Loading...

piątek, 11 lutego 2011

1729 Jonathan Swift: "Skromna propozycja" (A modest Proposal) Co zrobić, by dzieci biedaków nie były ciężarem dla swych rodziców lub kraju

(tłum. Ewa krasińska) fragment



Smętny to obraz dla tych, co spacerując po naszym wielkim mieście, lub po kraju podróżując, widzą ulice, gościńce i drzwi chat zapełnione tłumem żebrzących niewiast, za którymi postępuje po troje, czworo albo i sześcioro dzieci, a wszyscy w łachmanach i o jałmużnę przechodnia każdego nagabują. Nie mogąc uczciwą pracą bytu im zapewnić, matki te zmuszone są bezustannie wędrować, upraszając o wspomożenie bezbronnych dziatek, które, gdy dorosną, z braku zatrudnienia złodziejami się stają lub porzucają drogi nasz kraj, by w Hiszpanii za Pretendenta walczyć albo sprzedają się na Barbados.

We wszystkich, jak mniemam, kręgach panuje zgoda, że taka mnogość małych dzieci w ramionach, na plecach czy u nóg matek, a nierzadko i ojców, wielką jest dodatkową bolączką dla naszego kraju, który w jakże opłakanym znajduje się dzisiaj stanie; i przeto ten, kto wskazałby godziwy, tani i łatwy sposób, jak dzieci owe wartościowymi i pożytecznymi członkami społeczeństwa uczynić, wielką oddałby ogółowi przysługę, godną wystawienia mu pomnika, jako wybawicielowi narodu.

Wszelako zamysł mój nie ogranicza się do tego, aby zatroszczyć się jedynie o potomstwo zdeklarowanych żebraków; sięga on o wiele dalej, ma bowiem objąć wszystkie niemowlęta określonego wieku, których rodzice w istocie rzeczy równie nikłą mają możność wykarmienia swego potomstwa jak ci, co naszego miłosierdzia na ulicach upraszają.

Co do mnie, to po latach przemyśliwania nad tą ważną kwestią i zbadaniu z największą powagą licznych projektów innych pomysłodawców, wszystkie ich wyliczenia uznałem za wielce bałamutne. Jak wiadomo, po opuszczeniu matczynego łona, świeżo narodzone niemowlę może się przez dwanaście następnych miesięcy wyżywić samym mlekiem rodzicielki z niewielkim dodatkiem innych pokarmów, wartych nie więcej jak dwa szylingi, którą to sumę, lub jej równowartość w odpadkach z cudzego stołu, matka może mu bez trudu zapewnić uczciwą żebraniną, proponuje więc, aby właśnie od ukończenia pierwszego roku zająć się ich losem w sposób, który sprawi, że miast stawać się ciężarem dla rodziców lub parafii, bądź do końca życia nie mieć co na grzbiet ani do gęby włożyć, odwrotnie – do wyżywienia, a po trosze przyodziania tysięcy ludzi mogły się przyczynić.

Projekt mój ma też inną jeszcze wielką zaletę, tę mianowicie, że zapobiegnie samowolnym poronieniom, tudzież obrzydłej, a niestety, częstej w naszym kraju praktyce mordowania nowonarodzonych dzieci przez własne matki, pozbywające się nieprawego potomstwa bardziej, jak mniemam, z biedy niźli ze wstydu – który to proceder najbardziej zatwardziałe i zdziczałe serca zgrozą przejmuje.

Szacując, jak zwykło się czynić, ilość dusz zamieszkujących nasze królestwo na półtora miliona, przyjąć można, że jest wśród nich około dwustu tysięcy stadeł z płodnymi żonami, zaś odjąwszy od tej liczby trzydzieści tysięcy małżeństw, mogących zapewnić swemu potomstwu byt, choć lękam się, czy jest ich aż tak wiele, zważywszy na panujące dziś w królestwie ubóstwo – tak czy inaczej, zostaje siedemdziesiąt tysięcy płodnych niewiast. Jeśli pomniejszymy tę liczbę o kolejne pięćdziesiąt tysięcy niewiast, które poronią lub których dzieci czy to z powodu choroby, czy od nieszczęśliwego przypadku roku nie dożyją, zostaje nam co roku jakieś dwadzieścia tysięcy nowo narodzonych dzieci. A teraz zapytajmy: jak dzieci owe wyżywić i jak je wychować, skoro, jako się rzekło, w obecnym stanie rzeczy żadną znaną dotąd metodą niepodobna tego sprawić, nie mogąc dać im zatrudnienia ani w rzemiośle, ani na roli: bo domów nie budujemy (ma się rozumieć, po wsiach), a ziemi nie uprawiamy; zaś mało które dziecko, chyba nad wiek pojętne, przed szóstym rokiem może się samo ze złodziejstwa wyżywić, a lubo przyznaję, że do rzemiosła tego są od małego przysposabiane, w młodszych latach za czeladników jeno mogą uchodzić, a to wiem od pewnego znacznego dżentelmena z hrabstwa Cavan, który mnie zapewnił, że nawet w owej słynącej z biegłości w rzeczonym rzemiośle części naszego królestwa spotkał się może z paroma przypadkami złodziejaszków mniej niż sześć lat mającymi.

