Loading...

wtorek, 23 listopada 2010

Frederick Muhlenberg - czy niemiecki mógł zostać oficjalnym językiem USA?

Frederick Muhlenberg (1750-1801) był amerykańskim politykiem niemieckiego pochodzenia. Jego ojcem był luterański pastor Henry Melchior Muhlenberg (1711-1787) ur. w Einbeck w Dolnej Saksonii, który przybył w 1742 roku do Filadelfii na życzenie luterańskich niemieckich emigrantów. W 1743 roku Henry Muhlenberg zbudował kościół luterański w pensylwańskim miasteczku Trappe. Był uważany za patriarchę luteran amerykańskich. Jedo syn Frederick Muhlenberg pojechał do Niemiec, by studiować teologię w Halle. Od 1770 roku rozpoczął posługę w Pensylwanii. W latach 1774-1776 mieszkał i nauczał w Nowym Jorku. Gdy Brytyjczycy zajęli Nowy Jork wyjechał do miejswowości New Hannover w Pensylwanii. W roku 1771, Muhlenberg poślubił Catherine Schaeffer, córkę bogatego filadelfijskiego właściciela rafinerii cukru Davida Schaeffera. Catherina dała Muhlenbergowi 7 dzieci.



Muhlenberg został wybrany członkiem Kongresu Kontynentalnego w 1779 i 1780 roku. Od 1780 do 1783 był posłem Pennsylvania House of Representatives (3 listopada 1780 roku wybrano go jej speakerem). W 1787 roku był delegatem stanu Pensylwania na konwencji konstytucyjnej. Jako pierwszy złożył swój podpis pod tzw. Bill of Rights, Jeffersonowskim dodatkiem do konstytucji USA, który potem będzie uznawany za pierwsze 10 poprawek.

Muhlenberg był speakerem Izby Reprezentantów I i III Kongresu USA (1789–1791 i 1793–1795). Nie ubiegał się o ponowny wybór w 1796 roku. W roku 1794 Izba przegłosowała wynikiem 42:41, że nie będzie się tłumaczyć niektórych praw na j. niemiecki. Muhlenberg, który sam powstrzymał się od oddania głosu, później powiedział: "the faster the Germans become Americans, the better it will be.". Późniejsza legenda przypisywała mu rolę tego, który zahamował akcję uczynienia języka niemieckiego oficjalnym językiem USA. Inna legenda przypisywał mu sugestię, że do prezydenta USA należałoby zwracać się per: "Mr. President", a nie: "His High Mightiness" lub "His Elected Majesty."

Mimo iż w XIX wieku do USA przybyły miliony emigrantów z Niemiec, i że dziś co czwarty biały obywatel USA (ponad 43 mln) ma niemieckie pochodzenie. co czyni ich największą grupą etniczną tego kraju. Język niemiecki ani wtedy, ani w 1794 roku nie miał szans stać się oficjalnym językiem USA.

niedziela, 7 listopada 2010

Krzywe zwierciadło romantyzmu

Poznanie i zrozumienie przeszłej i obecnej rzeczywistości polityczno-historycznej jest w obecnych czasach utrudnione z powodu pewnej dziwacznej maniery w myśleniu pochodzącej od romantyzmu.

Romantyzm był ruchem buntu znacznie szerszego niż nam się obecnie wydaje. Czasy przedromantyczne charakteryzowały się docenianiem ludzi decydujących o życiu innych ludzi. Urzędnik świecki czy duchowny, oficer, polityk, władca byli postrzegani w pierwszym odruchu (en gros - bo oczywiście zdarzały się wyjątki, którym nie ufano) jako osoby odpowiedzialne, godne, którym należy się szacunek za to kim są. Uwielbiani dziś aktorzy i muzycy byli tylko ludźmi, którzy umilali egzystencję tym ważnym personom, w których rękach były losy setek i tysięcy.

Romantyzm to wszystko zniszczył wprowadzając dozę sceptycyzmu. Romantykami byli często ci, dla których nie starczyło miejsca wśród grona urzędników, oficerów, polityków i władców. Dopóki w naszej cywilizacji ceniono wyżej fakty (trudy dnia codziennego) niż rojenia (książki filozoficzne, wielkie idee) romantyzm nie mógł się narodzić. Romantycy zaatakowali w końcu jednak świat ludzi odpowiedzialnych; małżeństwa kontraktowe jakie narzucali im rodzice z grupy ludzi odpowiedzialnych za losy innych (urzędnicy, politycy, władcy) i inne rzeczy "ograniczające" ich egzystencję indywidualną. Spójrzmy na obrazy Francisco de Goi; ludzie prości są na nich przedstawiani za darmo, bogaci i wpływowi - gdy zapłacili. A rodzina Karola IV Burbona została przedstawiona fatalnie, mimo, iż za dzieło zapłaciła.



Oświecenie (czyli mówiąc po dzisiejszemu: liberalizm), o którym się tyle mówi w kontekście rewolucji było ruchem konserwatywnym w porównaniu z romantyzmem. Zwalczało ono to co nadprzyrodzone, a raczej zwyczaj przykładania większej wagi do nadprzyrodzonego niż do tego co wyjaśnialne, ziemskie i typowe ("polityczną władzę religii" - Pierre Manent), nie zmieniając specjalnie układu sił w świecie realnym. Nadal aktor nie był ważniejszy od polityka (najczęściej arystokratycznego pochodzenia). Najwięksi ludzie oświecenia; Voltaire, d'Argenson byli monarchistami i zwolennikami arystokracji. Zdarzały się oczywiście wyjątki takie jak postulujący utworzenie sztucznego społeczeństwa umowy społecznej Rousseau. Dziwnym trafem jednak o takich jak on mówi się - "ojcowie romantyzmu".



Romantyzm podzielić by można na indywidualny i kolektywny. Ten pierwszy kazał gloryfikować robotnika w samotnej małej kopalni, samotnego kowboja czy śpiewaka. Drugi odpowiada za nacjonalizm i demokrację (czyli przekonanie, że ludzie są równi, zwłaszcza jeśli pochodzą z tego samego pnia genetycznego/rasowego choć wiemy, że ludzie mają różne możliwości kształtowania swojego moralnego charakteru, a etniczny Grek może być najbardziej brytyjskim z Brytyjczyków - a więc obie te ideologie nie oddają warunków panujących w rzeczywistości). Oba zwrócone były przeciw "ludziom odpowiedzialnym". Dlatego dziś jak słyszymy o politykach czy urzędnikach to już podejrzewamy ich o korupcję. Gdy mowa o businessmenach od razu mówi się też o "pierwszym nieuczciwie zarobionym milionie", natomiast robotnik, mnich, kowboj, piosenkarz są postrzegani jako ci "dobrzy", którzy robią coś konkretnego. A przecież sama ilość ludzi, od których nie zależą żadne większe decyzje powoduje, że ich działania grożą strasznymi skutkami, często równie wielkimi jak działania "ludzi odpowiedzialnych za...". To samo przekłada się na stosunki koscielne' ludzie darzą szacunkiem prostego księdza parafialnego, a biskupa podejrzewają o politycznie uwarunkowane działania (sama polityka uważana jest za "brudną", a polityka to nic innego jak świat decyzji, które czy tego chcemy czy nie, trzeba podejmować). Warto pamiętać o tych romantycznych okularach jakie nosi ludzkość od czasów Rousseau i Byrona.

Piotr Napierała

poniedziałek, 1 listopada 2010

Elitaryści i egalitaryści

Pamiętam tekst autorstwa p. Adama Wielomskiego, w którym opisywał on umysł lewicowca jako egalitarny, a prawicowca jako elitarny, co ma powodować, że lewicowiec szukał okazji do bycia takim jak inni powodując się zazdrością, podczas gdy prawicowiec, che być inny niż wszyscy, lepszy i dążyć do doskonałości i oryginalności.

O ileż ten podział lepszy jest od typowego podziału na lewicę i prawicę! Lewica i prawica oznaczały pierwotnie, tylko tyle, że "czarni i feuillanci siedzieli podczas obrad Zgromadzenia Narodowego po prawicy Ludwika XVI, a jakobini i żyrondyści po lewicy. Dziś zalicza się konserwatystów do prawicy, a socjalistów do lewicy. Lecz co począć z elitarystycznymi myślicielami socjalistycznymi takimi jak Saint-Simon? Co począć z tymi konserwatystami, dla których najważniejsze jest wspólne, masowe przeżywanie świąt, pielgrzymek i procesji? Co począć z liberałami? Zarówno demo-liberałowie, którzy pragną demokracji wszędzie i zawsze, jak i konserwatywni (dawniej nazywano ich arystokratycznymi) liberałowie, którzy demokrację traktują jako niepotrzebny dodatek do zwykłego konstytucjonalizmu.



Jeśli wykorzystamy podział na elitarystów i egalitarystów, wtedy zapanuje wreszcie ład. Skończy się sytuacja, w której socjaliści nazywają liberałów prawicą, a konserwatyści - lewicą. Hitler jako szef ruchu masowego objawi się wreszcie jako egalitarysta. Jedna cywilizacja już wpadła zresztą na ten pomysł. Rzymskimi elitarystami byli optymaci (w tym pochodzący z ekwickiej klasy średniej Marcus Tulius Cicero), a egalitarystami - popularzy (w tym zradykalizowany patrycjusz - Lucius Sergius Catilina).