monopol na propagandę nieco zelżał (Sowell 2010, s. 408). Mylą się kosmicznie np. przed I wojną światową wychwalali eugenikę jako środek do walki o utrzymaniu dobrego IQ, choć badania wskazywały na podnoszenie się IQ (Sowell 2010, s. 414). Nie przewidzieli I wojny światowej, bo sami wierzyli we własny mit międzynarodowej solidarności klasy robotniczej (Sowell 2010, s. 415). Dziś, jeśli sa akademikami chroni ich dożywotnia profesura, nie musza odpowiadać za błędne analizy. Zachęcają uczniów do pobieżnego zajmowania się trudnymi problemami typu rozbrojenie atomowe na godzinnej lekcji, wtłaczając im brak szacunku do fachowej wiedzy (skoro każdy może niby rozwiązać ten problem w godzinę…), a więc zachęcają do pozerstwa intelektualnego tworząc więcej samochwałów-głupców jak oni sami (Sowell 2010, s. 413). Upierają się, że muszą dostarczać zwykłym ludziom sensu życia, choć głównie walczą z bogactwem i różnorodnością życia. Przekłamują historię w imię własnych chimer, swiadomie np. zapominając, że Zachód nie wymyślił niewolnictwa, za to doprowadził do jego zniesienie, wbrew oburzeniu Afrykanów i Arabów (Sowell 2010, s. 430), przedstawiają obraz kraju, który zachował wobec nich zdrowy sceptycyzm i nie pozwolił im rządzić wszystkim jak w Europie, czyli przedstawiają USA jako kraj egoistów, choć to mekka filnatropii i najcenniejszych laboratoriów medycznych, z których korzysta cały świat (Sowell 2010, s. 433). Inteligencja lubi odmieńców, bo sama stara się być za wszelką cenę kimś innym niż przeciętny człowiek (Sowell 2010, s. 437), dlatego zachęcają muzułmanów do łamania zachodniego prawa (Sowell 2010, s. 424) i zrównują pracusiów z leniami (Sowell 2010, s. 434). Myślę, że książkę Sowella powinien przede wszystkim przeczytać każdy inteligent by zastanowić się ile z jego poglądów to chimery, a ile wnioski z obserwacji rzeczywistości, w celu pozbycia się chimer i mód intelektualnych, ergo wdrożenia naprawdę samodzielnego myślenia.

PN

środa, 1 sierpnia 2018

Karl Raimund Popper: "Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie" - recenzja

Jeśli miałbym polecić wielką cegłę filozoficzną do przebrnięcia to byłyby to dwa tomy dzieła Karla Poppera: „Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie” (przeł. Halina Krahelska, Witold Jedlicki, PWN Warszawa 2010. W pierwszym tomie „Urok Platona” Popper krytykuje trybalizm i irracjonalizm platoński, w drugim: „Wysoka fala proroctw: Hegel, Marks i następstwa” kontynuuje opowieść o ideach utrudniających budowę racjonalnego równościowego społeczeństwa. Popper woli słowo społeczeństwo otwarte, gdyż nie każda demokracja pasuje do ateńskiego ideału „nie-despocji” (Urok Platona, s. 8). Pisał swe działo w 1943 roku, a wiec pod wpływem totalitaryzmów I połowy XX wieku, decyzję o jej napisaniu podjął w czasie Anschlussu jego kraju czyli Austrii (1938).

Oto tok rozumowania Poppera widoczny w I tomie. Cywilizacja nie przeszła jeszcze szoku wyjścia z plemienności (s. 18). Objawem jest historyczna metafizyka zwana przez autora historycyzmem, krępująca reformy i wprowadzająca despotyczny fatalizm: „aż nazbyt często słyszy się, że jakaś forma despotyzmu jest konieczna”, ludzie wierzą w heglowskie i platońskie proroctwa przyszłości nie widząc, że ich idee to tylko orzeczenia bez wartości naukowej, powstałe ze złej woli. Tylko demokracja zapewnia ramy do pokojowych reform przypomina Popper (s. 22), ale musimy wierzyć ze reformy są możliwe i odrzucić totalitarny fatalizm. Platon głosił, że nikt nie powinien pozostawać bez kierownictwa (s. 25), Hezjod jako pierwszy z Greków zbliżył się do historycyzmu, prawdopodobnie pod wpływem perskim (fatalizm wschodni), Heraklit odkrył zmiany społeczne, przemijalność instytucji doprowadziła go do przekonania o przeznaczeniu (s. 34). Proces społeczny stał się prawem dziejowym. Dobro i zło nie maja znaczenia wobec woli bogów. Platon, arystokrata z rodziny, która straciła władzę przez demokratów, uznał, że każda zmiana jest degeneracją (s. 43). Starał się jednak godzić postawę historycysty z przeciwna postawą – inżyniera społecznego, który wierzy, że upadek można zahamować (s. 51). Platon odkrył wiele, w tym np. ekonomiczną podstawę społecznych warunków, do potem Marx nazwie materializmem historycznym (s. 68), ale nie chciał bezklasowości jak Marx, lecz kastowego państwa, które by powstrzymało upadek (s. 79). Uznał że idee a więc nieweryfikowalne sądy są prawdziwe, a nie to co widzimy. Platon był i zwolennikiem rządu klasowego i rasistą. Rządzić powinni „najlepsi i najmądrzejsi” (s. 176), „szaleństwem jest wydawać umysły na indywidualne gusta” (s. 193). Platon zapomniał nauk Sokratesa o tym, że rządzący powinien znać swoje ograniczenia (s. 201) i nie popadali w zbrodnicza pychę. Logika Platona popycha go ku totalitarnopodobnym rozwiązaniom Jego estetyzm i radykalizm powodują odrzucenie rozumu (s. 243), jak każdego filozofia próbującego wskrzesić, jak to nazwał Popper „heroiczny wiek trybalizmu” (s. 287). Największy problem to nie to co myślał Platon, ale bezkrytyczny stosunek współczesnych filozofów do niego.

Drugi tom zawiera popperowską rozprawę z Heglem i Marxem i jest znacznie ciekawszy. Popper Wychodzi jednak od Arystotelesa, który przyjął platońskie poglądy, ale pogodził się z demokracją i uznał ją za nieuniknioną. Pokonanym możnym zalecał filozofię jako hobby i pocieszenie (s. 15). Arystoteles jako biolog uznał, że każda zmiana jest jakby zaklęta w organizmie czym otworzył drogę determinizmowi filozoficznemu typu heglowskiego (s. 18), to można by dodać że widać to także u Leibniza (teoria monad), ale Popper nie wspomina o Leibnizu. W każdym razie zauważa wpływ arystotelesowskiej werbalnej scholastyki nawet u … Wittgensteina. Wielu za Arystotelesem wierzyło, ze zdefiniowanie równa się poznaniu. Stąd wynikał sprzeciw wobec empirycznym eksperymentom. Z drugiej strony uznaje że Arystoteles i Platon przed nim przynajmniej odróżniali wiedze od mniemania (s. 21). Arystotelesowy wymóg definiowania wszystkiego, widać w zdaniu kiedy stwierdza on, że mowy polityków stałyby się jaśniejsze i krótsze, gdyby zdefiniowali wszystkie terminy, których używają, oczywiście skutek byłby przeciwny (s. 31). W sumie zauważam, że skoro Arystotelses prócz definicji dopuszczał tez demonstrację (dowód) to nie do końca wiem w czym problem, może po prostu średniowiecze wolało definicję, a to nie wina Greka. Kantowskie próby odrzucenia metafizyki, spowodowały romantyczna reakcję irracjonalizmu (Herder, Hegel, Fichte, Schelling), którzy odrzucili dowód na rzecz magii słów, proroctw i pustej logiki (s. 36). Schopenhauer potem powie, ze Hegel zapoczątkował wiek nieuczciwości w niemieckiej filozofii., uznawał Hegla za propagandystę i maga a nie myśliciela. W 1818 roku Hegel w nagrodę za uznanie ducha dziejów i rozum dziejów za to samo, a Prusy za efekt tej ewolucji, został przywołany z Heidelbergu do Berlina i otoczony zaszczytami. Hegel miał trzymać filozofię w ryzach i czynił to. Uznał, jak Platon, że wszystko co jest - jest ideą (s. 55), jak Rousseau, że lud czy potem u Hegla naród ma wolę powszechną, od heraklita, że wojna jest ojcem wszystkich rzeczy i czymś naturalnym. Kanta krytyki spekulacji nie opartej na empirii nie udało mu się zaatakować, ale przejął część jego języka, który przerobiła na własny żargon by znowu wprowadzić znienawidzoną przez sekularnego Kanta metafizykę do filozofii i polityki (s. 58). Hegel zauważył, ze Kant i opisuje rozum jako coś statycznego, a przecież umysł się rozwija i miał rację, ale to nie usprawiedliwia tworzenia z ducha dziejów rozumu i odwrotnie, nie usprawiedliwia tworzenia pozytywizmu etycznego i prawnego, że to co jest musi być dobre bo jest (s. 61), czyli jak mów Popper, że „siła jest prawem”, a ten co wygrał ma rację. Wolność myśli i badań naukowych uważa Hegel za niedorzeczne, skoro rację ma historia i to co się dzieje (s. 64). Istnienie prawa zakłada milcząco nierówności i ich naturalność, egalitaryzm prawny Kanta oparty na wzajemnym szacunku, Hegel przekształca w kiełznanie wolności przez jednostkę w imię porządku konstytucyjnego (s. 67). Heraklit uważał, że rozum ukrywa się w historii, Hegel uznał, że ten rozum w historii odkrył (s. 69), tak stał się prorokiem. Wobec tych proroctw humanitaryzm (filantropia jak mówi Hegel) jest bez sensu. Oddał przysługę trybalizmowi oczyszczając nacjonalizm z napoleońskich postępowych elementów, i przejął alegoryczny styl Herdera, który krytykował już Kant (s. 77). Hegel nie był pierwszy, którzy kopiowali styl Kanta, niosąc przeciwne kantowi treści, przed nim robił to nacjonalista Fichte. Hegel uznał państwo za ducha w jego substancjalnej racjonalności, a prawdziwy liberalizm typu anglosaskiego uznał za „wolność formalną” (s. 83). Według Poppera Hegel przemienił nacjonalizm niemiecki w pruski i spruszczył Niemcy (s. 85), moim zdaniem Hegel przede wszystkim narzucił nacjonalizm Prusom, które były przez większość swej historii wieloetniczne i liberalne (por. badania Christophera Clarke’a). Popper wyraźnie mało wie o historii Prus, mylą mu się nawet pruscy władcy, zapewne był nieco pod wpływem alianckiego przesądu, że Austria była tym dobrym duszkiem w czasie II wojny światowej, a Prusy tym złym, choć straż obozowa SS była głównie austriacka, a pruscy generałowie byli jedynym środowiskiem które chciało wielokrotnie zabić Hitlera – cóż nie oczekujmy tu logiki od Austriaka, którym jest Popper… Ale wróćmy do tego na czym Popper się zna. O dziwo widzi on jedną zasługę Hegla, iż odkrył on iż abstrakcyjny rozum ma dług wdzięczności wobec tradycji i historii, ale to odkrycie Hegel dzieli z innymi romantykami, generalnie Popper w ogóle nie uznaje Hegla za filozofa (s. 87), lecz za propagandystę. Materializm XIX wieku zdaniem Poppera, który sam jest materialistą (ale liberalno-demokratycznym i woluntarystycznym), wydał i marksizm i faszyzm, materializm wzbogacił Hegla o pewien biologizm. Narody są tym czym są ich czyny powie Hegel (s. 92). A państwo realizacją etycznej idei. Max Scheler uznał w 1915 roku wojnę jako państwo w najbardziej rzeczywistym rozwoju. Hegel nauczył faszystów i marksistów, ze życie to walka i wojna (s. 101). Stad zachwyty wojną u Heideggera i Jaspersa. Schopenhauer ratuje zadaniem Poppera honor niemieckiej filozofii. Ciekawe, że nie wspomniał o np. Cassirerze i innych liberalnych filozofach XX wieku i o bardzo pruskim i jednocześnie bardzo liberalnym Wilhelmie von Humboldt… Podejście Poppera do niemieckiej filozofii jest dość dziwne.