Dowiedziałem się od kupców naszych, że chłopak czy dziewczyna przed dwunastym rokiem życia nie jest poszukiwanym towarem, a nawet jeśli wiek ten osiągnie, dają zań nie więcej jak trzy funty, w najlepszym razie trzy funty i pół korony, z czego ani rodzice, ani królestwo nijakiego nie mają zysku, jako że wyżywienie i najnędzniejszy przyodziewek musiał kosztować co najmniej cztery razy więcej.

Teraz przeto niech wolno mi będzie podzielić się mymi myślami, które, jak ufam, najmniejszej nie powinny wzbudzić obiekcji.

Pewien dobrze znający się na rzeczy Amerykanin, mój znajomy z Londynu, zapewnił mnie, że młodziutkie i zdrowe, dobrze odżywione roczne dziecko wielce jest smakowitym i nader pożywnym pokarmem, zarówno duszone w jarzynach jak pieczone, smażone czy gotowane, z czego wnoszę, że nadaje się także dla przyrządzenia gulaszu albo potrawki.

Pozwalam sobie przeto pokornie podać ogółowi pod rozwagę propozycję, aby z owych wyliczonych wcześniej stu dwudziestu tysięcy dzieci dla dalszego rozrodu zachować dwadzieścia tysięcy, z czego jedną czwartą stanowiłyby dzieci płci męskiej, czyli więcej niż się normalnie stosuje w hodowli owiec, bydła rogatego czy świń, a to przez wgląd na to, że dzieci te są po większej części spłodzone poza małżeństwem, tę bowiem okoliczność nasi barbarzyńcy za nic sobie mają, tedy jeden samiec wystarczy dla obsłużenia czterech samic. Pozostałe sto tysięcy dzieci, kiedy osiągną jeden rok życia, można oferować na sprzedaż co dostojniejszym a bogatszym obywatelom królestwa, przykazawszy matkom, aby w ostatnim miesiącu obficie karmiły maleństwa piersią, a to dla dodania im pulchności i tłustości przed pójściem na stół. Na przyjęcie w gronie przyjaciół z jednego dziecka dwa dania mieć można, a gdy rodzina sama do stołu zasiada, zadnia i przednia część na grzeczny wystarczą posiłek, zaś przyprawione odrobiną soli i pieprzu na czwarty dzień, specjalnie w zimie, najlepsze będą, kiedy je ugotować.

Wedle mych obliczeń, świeżo narodzone dziecko waży średnio dwanaście funtów, a po dwunastu miesiącach, jeśli przyzwoicie karmione, osiąga wagę dwudziestu ośmiu funtów.

Przyznaję, że mięso to będzie dosyć kosztowne, stąd nader stosowne dla naszych posiadaczy ziemskich, którzy, jako że pożarli już dużą część ich rodziców, największe wydają się mieć prawo do dzieci.

Sezon na mięso niemowlęce trwać będzie przez cały rok, lecz największa jego obfitość przypadnie na marzec i okolice marca, wiemy bowiem od poważnego autora, znamienitego francuskiego doktora, że ponieważ rybna dieta sprzyja rozrodczości, przeto w katolickich krajach w dziewięć miesięcy po Wielkim Poście rodzi się więcej dzieci niźli w innych porach roku; można zatem w rok po Wielkim Poście spodziewać się nadzwyczajnej podaży towaru, bowiem w naszym królestwie na czworo niemowląt przypada najmniej troje małych papistów, z czego dodatkową korzyścią będzie zmniejszenie liczby papistów w kraju.

