Loading...

wtorek, 22 grudnia 2009

Gwiazdka w Wielkiej Brytanii

Jako wielki Brytofil (a dokładnie anglofil) postanowiłem przybliżyć rodakom nieco brytyjski wariant obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia.

Brytyjskie zwyczaje bożonarodzeniowe stanowią połączenie wielu tradycji. Zwyczaj dekorowania jemiołą pochodzi z czasów druidów. Ostrokrzew chronił ludzi średniowiecza przed czarami Bluszcz symbolizował nieśmiertelność. Bierwiono palili wikingowie ku czci swego bóstwa Thora, a świece wywodzą się z czasów rozkwitu feudalizmu.

Znacznie młodszą tradycję mają kartki świąteczne z życzeniami, lecz jest to właśnie tradycja typowo brytyjska. Pierwszą tego typu kartkę sporządził w roku 1843 John Calcott Horsley dla Sir Henry'ego Cole'a.



Od około 1840 roku Anglicy zaczęli szerzej adaptować niemiecki zwyczaj dekorowania choinki. Spopularyzowaniu drzewka świątecznego przysłużył się ks. Albert von Sachsen-Coburg-Gotha, mąż królowej Wiktorii. Znany jest rysunek z wydania "Illustrated London News" z 1848 roku przedstawiający rodzinę królewską wokół drzewka.

Każdego roku na Trafalgar Square, obok kolumny lorda admirała Nelsona stawia się ogromną choinkę symbolizującą brytyjsko-norweską współpracę podczas II WŚ.

Anglia ma długą i bogatą tradycję śpiewania kolęd. Naród angielski wydał obok Niemców i Polaków najwięcej tych pieśni świątecznych. Kolędy w WB. śpiewa się przede wszystkim 24 XII (Christmas Eve). Jest to dzień przygotowań- ubierania choinki itd.

Najpopularniejsze i najpiękniejsze angielskie kolędy:
# Coventry Carol (XVI w.) zob.
# Joy to the world (XVIII w., muz. Haendel ) zob.
# Adeste Fideles – lub - O come all ye faithful (XVIII w. muz. Wade) zob.
# Ding Dong Merrily on High (muzyka Jehan Tabourot (1519-1593), tekst XIX w.) zob.
# Hark! The Herald Angels Sing (słowa Charles Wesley – 1739 r, śpiewana zwykle do melodii Felixa Mendelssohna-Bartholdy'ego z 1840 r.) zob.
# God Rest Ye Merry, Gentlemen (XIX w.) zob.

Do tego dnia dzieci piszą listy do Gwiazdora tradycyjnie wrzucane potem do kominka (płomienie powinny go wznieść w otwór wylotowy komina); jeśli list spali się trzeba go napisać raz jeszcze.




Właściwe świętowanie rozpoczyna się 25 XII (Christmas Day). Prezenty otwiera się rankiem, a wieczorem zasiada się do stołu świątecznego. Menu jest zupełnie inne niż w naszym kraju; brukselka, indyk, rozbef, smażone ziemniaki, gęś, śliwkowy pudding. W puddingu chowa się niespodzianki dla dzieci (monety symbolizują bogactwo, pierscień - staropanieństwo, itd). Inne niespodzianki zawiera tzw. christmas cracker przy każdym nakryciu - kolorowa kartonowa tuba zagięta na obu końcach, którą trzeba rozerwać, by dostać się do ukrytych słodyczy, zagadek i małych prezentów.
Od 1932 roku monarchowie brytyjscy wygłaszają bożonarodzeniowe orędzie do narodu.

26 XII to tzw. "Boxing Day" - od dawnego zwyczaju obdarowywania mleczarzy, gazeciarzy, śmieciarzy i pocztowców, dziś daje się im raczej napiwki.
Sezon świąteczny trwa jednak do 6 stycznia nast. roku.

piątek, 18 grudnia 2009

Dobry wg. Polaków, mierny wg. Anglików - czyli czy nie za dużo Normana Daviesa ?

Norman Davies wybrał RP na swą ojczyznę i jest naszym polskim zasłużonym obrońcą przeciw nieuzasadnionej krytyce i kłamliwej polityce historycznej innych państw wymierzonej przeciw Polsce i za to jesteśmy mu wdzięczni i tak też jest spójrzmy choćby na te cytaty:

Historia Polski, Węgier, Czech i wielu innych krajów uznawanych przez lata za znajdujące się w orbicie wpływów rosyjskich, za zacofane czy wręcz barbarzyńskie, została opisana na równych prawach z historią Francji, Niemiec, Anglii czy Rosji. Tym samym Davies stworzył wyłom w europejskiej historiografii; dla wielu jego wizja Europy ma wręcz charakter polityczny
. - independent.pl

Pomnikowa historia Polski God's Playground. A History of Poland (1981), która w Polsce stała się absolutnym bestsellerem (Boże igrzysko. Historia Polski, Znak 1989-1991), uzyskując dotychczas nakład przeszło 150 000 egzemplarzy, ściągała na autora niejednokrotnie gromy nieprzychylnie nastawionych do Polski historyków amerykańskich żydowskiego pochodzenia. Słynna jest już przygoda Daviesa z uniwersytetem w Stanford, na którym Davies starał się o profesurę. Profesury nie otrzymał, a zarzuty dotyczyły właśnie rzekomego "polonofilstwa" historyka, który przecież w swoich pracach nie szczędził Polsce słów gorzkich i prawdziwych.
independent.pl

i jeszcze to:

W 1996 roku Norman Davies przeszedł na emeryturę, poświęcając się wyłącznie pisaniu oraz - niechętnie - promocji swoich książek. Niedawno wydał The Isles. A History (1999), czyli Historię Wysp Brytyjskich. To kolejna książka, która zmusza historyków, głównie brytyjskich, do zmiany spojrzenia na swój kraj, na jego historię i korzenie tworzących go narodów. Davies, od dawna zresztą, przepowiada rozpad brytyjskiej Korony.
independent.pl

Czy jednak polonofilstwo Daviesa jest mitem? Wystarczy wspomnieć jego wypowiedzi na temat I RP youtube , które są wręcz laurkowe na zasadzie: "och jakże cudowny był to kraj, taki wolny, taki demokratyczny, taki wspaniały, taki wielonarodowy -ach och" Nie powinniśmy zapominać, że archaiczny i niewydolny system I RP, połączony z przekupnością polskich "szlacheckich demokratów" doprowadził do rozbiorów, które są - jak naucza szkoła krakowska od niemal 150 lat - naszą własną winą, bo każde państwo powinno przede wszystkim umieć przetrwać - więc cóż z tego, że "wolne" (a chłopi pańszczyźniani?) skoro niewydolne?



Przy okazji warto wspomnieć o raczej kiepskiej prasie Daviesa w Anglii, gdzie jest często uważany za nierzetelnego rewizjonistę. Zresztą przepowiadanie upadku własnego kraju, który go wychował jest co najmniej w złym guście.

Pomijając fakt, że Davies wieszczył też upadek UE - co zapewne jest też częściowo zabiegiem marketingowym, stwierdzić należy, że łatwo krytykować własne mieszkając nad Wisłą. Przy okazji warto zauważyć, że główne anglosaskie pochwały dla "Wysp" Daviesa pochodzą z USA zob., nacjonalistycznych środowisk celtyckich itd, a nie od Anglików.

To, że Davies uchodzi za znawcę dziejów Polski jest słuszne - uchodzi on za takiego także w Wielkiej Brytanii zob., ale czemu w Polsce uważamy go za specjalistę od historii Anglii? Tym na pewno Davies nie jest.

W jego ojczyźnie uważa się go za dekonstruktora historii Wielkiej Brytanii, który dowolnie bawi się dziejami swego kraju:

After toying with various names for the title of his book, such as the Anglo-Irish Archipelago and Europe's Offshore Islands, Davies opted for The Isles. He professes to find the concept of Britain confused and contradictory, because it can apply to the United Kingdom, to Great Britain, or the island of Britain. Motor vehicles, he complains, still drive with “GB” plates whose letters denote “an eighteenth century designation” which is “set in mental stone” when the state has long since become the United Kingdom.
Deconstructing History
Review of The Isles by Norman Davies

profesor Christopher Harvie i to na łamach independent.co.uk, czyli tej samej gazety, której polska edycja tak bałwochwalczo chwali Daviesa.

różne opinie brytyjskie o The Isles Książka bywa oceniana jako staroświecka, nierzetelna, rewizjonistyczna itd.

A oto jak książki Daviesa odbierają zwykli Brytyjcycy:

I don't like Norman Davies, but I have to give this book at least 4 stars.
Davies is another revisionist historian, but unlike most, he gives good justification for most of his revisions, and is a first rate historian when it comes to historiographical criticism. I think all history students should read the part of this book where Davies savages the previous historical writing about the United Kingdom. He obviously writes from a Celtic/catholic viewpoint
bloger Dhsparkman o książce Daviesa

Osobiście odnajduję w książce Daviesa wiele nieuzasadnionych skarg do Anglików za niewspieranie Szkotów przed Unią z 1707 roku. A niby czemu mieliby Anglicy ich wspierać? Przecież to była tak samo obcy kraj jak Francja, a unia personalna z 1603 roku nic tu nie zmieniła. Davies tak silnie walczy z marginalizacją celtyckich narodów w historiografii brytyjskiej, że przesadza niejednokrotnie w drugą stronę i to bardziej niż stara wigowska historiografia anglocentryczna.

Davies mieszkając w Polsce o kraju tym pisze dobrze, nawet czasem zbyt dobrze, natomiast, Anglikom serwuje swoją brutalną "prawdę" (mocno przerysowaną w wielu miejscach), choć sam jest nie Walijczykiem, lecz jak sam przyznaje Anglo-Walijczykiem. Taka postawa włącznie z wieszczeniem rozpadu UK nie powinna budzić sympatii.

wtorek, 8 grudnia 2009

Voltaire - konserwatysta i monarchista

Największy francuski filozof XVIII wieku jest postacią wzbudzającą kontrowersje. Najczęściej za jego spadkobierców uważają się osoby, którymi on sam zapewne by wzgardził – czyli lewicowcy (np. racjonalizm.pl). W moim tekście postanowiłem pozamawiać konserwatystów do wyrwania Voltaire’a z rąk lewicy.



Po pierwsze Voltaire nie był ateistą, lecz deistą, a to, wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu coś zupełnie innego. Ateiści są prawdziwymi przeciwnikami wiary w Boga, bo uważają, że taka wiara nie ma sensu. Deiści w Boga wierzą i to równie mocno, a czasem nawet mocniej niż praktykujący katolicy czy protestanci, lecz uważają podobnie jak ich mistrz, i faktyczny „wynalazca” deizmu, fanatycznie wręcz religijny Issac Newton, iż Bóg po stworzeniu świata i ustawieniu zegara czasu zostawił sprawy rządzenia planetą ludziom. Deista uważa więc, że Bóg istnieje i życie po śmierci również, lecz tu - na ziemi winniśmy zachowywać się tak, jakbyśmy nie mogli liczyć na Jego pomoc. Voltaire był najważniejszym popularyzatorem idei Newtona we Francji i jako popularyzator Newtona właśnie rozpoczął swoją karierę i żywot filozofa.

W przeciwieństwie do wielu filozofów francuskich mu współczesnych (np. teistów Helvetiusa, Diderota i d’Holbacha i komunistów Mably’ego, Mesliera i Morelleta) Voltaire doceniał rolę religii i wieszczył upadek obyczajów na skutek rugowania religii z życia publicznego. Kościoła nie lubił, tak jak wielu arystokratów swojego czasu (rodzina Voltaire’a aspirowała do statusu noblesse de robe i sam filozof dystansował się nieco od mieszczaństwa), jako instytucji wtrącającej się do spraw szlacheckich, czyli politycznych. Nie zapominajmy, że wówczas na prowincji typowa sytuacja było to, iż biskupi-hipokryci często utrzymujący kochanki doprowadzali do uwięzień liberałów z powodów osobistych, kłamiąc, iż liberałowie, z którymi weszli w zatarg „urągali Bogu” itd. Voltaire nie miał zrozumienia dla nietolerancji wynikającej z prywaty i politycznych aspiracji. Ganił zarówno nietolerancję katolicką, jak i protestancką, ortodoksyjną , żydowską czy islamską. Voltaire był bardzo często atakowany „z lewej strony” przez wspomnianych filozofów.

W podręcznikach przedstawiany jest fałszywy obraz Voltaire’a jako mieszczańskiego liberała, anglofila-konstytucjonalisty i kontestatora swoich czasów. Nigdy nie chwalił on jednak angielskiego parlamentaryzmu, przeciwnie drwił sobie z niego. W Londynie podobał mu się klimat tolerancji religijnej, wynikającej z rozsądku (20 religii sekt by mogło się nawzajem powyrzynać), a także to, że ludzie pióra współtworzyli żywą politykę i opinię publiczną – czyli słowem, ze ludzie tacy jak on mają w Wielkiej Brytanii sporo do powiedzenia, a przez instytucje nadawania statusu rycerza – knighthood , granica między szlachcicem a elita gminną jest łatwiejsza do przekroczenia. W ówczesnej Anglii gentlemanem zaczynano nazywać zarówno szlachcica wiejskiego z herbem, jak i wykształconego mieszczanina, zaś we Francji przejście do noblesse de robe odbywało się w ciągu życia kilku pokoleń, a gentilhomme musiał być człowiekiem z herbem.

Voltaire całe życie był zwolennikiem monarchii absolutnej z tolerancyjnym (oświeconym) władcą na czele. Pewne nadzieje wiązał z Fryderykiem Wielkim, władcą Prus, który wykorzystał filozofa do własnej propagandy, a czasem sam niestety urągał ideałom wolteriańskim. Dość powiedzieć, że w 1745 roku, jak podaje Stefan Zabieglik, Voltaire wyraził solidarność z jakobitami, czego jego angielscy wigowscy znajomi z lat 1727-1729 nigdy mu nie wybaczyli. Republikanizmu Voltaire nie znosił zarówno w jego wersji amerykańskiej (stary Diderot, Mercier, Condorcet, Jaucourt), ani protosocjalistycznej (Rousseau – zresztą religijny hipokryta trzykrotnie zmieniający wyznania – typowy pobożny socjalista, Mably, Morellet), w sporze Ludwik XV-parlamenty poparł króla, jako bodaj jedyny intelektualista pierwszego sortu. Choć aspirował do arystokratyzmu, nie akceptował wzmocnienia rządów szlachty kosztem wpływów króla (co postulował Montesquieu zostawiający jednak królowi pozycję sędziego rozstrzygającego spory kompetencyjne między różnymi władzami). Demokracja dla Voltaire’a była szaleństwem.


Voltaire’a interesowała wolność rozumiana jako obrona ludzkiej godności i prywatności, a nie jako wrzucanie karteczki do urn. Stąd nie chwalił Rzeczpospolitej z typowym dla niej upośledzeniem mieszczaństwa i chłopstwa, stad zapewne poparłby pomysły Kołłątaja i Dekerta , by jakieś „wąskie gardło” dla mieszczan aspirujących do stanu szlacheckiego wreszcie otwarto. Rewolucją Voltaire gardził, zresztą połączenie miedzy oświeceniem (reformą) a rewolucją to podział marksistowski odpowiadający fałszywemu lewicowemu obrazowi rzeczywistości; pamiętajmy słowa ks. Saliny z „Lamparta” : - „coś musi się zmienić by wszytko pozostało tak jak jest”.

W przeciwieństwie do hr. Boulainvillersa uważał, że szlachta musi być zasilana wybitnymi mieszczanami. Podobnie jak jego szkolny kolega i wieloletni przyjaciel markiz Rene d’Argenson, czy jeden z ludzi, których zainspirował – Vauvenargues. Voltaire pochwalał decentralizację i ganił hegemonię Paryża w kulturze francuskiej. Zastanawiało go, dlaczego akademia marsylska jest jak grzeczna dziewczyna, że nic o niej nie słychać. Paryż do dziś jak rak toczy całą Francję, tłamsząc nie-stołeczne inicjatywy kulturalne, a więc obawy Voltaire’a jest ciągle aktualne. Filozof ten był znacznie bliżej problemów ludu i prowincji niż każdy inny filozof francuski tego czasu. Angażował się w sprawy prowincji, bronił wiary w Boga przed kretynami, którzy dla dobra ludu, chcieli go pozbawić wpływów Kościoła, widział wyraźnie związki na linii religia-moralność ( jeśli nawet nie stanowiły one głównego tematu jego rozważań jak u np. Burke’a) i nie uciekał do tematów zastępczych, głosząc potrzebę reformy ustroju w konkretnych dziedzinach. Pamiętajmy również, że żył on w czasach , gdy Kościół był nadal wielką siłą polityczną, stąd jego polemiki z tymi, którzy chcieli podtrzymać dotychczasowy ścisły związek ołtarza i tronu (Palissot, Freron).

Moim zdaniem był więc i jest Voltaire patronem prawicy laickiej , tak samo jak np. Hume, Spencer czy Tocqueville, a arystokratyczni liberałowie, doceniający konserwatywne wartości – to prawica. Nie oddawajmy zatem Voltaire’a lewicy, z którą nic go nie, tak naprawdę nie łączy!

Największa zbrodnia w dziejach ludzkości - pobór powszechny

W innym moim tekście: „Dlaczego monarchia jest lepsza od demokracji” pisałem, że w monarchii sprawy wojska i wojna ograniczają się do królewskich sił wojskowych i nie angażują całego narodu, podczas gdy demokratyczny pobór powszechny przyniósł rzezie czasów napoleońskich i I wojny światowej (prowadzonej przez demokratycznych ministrów i demokratycznych ministrów marionetkowych cesarzy). Pisarz Laurence Sterne bawiący we Francji w czasach wojny siedmioletniej nie wiedział nawet, ze jest wojna, bo wojna to sprawa książąt – nie ludu. Lud nie ma w niej nic do wygrania, więc takie postawienie sprawy jest uczciwe.

Przed 1789 rokiem większość ludzi nie znała nieszczęść wojny; przeciwnie – sami żołnierze szli czasem na nią z radością, byli to żołnierze zawodowi bądź najemnicy, a wojna była ich zawodem – szansą na społeczne wybicie się i świadomie podejmowanym ryzykiem. Kilka kilometrów od frontu nie wiedziano nawet czasem, iż trwają walki (P. Gaxotte).



Przed rewolucją francuską przymusowy pobór był zjawiskiem rzadkim i marginalnym; republikanie francuscy uczynili z wojny obowiązek każdego, nawet człowieka, który nigdy nie widział karabinu czy muszkietu – człowiek taki otrzymuje w momencie poboru – „idź i daj się zabić komuś, kto włada bronią lepiej od ciebie”. Moralnie jest to całkowicie nie do przyjęcia. Państwo zabija w ten sposób z premedytacją własnego obywatela.

Totalitaryzmy wynikły tylko z tego, że dyktatorzy zauważyli, że skoro wojna nie toczy się do ostatniego żołnierza lecz do ostatniego kowala, piekarza czy pianisty to może by tak zabić go zanim dostanie do swych drżących rąk karabin a na nienawykły do wojennych trudów grzbiet – mundur, kraju, którzy żąda od niego by dał się zabić? Po I wojnie światowej wielu wojskowych darzyło cywilów niechęcią, że choć sami byli cywilami musieli zginąć jako żołnierze – wiec komunizm, faszyzm i nazizm zbudowali właśnie tacy niezadowoleni maruderzy-kombatanci (pięknie o tym pisał Z. Kałużyński w „Pamiętniku Orchidei”).

Dlatego ważne jest wyznaczenie granicy miedzy państwem a obywatelami i dlatego należy popierać wojsko w 100 % zawodowe.

Leibniz, Kant i osłabienie wiary ludzkości we własne siły

Nie jestem filozofem, lecz historykiem zajmującym się nowożytną kulturą polityczną, dlatego interesują mnie nie tyle teorie filozoficzne, lecz skutki wiary w ich słuszność, co z kolei, rzadziej zajmuje filozofów niż powinno.



Ludzkość wiele zawdzięcza filozofom; trudno sobie wyobrazić nasz świat bez Arystotelesa, Św. Tomasza, Ockhama, Descartesa, Hume’a czy Voltaire’a, lecz wielu filozofów nie myślało dostatecznie o ewentualnych szkodliwych następstwach swych ideologii; jak Spinoza, który gromił wyrzuty sumienia jako zachowanie autodestrukcyjne wobec tego, kto je odczuwa, lub Helvetius starający się obalić moralność jako pozytywną wartość.

Leibniz był wielkim filozofem, nazywanym ze względu na swe rozliczne zainteresowania „ostatnim człowiekiem, który wiedział wszystko” (od kopalnictwa po dyplomację). Stworzył on ostatni spójny system filozoficzny nie pachnący prymitywizmem tak jak manicheizm heglowski (atrakcyjny filozoficznie ale nieprzydatny i wewnętrznie sprzeczny), lecz rzeczywiście spójny wewnętrznie. Jednak w pewnym stopniu był to pierwszy filozof ograniczający zaufanie ludzkości we własne siły; ponieważ stwierdzał, iż każda jednostka ma z góry określone możliwości intelektualne i poza nie wyjdzie – każda monada jest, jak byśmy dziś powiedzieli, zaprogramowana do czynów wielkich lub mniejszych.




Mimo to Leibniz był jednak przyjacielem nauki i ludzkości gdyż podzielał zdrowy barokowy pogląd o tym, że wiedza jest sumą informacji z różnych dziedzin, i że prawda jest poznawalna niczym wielkie ciastko, które można dotknąć i którego można posmakować, podczas gdy Kant zwątpił w tą możliwość i stwierdził, ze właściwie nigdy nie badamy prawdy i rzeczywistości lecz jedynie siebie, a więc – jakby powiedział jeden z kantystów – robimy sobie nieustanną psychoanalizę. Czy taka ludzkość, która wątpi w możliwość poznania prawdy może się rozwijać? Stawiam więc tezę, że Kant był najszkodliwszym pasożytem w historii filozofii i ludzkości i zamiast stawiać mu pomniki, powinniśmy o nim jak najszybciej zapomnieć.