Marxa Popper uważa za człowieka, który chciał dobrze i naprawdę chciał ulżyć ludowi, ale niestety przyczynił się on do uznania proroctwa za naukową metodę (s. 116). Marx nie tylko nie był inżynierem społecznym, ale na tym właśnie polega problem, że jego wizje przyszłości, która „na pewno się spełni”, wyklucza inżynierię społeczną i wyklucza reformy. Dlatego Marx uznawał socjalistów-demokratów za utopistów. Utożsamianie determinizmu z myśleniem naukowym to przesąd całego XIX wieku. Mill i Marx tak samo zwalczali skrajny leseferyzm; Mill zalecał reformy, ale popadał w psychologizm i, natomiast Marx odkrył, ze prawa socjologii są inne niż psychologii, lecz popadał w deterministyczny fatalizm (s. 125) i spiskowe teorie społeczne, które głoszą że wszystko co się dzieje jest wynikiem spisku lub działalności ludzkiej (s. 133). Te spiskowe teorie nie powinny tknąć Marxa, który wierzył, ze ludzkie wady wynikają nie z psychologii, lecz z wad systemu społecznego, ale tknęły trochę, a bardzo jego wielu następców (s. 141). Marx uważał myśl i idee za nadbudowę wobec istniejących przede wszystkim materialnych warunków ekonomiczno-społecznych. Kochał wolność także tą liberalną prawną („formalną”), która gardził Hegel, ale za ważniejszą uważał ekonomiczną (s. 144), nie mógł jednak wywalczyć tej ekonomicznej bo wierzył w proroctwo walki klas a inżynierię społeczną uważał za utopijną, dlatego nie został bojownikiem społeczeństwa otwartego, choć miał na to zadatki twierdzi Popper (s. 154). Moim zdaniem przesadza. Wolność ekonomiczna jest prawdziwa, ale podniesiona do dogmatu ważniejszego niż wolność prawna (liberalna wolność wobec prawa) zagraża wolności liberalnej i jest niemal równie szkodliwa społecznie jak deterministyczny historycyzm, ale cóż widać jestem liberałem nieco prawoskrętnym, gdy Popper lewoskrętnym – zdarza się. Za zasługę Marxa Popper uważa podważenie wiary, ze kapitalizm będzie istniał wiecznie i teorii Burke’a że prawa handlu są jak boskie (s. 189). Moim zdaniem kapitalizm i gospodarka to jedno, a prawa handlu są znacznie pewniejsze od boskich, bo bogów nie ma, a potrzeby i popyt istnieją w każdej epoce: http://racjonalista.tv/kapitalizm-i-gospodarka-to-jedno/

Możliwe, że wynika to z tego, że Popper uznaje interwencjonizm nieco na wyrost jako koniec epoki kapitalizmu utożsamianego z leseferyzmem (s. 195). Ciekawie natomiast Popper wytyka Marksowi zbyt statyczne i dogmatyczne podejście do cen towarów (s. 172), oraz ubóstwo programu politycznego, które skutkowało szukaniem metod na chybił trafił w ZSRR (s. 175), a także to, że początki interwencjonizmu, a więc tej według niego „niemożliwej” inżynierii społecznej w UK, nie dały mu do myślenia; uznał po prostu UK za przypadek szczególny (s. 195). Marx żył w czasach prawdziwego wyzysku robotników, ale nie zrozumiał, że wyzysk ten typowy jest raczej dla wczesnych form kapitalizmu a nie dojrzalej formy, że wcale niekoniecznie chłopi zasilą proletariat miejski, że liczba robotników wcale niekoniecznie musi rosnąć itd. (s. 205-217), że nazwanie np. Beethovena burżujem nic nam nie mówi ani o Beethovenie ani jego motywach (s. 291), tak samo jest z politykami. Tak bardzo Marx starał sam się przekonać do własnego proroctwa pauperyzmu i rewolucji, że nie dostrzegał już faktów zza swych przekonań. Liczy na korzyść Marxa, że nie chciał wcale by robotnicy strzelali pierwsi do burżuazji i kupionych przez nią niektórych „nieuświadomionych” robotników, gdy już cała ludzkość podzieli się z grubsza na te dwa obozy (s. 221), i że myśl Hegla „wolność to uświadomiona konieczność” ulubił sobie Engels, a nie Marx (s. 308). Reasumując to co złe u Marxa przypisuje Popper Heglowi (s. 272) Marx był racjonalistą, pisze Popper, a racjonalista jak Sokrates jest świadomy własnych ograniczeń i unika platońskich orzeczeń przedstawianych jako argumenty. Gdy już raz w to zabrniemy to jak historyk Toynbee ignorujemy fakty i argumenty, bo nie pasują nam do ideologii (s. 347-348).

Toynebee faktycznie dowolnie żonglował faktami uznając marksizm i rewolucjonizm za typowo żydowski, i słusznie krytykuje to Popper. Przy okazji można się tu dopatrzeć współczesnej lewicowej manii patrzenia na wszystko z perspektywy tożsamości etnicznej i klasowej, co widać np. w antykolonialnych i antymieszczańskich obsesjach. Tylko czy Marx nie jest tu jednak tak samo winny jak Hegel? Czy to nie on przekształcił narodowe obsesje Hegla w klasowe własne? Czy nie był ślepy na fakty i zadufany we własną nieomylność tak samo jak Hegel czy Platon. Osobiście myślę, że bronienie Marxa i atakowanie niemal wyłącznie Hegla jest nie do utrzymania. Jeśli Marx dał się ogłupić Heglowi to już jest źle, a on także rozwijał te oparte na naturalnej wielkiej walce teorie w jeszcze bardziej szkodliwe teorie. Popper mówi, ze Marx chciał dobrze, a może Hegel też chciał dobrze? W końcu jego praca dla rządu pruskiego była dobrowolna. Może uznając rewolucję francuską za szkodliwą chciał jej Prusom za wszelką cenę oszczędzić, tak jak Marx zapewne szczerze chciał zakończyć wyzysk. Czy rewolucja francuska nie miała złych stron? Czy nie można się było jej przestraszyć i uznać za zło absolutne? Być może faktycznie Hegel był mniej uczciwy intelektualnie od Marxa, ale wydaje mi się, że Popper zbyt łatwo utożsamia rewolucję francuską z wolnością, jest zbyt lewicujący by zawsze w pełni obiektywnie bronić wolności. Jego niewiedza historyczna wobec Prus, które do czasów rewolucji francuskiej były najbardziej liberalnym krajem Europy (zwłaszcza jeśli chodzi o tolerancję religijną) poraża. Swoją drogą Hegel mógł ulec przekonaniu, że Prusy są nadal liberalne, chociaż zbroiły się mentalnie przeciw rewolucji francuskiej i stawały konserwatywne od lat 1790-tych. Ciekawe też, że Popper wrzuca Herdera, który Prus nienawidził i je demonizował, bo kiedyś widział przymusowy zaciąg i tylko z tym się mu Prusy kojarzyły (przy okazji rewolucjoniści francuscy też lubili ta metodę) i Hegla który je idealizował do jednego worka. Popper przyznaje omawiając Toynbee’go, że nie jest kompetentny do wypowiadania się o historycznych faktach opisanych przez niego, szkoda, że nie ma równej wstrzemięźliwości i sokratejskiego poczucia własnych ograniczeń gdy chodzi o historię Prus… Mimo to polecam lekturę!

środa, 25 lipca 2018

Michael Wolff: "Ogień i furia. Biały Dom Trumpa" - recenzja

Mimo iż książka Michaela Wolffa: „Ogień i furia. Biały Dom Trumpa” (Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska, Magdalena Witkowska, Bartosz Sałbut, Prószyński i S-ka Warszawa 2018, tytuł oryg: Fire and Fury: Inside the Trump White House, Henry Holt and Company New York City January 5, 2018) jest bardzo krytyczna wobec Trumpa, o którym ja mam z grubsza zdanie pozytywne, polecam lekturę tej książki, w dalszym ciągu jednej z niewielu poświęconych Trumpowi prac dostępnych w języku polskim. Jeszcze przed swą przyspieszoną premierą książka Wolffa zyskała ogromny rozgłos i wzbudziła wiele emocji i kontrowersji, a prezydent Trump usiłował wstrzymać jej publikację. "Ogień i furia" natychmiast stała się bestsellerem. Przez osiemnaście miesięcy autor przeprowadził ponad dwieście rozmów z pracownikami Białego Domu, członkami amerykańskiej administracji i samym Trumpem. Michael Wolff opowiada pasjonującą historię o tym, w jaki sposób Trump rozpoczął kadencję tak nieprzewidywalną i wybuchową jak on sam. W książce Wolff zajmuje się takimi kwestiami jak to czy; Trump rzeczywiście nie chciał zostać prezydentem czy też może jego kampania wyborcza miliardera miała być tylko zabiegiem marketingowym, poprzedzającym otwarcie nowej stacji telewizyjnej, oo co syn prezydenta i szef jego kampanii wyborczej spotkali się przed wyborami z przedstawicielem Kremla, czemu Steve Bannon, szef kampanii wyborczej Trumpa i jego były doradca ds. strategicznych, określił prezydenta jako „umysłowo niezdolnego” do kierowania Białym Domem itd.

Żadną miara nie da się określić Wolffa jako w pełni obiektywnego autora. Niezwykle kontrowersyjna była już jego książka o magnacie prasowym Rupercie Murdochu: The Man Who Owns the News (2008). Jednocześnie nawet krytycy Wolffa są zwykle pod wrażeniem jego odwagi sądów i jednocześnie przebiegłości. Książka: Fire and Fury opowiada historię kampanii wyborczej Trumpa 2016 roku, i początków jego prezydentury do stycznia 2018 roku. Tytuł odnosi się do cytatu Trumpa na temat konfliktu z Koreą Północną. Wolff przedstawił dysfunkcje administracji Trumpa; z naciskiem na konflikty między jego głównymi współpracownikami (doradca kampanijny Steve Bannon, zięć Jared Kushner i szef komisji Partii Republikańskiej – Reince Priebus). Czytelnicy zaakceptowali taką wizję, choć podejrzane wydają im się komentarze Bannona na temat Trumpa. Wolff twierdzi, że w reakcji na pochlebny artykuł Wolffa w „The Hollywood Reporter” z czerwca 2016 roku, Trump dał mu dostęp do Białego Domu. Trump potem zaprzeczał że rozmawiał z Wolffem o książce. Jakby nie było, Wolff od połowy 2016 roku rozmawiał z wieloma ludźmi Trumpa. Wolff twierdził że przeprowadził ponad 200 wywiadów włącznie z tymi z samym prezydentem. Wolff był obecny m.in. przy dymisji Jamesa Comeya. Pierwotny tytuł książki brzmiał: The Great Transition: The First 100 Days of the Trump Administration, co spowodowało, że wielu spodziewało się opisu administracji Trumpa w korzystnym świetle. Wolff zmienił tytuł na "fire and fury", gdy Trump odniósł się do zagrożenia ze strony Korei Płn i użył tych słów.

Po publikacji w styczniu 2018 roku brytyjski lewicowy „The Guardian” powołał się na „rewelacje” z książki. Ksiązka szybko stała się bestsellerem nr 1 w USA i trafiła na The New York Times Best Seller list. W ciągu tygodnia było 1,4 mln zamówień. Trump ogłosił, ze książka jest powieścią a nie literaturą faktu ("a complete work of fiction"). 3 stycznia na konferencji prasowej Sarah Huckabee Sanders, sekretarz prasowa Białego Domu mocno zaatakowała książkę ("trashy tabloid fictio… filled with false and misleading accounts"). Biały Dom ogłosił, że Bannon najwyraźniej zwariował udzielając informacji jakich udzielał Wolffowi. Adwokat Trumpa, Charles Harder, nakazał Bannonowi zaprzestania rozpowszechniania plotek i zarzucił mu zdradzanie poufnych informacji (violating a non-disclosure agreement). 4 stycznia Harder groził wydawcy procesem. Prawniczka Henry Holta, Elizabeth McNamara, zapowiedziała, że nie ma mowy o wycofaniu druku lub innych ustępstwach. Zauważyła też, że tekst Hardera był dość niekonkretny, przez co trudno się zorientować co właściwie w książce obraża Trumpa, albo co było przedstawione fałszywie przez Wolffa. 5 stycznia 2018 roku Trump napisał na Twitterze / @realDonaldTrump: „…I authorized Zero access to White House (actually turned him down many times) for author of phony book! I never spoke to him for book. Full of lies, misrepresentations and sources that don't exist. Look at this guy's past and watch what happens to him and Sloppy Steve [Bannon]!...”. Tego samego dnia Wolff w wywiadzie powiedział, że wraz z wydawcą liczyli się, ze Trump ich zaatakuje: "One of the things we have to count on is that Donald Trump will attack. [...] My credibility is being questioned by a man who has less credibility than perhaps anyone who has ever walked on Earth at this point…". Wolff twierdził, że Trump sam go zachęcał do napisania książki o pierwszych 100 dniach nowej administracji i zapewniał, ze ma tuziny godzin nagrań rozmów z ludźmi cytowanymi w książce. 6 stycznia Trump znów zarzucił Wolffowi oszustwo i kłamstwa. Zapewnił też, że wbrew opiniom Wolffa ma wystarczająco stabilności psychicznej by rządzić USA. 7 stycznia Bannon zaczał bronić Trumpa ("patriot and a good man"), i głosząc m.in., że Wolff się pomylił biorąc jego uwagi na temat Paula Manaforta za uwagi o Donaldzie Trumpie juniorze. 8 stycznia w programie MSNBC: „Morning Joe”, Wolff zapewnił, że Bannon mówił o Donaldzie juniorze a nie Manaforcie. Jeszcze 7 stycznia starszy doradca polityczny BD Stephen Miller wystąpił w programie CNN: „State of the Union”, gdzie określił książkę Wolffa zbiorem nieprawdziwych informacji: "The book is best understood as a work of very poorly written fiction, and I also will say that the author is a garbage author of a garbage book". 8 stycznia w wywiadzi udzielonym Danie Loesch, wiceprezydent Mike Pence określił „Fire and Fury” jako "book of fiction", oraz że jej nie czytał i nie przeczyta, ale raporty o jej zawartości nie odpowiadają jego doświadczneiom pracy z Trumpem. W weekend 6–7 stycznia 2018 roku Rebekah Mercer, donator kampanii i Bannona, zdystansowała się od niego, zapowiadając zaprzestanie wspierania jego działań. 9 stycznia 2018 roku Bannon zapowiedział że opuści redakcję prowadzonej wraz z Mercer strony Breitbart News. Bannon był głównym jej redaktorem od śmierci Breitbarta w 2012 roku.

18 stycznia 2018 roku inny biograf Trumpa Michael D'Antonio powiedział w CNN, że obraz naszkicowany przez Wolffa odpowiada jego obserwacjom zwłaszcza odnośni tego, ze Trump nie zna się jakoby specjalnie na polityce, i ma problemy ze skupieniem uwagi. D'Antonio skrytykował jednak „tabloidową prozę” pracy Wolff'a i zalecał czytanie książki z peną dozą ostrożności. D'Antonio zauważył, że niektóre z uwag Wolffa jest tak źle uzasadnionych, ze ludzie Trumpa z łatwością podważą jej większość tez. Występując w PBS NewsHour, David Brooks powiedział, że w przeszłości Wolff często nie sprawdzał informacji, stąd wątpi w wiele informacji w książce, ale mimo to uważa, że informacje Wolffa potwierdzają to co już wiadomo. Sceptycyzm zalecił także Jake Tapper występując w CNN („ Fire and Fury … should be met with skepticism … it is riddled with errors and rumors"). Isaac Chotiner napisał w „Slate”, że Wolff zagubił się w politycznych ideologiach ("Wolff is not merely out of his depth—he frequently seems confused by even basic matters of political ideology"). Recenzent z „The Guardian”, Matthew d'Ancona, uznał, że sam fakt, iż Wolffa dopuszczono do Białego Domu, stanowi dowód niekompetencji nowej administracji, i pochwalił dzieło Wolffa. Na łamach „Wall Street Journal” Barton Swaim uznał książkę za plotkarską, a zawarte w niej informacje za niemożliwe do zweryfikowania („unverifiable … gossipy … collection of … every unseemly tidbit he could extract from murmuring White House staffers…). Jim VandeHei i Mike Allen określili książkę jako niechlujną i zarzucili Wolffowi zdradzanie informatorów off-the-record. Natomiast zgodzili się, że Trump jest chaotyczny jako prezydent i że wielu w Białym Domu go za to krytykuje. Andrew Prokop z „Vox”, również zarzucił Wolffowi plotkarstwo, choć niektóre informacje wydają się prawdziwe. Mick Brown z „The Telegraph” określili książkę jako zbyt sensacyjną i pełną złości ("overheated … sensationalist). David Sexton z „The London Evening Standard” polecał książkę jako lekturę obowiązkową. Wolff zaszkodził swojej reputacji sugerując w rozmowie z Billem Maherem, że Trump miał/ma romans. W oparciu o pasaż z Fire and Fury, niektórzy podejrzewali ambasador przy ONZ, Nikki Haley, ta zareagowała oburzeniem, podobnie jak dziennikarze: Erik Wemple z Washington Post i Bari Weiss z The New York Times; w końcu naciskany Wolff przyznał, że nic o żadnym romansie nie wie. Wolff wydaje się być zaciekłym ideowym przeciwnikiem Trumpa, co także obniża jego wiarygodność.

Przejdźmy jednak do treści książki, której akcja jest faktycznie chaotyczna i plotkarska w stylu. Najpierw mamy wywiad Wolffa z Rogerem Ailsem, weteranem FOXa, który cenił Trumpa za siłę perswazji, a nawet bezczelność (Wolff 2018, s. 13), ale wyrzucał mu brak dyscypliny i niesłuchanie rad, dlatego nie zdecydował się poprzeć go, i musiał to zrobić Steve Bannon, nieco młodszy i mniej typowy konserwatysta. Bannon poznał Trumpa w 2010 roku, ale aż do sierpnia 2016 roku, gdy został szefem kampanii prezydenckiej, rozmawiał z nim może 10 minut w suemie (Wolff 2018, s. 17). Ailes wątpił czy Trump jest jako miliarder dobrym reprezentantem klasy pracującej, Bannon skupiał się na polityce zagranicznej (Jerozolima dla Izraela, Gaza dla Egiptu, Zach Brzeg dla Jordanii, dogadanie się z Rosją, przeciw Chinom, zwolnienie nieudolnych szefów CIA i FBI (Brennana i Comeya). Bannon skupiał się na granicach i obronie państwowości (Wolff 2018, s. 20). Wolff zatrzymuje się na tej ciekawej ideologii na 5 milisekund, najwyraźniej by Bannon nie wyszedł na zbyt mądrego. Podobnie zbywa ciekawe uwagi Bannona o Obamie, że nikt go nie zna ani w biznesie ani w polityce, Obama to człowiek znikąd. Jest zbyt opanowany, a polityka wymaga zaangażowania na całego jak zaangażownaie Trumpa (Wolff 2018, s. 79).

Chiny Bannon porównywał z nazistami w Niemczech 1939 roku. Bannon liczył, że Ailes skłoni Murdocha do lepszej współpracy z Trumpem (s. 22). Według Wolffa nikt z otoczenia Trumpa włącznie z samym Trumpem nie wierzył w zwycięstwo wyborcze, jedynie ekscentryczny Bannon uważał inaczej, co utwierdzało jedynie innych w poczuciu nieuchronnej porażki (Wolff 2018, s. 27). Bob Mercer wsparł Trumpa finansowo i podesłał mu Steva Bannona i Kellyanne Conway, tym samym ratując kamapanię – uważa Wolff. Inną osobą, która wierzyła niezachwianie w Trumpa od 2014 roku była Melania, zaś Ivanka – absolutnie nie. Trump według Wolffa miał ją pocieszać, że szanse są małe. Dowodem wg Wolffa na to, że niby nie wierzył w sukces miały być jego ataki na „ustawiony system wyborczy” (rigged system), innym, że współpracownicy Trumpa poczynili mało kontaktów z politykami i mało uważali np. Mike Flynn na swoje kontakty np. z Rosjanami. Trump z ważnych polityków miał kontakty tylko z outsiderami typu Rudy Giuliani i Chris Christie (Wolff 2018, s. 34). Podobno nie wiedział kim jest John Boehner (spiker IR od 2011 roku - Wolff 2018, s. 50).

Przed Bannonem (sierpień 2016), szefami kampanii Trumpa byli Corey Lewandowski i Paul Manafort, na tym etapie Murdoch i inni milionerzy izolowali się od niego, zmienili zdanie gdy sztab przetrwał burzę Billy’ego Busha (s. 41). Wolff uważa, że Trump jest podobny do Billa Clintona; chce dobrze, umie przemawiać, improwizować i śmiać się z siebie, jest kobieciarzem i ma miękkie serce (Wolff 2018, s. 45). Trump chciał swego kumpla Toma Barracka na szefa kancelarii Białego Domu, ale ten bał się, że media obnażą jego życie prywatne (Wolff 2018, s. 53). Potem myślał by dać to stanowisko zięciowi, ale Ann Coulter przestrzegła go, że to kiepski pomysł (Wolff 2018, s. 54). Po Bridgegate, w lutym 2016 Chris Christie porzucił starania o prezydenturę i poparł Trumpa, Trump chciał zrobić zeń wiceprezydenta, ale według Wolffa na przeszkodzie stała kara dla ojca Jareda Kushnera, Charlesa, zasadzona przez Christiego jako prokuratora federalnego w New Jersey w 2005 roku (Wolff 2018, s. 56). Ivanka i Jared storpedowali uczynienie go nawet szefem kancelarii. Woce chaotycznego stylu życia Bannona pozostał Reince Priebus (Wolff 2018, s. 58), ceniony w GOP i na Kapitolu. Chaotyczność pracy Trumpa (np. pozwalania Tomowi Barrackowi i zięciowi Jaredowi, na omijanie Priebusa - Wolff 2018, s. 60) zrozumiała przecież u każdego dotychczasowego outsidera politycznego, przekuwana jest przez Wolffa w rzekomo poważny zarzut, podczas gdy równie słuszne zarzuty wobec Obamy wygłoszone przez Bannona zostały zbyte milczeniem (Wolff 2018, s. 60). Nie można mieć wątpliwości, że większość treści książki jest motywowana polityczne, ale czy cała?

Wolff zarzuca Trumpowi niekonsekwencję na zasadzie: Trump kampanijny i Trump prezydencki zachowują się zupełnie inaczej (np. zmiana krytyki Bezosa i Muska na ich wychwalanie po wielkiej delegacji z Doliny Krzemowej w Białym Domu 14 grudnia 2016 roku - Wolff 2018, s. 63). Chociaż przecież kampania i rządzenie rządzą się innymi prawami. Zresztą ta zmiana dowodzi, przynajmniej moim zdaniem, że Trump robił wszystko by wygrać lub przynajmniej wysoko przegrać, a więc chyba jednak w zwycięstwo wierzył. Na wiecach zachowywał się jakby wierzył.

Kushner nastraszony prze Kissingera, miał według Wolffa, przestrzegać teścia w kampanii by nie krytykował za mocno GOP, oraz CIA, FBI i NSC (Wolff 2018, s. 73). Lewica od czasów Snowdena kupowała to, do czasu gdy wypłynęła afera rosyjska. 21 stycznia 2017 roku Trump zaskoczył wszystkich, gdy zamiast chwalić nowego szefa CIA Mike’a Pompeo zaczął mówić o sobie, Iraku, ISIS i ropie, oraz o tym, że kłamliwe media pisały, że wyrzucił popiersie ML Kinga by wstawić popiersie Churchilla, co miało dowodzić zapewne rasizmu (Wolff 2018, s. 85-6).

Bannon uważał czy też nadal uważa Trumpa za idealnego kandydata, który mógłby utemperować nieco polityczne samozwańcze elity wykształcone w uniwerkach Ivy League (Wolff 2018, s. 84). 15 sierpnia 2016 roku Bannon stał się sławny gdy dołączył do Trumpa, jako jedyny w tym klubie miał spójną ideologię i wizję kraju (Wolff 2018, s. 101). Przy okazji Wolff mógłby wspomnieć cos o braku wizji w sztabie Hilary Clinton, ale nieeee…. Za to wspomina, że mały sztab Trumpa działał sprawniej niż wielki Clinton (Wolff 2018, s. 178), bo mniej w nim było primadonn i specjalistów.

Według Wolffa Bannona ujęła u Trumpa krytyka Murdocha (który jako cudzoziemiec z Australii, zdaniem Trumpa nie rozumiał amerykańskiej polityki), a sam Bannon miał zachęcić Trumpa do używania jak najszerzej się da słynnych executive orders, z których tak często, wręcz bezprecedensowo często, korzystał Obama, zmagając się z opornym republikańskim Kongresem (Wolff 2018, s. 103). Bannon miał, pod wpływem rozmów z Trumpem, uczynić z cudzoziemców główne hasło trumpizmu. Zmusił Democrats do przyznania, iż sami uważają masową imigrację za nienaturalną i problematyczną, w końcu Obama tez starał się ją ograniczyć, choć teraz gardłowań na „rasizm” Trumpa (Wolff 2018, s. 107). Opisując zlecenie raportu w sprawie imigracji przez Bannona, Stephenowi Millerowi, Wolff stara się sprawić wrażenie, że administracja Trumpa jest zaślepiona ideologią i chaotyczna (Wolff 2018, s. 109), choć częściowo te dwa obrazy się wykluczają, a sama kontrrewolucja w sprawie globalizmu i ograniczenia imigracji, jak każda kontrrewolucja nie musi być jakoś bardzo szczegółowo opracowana, skoro jest reakcją, polityką resentymentu. Bannon ma więc chyba rację twierdząc, że nie ma się co tu przejmować szczegółami.

Od 9 września 2016 roku rynek stale rósł, co w 2017 roku biznes przypisze Trumpowi i zmieni o nim zdanie na bardziej pozytywne; początkowo cały big business był clintonowy (Wolff 2018, s. 142). Wolff sugeruje, że to Priebus nawoływał Bannona do pewnej modyfikacji bardzo radykalnego i niby bezprecedensowego (świadomie chyba zapomina, ze podobne wydał demokrata Carter) rozporządzenia co do imigracji muzułmańskiej. Trump podpisał dokument 27 stycznia wprowadzając go w życie. Fala protestów podobała się Bannonowi, który wyraźnie chciał wkurzyć demokratów i popchnąć ich bardziej w lewo – uważa Wolff (Wolff 2018, s. 110).

Zdaniem Wolffa Bannon miał mniejszy wpływ na Trumpa niż się spodziewał (Wolff 2018, s.117). Jared Kushner też przeglądał wszystkie dokumenty dotyczące spraw zagranicznych, Trump tymczasem wygłaszał niejasne oświadczenia jak wyrocznia delficka (Wolff 2018, s. 116). Wolff uważa Trumpa za spostrzegawczego, ale zbyt solipsystycznego jak wielu bogaczy, ma według biografa cos z rozpieszczonego sławnego aktora. Jared by zachować wpływ na teścia przeszedł z demokratyzmu domu rodzinnego do trumpowej Realpolitik w polityce zagranicznej twierdzi Wolff (Wolff 2018, s. 119). Wszystkie te stwierdzenia są dość dowolne, np. czy faktycznie polityka Trumpa to Realpolitik? Jego bliskowschodnie inicjatywy są dość idealistyczne na przykład.

Jared Kushner wykończył w 2009 roku gazetę Petera Kaplana „New York Observer”, i Kaplan od niej odszedł, a w 2013 roku Kaplan zmarł. Od tego roku datuje się niechęc nowojorskich mediów do Trumpów (Wolff 2018, s. 123). Trump wówczas mądrze uciekł w świat Hollywoodu kręcąc The Apprentice przyznaje Wolff (Wolff 2018, s. 125). Tak jak Kushner popsuł teściowi prasę, tak ten pogrzebał ważną dlań sprawę Meksyku. Kushner jako uczeń Kissingera chciał się jakoś z Meksykiem dogadać, ale Trump skrytykował jednostronnośc NAFTA i Pena Nieto nie przyjechał.

31 stycznia 2017 roku Trump powołał nieskazitelnego sędziego Neila Gorsucha w skład SN, wywołując aplauz wyjadaczy z GOP (Wolff 2018, s. 138), choć początkowo myślał o Rudym Giulianim uważa Wolff.

3 lutego 2017 roku w hotelu Four Seasons w Georgetown Ivanka Trump skaptowała dla ojca Dinę Powell z banku Goldman Sachs, by administracja stała się mniej amatorska (Wolff 2018, s. 132). Dla Trumpa żyjącego od lat w pałacach, Biały Dom był raczej kiepskawym lokum. Dlatego nie zmienił swego trybu życia, nadal rano wysyłał Tweety, a wieczorem wyżalał się przyjaciołom przez telefon (Wolff 2018, s. 135). Ponoć niechętnie widział służbę. Lubił jadać w McDonalds bo miał obsesję, że chcą go otruć uważa Wolff (Wolff 2018, s. 137). Prawdopodobnie przecieki w tej sprawie pochodziły z nocnych telefonów i żali Trumpa (Wolff 2018, s. 148).

5 lutego 2017 roku „New York Times” wydał artykuł o Trumpie snującym się nocami w szlafroku po Białym Domu. Trump miał być ponoć zdruzgotany; zapewniał potem że nawet nie ma szlafroka (Wolff 2018, s. 146). Trump uznał żart z niego za formę braku patriotyzmu, gdyż ośmieszanie go osłabia jego pozycję negocjacyjną jako prezydenta USA (Wolff 2018, s. 150).

Trump nie jest formalistą, dlatego skecze SNL o Trumpie „tak bardzo śmieszą” według Wolffa (Wolff 2018, s. 145), podkreślając kontrast między typowym prezydentem a Trumpem. Jak Gerald Ford Trump ma fioła na punkcie godności uważa Wolff. Moim zdaniem te obecne skecze SNL o Trumpie w ogóle nie są śmieszne, zwłaszcza odkąd Trumpa gra Alec Baldwin przedstawiając go jako małpiszona, o wiele inteligentniej parodiował go wcześniej Darrell Hammond jako pyszałka i współczesną wyrocznię delficką, ale jak widać gniew demokratycznych komików był zbyt wielki by trzymać się tej rozsądnej parodii.

W lutym 2017 Trump zaszkodził sobie broniąc Michaela Flynna, który kręcił nt swoich stosunków z Rosjanami, starał się wynagrodzić mu za lojalność. Trump miał do Flynna słabość. Tylko on w sumie go lubił w całym Białym Domu (Wolff 2018, s.165). Flynn był typowym człowiekiem z obozu Trumpa zbyt beztroskim by nie brać konsultingowych honorariów z Rosji czy Turcji (Wolff 2018, s. 167). Katie Walsh zastępczyni Priebusa jako szefa kancelarii Białego Domu wierzyła w intuicję Trumpa, ale narzekała trochę, że musi tworzyć program polityczny z treści spontanicznych przemówień, choć zauważyła że Trump od lat uderza w podobne tony, a więc jest to możliwe (Wolff 2018, s. 180). Dla Bannona Trump był człowiekiem inspiracji (guru), a nie czynu (Wolff 2018, s. 183). Priebus używał do nacisków na Trumpa, Paula Ryana i tak agitował za GOP z Chrystusem, Jared używał Murdocha i agitował za GOP a la Wall Street, zaś Bannon używał Rebekah Mercer by USA miały granice i były bardziej natywistyczne i protekcjonistyczne (Wolff 2018, s. 191). Inaczej niż Gore przy Clintonie, Mike Pence chciał być typowym wiceprezydentem od przecinania wstęg (Wolff 2018, s. 194). Zimą 2016 roku Trump zdecydował się nie występować na forum konserwatystów amerykańskich (CPAC), ale na kolejny zjazd (22-25 lutego 2017 się wybrał). Na zjazd nie został wpuszczony neonazista Richard Spencer, ale Wolff i tak o nim pisze nie widomo po co. Na CPAC brylował Bannon mówiąc o bezpieczeństwie narodowym, nacjonalizmie gospodarczym i dekonstrukcji państwa administracyjnego (Wolff 2018, s. 207), zapowiedział że media stoją po stronie korporacji i globalizacji i każdy dzień będzie walką: „…Mamy różne, często rozbieżne poglądy, ale moim zdaniem zasadniczy trzon naszych przekonań stanowi wiara w to, że jesteśmy narodem z własną gospodarką, a nie tylko z gospodarką funkcjonująca na globalnym wolnym rynku, na którym granice nie mają znaczenia, że jesteśmy narodem z własną kulturą i z własną racją istnienia. Moim zdaniem to nas właśnie jednoczy i to będzie jednoczyło ten ruch w przyszłości…” (Wolff 2018, s. 209).

Drugiego dnia konferencji CPAC Trump przedstawił to samo przesłanie co w 2011 (bałagan w kraju, słabi liderzy, utracona wielkość – inaczej niż w 2011 roku jednak nie czytał z kartki), co troszkę zaniepokoiło Bannona (Wolff 2018, s. 210). Przez 48 minut Trump mówił głównie o fake news, potem przez 37 minut o pierwszej poprawce, której jednak oddał hołd (Wolff 2018, s. 212). Jego optymistyczne zapewnienia o Ameryce znowu tryskającej energią zostało mimo obaw Bannona i innych trumpowców przyjęte bardzo entuzjastycznie. Trump myślał samodzielnie i wkurzał się jak Bannon nazywał siebie „mózgiem Trumpa” (Wolff 2018, s. 222). Wyśmiewa Wolff obawy Trumpa, że Obama go szpieguje (Wolff 2018, s. 243), choć przecież wyprawy Obamy do Trudeau i na Hawaje w dobie ograniczeń wjazdu dla muzułmanów są dość podejrzane. Sojusz Trumpa z Paulem Ryanem zaskoczył nieprzyjemnie Bannona (Wolff 2018, s. 248), podobnie jak pomysł na Trumpcare – z pomysłów na reformę służby zdrowia potem się wycofywał by nie drażnić GOP herezjami (Wolff 2018, s. 251). Wolff nie wspomina o bardzo ciekawym pomyśle Trumpa na reformę systemu ubezpieczeń zdrowotnych, przez federalizację systemu. No ale to książka antytrupowa. Choć docenia że Trump potrafił oszczędzić GOP w sprawie reformy służby zdrowia, nie przyparł Republikanów do muru, gdy okazało się ze może zbraknąć głosów (Wolff 2018, s. 261). Bannon miał nadzieję, ze przyprze i zwali na nich winę.

20 marca 2017 roku James Comey przyznał, że FBI bada czy Rosja nie próbowała zakłócać kampanii wyborczej 2016 roku (Wolff 2018, s. 255). Comey był nieprzewidywalny - w październiku 2016 roku pomógł Trumpowi mówiąc o wznowieniu śledztwa w sprawie maili Clinton, a teraz pomagał opozycji (Wolff 2018, s. 257). Trump żałował, ze 27 stycznia proponował mu zachowanie stanowiska.

Pod koniec marca 2017 roku Jared Kushner wzmocnił swą pozycję w Białym Domu kosztem Bannona, dostając szefostwo Urzędu Amerykańskiej Innowacyjności (Wolff 2018, s. 274). 4 kwietnia 2017 w Syrii Adad zaatakował cywilów gazem. Bannon odradzał reakcję, ale był osłabiony, pokusa posiadania więcej jaj niż Obama, przeważyła, ale Jared i Ivanka musieli sprowadzić prezydenta Chin Xi Jinpinga by Trump ostatecznie zdecydował się zadziałać (Wolff 2018, s. 279-292).

19 kwietnia FOX, a ściślej zapewne lewicujący synowie Murdocha zwolnili Billa O’Reilly, gwiazdę FOXa. Trump go bronił: „nie wydaje mi się, żeby Bill zrobił coś złego” (Wolff 2018, s. 297). 29 kwietnia Trump podarował sobie kolację dla korespondentów, m.in. dlatego, ze Bannon uznał że byłoby to mizdrzenie się do wroga; zamiast tego pojechał do Harrisburga, przemysłowego miasta w Pensylwanii (Wolff 2018, s. 316).

Najbardziej konsekwentnym działaniem Trumpa było zdaniem Wolffa zwolnienie Jamesa Comeya z funkcji szefa FBI w maju 2017 roku, i danie jasno do zrozumienia, że chodziło nie o uchybienia w sprawie Hilary Clinton, lecz o nadgorliwość w prześwietlaniu jego sztabu wyborczego (Wolff 2018, s. 329). Oczywiście wszyscy wiedzieli, że z Comeyem czy bez śledztwa będą prowadzone dalej.

Muhammad ibn Sailma as-Saud i Henry Kissinger umożliwiły Trumpowi dokonanie przełomu w polityce zagranicznej (Wolff 2018, s. 340). Trochę dziwi, że kampania na rzecz pokoju na Bliskim Wschodzie zostaje określana przez Wolffa mianem nowej Realpolitik, choć to przecież czysty i klasyczny liberalny idealizm. Ani słowa nie pisze Wolff o relacji z UE i Brukselą. Wystarczy poczytać nawet globalistycznego Amerykanina by wiedzieć że UE nic na świecie niestety nie znaczy… Bannon wrócił do łask pod koniec maja 2017 roku. Krytykował to, że Trump nadaje wszystkiemu personalny wymiar (Wolff 2018, s. 354). Wolff z ta krytyką nie polemizuje, ale czyż polityka to nie ludzie?

13 czerwca 2017 roku Jeff Sessions wyjaśniał swe kontakty z rosyjskim ambasadorem przed senacką komisją ds. wywiadu (Wolff 2018, s. 359). Jeszcze 9 czerwca w Trump Tower, Don Junior, Jared i Paul Manaford spotkali się z Rosjanami podobno w sprawie haków na Clinton (Wolff 2018, s. 370). Po kilku dniach WikiLeaks ogłosił, ze ma brakujące maile Clinton, po miesiącu zaczął je udostępniać (Wolff 2018, s. 371). Wolff nazywa spotkanie kretyńskim. Wyszło ono na jaw w czasie gdy Trump i Ivanka byli na spotkaniu G-20 w Hamburgu (7-8 lipca 2017 r.). 9 lipca Donald junior ujawnił szczegóły spotkania ubiegając „Timesa”.

17 dni z sierpnia 2017 roku Trump spędził wraz ze swymi współpracownikami na wakacjach w Bedmisnter w stanie New Jersey. 8 sierpnia 2017 roku na naradzie w bedminsterskim Clubhouse narodziła się koncepcja by coś zrobić z Koreą Północną (Wolff 2018, s. 414).

11 sierpnia 2017 roku w Charlottsville doszło do bijatyki prawaków i lewaków. Trump potępił wszystkich uczestników zamieszek, Wolff oczywiście narzeka, że nie tylko rasistów z prawicy (Wolff 2018, s. 417), ale moim zdaniem Trump zachował się dużo lepiej niż Obama w sprawie Trayvona Martina w 2012 roku, gdy w zasadzie podsycał czarny rasizm i chęć zemsty czarnych bez wyjaśnienia co się właściwie stało… Co prawda gdy 15 sierpnia w Trump Tower miała być jedna z wielu konferencji o infrastrukturze, Trump uznał za stosowne rozgrzebywać sprawę Charlottsville (Wolff 2018, s. 419), jednak przynajmniej próbował być prezydentem wszystkich Amerykanów. Książka Wolffa kończy się przewidywaniami ze stycznia 2018 roku, że Bannon grać będzie wkrótce na własny rachunek i sam zamyślać o prezydenturze. Co prawda faktycznie 18 sierpnia 2017 roku Bannon przestał być pracownikiem Białego Domu i powrócił do redakcji Breitbart, lecz wszystko wskazuje na to, że nadal doradza Trumpowi, więc przewidywania Wolffa są dość ryzykowne.

Książkę Wolffa warto przeczytać, choć ma ona wiele wad. Zbytnio przypomina tragedię grecką o królu (Trump) i wojnie trzech dworzan (Bannon, Priebus, Kushner) by mogła być tak naprawdę prawdziwa. Druga jej wada to zbytnie skupienie się na Bannonie i jego wizjach z kompletnym brakiem dostrzeżenia konsekwencji z jaką sam Trump prezentował poglądy protekcjonistyczne i nacjonalizm gospodarczy przez lata: https://www.youtube.com/watch?v=mxf1XmVZ9qY&t=786s

Jest to książka bardziej o Bannonie niż o Trumpie i to fragmenty o Bannonie są bardziej poważne, podczas gdy te o Trumpie mają raczej wymiar propagandowy.