Wedle mych obliczeń, odchowanie jednego dziecka żebraków (do których zaliczam wszystkich drobnych dzierżawców i robotników rolnych, tudzież trzy piąte farmerów) w pierwszym roku życia kosztuje, razem ze spowiciem, około dwóch szylingów, nie sądzę więc, by jakikolwiek dżentelmenów pożałował dziesięciu szylingów za świeżą tuszkę pulchnego niemowlęcia, z której, jako się rzekło, wyjdą cztery porcje wybornego i pożywnego mięsa na posiłek spożywany w rodzinnym gronie bądź jedynie z bliską osobą. Tym sposobem dziedzic nauczy się być dobrym panem i zyska sympatię swych dzierżawców, a matka zarobi osiem szylingów na czysto i będzie zdatna do pracy aż do spłodzenia kolejnego dziecięcia.

Osoby bardziej zapobiegliwe (czego obecne czasy w rzeczy samej wymagają) mogą obedrzeć dziecko ze skóry, ta bowiem, po sztucznym jej wyprawieniu, nadaje się znakomicie na damskie rękawiczki bądź letnie trzewiki dla eleganckiego dżentelmena.

Co się tyczy Miasta Dublina, można w nim wyznaczyć na ten cel specjalne jatki położone w dogodnych miejscach, a co do rzeźników, to chętnych z pewnością nie zabraknie, choć osobiście doradzam, aby dzieci kupować jeszcze żywe i przyprawiać świeżo spod noża, jak to się zwykło czynić z pieczonymi prosiętami.

Pewien nader zacny osobnik, prawdziwie kraj nasz miłujący, którego cnoty wysoko cenię, w trakcie niedawnej ze mną na ten temat rozmowy był łaskaw zaproponować udoskonalenie mego planu. Powiedział mianowicie, że skoro tylu naszych posiadaczy ziemskich wyniszczyło w swych włościach jelenie, więc czy nie byłoby rzeczą wielce pożyteczną, gdyby niedostatek dziczyzny zastąpić mięsem młodych pacholąt i dziewek liczących nie więcej jak czternaście i nie mniej jak dwanaście lat, jako że po wszystkich hrabstwach siła jest dziś młodych ludzi obojga płci, którzy przymierają głodem, nie mogąc pracy znaleźć ani nająć się do służby; prawo zaś do rozporządzenia nimi mieliby rodzice, jeśli takowi żyją, a jak nie, to najbliżsi krewni. Mimo jednak szacunku, jakim darzę tak zacnego przyjaciela i wielce zasłużonego patriotę, nie potrafię się z nim w tej kwestii do końca zgodzić, albowiem co się tyczy młodych chłopców, wspomniany już amerykański znajomek, mający w tej kwestii duże doświadczenie, upewnił mnie, że mięso chłopięce bywa zwykle żylaste i chude, podobnie jak ciała naszych uczniów od ciągłego wprawiania się w ćwiczeniach, nadto zaś mało smaczne, zatem nie opłaca się ich tuczyć. Jeśli zaś o dziewczęta chodzi, niech wolno mi będzie zauważyć, że byłoby to z uszczerbkiem dla ogółu, ponieważ dotknęłoby istoty mające wkrótce same rodzić dzieci; nie podobna też przewidzieć, czy osoby szczególnie wrażliwego usposobienia nie potępiłyby takiego postępowania (całkiem zresztą niesłusznie), znajdując w nim pewien rys okrucieństwa, które, przyznaję to, budzi we mnie zawsze gorący sprzeciw, ilekroć dostrzegę jego ślad w jakiejkolwiek, skądinąd w najlepszej wierze powziętej propozycji.

Na usprawiedliwienie mego przyjaciela, plan ów, jak sam mi wyznał, zrodził się w jego głowie za podszeptem sławnego Sallmanazura, który z wyspy Formozy się wywodzi, a do Londynu przybył ze dwadzieścia lat temu. Otóż wspomniał on mimochodem memu przyjacielowi, że gdy w jego kraju skazany zostaje na śmierć młodzieniec lub młoda dziewka, kat sprzedaje potem zwłoki wysoko postawionym osobom jako największy rarytas, a pewnego razu, za jego pamięci, ciało pulchnej piętnastolatki wysłanej na szafot za trucicielski zamach na Cesarza, po odcięciu od szubienicy i oprawieniu, sprzedano Premierowi Cesarskiej Wysokości i wysokim Mandarynów dworu za sumę czterystu koron. Nasze królestwo, przyznaję, niewiele by na tym ucierpiało, gdyby podobny użytek uczynić z poniektórych młodych a pulchnych mieszkanek naszej stolicy, które bez najmniejszego uszczerbku dla własnej kiesy każą się wszędzie obnosić w lektyce, pokazując się w teatrze i miejscach zgromadzeń obleczone w cudzoziemskie fatałaszki, za które nigdy nie płacą.

Brak komentarzy: