Loading...

piątek, 11 lutego 2011

1761 Denis Diderot: "Kuzynek mistrza Rameau"

DENIS DIDEROT "Kuzynek mistrza Rameau"






Czy deszcz, czy pogoda, przechadzam się zwyczajem swoim o piątej godzinie wieczorem w Palais Royal. Widują mnie zawsze samego, dumającego na ławce w alei d'Argenson. Zabawiam się sam z sobą, rozważaniami nad polityką, miłością, smakiem i filozofią, zdając umysł swój jego swawoli; pozwalam mu ścigać pierwszą myśl, która się zjawi, mądrą czy szaloną, jak to w Allée de Foi czynią nasi młodzi nicponie, ścigający kurtyzanę, o wyrazie płochym, twarzy uśmiechniętej, oku żywym, nosie zadartym, opuszczając tą dla innej, zaczepiając wszystkie, nie wiążąc się z żadną. Myśli moje to moje dziewki. Jeśli zbyt zimno lub zbyt dżdżysto, chronię się do Cafe de la Régence . Tam bawię się przypatrując się grze w szachy. Paryż jest miejscem na świecie, a Cafe de la Régence miejscem w Paryżu, gdzie gra ta kwitnie najlepiej; tam to mierzą się z sobą: głęboki Légal, subtelny Filidor, stateczny Mayot; tam widzi się najniespodziańsze posunięcia, tam słyszy się najlichsze rozmowy; bo jeśli można być człowiekiem szerokiego umysłu i wielkim graczem szachowym jak Légal, to można być też wielkim graczem szachowym i głupcem jak Foubert i Mayot. Pewnego popołudnia siedziałem tam patrząc wiele, mówiąc mało i słuchając, jak najmniej mogłem, gdy przystąpiła do mnie jedna z najdziwaczniejszych osób w kraju, któremu ich. Bóg nie poskąpił. Jest to mieszanina wzniosłości i podłoty, zdrowego rozsądku i nierozumu; pojęcia o uczciwości i nieuczciwości muszą być dziwnie pogmatwane w jego głowie, gdyż zalety, którymi go obdarzyła natura, ukazuje bez przechwałki, a wady, które od niej otrzymał, bez wstydu. Zresztą jest mocnej budowy ciała, posiada niezwykle gorącą wyobraźnię i niecodzienną siłę płuc. Jeśli go kiedy spotkacie, a nie uderzy was oryginalność jego, to albo uszy zatkacie palcami, albo umkniecie! Boże! co za straszne płuca! I nie ma nic bardziej doń niepodobnego jak on sam. Czasem jest chudy i blady jak chory w ostatnim stopniu suchot; można by zęby jego policzyć przez policzki; rzekłbyś, że kilka dni nic nie jadł lub wyszedł od trapistów. Następnego miesiąca jest tłusty i gruby, jakby nigdy nie opuszczał stołu finansisty lub jakby był zamknięty u bernardynów. Dziś w brudnej bieliźnie, w spodniach podartych, łachmanami okryty, prawie bez trzewików, kroczy z głową spuszczoną, schodzi z oczu; pokusa bierze przywołać go, by dać mu jałmużnę. Jutro upudrowany, utrzewiczony, uczesany, dostatnio odziany, stąpa z głową do góry, pokazuje się i wzięlibyście go niemal za przyzwoitego człowieka: żyje z dnia na dzień, smutny lub wesoły, wedle okoliczności. Pierwszą troską jego z rana, gdy wstanie, jest wiedzieć, gdzie obiadować będzie; po obiedzie myśli, gdzie pójdzie wieczerzać. Noc także sprowadza mu niepokój; już to zachodzi na stryszek, który zamieszkuje, jeśli gospodyni, znudzona oczekiwaniem czynszu, nie odebrała mu klucza; już to skręca do przedmiejskiego szynku, gdzie czeka dnia między kawałem chleba a garncem piwa. Jeśli nie ma sześciu sous w kieszeni, co mu się zdarza niekiedy, zwraca się bądź do jakiego dorożkarza, przyjaciela swego, bądź do jakiego wielkopańskiego woźnicy, który mu daje leże na słomie obok swych koni. Rano miewa jeszcze część materacu we włosach. Gdy pora roku łagodna, to przez noc całą przemierza Cours lub Pola Elizejskie. Z dniem zjawia się znów w mieście, odziany z wczoraj na dzisiaj, a z dzisiaj nieraz na resztę tygodnia. Nie szanują takich oryginałów; inni czynią z nich sobie poufałych znajomych, nawet przyjaciół. Zatrzymują moją uwagę raz na rok, gdy ich spotykam, gdyż charakter ich odcina się od charakteru innych i przerywa tę nudną szkaradę, którą wytworzyło wychowanie nasze, nasze towarzyskie konwencje i nasze utarte pojęcia o przyzwoitości. Jeśli taki zjawi się w towarzystwie, to jest on jak okruch drożdży, które fermentują, przywracając każdemu odrobinę jego wrodzonej indywidualności. Wstrząsa, wzburza, wywołuje pochwały lub nagany; wydobywa prawdę, daje poznać ludzi dobrych i odsłania łotrów; wówczas to człowiek o zdrowym rozumie słucha i uczy się rozróżniać ludzi. Tego znałem od dawna. Bywał w pewnym domu, gdzie wprowadził go talent. Była tam córka jedynaczka; przysięgał ojcu i matce, że się ożeni z ich córką. Ci wzruszali ramionami, śmiali mu się w nos mówiąc mu, że oszalał. I widziałem chwilę, gdy rzecz się do- konała. Pożyczał ode mnie po kilka talarów, które mu dawałem. Dostał się, nie wiem jak, do kilku domów przyzwoitych, gdzie miał swe miejsce u stołu, lecz pod warunkiem, że nie będzie mówił bez pozwolenia. Milczał i jadł z wściekłości; pyszny był widok jego w tych pętach. Gdy go brała ochota złamać układ i gdy otwierał usta, za pierwszym słowem krzyczeli wszyscy biesiadnicy: — Rameau! Wówczas gniew iskrzył się w jego oczach; i wracał do jedzenia z jeszcze większą wściekłością. Byliście ciekawi dowiedzieć się imienia tego człowieka i oto znacie je: to Rameau, wychowanek sławnego Rameau, który nas wyzwolił od śpiewu kościelnego , co go psalmodiujemy od stu lat z górą; który napisał tyle niezrozumiałych wizji i prawd apokaliptycznych o teorii muzyki, z czego ani on, ani nikt nigdy nic nie rozumiał; który obdarzył nas pewną liczbą oper, gdzie jest harmonia, okruchy śpiewu, myśli bez związku, zgiełk, wzloty, tryumfy, wybuchy, glorie, pomruki, śpiewy zwycięstwa do utraty tchu, melodie taneczne, co trwać będą wieczność; i który pogrzebawszy Florentczyka, pogrzeban będzie przez wirtuozów włoskich, jak to przeczuł i — spochmurniał, po smutniał i zjadowiciał. Gdyż nikt nie jest w tak złym humorze — ani nawet piękna kobieta, co budzi się z krostą na nosie — jak autor zagrożony tym, że prze żyje swą sławę: dowodem Marivaux i Crebillon młodszy.
Przystępuje do mnie: „Ach, to pan, panie filozofie! Cóż pan tu robi wśród tej zgrai darmozjadów? Czy i pan traci czas na przesuwaniu drewna?" (Tak zwą pogardliwie grę w szachy lub warcaby.)

Ja
Nie; lecz skoro nie mam nic lepszego do roboty, bawię
się chwilę, patrząc na tych, którzy dobrze przesuwają.

On
W takim razie bawi się pan rzadko; prócz Legała i Fi-
lidora reszta nie rozumie się na tym zgoła.

Ja
A pan de Bissy, co?

On
Ten jako gracz w szachy jest tym, czym panna Clairon jako aktorka: oboje wiedzą o swoich grach wszystko, czego by się można nauczyć.
Ja
Jest pan wymagający i widzę, że darzy pan łaską tylko
ludzi najznakomitszych.

On
Tak, w szachach, w warcabach, w poezji, w wymowie,
w muzyce i wszystkich podobnych głupstwach. Komu
na co mierność w tych rodzajach?

Ja
Zgadzam się z panem prawie zupełnie. Jednak wielu
musi się do tych sztuk przykładać, by powstał człowiek
genialny; wówczas jest on jeden wśród mnóstwa. Lecz
dajmy temu pokój. Nie widziałem pana wieczność całą. Nie myślę zgoła o panu, gdy pana nie widzę, lecz miło mi zawsze pana spotkać. Cóż pan porabiał?

On
To, co pan, ja i wszyscy inni czynimy: trochę dobrego,
trochę złego i nic. Poza tym głodowałem i jadałem, gdy
nadarzyła się sposobność; zjadłszy, miewałem pragnie-
nie i pijałem niekiedy; tymczasem rosła mi broda i gdy
urosła, kazałem ją zgolić.

Ja
Źle pan uczynił; jedyna to rzecz, której brak panu, by
być mędrcem.

On
Oczywiście; mam czoło wysokie i pomarszczone, oko
płonące, nos wystający, policzki duże, brwi czarne
i gęste, usta szerokie, wargi grube i twarz czworokątną. Gdyby ta ogromna broda pokryta była długim
włosem, wie pan, że wyglądałoby to wszystko bardzo
dobrze w brązie lub marmurze.

Ja
Obok Cezara, Marka Aureliusza, Sokratesa.

On
Nie. Wolałbym stać między Diogenesem i Fryne.
Jestem bezwstydny jak on i chętnie bywam u tamtych.

Ja
Czy zawsze czuje się pan dobrze?

On
Tak, zazwyczaj; lecz dzisiaj nieosobliwie.

Ja
Jak to! z pańskim brzuchem Sylena i twarzą...

On
Z twarzą, którą by wziąć można za zadek. Zły humor,
który wysusza mego drogiego stryja, przyczynia praw-
dopodobnie tłuszczu jego drogiemu... bratankowi.

Ja
A propos tego drogiego stryja. Widuje go pan czasem?

On
Tak, gdy przechodzi ulicą.

Ja
Czy nie dopomaga panu?

On
Jeśli czyni komu co dobrego, to nie wiedząc o tym.
Jest swego rodzaju filozofem; myśli tylko o sobie, re-
szta świata obchodzi go tyle, co śnieg zeszłoroczny.
Córka jego i żona mogą umrzeć, kiedy im się podo-
ba; byle dzwoniące po nich dzwony parafialne po-
brzmiewały duodecymą i septdecymą, to wszystko
będzie w porządku. Szczęśliwy człowiek — i to wła śnie cenię szczególnie w ludziach genialnych. Zdolni są tylko do jednego, do niczego poza tym. Nie wie dzą, co to być obywatelem, ojcem, matką, krewnym, przyjacielem. Mówiąc między nami, należałoby być do nich podobnym, ale nie trzeba życzyć sobie, by nasie nie zbyt się rozpowszechniło. Trzeba ludzi, nie ludzi genialnych. Nie, zaiste, tych nie trzeba! Oni to zmie niają oblicze ziemi; a głupota w najmniejszych nawet sprawach jest tak powszechna i potężna, że nie popra wisz jej bez harmideru. Po części staje się, co uroili so bie, po części zostaje po staremu; stąd dwie ewange lie, kabat arlekina. Mądrość mnicha rabelesowego jest prawdziwą mądrością dla jego spokoju i spokoju innych: jako tako czynić swą powinność, mówić zawsze dobrze o księdzu przeorze i niech się świat toczy, jak mu się podoba. Dobrze się toczy, skoro tłum zadowo lony. Gdybym znał historię, wykazałbym panu, że zło na ziemię sprowadzali zawsze ludzie genialni, lecz nie znam historii, bo niczego nie znam. Niech mnie diabli wezmą, jeślim się czego kiedykolwiek uczył, a mimo żem się niczego nie uczył, nie jest mi przez to gorzej. Byłem dnia pewnego u stołu królewskiego ministra, który ma rozumu za czterech. Otóż, wykazał nam jasno, jak dwa a dwa cztery, że nie było nic pożyteczniejsze go dla ludów nad kłamstwo i nic szkodliwszego nad prawdę. Nie pamiętam dobrze jego dowodów; lecz wy nikało z nich jasno, że ludzie genialni są ohydni i że dziecko, które by przy urodzeniu miało na czole ce chę tego niebezpiecznego daru natury, należałoby albo udusić, albo utopić.

Ja
Jednakże wszystkie te osoby, tak wrogie geniuszowi,
mają pretensje do posiadania go.

On
Sądzę, że w duchu tak myślą; lecz nie wierzę, by śmieli
się przyznać do tego.

Ja
To ze skromności. Więc powziął pan straszną nienawiść do geniuszu?

On
Nieprzebłaganą.

Ja
Lecz pamiętam czas, gdyś pan rozpaczał, żeś tylko czło wiekiem pospolitym. Nie będzie pan nigdy szczęśliwy, jeśli jedno i drugie jednako pana dręczy. Trzeba prze chylić się na którąś stronę i trzymać się jednego. Go dząc się nawet z panem, że ludzie genialni są zazwy czaj nieco osobliwi, lub jak powiada przysłowie, nie ma wielkich duchów bez szczypty sza leństwa, to jednak nie odda się ich za byle co w pogardzie będą wszystkie wieki, które żadnych nie wydały. Będą oni zaszczytem ludów, wśród których istnie li; prędzej czy później wznosi się im posągi i uważa się ich za dobroczyńców rodzaju ludzkiego. Niech mi wybaczy ten minister znakomity, którego zdanie pan powtórzył, lecz sądzę, że jeśli kłamstwo może służyć chwilowo, to jednak z czasem okazuje się bezwzglę dnie szkodliwe, a przeciwnie, prawda służyć będzie za wsze, choćby chwilowo miała szkodzić. Przeto poku siłbym się wysnuć wniosek, że człowiek genialny, któ ry wytyka jakiś błąd powszechny lub zdobywa wzię tość wielkiej prawdzie, jest zawsze istotą godną czci naszej. Zdarzyć się może, że istota ta staje się ofiarą uprzedzenia i praw; lecz są dwojakiego rodzaju prawa: jedne bezwzględnie słuszne i powszechne; inne
dziwaczne, zawdzięczające swe uświęcenie tylko śle pocie lub koniecznościom okolicznościowym. Te dru gie pokrywają winnego, który je narusza, jeno prze mijającą hańbą, hańbą, którą czas przelewa na sędziów i narody, by pozostała na nich wiecznie. Kto jest dziś zbezczeszczony, Sokrates czy sąd, który mu kazał wy pić cykutę?

On
Ładna mi korzyść! Czyż to łagodzi jego los? Czyż to znosi wykonanie wyroku śmierci? Czyż był przez to mniej burzliwym obywatelem? Czyż gardząc złym prawem mniej ośmielał szaleńców do gardzenia dobry mi? Czyż był przez to mniej osobliwym śmiałkiem i dziwakiem? Był pan niedaleki, by wyznać rzecz mało korzystną dla ludzi genialnych.

Ja
Posłuchaj mnie, przyjacielu. Społeczeństwo nie powinno mieć złych praw; i gdyby miało tylko dobre, nie byłoby nigdy wypadku prześladowania ludzi genialnych. Nie powiedziałem, że geniusz jest nierozdzielnie przywiązany do złośliwości ni złośliwość do geniuszu. Częściej jest złym głupiec niż człowiek wielkich zdolności. A gdyby człowiek genialny był zazwyczaj w obcowaniu twardy, trudny, przykry, nieznośny; gdyby był nawet zły, co byś pan z tego wywnioskował?

On
Że tylko go utopić.

Ja
Powoli, przyjacielu! Nie chcę wziąć pańskiego stryja Rameau za przykład: jest to człowiek twardy i szorstki, nieludzki, skąpy, zły ojciec, zły mąż, zły stryj; lecz nie jest jeszcze rzeczą rozstrzygniętą, że to człowiek ta lentu, że doprowadził swoją sztukę daleko i że dzieła jego przetrwają próbę dziesięciu lat. Lecz Radne? Ten był na pewno genialny, a nie uchodził za zbyt dobrego człowieka. A Voltaire?

On
Nie przyciskaj mnie pan do muru, bo umiem być konsekwentny.

Ja
Co byś pan wolał: czy aby był człowiekiem dobrym, podobnym do swego księgarza Briassona lub do właściciela sklepu z jedwabiami Barbiera , płodzącym regularnie co roku prawowite dziecko swej żonie, dobrym małżonkiem, dobrym ojcem, dobrym stryjem... dobrym sąsiadem, uczciwym kupcem, lecz niczym po nadto — czy też oszustem, zdrajcą, ambitnym, chciwym, lecz twórcą „Andromachy", „Brytannika", „Ifige nii", „Fedry", „Atalii" ?

On
Dla niego, dalibóg, byłoby może lepiej, by z tych dwóch ludzi był pierwszym.

Ja
Jest to nawet nieskończenie bardziej prawdą, niż pan myśli.

On
Oto, jacyście wy wszyscy! Jeśli powiemy coś dobre go, to przypadkiem, jak szaleńcy lub natchnieni. Tylko wy umiecie myśleć; tak, panie filozofie, umiem my śleć równie dobrze jak pan.

Ja
Słucham! Więc czemuż dla niego...?

On
Dlatego, że wszystkie te piękne rzeczy, które napisał, nie przyniosły mu dwudziestu tysięcy franków i że gdyby był dobrym handlarzem jedwabiu przy ulicy Saint-Denis lub Saint-Honore, dobrym kupcem ko rzennym en gros, wziętym aptekarzem, byłby zbił niezmierny majątek i użył przy tym wszelkich przyjem ności; byłby kiedy niekiedy dał złotówkę takiemu biednemu błaznowi jak ja, który by go pobudzał do śmie chu, sprowadzał mu czasem ładne dziewuszki; bylibyśmy jedli u niego wspaniale, grali grubo, pili wspa niałe wina, wspaniałe likiery, wspaniałą kawę, urządzali wycieczki na wieś. I widzi pan, że umiem my śleć. Śmieje się pan?... Lecz pozwól mi pan powiedzieć: byłoby też lepiej dla jego otoczenia.

Ja
Niezaprzeczenie: byle nie używał w nieuczciwy sposób dostatku, który zdobył uczciwym handlem; byle wydalił z domu swego tych wszystkich graczy, tych wszystkich pasożytów, tych wszystkich ckliwych przymileńców, tych wszystkich nierobów, tych wszystkich spaczonych nicponiów; byle przez parobków kijami kazał zatłuc usłużnisia, który rozmaitością wybawia małżonków od niesmaku jednostajnego współżycia ze swymi żonami.

On
Zatłuc, panie, zatłuc! Nie zabija się nikogo w dobrze ucywilizowanym mieście. Usłużność ta to uczciwe za jęcie: wiele ludzi nawet z tytułami trudni się tym. I na cóż, do diabła, używać pieniędzy, jeśli nie na to, aby mieć stół dobry, dobre towarzystwo, dobre wina, piękne kobiety, rozkosze wszystkich odcieni, zabawy wszystkich rodzajów? Bez żadnej z tych przyjemności byłoby mi wszystko jedno, czy być żebrakiem, czy posiadać wielki majątek. Lecz wróćmy do Racine'a, Człowiek ten był dobry tylko dla nieznajomych i dla czasów, gdy już nie istniał.

Ja
Zgoda; lecz zważ pan dobro i zło. Za tysiąc lat będzie wywoływał łzy; będzie podziwiany przez ludzi we wszystkich krajach ziemi; będzie wszczepiał w dusze ludzkość, współczucie, tkliwość. Będą się pytać, kim był, z jakiego kraju — i będą go Francji zazdrościć. Sprawił cierpienie kilku istotom, których już nie ma, które nas prawie nic nie obchodzą; nie mamy się czego bać, ani ze strony jego występków, ani jego wad. By łoby lepiej, bez wątpienia, gdyby był od natury otrzy mał wraz z talentami człowieka wielkiego cnotę do brego człowieka. Był drzewem, przez które uschło drzew kilka zasadzonych w jego sąsiedztwie, które za dusiło rośliny u stóp jego rosnące, lecz wzniósł swój wierzchołek aż w chmury, konary jego rozpostarły się w dal; użyczał cienia swego tym, którzy przychodzili, przychodzą i przyjdą spocząć wkoło jego pnia maje statycznego; zrodził owoce o smaku wybornym, które odnawiają się ustawicznie. Byłoby dobrze, by Voltaire był także łagodny jak Duclos, szczery jak abbé Tru blet, prosty jak abbv d'Olivet; lecz skoro to niemo żliwe, patrzmy na rzecz ze strony prawdziwie zajmu jącej: zapomnijmy na chwilę o punkcie, który zajmu jemy w przestrzeni i czasie, i rozszerzmy spojrzenie na wieki przyszłe, regiony najdalsze, ludy, co zrodzić się mają. Myślmy o dobru rodzaju naszego; a jeśli nie je steśmy dość wielkoduszni, przebaczmy przynajmniej naturze, że mędrsza była od nas. Jeśli zlejecie zimną wodą głowę Greuze'a , zgasicie może wraz z jego pró żnością jego talent. Jeśli uczynicie Voltaire'a mniej czułym na krytyką, nie zdoła on już zstąpić w duszę Merope , nie wzruszy was.

On
Lecz jeśli natura jest równie potężna jak mądra, czemuż nie uczyniła ich równie dobrymi, jak ich wielkimi uczyniła?

Ja
Czy nie widzi pan, że podobnym rozumowaniem burzy pan porządek ogólny? i że gdyby wszystko na ziemi było wyborne, nie byłoby nic wybornego?

On
Ma pan słuszność: idzie głównie o to, byśmy, pan i ja, byli i byśmy byli mną i panem; reszta nic nas nie obchodzi. Najlepszym porządkiem rzeczy jest, moim zdaniem, ten, w którym istnieć muszę, i bierz czart najdoskonalszy z światów, gdy mnie w nim nie ma! Wolę
być i nawet być bezczelnym rezonerem niż nie być.

Ja
Każdy myśli jak pan, a wytacza proces porządkowi, który jest, nie spostrzegając, że wyrzeka się własnego istnienia.

On
To prawda.

Ja
Bierzmy więc rzeczy, jak są; zważmy, ile nas one kosztują, a ile nam przynoszą, i dajmy pokój całości, którą znamy nie dość, by ją chwalić lub ganić, i która, jeśli jest konieczna, nie jest może ani dobra, ni zła, jak wielu przyzwoitych ludzi to sobie wyobraża.
On
Rozumiem niewiele z tego, co mi tu pan prawi. Jest to widocznie filozofia. Uprzedzam pana, że się nią nie zajmuję. Wszystko, co wiem, to, że chętnie chciałbym być kim innym, może byłbym wtedy człowiekiem genialnym, człowiekiem wielkim; tak, muszę to wyznać, jest we mnie coś, co mi to mówi. Jeśli kiedy chwalono przy mnie którego z nich, pochwała ta doprowadzała mnie do tajemnej wściekłości. Jestem zawistny. Jeśli dowiem się z ich życia prywatnego o jakimś rysie, który ich poniża, słucham z przyjemnością; to nas zbliża, łatwiej mi pogodzić się z tym, że jestem miernotą. Powiadam sobie: Oczywista nie byłbyś nigdy stworzył „Mahometa" ni nawet pochwały dla Maupeou. Więc złościło mnie i złości to, że jestem miernotą. Tak, tak, jestem mierny i zły. Nigdy nie słuchałem uwertury z „Indes galantes", nigdy nie słuchałem, jak śpiewają „Profonds abimes du Ténare; Nuit, éternelle nuit", by nie rzec sobie z boleścią: Tego nie stworzysz nigdy. Zazdrościłem więc swemu stryjowi; i gdy by umierając zostawił w swej tece kilka pięknych utworów na klawesyn, nie wahałbym się, czy pozostać sobą, czy być nim.

Ja
Jeśli to tylko pana martwi — nie warto się tym nękać.

On
To nic. To tylko chwile, które mijają. (Potem zaczął nucić uwerturę z „Indes galantes" i arią „Profonds abimes" i dodał:) To coś, co słyszę w sobie, mówi: Rameau, chciałbyś był stworzyć te dwie rzeczy; gdybyś był stworzył te dwie rzeczy, byłbyś stworzył dwie inne; i gdybyś był stworzył ich pewną liczbę, grano by cię, śpiewano by cię wszędzie. Kroczyłbyś z podniesioną głową; sumienie twe przyświadczałoby ci o two jej własnej zasłudze; inni wskazywaliby na cię palcem; mówiono by: To ten, który stworzył piękne gawoty. (I śpiewał gawoty. Potem z miną człowieka wzruszonego, który pławi się w radości i oczy ma nią zwilżone, dodał zacierając ręce:) Miałbyś piękny dom (ramio nami mierzył jego wielkość), dobre łóżko (wyciągał się na nim niedbale), dobre wina (smakował je, klaszcząc językiem o podniebienie), dobry powóz (i podniósł no gę, by doń wsiąść), piękne kobiety (już się do nich zabierał patrząc na nie lubieżnie); stu kpów przychodziłoby okadzać mnie codziennie. (Zdawał się widzieć ich wokoło siebie: widział Palissota, Poinsineta, Fréronów ojca i syna, La Porte'a; słuchał ich, nadymał się, przytakiwał im, uśmiechał się do nich, gardził nimi, wyganiał ich, przywoływał z powrotem; potem ciągnął da lej:) I mówiono by ci rano, że jesteś wielkim człowiekiem; czytałbyś w „Trois siécles" , że jesteś wielkim człowiekiem, i wielki człowiek Rameau usnąłby przy słodkim szmerze pochwał, które dzwoniłyby mu w uchu; nawet we śnie miałby minę zadowoloną: pierś jego rozszerzałaby się, wznosiła, opadała lekko; chrapałby jak wielki człowiek... (I mówiąc tak, osunął się miękko na ławkę; zamknął oczy i naśladował sen szczęśliwego. Upoiwszy się kilku chwilami tego słodkiego spoczynku, ocknął się, wyciągnął ramiona, ziewnął, przetarł oczy i szukał jeszcze wkoło siebie swych nie smacznych pochlebców.)

Ja
Sądzi więc pan, że człowiek szczęśliwy śpi inaczej?

On
Czy sądzę! Ja, biedny człeczyna, gdy wieczorem zawlokę się na swe poddasze i gdy wlezę w swój barłóg, leżę

skurczony pod przykryciem, pierś moja ścieśniona, a oddech utrudniony; brzmi to jakby skarga, ledwo do słyszalna; natomiast finansista wstrząsa swą sypialnią i wprawia w zdumienie całą ulicę. Lecz co mnie dziś dręczy, to nie to, że chrapię i śpię skąpo jak nędzarz...

Ja
To jednak smutne.

On
Co mnie spotkało, jest daleko smutniejsze.

Ja
Cóż to takiego?

On
Zajmował się pan zawsze mną trochę, bom biedak, którym pan w gruncie gardzi, lecz który pana bawi.

Ja
To prawda.

On
Więc powiem panu. (Nim zaczął, wydał głębokie wes tchnienie i podniósł obie ręce do czoła; potem przy brał spokojny wyraz twarzy i rzekł:) Wie pan, że je stem nieuk, głupiec, szaleniec, gbur, leń, wierutny łajdak, pasożyt, żarłok.

Ja
Co za mowa pochwalna!

On
To prawda co do joty; ani słowa ująć nie można; żadnej sprzeczki co do tego, jeśli łaska. Nikt nie zna mnie
lepiej ode mnie, a nie powiedziałem wszystkiego.

Ja
Nie chcę pana gniewać i zgodzę się na wszystko.

On
Otóż żyłem z ludźmi, u których byłem dobrze widziany, właśnie dlatego że posiadałem w rzadkim sto pniu te wszystkie właściwości.

Ja
Osobliwe; dotychczas mniemałem, że czy to kryje się je przed sobą, czy to się je sobie wybacza — gardzi się nimi u innych.

On
Kryć je przed sobą! Czyż to można? Bądź pan pewny, że jeśli Palissot jest sam i myśli o sobie, to mówi sobie zgoła inne rzeczy; bądź pan pewny, że sam na sam ze swoim kolegą wyznają sobie szczerze, że są dwoma walnymi łotrami. Gardzić nimi u innych! Moi ludzie byli sprawiedliwsi i charakter mój miał cudowne u nich powodzenie; było mi jak u Pana Boga za piecem: fetowano mnie, żałowano, gdy mnie tracono choć na chwilę; byłem ich małym Rameau, ich miłym Rameau, ich głupcem, bezwstydnikiem, nieukiem, leniem, żarłokiem, błaznem, bydlęciem. Każdy z tych przydomków przy nosił mi uśmiech, pieszczotę, lekkie uderzenie po ra mieniu, policzek, kopnięcie; przy stole dobry kęs, który mi rzucano na talerz; poza stołem swobodę, na którą pozwalałem sobie bez konsekwencji, bo i ja jestem bez konsekwencji. Czyni się ze mnie, przede mną, ze mną, co się żywnie podoba, a ja o nic się nie obrażam. A drobne podarki, które spadały na mnie jak deszcz! Ja, osieł, wszystko straciłem! Straciłem wszystko, bo miałem raz zdrowy rozum, jedyny raz w życiu! Ach, gdy by to mogło wrócić!

Ja
O cóż więc szło?

On
Głupstwo nieporównane, niezrozumiałe, nie do darowania.

Ja
Co za głupstwo znowu?

On
Rameau! Rameau! I przez to zginąłeś? Co za głupota mieć trochę smaku, trochę myśli, trochę rozsądku; Rameau, mój przyjacielu, to cię nauczy być, czym cię Bóg stworzył i czym cię chcieli mieć twoi dobroczyńcy. A tak, chwycono cię za bary, wyprowadzono za drzwi i powiedziano: „Precz, łajdaku, nie pokazuj się więcej! To chce mieć rozum, rozsądek. Patrzaj go! Precz! Mamy go dosyć sami. Poszedłeś sobie, gryząc palce; w przeklęty swój język powinieneś był ugryźć się przedtem. Za to, żeś nie był ostrożny, otoś teraz na bruku, bez grosza, nie wiesz, gdzie głowę schronić. Karmiono cię, jak gęba zapragnie, a wrócisz do resztek ze straga nów; dobrze mieszkałeś, a będziesz nad wyraz szczęśliwy, jeśli ci zwrócą twe poddasze; miałeś pościel, a czeka cię słoma między woźnicą pana de Soubise a przyjacielem Robbé; zamiast snu słodkiego i spokojnego, którym spałeś, będziesz jednym uchem słu chał rżenia i tupotu koni, a drugim sto razy nieznośniejszego zgiełku suchych, twardych, barbarzyńskich wierszy. Nieszczęśliwy, nieopatrzny, opętany przez milion diabłów!

Ja
Lecz nie byłożby środka powrotu? Czyż błąd, któryś pan popełnił, jest nie do wybaczenia? Na pańskim miejscu
poszedłbym odszukać swych ludzi; jest im pan potrzebniejszy, niż myślisz.

On
O, jestem pewny, że teraz, gdy nie pobudzam ich do śmiechu, nudzą się jak psy.

Ja
Poszedłbym więc ich odszukać; nie dałbym im czasu nauczyć się obywać beze mnie lub spróbować jakiejś uczciwej zabawy; bo kto wie, co zrobić mogą?

On
Nie o to się lękam; tego nie zrobią.

Ja
Choćbyś pan nie wiem jak był znakomity, inny zastąpić cię może.

On
Z trudem.

Ja
Zgoda. Jednak poszedłbym z tą twarzą wychudzoną, z tymi błędnymi oczyma, z tą szyją nagą, z tymi roz czochranymi włosami, w tym stanie zaiste tragicznym, w jakim się pan znajduje. Rzuciłbym się do nóg bogini i nie powstając rzekłbym jej głosem cichym i łkają cym: „Przebaczenia, pani! przebaczenia! jestem niego dny, nikczemny! To była chwila nieszczęsna, gdyż wiesz, że nie zdarza mi się mieć zdrowego rozumu, i przyrzekam nie mieć go nigdy w życiu." (Ucieszne było, że podczas gdy tak doń przemawiałem, on grał pantomimę do tego, rzucił się na ziemię, przytulił twarz do ziemi, zdawał się dzierżyć w obu rękach koniec pantofla, płakał, wzdychał, mówił: „Tak, mała królowo,
przyrzekam, nie będę go miał nigdy w życiu, nigdy w życiu..." Potem podnosząc się nagle, dodał tonem poważnej rozwagi:)

On
Tak, ma pan słuszność; widzę, że tak najlepiej. Ona jest dobra; pan Vieillard mówi, że ona taka dobra! Wiem, że jest dobra — ale iść upokorzyć się przed ta kim koczkodanem, wołać miłosierdzia u stóp małej ko mediantki, której nie przestaje ścigać gwizdanie par teru! Ja, Rameau, syn pana Rameau, aptekarza z Di jon. Człowieka zacnego, który nigdy przed nikim nie ugiął kolana! Ja, Rameau, którego widzieć można prze chadzającego się w Palais Royal, prosto, ze swobodnym ruchem ramion — odkąd pan Carmontelle narysował mego stryja zgarbionego, z rękoma pod połami surduta! Ja, który skomponowałem kilka utworów klawesynowych, których nikt nie grywa, lecz które może przejdą do potomności, co grać je będzie; ja, ja miałbym pójść! Dość, panie, to niemożliwe (i kładąc prawicę na piersi, dodał:) Czuję tu coś, co się podnosi i mówi mi: Rameau, nie uczynisz tego. Z naturą ludzką jest związana pewna godność, której nic stłumić nie zdoła. Budzi się to tak ni stąd, ni zowąd; bo są dnie, gdy nie kosztuje mnie nic być podłym na wszystkie sposoby; dnie, gdy za grosz pocałowałbym w zadek małą Hus.

Ja
Tak, przyjacielu, bo jest biała, ładna, młoda, tłusta. Na takie upokorzenie zgodziłby się niejeden, delikatniejszy od pana.

On
Porozumiejmy się. Istnieje różnica w całowaniu zadka. Jest całowanie istotne i przenośne. Spytaj pan tylko grubego Bergier ! Całuje on zadek pani de La Marek
w znaczeniu istotnym i przenośnymi i naprawdę, tutaj zarówno istotnie jak przenośnie nie byłoby mi to miłe.

Ja
Jeśli nie podoba się panu środek, który mu poddaję, więc miej odwagę być żebrakiem.

On
Trudno jest być żebrakiem, jeśli jest tylu zasobnych głupców, których kosztem żyć można; a przy tym pogarda samego siebie jest rzeczą nieznośną.

Ja
Czy zna pan te uczucia?

On
Czy je znam! Ileż razy mówiłem sobie: Jak to, Rameau, jest dziesięć tysięcy dobrych stołów w Paryżu, każdy na piętnaście lub dwadzieścia nakryć, a ze wszystkich tych nakryć żadne nie jest dla ciebie! Są sakiewki pełne złota, które rozsypują się na prawo i lewo, a nie pada ani jeden pieniądz dla ciebie! Tysiąc małych pięknoduchów bez talentu, bez zasługi, tysiąc stworzonek bez uroku, tysiąc płaskich intrygantów ubiera się dobrze, a ty chodziłbyś nago! Byłżebyś tak niedołężny? Nie umiałbyś pochlebiać jak inni? Nie umiałbyś kła mać, przysięgać, krzywo przysięgać, przyrzekać, do trzymywać lub nie dotrzymywać jak inni? Nie umiał- byś skakać na czterech łapkach jak inni? Nie umiał byś służyć, popierać miłostkę pani i zanieść liścik miłosny pana jak inni? Nie umiałbyś ośmielić młodzieńca, by pomówił z panną i nakłonić pannę, by go wysłuchała? Nie umiałbyś przekonać córeczki mieszczańskiej, że jest licho odziana; że piękne kolczyki, nieco różu, koronki lub suknia polskiego kroju byłyby jej zachwycająco do twarzy? Że te nóżki nie są stworzone do chodzenia pieszo ulicą? Że jest pewien młody
pan, piękny i bogaty, który ma suknie bramowane złotem, wspaniały powóz, sześciu wielkich lokai, który ją
widział przechodząc, zachwycił się nią i odtąd pić i jeść
nie może, nie sypia z jej powodu i umrze z tego?
— Lecz mój ojciec?
— Ach, cóż ojciec! zgniewa się zrazu nieco.
— A matka, która mi tak nakazywała być uczciwą
dziewczyną; która mi mówi, że prócz czci nie ma nic
na tym świecie cennego?
— Oklepane słowa, które nic nie znaczą.
— A mój spowiednik?
— Nie ujrzysz go więcej; lub jeśli upierasz się przy widzi mi się, by opowiedzieć mu dzieje swych rozrywek, będzie cię to kosztować kilka iuntów cukru i kawy.
— To człowiek surowy, który mi już raz odmówił rozgrzeszenia z powodu piosenki: „Chodź do mojej celi".
— Boś mu nic dać nie miała; lecz gdy mu się zjawisz
w koronkach...
— Będę więc miała koronki?
— Niewątpliwie, i to wszelakiego rodzaju... w pięknych kolczykach diamentowych...
— Będę więc miała kolczyki diamentowe?
— Tak.
— Jak ta markiza, która przychodzi niekiedy po rękawiczki do naszego sklepu?
— Takie same... w pięknym powozie z jabłkowitymi siwkami, dwóch lokajów, murzynek i laufer na przodzie; róż, muszki, tren z tyłu niesiony.
— Na bal?
— Na bal, do Opery, do Komedii... (Już jej serce zadrżało z radości... Obracasz jakiś papier w palcach.)
— Co to?
— To nic.
— Powiedz, panie.
— To bilet.
— A dla kogo?
— Dla ciebie, jeśliś trochę ciekawa.
— Czym ciekawa? Jestem bardzo ciekawa. Pokaż!
(Czyta.) Schadzka. To niemożliwe.
— Idąc na mszę.
— Matka towarzyszy mi zawsze. Lecz jeśliby tu
przyszedł trochę wcześniej, wstaję pierwsza i jestem
w sklepie, zanim inni wstaną...
Przychodzi, podoba się; pewnego pięknego dnia o zmroku mała znika, a mnie wyliczają dwa tysiące talarów...
Cóż to, posiadasz ten talent, a brak ci chleba! Nie wstydzisz się, nieszczęsny?... Przypomniałem sobie zgraję hultajów, którzy mi do pięt nie sięgali, a pławili się
w bogactwach. Miałem surdut z barchanu, a oni odziani
byli w aksamit; opierali się na lasce o gałce złotej
z dziobem i mieli na palcu Arystotelesa lub Platona.
A czym byli dawniej? nędzne rzępoły — a dziś są rodzajem panów. Wówczas uczułem w sobie odwagę,
duszę wzniosłą, umysł subtelny i zdolny do wszystkiego! Lecz to szczęśliwe usposobienie nie trwało widocznie długo, bo dotychczas nie mogłem zrobić stanowczego kroku. Bądź co bądź, oto tekst moich częstych rozmów z samym sobą, które pan może parafrazować wedle upodobania, jeno byś stąd wysnuł, że mam pogardę dla samego siebie i tę udrękę sumienia, która powstaje, jeśli się nie korzysta z darów użyczonych nam przez niebo: to najokrutniejsze z wszystkiego. To prawie to samo, co się nie urodzić wcale. (Słuchałem i w miarę jak wygłasza} tę scenę stręczyciela
dziewczyny, którą kusił, nie wiedziałem, mając w duszy dwa sprzeczne uczucia, czy oddać się chęci śmiechu, czy pogardy. Cierpiałem. Kilkakrotnie wybuch śmiechu przeszkodził wybuchnąć memu gniewowi. Kilkakroć gniew dobywający się z głębi mego serca kończył się wybuchem śmiechu. Byłem stropiony tak wielką bystrością i nikczemnością, tyloma myślami tak słusznymi i na przemian znów fałszywymi, tak zupełną przewrotnością uczuć, tak skończonym bezeceństwem i tak nie zwykłą otwartością. Spostrzegł toczącą się we mnie walkę i rzekł:) Co panu?

Ja
Nic.

On
Zdaje mi się pan zmieszany?

Ja
Bo też jestem zmieszany.

On
Lecz ostatecznie, cóż mi pan radzi?

Ja
Zmienić przedmiot rozmowy. Nieszczęśliwy, w jakiż stan upodlenia popadłeś, jeśliś już się w nim nie urodził!

On
Przyznaję. Jednakże niech mój stan pana zbyt nie boli; zwierzając się przed panem, nie miałem zamiaru sprawiać mu przykrości. Uciułałem sobie u tych ludzi nieco grosza. Pomyśl pan, że nie potrzebowałem nic, nic zgoła i że mi przyznawali tyle na małe przyjemności. (Zaczął bić się pięścią w czoło, gryźć wargę i błędnym wzrokiem wodzić po powale, mówiąc:) Ale to się skończyło. Uzbierałem coś niecoś; czas minął, a to tak jak zyskać.
Ja
Chce pan rzec: stracić.

On
Nie, nie, zyskać. Zbogacamy się każdej chwili: żyć o dzień mniej lub mieć o talar więcej — to wszystko jedno. Główną rzeczą mieć dobry stolec. Oto wielki wynik życia u wszystkich stanów. W ostatniej chwili wszyscy są jednako bogaci: i Samuel Bernard, który kradnąc, grabiąc, bankrutując pozostawia dwadzieścia siedem milionów w złocie, i Rameau, który nie pozo stawi nic i któremu miłosierdzie ludzkie sprawi śmiertelną koszulę, w którą go spowiją. Umarły nie słyszy bicia dzwonów; daremnie stu księży wrzeszczy z jego powodu, daremnie ciągnie przed nim i za nim długi szereg płonących pochodni; dusza jego nie kroczy obok mistrza ceremonii. Gnicie pod marmurem czy gnicie pod grudą jest zawsze gniciem. Czy się ma wkoło swojej trumny czerwone i niebieskie dzieci lub nie ma nikogo, czyż to nie wszystko jedno? A teraz spojrzyj pan dobrze na tę pięść, była twarda jak diabeł; te dziesięć palców to były kije wprawione w dłoń drewnianą; te ścięgna to stare struny z jelit, suchsze, tęższe, tward sze niż u koła tokarza; lecz ja tak je dręczyłem, gią- łem, łamałem! Nie chcesz iść? a ja, dalibóg, mówię ci, że pójdziesz, i tak się stanie. (I mówiąc to ujął ręką prawą palce i pięść lewej ręki i wyginał je w górę, w dół) koniuszki palców dotykały ramienia, aż stawy trzeszczały; lękałem się, że wywichnie sobie kości.)

Ja
Uważaj pan — rzekłem — okaleczysz się.

On
Nie bój się pan, nawykły do tego: od dziesięciu lat gorzej jeszcze obchodziłem się z nimi. Choć nie chciały.
musiały przyzwyczaić się i nauczyć trafiać w klawisze i skakać po strunach. Dlatego też teraz idzie tak jak po maśle. (Równocześnie przybiera postawę skrzypka; nuci allegro Locatelliego; prawe jego ramię naśladuje ruch smyczka; lewa ręka i palce zdają się przesuwać po szyjce skrzypiec. Wziąwszy ton fałszywy przerywa, stroi, naciąga lub opuszcza strunę; trąca ją paznokciem, by upewnić się, czy dobrze; podejmuje utwór w miejscu przerwanym. Wybija takt stopą, wpra wia w ruch głowę, nogi, ręce, ramiona, ciało, jak czasem na koncercie religijnym widzi się Ferrariego lub Chiabrana lub innego wirtuoza w takich samych drgawkach; przedstawia obraz takiej samej tortury i sprawia mi nieomal taką samą mękę. Bo czyż nie jest rzeczą bolesną widzieć jeno katusze tego, który stara się malować mi przyjemność? Zawieście między mną a tym człowiekiem zasłonę, bym go nie widział, jeśli mi się musi pokazywać jak skazaniec na torturach! Pośród tych podrzutów i krzyków zmienił postawę w jednym z tych miejsc harmonijnych, gdzie smyczek posuwa się lekko po kilku na raz strunach; twarz jego przybrała wyraz zachwytu, głos jego stał się słodki, przysłuchiwał mu się z przejęciem; zdało się, że dźwięki brzmiały w moich jak i w jego uszach; potem lewą ręką, którą trzymał instrument, wsuwając go pod lewe ramię i opuszczając prawą ze smyczkiem, rzekł:) Cóż pan o tym myśli?

Ja
Cudownie!

On
Zdaje mi się, że dobrze. Brzmi to nieomal jak u innych.
(I zaraz przysiadł jak muzyk siadający do klawesynu.)

Ja
Proszę o łaskę dla pana i dla siebie.
On
Nie, niej kiedy pana trzymam, musisz mnie słuchać. Nie chcę zgoła pochwał, których się udziela, nie wiedząc dlaczego. Będzie mnie pan chwalił tonem pewniej szym, a to mi przysporzy jakiego ucznia.

Ja
Mam tak mało znajomości! a pan męczy się zgoła daremnie.

On
Nie męczę się nigdy.
(Widząc, że daremnie lituję się nad tym człowiekiem — bo sonatą na skrzypcach spocił się do nitki — poddałem się jego woli. Oto siedzi przy klawesynie, ze zgiętymi kolany, z głową wzniesioną ku powale, iż rzec by można, że patrzy w partyturę. Śpiewa, przegrywa, wy konując utwór Albertiego lub Galuppiego, nie wiem, którego z nich. Głos jego dął jak wiatr, a jego palce skakały po klawiszach, już to porzucając górę dla basu, już to wracając z akompaniamentu ku górze. Namiętno ści przesuwały się po twarzy: rozróżnić było można tkliwość, gniew, radość, ból. Słychać było piano, forte i pewien jestem, że zręczniejszy ode mnie poznałby był utwór po ruchu, charakterze, po jego minach i kilku urywkach śpiewu, które dobywały się zeń niekiedy. Lecz dziwaczne w nim było to, że chwilami macał, poprawiał się, jakby chybił, złościł się, że nie ma już utworu w palcach.) Ostatecznie, widzi pan (rzekł, prostując się i ocierając krople potu, które spływały mu po policzkach), że umiemy także użyć kwinty zwiększonej i łączenie do minant nie jest nam obce. Te enharmoniczne przejścia, o które tyle robi hałasu mój stryj drogi, to zgoła nie morze, co go wypić nie można; i my umiemy z nimi dać sobie radę.

Ja
Zadałeś pan sobie wiele trudu, by mi okazać swoją wielką biegłość; byłbym panu ufał na słowo!

On
Wielką biegłość! O, nie! Co do mego rzemiosła, to znam je mniej więcej, a to jest więcej, niż trzeba; bo czyż jest się w tym kraju obowiązanym umieć to, czego się naucza?

Ja
Nie więcej, jak umieć to, czego się człowiek uczy.

On
Słusznie, do diaska! i bardzo słusznie! Otóż, panie filozofie, z ręką na sercu powiedz szczerze: był czas, gdyś nie był tak zasobny jak dziś.

Ja
Nie jestem nim jeszcze zbytnio.

On
Lecz nie poszedłbyś już do Luksemburgu w lecie...Przypomina pan sobie?...

Ja
Nie mówmy o tym; tak, przypominam sobie.

On
W surducie z szarego pluszu...

Ja
Tak, tak.

On
Wytartym z jednej strony, w podartych mankietach, w czarnych wełnianych pończochach, cerowanych z tyłu białą nicią.

Ja
Ach, tak, tak: wszystko, jak pan chcesz.

On
Cóżeś pan wówczas robił w Alei Westchnień?

Ja
Przedstawiałem dość smutną postać.

On
A wyszedłszy stamtąd chodziłeś pan po mieście?

Ja
Chodziłem.

On
Udzielałeś lekcyj matematyki?

Ja
Nie rozumiejąc z niej ni słowa. Nieprawdaż, do tegoś pan zmierzał?

On
Do tego.

Ja
Uczyłem się nauczając drugich i wychowałem kilku dobrych uczniów.

On
To możliwe; lecz inaczej dzieje się w muzyce niż w algebrze lub geometrii. Dzisiaj, kiedy jesteś zamożnym panem...

Ja
Nie tak znowu.

On
Gdy masz pan wszystko...
Ja
Niezupełnie...

On
Trzymasz pan córce swej nauczycieli.

Ja
Jeszcze nie; matka zajmuje się jej wychowaniem: bo trzeba mieć spokój w domu.

On
Spokój w domu? Do diaska! Ma się go tylko, gdy się jest sługą lub panem, a trzeba być panem... Miałem żonę... Bóg świeć nad jej duszą! Lecz gdy mi czasem zrzędziła, pokazywałem także, co umiem, i piorunują- cym głosem mówiłem jak Bóg: „Niech się stanie świat łość"; i stawała się światłość. W ten sposób w ciągu czterech lat nawet dziesięć razy nie podnieśliśmy prze ciw sobie głosu. Ile lat ma pańskie dziecko?

Ja
To nie należy do rzeczy.

On
Ile ma lat pańskie dziecko?

Ja
Tam do diabła! Zostawmy w spokoju moje dziecko i jego lata i wróćmy do nauczycieli, których będzie miało.

On
Dalibóg! nie znam nic bardziej upartego nad filozofa. Gdyby prosić bardzo pokornie, nie można by się dowiedzieć od pana filozofa, ile mniej więcej lat ma jego panna córka?

Ja
Przypuśćmy, osiem lat.

On
Osiem lat! Już cztery lata powinna by przebierać palcami po klawiszach.

Ja
Lecz — może nie staram się zbytnio wciągnąć w plan jej wychowania studium, które zajmuje tyle czasu, a tak mało przynosi korzyści.

On
Czegóż więc uczyć ją pan będzie, jeśli wiedzieć wolno?

Ja
Myśleć rozumnie, jeśli to możliwe; rzecz rzadka wśród mężczyzn, a jeszcze rzadsza wśród kobiet.

On
Daj jej pan myśleć niedorzecznie, ile zechce, byle była ładna, zabawna i zalotna.

Ja
Ponieważ natura niełaskawa była na nią i dała jej budowę ciała wątłą i duszę wrażliwą, a naraziła ją na takie same trudy żywota, jak gdyby miała budowę silną i serce ze spiżu, nauczę ją, jeśli zdołam, znosić je odważnie.

On
Pozwól jej płakać, mizdrzyć się, mieć nerwy podrażnione jak inne, byle tylko była ładna, zabawna i za lotna. Jak to? A taniec?

Ja
Nie więcej niż potrzeba, by oddać ukłon, mieć przy-
zwoitą postawę, przedstawiać się korzystnie i umieć chodzić.

On
A śpiew?

Ja
Nie więcej niż potrzeba, by dobrze wymawiać.

On
A muzyka?

Ja
Gdyby się znalazł dobry nauczyciel harmonii, powierzyłbym mu ją chętnie na godzinę lub dwie dziennie, przez rok lub dwa, nie dłużej.

On
A zamiast rzeczy tak istotnych, które pan usuwasz?...

Ja
Stawiam gramatykę, bajki starożytne, historię, geografię, nieco rysunku i dużo moralności.

On
Jakżeby mi łatwo było dowieść panu, jak nieużyteczne są te wszystkie wiadomości w takim świecie jak nasz! Co mówię, nieużyteczne! może niebezpieczne! Lecz za bawię przez chwilę przy jednej sprawie: nie będzież jej trzeba jednego lub dwóch nauczycieli?

Ja
Z pewnością.

On
O, wracamy do rzeczy: a sądzisz pan, że ci nauczyciele będą znać gramatykę, bajki, historię, geografię, moralność — których uczyć będą? Brednie, drogi mistrzu, brednie! Gdyby posiadali znajomość tych rzeczy na tyle, by ich nauczać, nie nauczaliby ich.

Ja
A dlaczego?

On
Pędziliby życie na studiowaniu ich. Trzeba głęboko wniknąć w nauką lub sztuką, by posiąść jej początkowe zasady. Książki szkolne mogą pisać tylko ci, którzy posiwieli wśród pracy; dopiero środek i koniec oświetlają ciemności początku. Spytaj pan przyjaciela swego, d'Alemberta, koryfeusza nauk matematycznych, czy byłby za dobry do elementarnego nauczania. Dopiero po trzydziestu, czterdziestu latach ćwiczenia mój stryj spostrzegł głębokie i pierwsze światła teorii muzycznej.

Ja
O, błaźnie, arcybłaźnie! — zawołałem — jakże to się dzieje, że w lichej twej głowie znajdują się myśli słuszne pomieszane z tyloma głupstwami!

On
Diabli wiedzą! Przypadek je tam wrzuca i zostają. To pewna, że jeśli się nie wie wszystkiego, nie wie się nic dobrze; nie wiadomo, dokąd jakaś rzecz dąży, skąd inna przybywa, gdzie tą należy umieścić, która ma być pierwsza, która raczej druga. Możnaż uczyć dobrze bez metody? A metoda, skądże wynika? Słuchaj, panie filozofie, zdaje mi się, że fizyka będzie zawsze biedną nauką, kroplą wody dobytą końcem szpilki z ogromnego oceanu, ziarnkiem piasku oderwanym od łańcucha Alp. A teraz szukaj przyczyny zjawisk! Naprawdę, byłoby lepiej nie wiedzieć nic, niż wiedzieć tak mało i tak źle; i właśnie na tym punkcie stałem, gdym postanowił zostać nauczycielem akompaniamentu. O czym pan myśli?

Ja
Myślę, że wszystko, co pan mówi, jest bardziej osobliwe niż gruntowne. Lecz dajmy temu spokój. Powiadasz
pan, żeś uczył akompaniamentu i kompozycji?

On
Tak.

Ja
I nie umiałeś tego zgoła?

On
Nie, na honor! I dlatego gorsi ode mnie byli ci, którzy wierzyli, że coś umieją. Przynajmniej nie psułem ani sądu, ani palców dzieciom. Przechodząc ode mnie do dobrego nauczyciela, przynajmniej nie miały nic do oduczenia się, nie nauczywszy się niczego i o tyle zyskiwano na pieniądzach i czasie.

Ja
Jakżeś to czynił?

On
Jak czynią wszyscy. Przychodziłem, rzucałem się na krzesło: „Co za niepogoda! Co za męczący bruki" Potem paplałem trochę o nowościach: „Panna Lemierre miała w nowej operze wystąpić w roli Westalki, jest jednak po raz drugi w ciąży i nie wiadomo, kto ją zastąpi. Panna Arnould porzuciła swoje hrabiątko. Powiadają, że rokuje z Bertinem. Hrabiątko pocieszyło się tymczasem malowaną porcelaną pana de Montamy. Na ostatnim koncercie amatorów wystąpiła Włoszka, która śpiewała jak anioł. Rzadki to człowiek, ten Préville! Trzeba go widzieć w «Mercure galant»; ustęp o zagadce jest nieopłacony!... Ta biedna Dumes- nil nie wie już, co mówi, ani co robi. No, proszę pani, bierzmy się do nut..." Gdy panna nie spiesząc się szuka swych nut, które gdzieś zagubiła, gdy woła się pokojówki, gdy się ją łaje, ja ciągnę dalej: ,,Ta Clairon jest prawdziwie wspaniała. Mówią o bardzo dziwacznym małżeństwie panny... jakże się zowie? małe stworzenie, które utrzymywał...., której zrobił dwoje czy troje dzieci, którą też utrzymywali inni.
— Ależ, Rameau, plecie pan trzy po trzy, to nie-
możliwe.
— Nie plotę zgoła; mówią nawet, że rzecz załatwiona. Obiega pogłoska, że Voltaire umarł; tym lepiej...
— Dlaczego tym lepiej?
— Bo zrobi nam znów jakiś wesoły kawał; to w jego
guście umrzeć dwa tygodnie naprzód..."
Cóż panu więcej powiem? Opowiedziałem kilka nieprzyzwoitości przyniesionych z domów, w których byłem, bo jesteśmy wszyscy wielkimi plotkarzami. Grałem błazna, słuchano mnie, śmiano się, wołano: „Jest zawsze czarujący." Tymczasem nuty panny znalazły
się pod fotelem, gdzie zawlókł je, gryzł i targał młody pies czy kotek. Usiadła do klawesynu; zrazu hałasowała na nim sama, potem zbliżyłem się, śląc w kierunku
matki znak uznania. Matka: ,,To nieźle, trzeba by tylko chcieć, ale się nie chce; woli się stracić czas na gawędce, zabawie, bieganiu, na nie wiem czym. Jeszcześ pan nie wyszedł,
a już zamyka się nuty, by nie otworzyć ich, aż gdy wrócisz; a nie słyszę, byś ją pan łajał."
Tymczasem, ponieważ wypadło uczynić cośkolwiek, ująłem jej ręce i ułożyłem inaczej; złościłem się, krzyczałem: „Sol, sol, sol, pani, to jest sol." Matka: „Córko, czyż nie masz ucha? Ja nie stoję przy klawesynie ani nie patrzę w nuty, a czuję, że ma być sol. Sprawiasz panu trud nieskończony; nie pojmuję jego cierpliwości; nie pamiętasz nic, co ci
mówi, nie robisz żadnych postępów..." Wówczas łagodziłem nieco pociski i potrząsając głową mówiłem: „Wybacz mi, pani, wybacz; mogłoby być
lepiej, gdyby córka pani chciała, gdyby ćwiczyła się
nieco; lecz nie jest znów tak źle."
Matka: „Na pańskim miejscu kazałabym jej rok
grać ten sam ustęp."
— „O, co do tego, to nie zaniecha go, póki nie prze-
zwycięży wszystkich trudności, ale to trwać nie będzie
tak długo, jak pani sądzi."
— „Panie Rameau, pan jej pochlebiasz, pan za do-
bry. To jedyna rzecz z lekcji, którą ona zapamięta
i którą będzie mi umiała powtórzyć przy sposobności..."
Godzina minęła; moja uczennica podała mi bilecik
wdzięcznym ruchem ramienia i z ukłonem, którego
nauczyła się od nauczyciela tańców; schowałem bilecik
do kieszeni, podczas gdy matka mówiła: „Bardzo do-
brze, moja droga; gdyby Favillier był tutaj, pochwa-
liłby cię..." Gawędziłem jeszcze chwilę dla przyzwoito-
ści; następnie znikałem i oto, co zwano wtedy lekcją
akompaniamentu.

Ja
A więc dziś jest inaczej?

On
Dalipan, tak sądzę. Przychodzę, jestem poważny, spiesz-
nie odrzucam swój zarękawek, otwieram klawesyn,
próbuję klawiszy; zawsze mi pilno; a gdy mi każą cze-
kać, krzyczę, jakby mi ukradziono talara: za godzinę
muszę być tam i tam; za dwie godziny u księżny pani
tej i tej; czekają mnie z obiadem u pewnej pięknej mar-
kizy, a skoro stamtąd wyjdę, jest koncert u pana barona
de Bagge, ulica Neuve-des-Petits-Champs.
Ja
A tymczasem nie czekają pana nigdzie.

On
To prawda.

Ja
I po cóż te wszystkie podłe sztuczki, te niegodne chytrostki?

On
Podłe? A dlaczego, jeśli wiedzieć wolno? Są zwycza jem w moim stanie; nie upadlam się, czyniąc jak wszy scy. To nie ja je wynalazłem i byłbym dziwakiem i niedołęgą, nie stosując się do nich. Oczywiście, wiem dobrze, że gdyby mi pan przytoczył kilka zasad ogól nych, nie wiem jakiej moralności, które wszyscy mają na ustach, a nikt ich nie wykonuje, to okaże się, że co białe jest czarnym, a co czarne będzie białym. Lecz, panie filozofie, istnieje sumienie ogólne, jak istnieje gramatyka ogólna, są też w każdym języku wyjątki, które wy, uczeni, nazywacie... pomóżże mi pan...

Ja
Idiomatami.

On
O, właśnie. Otóż każdy stan ma swoje wyjątki od su mienia ogólnego, którym dałbym chętnie nazwę idio matów rzemiosła.

Ja
Rozumiem, Fontenelle mówi dobrze, pisze dobrze,choć styl jego mrowi się od idiomatów francuskich.

On
A książę, minister, finansista, urzędnik, żołnierz, literat, adwokat, prokurator, kupiec, bankier, rzemieślnik, nauczyciel śpiewu, nauczyciel tańca są bardzo przyzwoitymi ludźmi, chociaż postępowanie ich zbacza na pewnych punktach od sumienia ogólnego i jest pełne idiomatów moralnych; im instytucja dawniejsza, tym więcej w niej idiomatów, tym więcej się one mnożą, im nieszczęśliwsze są czasy. Ile wart człowiek, tyle warte jego rzemiosło, i na odwrót; ile warte rzemiosło, tyle wart człowiek. Pragnie się więc nadać jak największą wartość rzemiosłu.

Ja
Z tej całej plątaniny pojmuję jasno, że mało jest uczciwie uprawianych rzemiosł lub mało uczciwych ludzi
wykonujących dane rzemiosło.

On
Dobrze! nie ma ich zgoła; lecz natomiast mało jest szalbierzy poza swoim warsztatem. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pewien rodzaj ludzi, których zwą pilnymi, sumiennymi, spełniającymi ściśle swój obowiązek, lub, co na jedno wychodzi, zawsze przy swoim warsztacie, i którzy niczym poza swoim rzemiosłem się nie zajmują. Oni też jedyni dochodzą do majątku i zyskują szacunek.

Ja
Z pomocą idiomatów.

On
Słusznie; widzę, że mnie pan zrozumiał. Otóż idiomatem wszystkich stanów — bo są idiomaty wspólne wszystkim krajom, czasom, jak są głupstwa wspólne — idiomatem ogólnym jest pozyskać możliwie najwięcej od biorców; głupotą ogólną jest wierzyć, że najpilniejszy ma ich najwięcej. Oto dwa wyjątki od sumienia ogólnego, do których nagiąć się trzeba. Jest to rodzaj kredytu, a nic samo przez się — staje się czymś dzięki

opinii. Powiedziano: dobra sława za złoty pas obstawa; tymczasem, kto ma dobrą sławę, nie ma złotego pasa, i widzę dzisiaj, że kto ma pas złoty, temu nie brak dobrej sławy. O ile można, trzeba mieć i dobrą sławę, i pas złoty; to jest mym celem, gdy sobie nadają znaczenie tym, co zwiecie podłymi sztuczkami i niego- dnymi chytrostkami. Odbywam lekcję i udzielam jej dobrze: oto reguła ogólna; pozwalam wierzyć, że mam ich więcej niż dzień ma godzin: oto idiomat.

Ja
A lekcji udziela pan dobrze?

On
Tak, nieźle, znośnie. Bas podstawowy mego drogiego stryja bardzo uprościł to wszystko. Niegdyś kradłem pieniądze uczniowi swemu, tak, kradłem je, to pewna; dziś zarabiam je co najmniej tak jak drudzy.

Ja
I kradł pan bez wyrzutów sumienia?

On
O, bez wyrzutów! Powiadają, że jeśli złodziej okrada złodzieje, to diabeł się śmieje. Rodzice opływali w do statek, Bóg wie jak zdobyty; byli to dworacy, finansiści, wielcy kupcy, bankierzy, aferzyści; ja i tłum innych, którym dawali zajęcie jak mnie, ułatwialiśmy im zwrot źle nabytego mienia. W naturze pożerają się wszystkie gatunki, w społeczeństwie pożerają się wszystkie stany. Sprawowaliśmy sąd jedni nad drugimi, bez mieszania się w to prawa. Panna Deschamps niegdyś, dzisiaj panna Guimard mści się za księcia na finansiście; a modystka, jubiler, tapicer, szwaczka, oszust, pokojówka, kucharz, siodlarz mszczą się za finansistę na pannie Deschamps. Przy tym stanie rzeczy tylko niedołęga i próżniak ponoszą uszczerbek, nikomu uszczerbku nie uczyniwszy, i dobrze im taki Widzi pan tedy, że te odchylenia od sumienia ogólnego i te idiomaty moralne, z których powodu tyle się czyni hałasu, mianując je zyskiem nieprawym, są niczym i że na ogół chodzi o to tylko, by na to właściwym patrzeć spojrzeniem.

Ja
Podziwiam pańskie spojrzenie.

On
A przy tym bieda! Głos sumienia i honoru bardzo słaby, gdy kiszki piszczą. Wystarczy, że kiedy będę bogaty, będę znów musiał zwrócić, com nabył, i jestem zdecydowany zwracać na wszystkie możliwe sposoby za pośrednictwem uczt, gry, wina i kobiet.

Ja
Lecz lękam się, że nigdy nie będziesz pan bogaty.

On
I mnie się coś tak zdaje.

Ja
Gdyby się jednak zdarzyło inaczej, co byś uczynił?

On
Uczyniłbym jak wszyscy spanoszeni żebracy. Byłbym najbezczelniejszym łajdakiem, jakiego widziano kiedykolwiek. Wówczas przypomniałbym sobie wszystko, co mi wycierpieć kazali, i oddałbym im z okładem złe, co mi wyrządzili. Lubię rozkazywać i rozkazywać będę. Lubię być chwalony i będą mnie chwalić. Będę miał na żołdzie cały zastęp pochlebców, błaznów i pasożytów i będę do nich mówił, jak do mnie mówiono: „Nuże, gałgany, bawić mnie!" i będą mnie bawić; „szarpać mi ludzi uczciwych", i będą ich szarpać, jeśli się jeszcze
znajdą tacy. Będziemy mieć dziewczęta; będziemy sobie mówić „ty", gdy będziem podchmieleni; będziemy się upijać, opowiadać sobie bajdy, popełniać wszelkiego rodzaju zdrożności i występki: to będzie rozkoszne! Udowodnimy, że Voltaire nie ma geniuszu; że Buffon, zawsze na szczudłach chodzący, jest nadęty; że Montesquieu jest tylko pięknoduchem; odeślemy d'Alemberta do jego matematyki. Oćwiczymy po grzbietach i brzuchach takich Katonków jak wy, którzy gardzicie nami z zawiści, których skromność jest pokostem dumy i których wstrzemięźliwość jest z rozkazu biedy. A co do muzyki! Wówczas dopiero będziemy muzykować.

Ja
Po godnym użytku, jaki uczyniłby pan z bogactwa, widzę, jaka to wielka szkoda, że jesteś żebrakiem. Żyłbyś wówczas w sposób dla rodzaju ludzkiego zaszczytny, z wielką korzyścią dla współobywateli, z wielką chwałą dla siebie.

On
Lecz zda mi się, że kpisz ze mnie, panie filozofie; nie wiesz, z kogo się naśmiewasz; nie przypuszczasz, że w tej chwili przedstawiam najpotężniejsze stronnictwo w mieście i na dworze. Nasi bogacze wszystkich sta nów powiedzieli to sobie lub nie powiedzieli tego, com panu zwierzył; lecz faktem jest, że życie, które prowadziłbym w ich położeniu, jest najdokładniej ich życiem. Oto, do czegoście doszli; zdaje wam się, że to samo szczęście zgotowane jest dla wszystkich. Co za złudzenie! Wasze szczęście wymaga romansowego ducha, którego my nie mamy, osobliwej duszy, szczególnego smaku. Dziwactwo to ozdabiacie mianem cnoty, nazywacie je filozofią; lecz jestże cnota, filozofia stworzona dla całego świata? Niech ją ma, kto może, niech ją za-
chowu je, kto może. Wyobraźcie sobie świat mądrym i filozoficznym: przyznajcie, że byłby diabelnie smutny. Otóż niech żyje filozofia, niech żyje mądrość Salomona: pić dobre wina, połykać smaczne potrawy, żyć z pięknymi kobietami, sypiać w mięciuchnych łóżkach — poza tym wszystko marność.

Ja
Jak to? A bronić ojczyzny?

On
Marność! Nie ma już ojczyzny: od bieguna do bieguna widzę tyranów i niewolników.

Ja
A służyć przyjaciołom?

On
Marność! Maż się przyjaciół? Gdyby się ich miało, byłożby trzeba zmieniać ich w niewdzięczników? Spójrz pan dobrze, a ujrzysz, że prawie zawsze odbiera się niewdzięczność za oddane usługi. Wdzięczność jest cię żarem, a każdy ciężar jest na to, by go zrzucić.

Ja
Mieć urząd w społeczeństwie i spełniać jego obowiązki?

On
Marność! Cóż znaczy mieć urząd czy go nie mieć, jeśli się jest bogatym; bo przyjmuje się urząd tylko na to, by stać się bogatym. Spełniać swe obowiązki, do czego to prowadzi? Do zazdrości, do niepokoju, do prześladowania. Czy w ten sposób wybija się człowiek? Nadskakiwać, do diaska! Bywać u wielkich, badać ich upodobania, popierać ich zachcianki, służyć ich występ kom, uznawać ich niesprawiedliwość, oto tajemnica.
Ja
A czuwać nad wychowaniem swych dzieci?

On
Marność! To rzecz nauczyciela.

Ja
Lecz jeśli ten nauczyciel, przejęty pańskimi zasadami, zaniedbuje swe obowiązki, któż będzie tym ukarany?

On
Na honor! Przecie nie ja, lecz może mąż mojej córki lub żona mego syna.

Ja
Lecz jeśli jedno i drugie wpadnie w rozpustę i występki?

On
To odpowiada ich pochodzeniu.

Ja
A jeśli się zhańbią?

On
Cokolwiek człowiek czyni, nie hańbi się, gdy jest bogaty.

Ja
Jeśli się zrujnują?

On
Tym gorzej dla nich!

Ja
Widzę, że jeśli zaniechasz pan dozoru nad prowadzeniem się swojej żony, swoich dzieci, swych domowników, to będziesz zaniedbywać też swe interesy.

On
O, wybaczy pan: trudno jest czasem znaleźć pieniądze, dlatego mądrze jest być przezornym.

Ja
I mało będziesz troszczyć się pan o swoją żonę?

On
Zgoła nic, jeśli rzec wolno. Sądzę, że najlepszym postępowaniem z drogą swą połowicą jest: pozwolić jej robić to, co jej się podoba. Czy wedle pańskiego zdania, społeczność nie byłaby bardzo interesująca, gdyby każdy w niej myślał tylko o sobie i swojej sprawie?

Ja
Czemużby nie? Wieczór nigdy dla mnie nie jest piękniejszy jak wtedy, gdym zadowolony z swego poranka.

On
Dla mnie także.

Ja
Tym, co ludzi światowych tak trudnymi do zadowolenia czyni w ich przyjemnościach, jest ich głębokie
próżniactwo.

On
Mylisz się pan, dosyć zabiegają.

Ja
Ponieważ nigdy się nie nużą, nie odpoczywają nigdy.

On
Mylisz się pan, są zawsze znużeni.

Ja
Przyjemność jest zawsze dla nich rzemiosłem, nigdy potrzebą.
On
Tym lepiej i potrzeba jest zawsze męką.

Ja
Zużywają w sobie wszystko. Dusza ich tępieje, opanowywa ich nuda. Kto by im odebrał życie pędzone wśród przytłaczającego dostatku, wyświadczyłby im przysługę: ponieważ znają tylko tę część szczęścia, na którą tępieje się najprędzej. Nie gardzę rozkoszami zmysłów: mam także podniebienie, któremu dogadza smaczna potrawa lub wyborne wino; mam serce i oczy i lubię patrzeć na piękną kobietę, obejmować ją ramieniem, wargi do warg jej przyciskać, pić rozkosz z jej oczu i ginąć z rozkoszy na jej piersi. Czasem hulanka z przyjaciółmi, nawet nieco burzliwa, nie jest mi zgoła niemiła; lecz nie ukrywam, że nieskończenie milszym dla mnie jeszcze jest pomóc nieszczęśliwemu, załagodzić drażliwą sprawę, dać -zbawienną radę, przeczytać książkę przyjemną, pójść na przechadzkę z mężczyzną lub drogą sercu mojemu kobietą, spędzić kilka pouczających godzin z mymi dziećmi, napisać dobrą stronicę, spełnić obowiązek mego zawodu i tej, którą kocham, rzec słowa czułe i słodkie, nagrodzone uściskiem jej ramion. Znam czyny, za których spełnienie oddałbym wszystko, co posiadam. „Mahomet" jest pięknym dziełem; lecz wolałbym do czci przywracać pa mięć Calasów. Jeden z moich przyjaciół schronił się do Kartaginy; był to młodszy syn rodziny w kraju, gdzie zwyczaj przekazuje całe mienie najstarszemu. Tam dowiaduje się, że jego brat starszy, psute dziecko, ograbił swoich zbyt słabych rodziców z wszystkiego, co posiadali, wypędził ich z zamku i że poczciwi staruszkowie w małej mieścinie prowincjonalnej marnieją w ubóstwie. Co czyni wówczas syn młodszy, który surowo przez rodziców chowany, poszedł szukać szczęścia w dalekim świecie? Posyła im zasiłek; spiesznie załatwia swe sprawy, wraca bogaty, sprowadza ojca i matkę do swego domu, za mąż wydaje swe siostry. Ach! drogi Rameau, ten człowiek uważał tę chwilę za najszczęśliwszą w swym życiu; ze łzami w oczach opowiadał mi o tym; a ja mówiąc to panu czuję, że serce mi bije z radości i głos się rwie ze wzruszenia.

On
Dziwne z was istoty.

Ja
To z was pożałowania godne istoty, jeśli nie pojmujecie, że można się wznieść ponad los i że niemożliwe jest być nieszczęśliwym po spełnieniu dwóch tak pięknych, jak te, czynów.

On
Oto rodzaj szczęścia, z którym trudno by mi było się oswoić, bo rzadko się go spotyka. Więc sądzi pan, że należałoby być uczciwym?

Ja
By być szczęśliwym, to pewna.

On
Tymczasem widzę nieskończenie dużo ludzi uczciwych, którzy nie są szczęśliwi, a nieskończenie wielu szczęśliwych, którzy uczciwymi nie są.

Ja
Tak się panu zdaje.

On
A czyż nie dlatego, że miałem chwilę zdrowego rozsądku i szczerości, braknie mi dzisiaj wieczerzy?
Ja
O, nie! jeno dlatego, żeś pan ich nie miał zawsze, żeś nie czuł zawczasu, iż trzeba sobie zdobyć środki wolne od służalstwa.

On
Wolne czy nie, te, którem ja sobie zdobył, są przynajmniej najwygodniejsze.

Ja
I najmniej pewne, i najmniej uczciwe.

On
Lecz najstosowniejsze dla mego charakteru nieroba,

Ja
To prawda.

On
I ponieważ mogę zyskać szczęście przez przywary, które mi są wrodzone, które zdobyłem bez pracy, które zachowuję bez wysiłku, które odpowiadają obyczajom mego narodu, które są w guście moich opiekunów i bardziej godzą się z ich osobistymi potrzebami niż niewygodne im cnoty, oskarżające ich od rana do nocy, więc byłoby dziwactwem dręczyć się jak dusza po tępiona, by się wykrzywiać i stać się innym, niż jestem, by narzucić sobie obcy mi charakter, właściwości — przyznaję, by się nie sprzeczać — bardzo szacowne, lecz które by mi z trudem przyszło zdobyć i w życiu stosować, i które by mnie do niczego nie doprowadziły, może do czegoś gorszego niż nic; boć to ustawiczna satyra na bogaczy, u których boku żebracy, jak ja, szukają chleba. Chwali się cnotę, lecz się jej nienawidzi, umyka się przed nią, marznie się przy niej z zimna; a na tym świecie trzeba mieć ciepłe nogi;
a potem byłbym niechybnie w najgorszym humorze: bo dlaczegóż ludzie bogobojni są często tak twardzi, tak gniewni, tak nietowarzyscy? Bo narzucili sobie za danie, które im nie jest wrodzone; cierpią, a gdy się cierpi, sprawia się innym cierpienie: to nie dla mnie ani dla moich opiekunów; mam być wesoły, giętki, żartobliwy, śmieszny, zabawny. Cnota każe się szanować, a szacunek jest niewygodny; cnota każe się podziwiać, a podziw nie jest zabawny. Mam do czynienia z ludźmi, którzy się nudzą, i muszę ich pobudzać do śmiechu. A że śmieszność i szaleństwo pobudza do śmiechu, muszę być śmieszny i szalony; a gdyby mnie natura takim nie stworzyła, to najprościej byłoby udawać takiego. Na szczęście nie potrzebuję być obłu dnikiem; i tak jest ich już dość, wszelakiej barwy, nie licząc tych, którzy okłamują samych siebie! Kawaler de La Morliére, który kapelusz nasuwa na ucho, nos do góry zadziera, który na przechodnia patrzy przez ramię, którego długa szpada bije po pośladku, który ma zawsze gotową obelgę dla chodzącego bez broni i zdaje się wyzywać każdego napotkanego, cóż robi? Wszystko, co może, by siebie przekonać, że jest mężny; lecz jest tchórzem. Dajcie mu szczutka w nos, a on go przyjmie ze słodyczą. Chcecie, by zniżył głos, to podnieście swój, pokażcie mu kij lub dajcie mu kopniaka w za dek. Zgoła zdumiony, że jest tchórzem, zapyta was, kto wam to powiedział, skąd o tym wiecie: on sam jeszcze o tym przed chwilą nie wiedział; ciągłym małpowaniem odwagi wmówił ją w siebie — tak to udawał, aż w to uwierzył. A owa pani, która się umartwia, która od wiedza więzienia, która należy do wszystkich towarzystw miłosierdzia, która kroczy z oczyma spuszczonymi, która nie śmiałaby w twarz spojrzeć mężczyźnie — ciągle na straży przeciw pokusom zmysłowym: czy to wszystko przeszkadza, że serce jej płonie, że wyrywają się jej z piersi westchnienia, że zapala się jej temperament, że obsiadają ją żądze i że wyobraźnia maluje jej nocą gwałtowne, kuszące obrazy? I co się z nią dzieje? Co myśli sobie pokojówka, gdy zrywa się z łóżka i leci na pomoc swej pani, która omdlewa! Justyno, wracaj do łóżka; nie ciebie przyzywała twa pani w gorączce. I gdyby przyjaciel Rameau zaczął pewnego dnia okazywać pogardę dla szczęścia, kobiet, dobrego jedzenia, próżniactwa, gdyby zaczął katonizować, czymże by był? Obłudnikiem. Niech Rameau będzie, czym jest, zbójem wśród zbójów bogatych, a nie samochwałem cnoty lub człowiekiem cnotliwym, zjadającym swą skórkę z chleba, sam lub u boku żebraków. Krótko i węzłowato: nie godzę się na szczęśliwość ani na roz kosze kilku wizjonerów jak pan.

Ja
Widzę, mój przyjacielu, że nie wiesz, co to za szczęśliwość, i że niezdolnyś to zrozumieć.

On
Tym lepiej, do diaska! tym lepiej, inaczej zdechłbym
z głodu, z nudów, a może i z wyrzutów sumienia.

Ja
Wobec tego jedyną radą, jaką mógłbym dać panu, jest wrócić jak najszybciej do domu, skąd nieroztropnie dałeś się wygnać.

On
I czynić to, co pan pochwala w znaczeniu istotnym, a co we mnie w przenośnym znaczeniu wstręt budzi.

Ja
Tak myślę.

On
Mimo że tę przenośnią tu trudno by mi było stosować, choć gdzie indziej stosuję ją chętnie.

Ja
To szczególne.

On
Nie ma w tym nic szczególnego; chcę być podły, lecz bez przymusu. Chcę poniżyć się w swej godności...
Śmieje się pan?

Ja
Tak, pańska godność śmiech we mnie budzi.

On
Każdy ma swoją. Chętnie o swojej zapomnę, lecz wedle swego upodobania, nie na cudzy rozkaz. Mianoż by mi powiedzieć: pełzaj! i byłżebym obowiązany pełzać? Robak pełza i ja pełzam; czynimy to obaj, gdy się nam to zostawia do woli, lecz podnosimy łeb do góry, gdy nam się nastąpi na ogon; nadeptano mi na ogon i będę łeb do góry podnosił. Zresztą nie masz pan po jęcia o tej wieży babilońskiej. Wyobraź sobie osobę smętną i mrukliwą, zawsze skwaszoną, owiniętą trzy, cztery razy szlafrokiem, która obmierzła sobie samej, której obmierzło wszystko; człowieka, którego ledwo można pobudzić do śmiechu wykręcając sobie ciało i ducha na sto różnych sposobów; który zimno patrzy na żartobliwe grymasy mej twarzy i jeszcze zabawniej sze skoki dowcipu; bo, między nami mówiąc, ten oj ciec Noél , ten podły benedyktyn, tak sławiony dla swoich grymasów, jest mimo swe powodzenie u dworu, nie chwaląc siebie ani jego, w porównaniu ze mną drewnianym błaznem. Dobrze się muszę namęczyć, by osiągnąć wykwit domu wariatów; wszystko na nic.
Śmiejeż się on? czy się nie śmieje? — oto jak muszę się pytać wśród swych łamańców; i sam pan możesz osądzić, jak bardzo niepewność taka przeszkadza talentowi. Mój hipochondryk wetknąwszy głowę w czapkę nocną, która mu oczy zasłania, wygląda jak nieruchoma pagoda, której przywiązano by sznurek do brody, zwisający aż pod fotel. Czeka się, by sznurek się ruszył, a on się nie rusza; lub jeśli zdarza się, że szczęka otworzy się wpół, to po to, by wykrztusić słowo do prowadzające do rozpaczy, słowo, które ci mówi, że nie zauważono cię wcale i że wszystkie twoje mał piarstwa są daremne. To słowo jest odpowiedzią na pytanie, któreś zadał mu cztery dni temu; słowo wy- powiedziane — sprężyna żuchwy wiotczeje i szczęka się zamyka. (Zaczął naśladować owego męża. Siedział na krześle trzymając głowę nieruchomo, w kapeluszu aż na powieki zsuniętym, z półprzymkniętymi oczyma, z rękoma zwieszonymi, poruszając szczęką jak auto mat i mówiąc: „Tak, ma pani słuszność, tu trzeba de likatności.") I tak rozstrzyga zawsze, bez odwołania, rano, wieczór, w gotowalni, przy obiedzie, przy kawie, przy grze, w teatrze, przy wieczerzy, w łóżku i bogdaj czy nie w ramionach swojej kochanki. Nie miałem sposobności słyszeć tych ostatnich rozstrzygnięć, lecz jestem diabelnie znużony tamtymi... Smutny, nieodgadniony, rozstrzygający jak przeznaczenie jest nasz chlebodawca. Naprzeciw niego błaźnica, udająca po wagę, której można by przyznać, że jest ładna, bo jest ładna, choć ma tu i ówdzie na twarzy kilka krost i zbliża się objętością do pani Bouvillon. Lubię ła dne ciało, lecz czego nadto, tego nadto, a ruch jest tak bardzo istotą materii! Item jest ona złośliwsza, za rozumialsza i głupsza niż gęś. Item chce być dowcipna. Item trzeba ją przekonywać, że się wierzy, iż ma dowcipu więcej niż ktokolwiek. Item nie wie to o ni-
czym, a też chce rozstrzygać. Item trzeba oklaskiwać jej sądy rękami i nogami, skakać z radości i mdleć z po dziwu. „Jakież to piękne, wytworne, dobrze powiedziane, subtelnie spostrzeżone, osobliwie odczute! Skądże to kobietom przychodzi? Bez studiów, mocą samego in stynktu, z darów przyrodzonych! To graniczy z cudem! I niechże nam potem mówią, że doświadczenie, nauka, rozmyślania, wychowanie cośkolwiek znaczą!..." I inne podobne głupstwa się plecie płacząc z radości, zginając się dziesięć razy na dzień, z jednym kolanem wprzód podanym, a drugie wlokąc za sobą, z rękoma wyciągniętymi ku bogini, pragnienia jej zgadując z oczu, wisząc u jej ust oczyma, czekając jej rozkazu i znikając jak błyskawica. Któż by chciał podjąć się podobnej roli, jeśli nie biedak, który dwa lub trzy razy na tydzień może tam uciszyć zmartwienie swoich wnętrzności? Cóż jednak rzec o innych, takich jak Palissot, Fréron, Poinsinetowie, Baculard, którzy nie są ubodzy i których nikczemności nie może usprawiedliwić burczenie w brzuchu cierpiącym?

Ja
Nie byłbym nigdy przypuszczał, żeś pan tak surowy.

On
Nie jestem też wcale. Z początku patrzałem, jak czynią inni, i robiłem jak oni, nawet nieco lepiej, bo jestem bezwstydniejszy, bardziej komediancki, głodniejszy i lepszymi wyposażony płucami. Prawdopodobnie po chodzę w prostej linii od sławnego Stentora... (I aby dać mi właściwe wyobrażenie o sile swych wnętrzności, zaczął kaszleć tak gwałtownie, że szyby kawiarni drżały i szachiści oderwali od gry uwagę.)

Ja
Lecz na cóż ten talent?
On
Nie zgaduje pan?

Ja
Nie, jestem trochę ograniczony.

On.
Przypuśćmy, że toczy się sprzeczka, a zwycięstwo nie pewnej powstaję, podnoszę głos i mówię: „Sprawa ma się tak, jak pani zapewnia... oto co się zwie sądzić! O zakład idę z wszystkimi naszymi pięknoduchami. Wyrażenie jest genialne..." Lecz nie można zawsze w jeden sposób chwalić, byłoby się jednostajnym, miałoby się pozór fałszywca, byłoby się płaskim. Ocalić może tylko zdolność sądzenia i płodność; trzeba umieć przygotować tony potężne i stanowcze, pochwycić sposobność i chwilę. Kiedy na przykład mniemania się dzielą, gdy sprzeczka dochodzi do najwyższego stopnia namiętności, gdy już jeden nie rozumie drugiego, gdy wszyscy mówią na raz, wówczas trzeba się trzy mać w kącie pokoju jak najdalej od pola bitwy i przygotowawszy swój wybuch długim milczeniem wpaść nagle jak bomba między walczących. Nikt nie umie tego lepiej ode mnie. Lecz zdumiewam czymś zgoła przeciwnym: wydobywam z siebie tony ciche, którym towarzyszy uśmiech, rozporządzam nieskończoną rozmaitością min pochwalnych; wówczas wciągam do gry nos, usta, czoło, oczy; mam zwinność lędźwi, sposób wykręcania kręgosłupa, wzruszania ramionami, rozciągania palców, pochylania głowy, zamykania oczu i zdumiewania się, jak gdybym słyszał głos anielski i boski dochodzący z nieba. To dopiero pochlebia. Nie wiem, czy rozumie pan całą moc ostatniej postawy; nie ja jestem jej wynalazcą, lecz nikt nie prześcignął mnie w wykonaniu. Patrz pan.

Ja
To rzeczywiście niebywałe.

On
Czy sądzi pan, że istnieje mózg kobiecy, który by oparł się temu?

Ja
Nie. Trzeba przyznać, że doprowadził pan talent błaznowania i upadlania się jak można najdalej.

On
Choćby nie wiedzieć co robili, wszyscy, ilu ich jest, nie dojdą nigdy do tego; najlepszy z nich, Paissot na przykład, będzie zawsze tylko dobrym uczniem. Lecz jeśli taka rola bawi z początku i jeśli się czuje pewną przyjemność, kpiąc w duszy z głupoty tych, których się oszałamia, z czasem to już nie podnieca i potem, po pewnej liczbie odkryć, powtarzamy się: dowcip i sztuka mają granice. Tylko przed Bogiem i kilkoma rzadkimi geniuszami otwiera się droga, w miarę jak nią kroczą. Bouret jest może jednym z nich; zdobywa się on na pociągnięcia, które mnie, tak, nawet mnie, najwyższe dają o nim wyobrażenie. Piesek, książka o szczęśliwości, pochodnie na drodze wersalskiej to rzeczy, które wprowadzają mnie w za kłopotanie i upokarzają; to mogłoby obmierzić rze miosło.

Ja
Co rozumie pan przez pieska?

On
Skądżeś pan tu spadł? Jak to! nie wie pan naprawdę, jak ten rzadki człowiek zdołał małego pieska odzwyczaić od siebie, a przyzwyczaić do kanclerza, który go sobie upodobał?
Ja
Nie wiem tego, wyznają.

On
Tym lepiej; jest to jedna z najpiękniejszych rzeczy, ja kie sobie wyobrazić można; cała Europa była nią zdumiona i nie ma dworaka, w którym by nie wzbudziła zazdrości. Nie brak panu przecie bystrości, zobaczylibyśmy, co byś był uczynił na jego miejscu. Pomyśl pan, że piesek ogromnie lubił Boureta, że biedne stworzenie bało się dziwacznego stroju ministra; pomyśl, że było tylko osiem dni dla pokonania trudności. Trze ba znać wszystkie warunki zadania, by ocenić zasługę rozwiązania go.

Ja
Muszę przyznać, że nawet najłatwiejsze sprawy tego
rodzaju wprawiłyby mnie w zakłopotanie.

On
Słuchaj pan (mówi, klepiąc mnie po ramieniu, bo się spoufala), posłuchaj i podziwiaj. Każe sobie zrobić maskę, podobną do kanclerza; pożycza od pokojowca przestronną togę; przyzywa swego psa, pieści go, daje mu ciastka; potem nagle zmienia się dekoracja; nie ma już kanclerza, jest Bouret, który przyzywa go i smaga. Po dwóch, trzech dniach takiego nieustannego ćwicze nia od rana do wieczora, uczy się pies uciekać od Bou reta finansisty do Boureta kanclerza. Lecz jestem zbyt dobry; jesteś pan profanem niegodnym dowiady wać się o cudach dziejących się koło ciebie.

Ja
Mimo to, proszę pana, powiedz mi, jak to było z książką, z pochodniami?

On
Nie, nie. O tym ktokolwiek panu może opowiedzieć — korzystaj ze sposobności, która nas zbliżyła, by dowiedzieć się o rzeczach, których nikt nie wie prócz mnie.

Ja
Ma pan słuszność.

On
Pożyczyć suknię i perukę — zapomniałem o peruce kanclerza, postarać się o maskę do niego podobnąt Szczególnie pomysł maski mnie oszałamia. Przeto człowiek ten cieszy się najwyższym poważaniem; przeto posiada miliony. A odznaczeni krzyżem świętego Ludwika nie mają chleba; po cóż więc uganiać się za zdobyciem krzyża narażając własną skórę, zamiast wybrać stan, w którym nic nie grozi, a nie brak nigdy zapłaty! Oto, co znaczy dążyć do wielkości. Te wzory odbierają odwagę: człowiek trapi się i lituje nad sobą. Maska! maska! Dałbym palec własny za wynalazek maski.

Ja
Lecz posiadając taki zapał dla pięknych rzeczy i tę właściwą panu zręczność, nie wynalazłeś niczego?
On
Wybacz pan — a ruch pleców mający wyrażać po dziw, o czym ci opowiadałem; uważam go za swą własność, choćby mi może zaprzeczyli zawistni. Wiem, że stosowano go przedtem; lecz kto odczuł, jaki on wy godny, by skrycie śmiać się z głupca, któremu się schlebia? Mam sto sposobów uwiedzenia niepostrzeżenie młodej dziewczyny pod bokiem matki, a nawet zrobienia tej współwinną. Ledwo rozpocząłem karierę, wzgardziłem wszystkimi pospolitymi sposobami podsuwania listów miłosnych; mam dziesięć sposobów, by pozwolić je sobie wyrwać, a między nimi nowe, jak śmiem sobie pochlebiać. Przede wszystkim posiadam talent dodawania odwagi nieśmiałym młodzieńcom; doprowadziłem do celu niejednego, który nie miał ani dowcipu, ani prezencji. Gdybym to spisał, sądzę, że przyznano by mi trochę geniuszu.

Ja
Zyskałby pan niezwykłą sławę.

On
Nie wątpię.

Ja
Na pańskim miejscu utrwaliłbym te rzeczy na papierze. Szkoda byłoby, gdyby zaginęły.

On
To prawda; lecz nie wyobraża pan sobie, jak mało przy wiązuję wagi do metody i przepisów. Komu potrzeba protokołu, nie zajdzie nigdy daleko; geniusze czytają mało, działają dużo i tworzą sami siebie. Pomyśl: Cezar, Turenne, Vauban, markiza de Tencin, jej brat kardynał i jego sekretarz, ksiądz Trublet. A Bouret? Któż dawał lekcje Bouretowi? Nikt; natura kształci tych rzadkich ludzi. Myśli pan, że historia z psem i maską jest opisana gdziekolwiek?

Ja
A w owych godzinach, gdy niepokój pańskiego pustego żołądka lub zmęczenie przepełnionego sen odbiera...

On
Pomyślę o tym; lepiej opisywać rzeczy wielkie niż wykonywać małe. Wtedy dusza się wznosi, wyobraźnia
się rozgrzewa, zapala, rozszerza, a ścieśnia się, gdy trzeba, przy małej Hus, dziwić się oklaskom, którymi ta głupia publiczność uporczywie zasypuje tę mizdrzącą się Dangeville, która gra tak płasko, która prawie we dwoje zgięta chodzi po scenie, która przesadnie patrzy w oczy każdemu, z kim mówi, i grymasy swe za wytworność uważa, a dreptanie za wdzięk; potem tę przesadną Clairon, która jest chudsza, sztuczniejsza, bardziej wymuszona i sztywna, niżby wyrazić można. Ta głupia widownia oklaskuje je, aż wszystko się wali, i nie spostrzega, że jesteśmy kłębkiem wdzięków (prawda, że kłębek nieco grubieje, lecz cóż to znaczy?), że mamy najpiękniejszą skórę, najpiękniejsze oczy, najładniejszy buziak; mało duszy, to prawda; chód nie bardzo lekki, lecz też nie tak niezgrabny, jak się opowiada. Za to co do uczucia, to żadnej nie ustępujemy.

Ja
Cóż to ma znaczyć? Czy to ironia, czy prawda?

On
Nieszczęściem to diabelskie uczucie jest tak ukryte głęboko, że nie prześwieca zgoła na zewnątrz. Lecz ja, który to panu mówię, wiem dobrze, że je ma. Jeśli to nie uczucie, to w każdym razie coś podobnego. Trzeba widzieć, kiedy złość nas chwyta, jak obchodzimy się ze służącymi, jak policzkujemy pokojówki, jak gwałtow nym kopnięciem godzimy w naszą kontrolę generalną, gdy uchyla się nieco od okazywania należnego nam szacunku. To diabełek, powiadam panu, pełny uczucia i godności... Oho, nie może się pan połapać, niepra wdaż?

Ja
Przyznaję, że nie mogę odgadnąć, czy w dobrej pan mówi wierze, czy złośliwie. Jestem człowiek prosty.

Bądź łaskaw mówić ze mną zwyczajnie i zaniechać tego
sposobu...

On
Tak mówię przy małej Hus o Dangeville i o Clairon, wtrącając tu i ówdzie słów kilka, które pana niepokoją. Możesz uważać mnie za nicponia, lecz nie za głupca; a chyba tylko głupiec lub człowiek szalejący z miłości mógłby poważnie mówić tyle głupstw.

Ja
Lecz jakże można zdobyć się na takie słowa?

On
Tego się nie robi od razu; dochodzi się do tego powoli. Ingenii largitor venter.

Ja
Trzeba być bardzo głodnym.

On
To możliwe; jednakże, chociaż tak strasznie niedorzecznym się to panu zdaje, wierz mi, że ci, do których to zwrócone, są bardziej przyzwyczajeni do słuchania ta- kich rzeczy niż my do ich mówienia.

Ja
Czy miałby ktokolwiek odwagę być pańskiego zdania?

On
Kogo nazywa pan kimkolwiek? Jest to zdanie i opinia całego towarzystwa.

Ja
Jeśli więc nie jesteście wielkimi nicponiami, musicie być wielkimi głupcami.
On
Głupcami? Zapewniam pana, że jest tylko jeden: ów, który nas gości, by go za to zwodzić.

Ja
Lecz jakże można dać się tak głupio zwodzić? Bo przecież wyższość talentu Dangeville i Clairon jest bez sporna.

On
Połyka się pełnym haustem kłamstwo, które nam schlebia, a pije się kroplami prawdę, która jest nam gorzka. A zresztą moja twarz ma wtedy wyraz takiego przejęcia się, takiej szczerości...

Ja
Jednak musiał pan zgrzeszyć raz przeciw zasadom swej sztuki i musiało ci się wymknąć przez nieuwagę kilka z tych prawd gorzkich, które ranią. Bo mimo nędzną, nikczemną, podłą i wstrętną rolę, którą grasz, sądzę, że w gruncie masz duszę subtelną.

On
Ja? Zgoła nie. Niech mnie diabli porwą, jeśli wiem, czym w gruncie jestem! Na ogół mam umysł obraca jący się jak kula, a charakter giętki jak łoza. Nie jestem nigdy fałszywy, jeśli korzystnym mi jest być szczerym; nigdy szczery, gdy z pożytkiem mi jest być fałszywym. Mówię, co mi na język przychodzi: mą drze — tym lepiej; niedorzecznie — nie zważa się na to. Korzystam w pełni ze swobody słowa. Nie myślałem w swoim życiu, ani zanim co rzekłem, ani gdy mówiłem, ani gdym już powiedział; nikogo też nie obrażam.

Ja
A jednak zdarzyło się to panu z tymi poczciwymi ludźmi, u których żyłeś i którzy okazywali ci tyle dobroci.

On
Czegóż pan chce? To nieszczęście, zła chwila, jakie zdarzają się w życiu; nie ma ciągłego szczęścia; było mi zbyt dobrze, to nie mogło trwać. Mamy, jak pan wie, najliczniejsze, najwybrańsze towarzystwo; nasz dom to szkoła ludzkości, odnowienie starodawnej gościnności: zbieramy wszystkich upadłych poetów, mieliśmy Palissota po „Zarés", Breta po „Faux généreux", wszystkich osławionych muzyków, wszystkich auto rów, których nikt nie czyta, wszystkie wygwizdane aktorki, wszystkich wysykanych aktorów, bezlik wstydliwych biedaków, płaskich pasożytów, na których czele mam zaszczyt stać jako dzielny wódz lękliwej gromady. Gdy pierwszy raz przychodzą, ja to zachęcam ich do jedzenia, żądam dla nich napitku; zajmują tak mało miejsca! Kilku młodych obszarpańców, którzy nie wiedzą, gdzie głowę skłonić, lecz mają piękną postawę; łotrów, którzy głaszcząc usypiają chlebodawcę, by po nim zbierać pokłosie na chlebodawczy ni. Zdajemy się weseli: lecz w głębi jesteśmy kwaśni i głodni. Wilki nie są głodniejsze ani tygrysy żarłoczniejsze. Pożeramy jak wilki, gdy ziemię od dawna śnieg kryje, jak tygrysy rozrywamy wszystko, co od niosło sukces. Czasem zejdą się kliki Bertina, Mésenge'a i Villemoriena; pięknyż to wtedy ryk w zwie rzyńcu. Nigdy nie widziano razem tylu bestii smutnych, opryskliwych, złośliwych i gniewnych. Słychać tylko nazwiska Buffon, Duclos, Montesquieu, Rousseau, Voltaire, d'Alembert, Diderot, i Bóg wie jakie przypinają im łatki. Nikt nie ma talentu, jeśli nie jest tak głupi jak my. Tam to poczęto plan „Filozofów"; ja to dostarczyłem sceny z przekupniem książek na wzór „Teologii od kądzieli" . Nie szczędzi się tam również pana.

Ja
Tym lepiej! Może wyrządza mi się więcej zaszczytu, niż na to zasługuję. Byłbym upokorzony, gdyby ci, co tyle złego mówią o tak zdolnych i uczciwych ludziach, ośmielili się dobrze mówić o mnie.

On
Jest nas wielu i każdy musi płacić za swój poczęstunek. Po wielkich kozłach ofiarnych przychodzi kolej na małe.

Ja
Lżyć wiedzę i cnotę, by móc żyć, drogi to chleb!

On
Jużem panu mówił: jesteśmy bez konsekwencji; lżymy świat cały i nie obrażamy nikogo. Czasem znajdzie się u nas abbé d'Olivet, gruby abbé Le Blanc, obłudnik Batteux. Gruby abbé jest złośliwy tylko przed obiadem. Po kawie rzuca się na fotel, opiera nogi o gzyms kominka i zasypia jak stara papuga na drążku. Gdy zgiełk staje się zbyt głośny, ziewa, przeciąga ramiona, przeciera oczy i mówi: „Co to? co to?"
— Chodzi o to, czy Piron ma więcej talentu niż
Voltaire.
— Porozumiejmy się: mówicie o talencie? czy nie
chodzi o smak, bo o smaku wasz Piron nie ma pojęcia.
— Nie ma pojęcia?
— Nie...
I oto wpadliśmy w rozprawę o smaku. Wówczas nasz
chlebodawca daje znak ręką, by go słuchać, bo przede

wszystkim rości sobie pretensję do smaku: „Smak, mówi, smak to coś..." Na honor, nie wiem, czym miał być smak według niego, ani on sam nie wiedział. Bywa czasem przyjaciel Robbé; raczy nas swymi dwuznacznymi bajkami, cudami jansenistów, których naocznym był świadkiem, a czasem pieśnią swego poematu o rzeczy, którą zna gruntownie. Nienawidzę jego wierszy, lecz lubię, gdy je wygłaszaj ma wygląd opętanego. Wszyscy krzyczą wkoło niego: „Oto co się zwie poeta!" Między nami mówiąc, cała ta poezja jest tylko wrzawą rozmaitych pogmatwanych dźwięków, barbarzyńskim zgiełkiem mieszkańców wieży Babel. Bywa tam także pewien błazen o wyglądzie płaskim i głupim, lecz ma on więcej rozumu niż diabeł, a złośliwości więcej niż stara małpa. Jest to jedna z tych postaci, proszących się o kpiny i prztyczka w nos i przez Boga stworzonych dla poprawy ludzi, którzy sądzą wedle twarzy, a których zwierciadło powinno było nauczyć, że można równie łatwo być człowiekiem rozumnym i mieć minę głupca, jak też, że głupiec kryć się może pod uduchowionym obliczem. Podłością jest powszechną poświęcać zabawie drugich uczciwego człowieka; a zawsze celuje się w niego; jest to łapka, którą nastawiamy na nowych przybyszów, i nie widziałem prawie nikogo, kto by w nią nie wpadł. (Niekiedy podziwiałem słuszność spostrzeżeń tego szaleńca o ludziach i charakterach i wyznałem mu to.) Ze złego towarzystwa — rzekł — można korzystać jak z rozpusty; stratę niewinności nagradza strata przesądów; w towarzystwie złych, gdzie występek ukazuje się z podniesioną maską, uczymy się ich poznawać; po za tym czytałem nieco.

Ja
Cóżeś pan czytał?

On
Czytam, czytałem i wciąż odczytują Teofrasta, Labruyere'a i Moliera.

Ja
To znakomite książki.

On
Są lepsze, niż się pospolicie sądzi; lecz któż umie je
czytać?

Ja
Wszyscy, w miarę swego umysłu.

On
Prawie nikt. Możesz mi pan powiedzieć, czego się w nich szuka?

Ja
Zabawy i nauki.

On
Lecz jakiej nauki? bo o to chodzi.

Ja
Poznania obowiązków, miłości cnoty, nienawiści występku.

On
Ja uczę się z nich wszystkiego, co czynić trzeba, i wszystkiego, czego mówić nie trzeba. Skoro więc czytam „Skąpca", mówię sobie: Bądź skąpy, jeśli chcesz, lecz wystrzegaj się mówić jak skąpiec. Gdy czytam „Świętoszka", mówię sobie: Bądź obłudnikiem, jeśli chcesz, lecz nie mów jak obłudnik. Zachowaj występki, które ci są pożyteczne, lecz strzeż się ich tonu i pozoru, które by cię ośmieszyły. By ustrzec się tonu i pozoru, trzeba je znać, otóż ci autorowie odmalowali je znakomicie. Jestem sobą i zostanę, czym jestem; lecz będę działał i mówił jak przystoi. Nie jestem z ludzi gardzących moralistami; można od nich wiele skorzystać, przede wszystkim od tych, którzy w sztuce przedstawiają moralność. Występek obraża ludzi tylko niekiedy; cechy zewnętrzne występku obrażają ich od rana do nocy. Może lepiej by było być zuchwałym, niż mieć zuchwały wygląd; charakter zuchwały razi tylko czasem, wygląd zuchwały razi zawsze. Zresztą nie myśl pan, że jestem jedynym czytelnikiem tego rodzaju; nie mam innej zasługi nad tę, że z pomocą systemu, słuszności sądu, rozumnego i właściwego spojrzenia czyniłem to, co czynią inni z instynktu. Stąd to pochodzi, że czyta nie nie czyni ich lepszymi ode mnie i że zostają śmiesznymi nie zamierzając tego; natomiast ja jestem śmieszny, gdy chcę, i wówczas zostawiam ich daleko poza sobą; bo ta sama sztuka, która mnie uczy chronić się śmieszności w pewnych okolicznościach, uczy mnie w innych osiągać jej szczyty. Wówczas przypominam sobie wszystko, co inni powiedzieli, wszystko, co czytałem, i dorzucam wszystko, co z mego wyrosło gruntu, mającego w tym względzie płodność zdumiewającą.

Ja
Dobrześ pan uczynił wyznając mi te tajemnice, nie znając ich byłbym cię oskarżał o sprzeczność z samym sobą.

On
Zgoła nie jestem w sprzeczności ze sobą; bo jeśli w jed nym wypadku trzeba unikać śmieszności, to istnieje na szczęście sto wypadków, w których przywdziać ją trzeba. Nie ma lepszej roli u boku wielkich nad rolę błazna. Przez długi czas istniały utytułowane błazny królewskie; nikt nie nosił tytułu mędrca królewskiego. Ja jestem błaznem Bertina i wielu innych, może pań skim w tej chwili lub może pan moim jesteś; kto mądry, nie ma błazna; kto więc ma błazna, nie jest mądry; jeśli nie jest mądry, jest błaznem i może król był błaznem błazna. Zresztą pamiętaj pan, że w rzeczach tak zmiennych jak obyczaje nie ma nic bezwzględnie, istotnie i ogólnie prawdziwego lub fałszywego, prócz tego, by być, czym korzyść być każe, dobrym lub złym, mądrym lub błaznem, poważnym lub śmiesznym, uczci wym lub występnym. Gdyby przypadkiem cnota wiodła do szczęścia, byłbym cnotliwy lub udawałbym cnotę jak inni; chciano mnie śmiesznego i stałem się nim; jeśli jestem występny, natura sama na to łożyła. Mó wiąc występny, używam tylko pańskiego języka; bo gdybyśmy doszli do tłumaczenia, to mogłoby się zda rzyć, że pan nazywałby występkiem, co ja nazywam cnotą, a cnotą, co ja występkiem. Mamy też u siebie autorów z Opery Komicznej, ich aktorów i aktorki, częściej jeszcze ich przedsiębiorców: Corbiego, Moette'a, samych ludzi zaradnych i wielkiej zasługi. A za pomniałem o wielkich krytykach literatury: z „L'Avant Coureur", „Les Petites Affiches", ,,L'Année littéraire" „L'Observateur littéraire", ,,Le Censeur hebdomadai re", o całej szajce pismaków.

Ja
„L'Année littéraire"! „L'Observateur littéraire"! To niemożliwej nie cierpią się.

On
To prawda; lecz wszyscy żebracy godzą się u misy. Ten przeklęty „Observateur littéraire", żeby go diabeł był porwał i jego świstki! To ten pies, ten skąpy abbe, śmierdzący lichwiarz jest przyczyną mego nieszczęścia. Zjawił się na naszym widnokręgu wczoraj po raz pierwszy; przyszedł w godzinie, która nas wszystkich wypędza z jam — w porze obiadu. Jeśli niepogoda, szczęśliwy z nas ten, kto ma na fiakra dwadzieścia cztery sous
w kieszeni! Kto kpił z kamrata, który przyszedł z rana zabłocony aż do pasa i przemoknięty do nitki, wieczór wróci do siebie w tym samym stanie. A był taki jeden, nie wiem już kto, który kilka miesięcy przedtem miał gwałtowną Kłótnię z Sabaudczykiem, odźwiernym naszym; mieli z sobą porachunki: wierzyciel żądał od dłużnika spłaty, ten nie miał pieniędzy, a wchodząc na górę musiał przejść przez ręce tamtego. Siadają do sto- łu: abbé dostępuje zaszczytu, sadzają go na pierwszym miejscu. Wchodzę, spostrzegam go. Jak to — mówię — abbé, prezydujesz? to dobre na dzisiaj, lecz jutro posuniesz się, z łaski swojej, niżej o jeden talerz, pojutrze o drugi talerz i tak o talerz po talerzu, czy to po prawej, czy po lewej stronie, aż z miejsca, które ja raz je den zajmowałem przed tobą, Fréron raz po mnie, Do rat po Fréronie, Palissot po Doracie, usadowisz się obok mnie, biednego, płaskiego jak ty łotra, „chesie do sempre come un maestoso cazzo fra duoi coglioni". Abbé poczciwina, który z niczego nic sobie nie robi, zaczął się śmiać; mademoiselle, uderzona mym zmysłem spostrzegawczym i słusznością mego porównania, zaczęła się śmiać; wszyscy siedzący z lewej i prawej strony abbégo, zepchnięci przezeń o jedno miejsce, zaczęli się śmiać: wszyscy się śmieją, z wyjątkiem pana, który się gniewa i łaje mnie słowami, co nie miałyby żadnego znaczenia, gdybyśmy byli sami...
— Jesteś pan bezczelny!
— Wiem to dobrze i pod tym warunkiem przyjąłeś
mnie pan.
— Łotr!
— Jak i inni.
— Żebrak!
-Byłżebym tu inaczej?
— Wypędzę cię!
— Po obiedzie sam pójdę.
— Radzę to panu...
Podano obiad; nie straciłem ani kąska. Zjadłszy suto,
wypiwszy sowicie (bo z powodu tego, co zaszło, nie
byłbym jadł ni mniej, ni więcej, „messire Gaster"
jest osobą, na którą się nigdy nie dąsałem) zdecydowa-
łem się i zabierałem się do wyjścia; powiedziałem, że
pójdę, w obecności tylu ludzi, że należało tego dotrzy-
mać. Przez długi czas snułem się po mieszkaniu szuka-
jąc laski i kapelusza tam, gdzie ich nie było, i licząc
ciągle na to, że chlebodawca rozleje nowy potok obelg,
że ktoś zacznie pośredniczyć i z pomocą kłótni skoń-
czymy na zgodzie. Krążyłem, krążyłem, bo nic nie mia-
łem na sercu; lecz on chmurniejszy i ciemniejszy niż
Apollo Homera ciskający strzały na wojsko greckie,
w czapce dwa razy niżej nasuniętej niż zwykle, prze-
chadzał się wzdłuż i wszerz, z pięścią u brody. Mademoiselle zbliża się do mnie:
— Ależ, mademoiselle, cóż to się dziś nadzwyczaj-
nego stało? byłżebym dziś inny, niż jestem?
— Proszę odejść.
— Odejdę. Lecz mu nie uchybiłem.
— Wybacz pan; zaprasza się abbégo, a pan...
— On sam uchybił sobie zapraszając abbégo, przyjmując mnie, a ze mną tylu innych hultajów.
— Nuże, miły Rameau, należy przeprosić abbégo.
— Cóż mi z jego przebaczenia?
— Prędko, wszystko się załagodzi...
Bierze mnie za rękę; ciągnie mnie ku krzesłu abbégo,
wyciągam ramiona, patrzę na abbégo z pewnego ro-
dzaju podziwem, bo któż kiedykolwiek prosił tego
abbé o przebaczenie? „abbé, mówię, abbé, nieprawdaż,
że to wszystko jest śmieszne?" I zaczynam się śmiać,
abbé również. Oto ta strona mi przebaczyła; lecz nale-
żało zacząć z drugą — a co tam rzec miałem, było z in-
nej beczki. Nie wiem już dobrze, z jakim zwróciłem się
doń przeproszeniem:
— Panie, oto ten błazen...
— Już od zbyt dawna mi dolega; nie chcę nic wię-
cej słyszeć o nim.
— Gniewa się pan?
— Tak, gniewam się.
— To się już nie zdarzy.
— Żeby pierwszy lepszy łotr...
Nie wiem, czy był to taki dzień złego humoru, kiedy
mademoiselle boi się zbliżyć do niego i tylko przez
rękawiczki tykać go się waży, lub czy źle zrozumiał,
co rzekłem,czy też ja źle rzekłem, dość że stał się gor-
szy niż przedtem. Cóż do diabła! czyż mnie nie zna,
czyż nie wie, że jestem jak dzieci i że są okoliczności,
w których robię pod siebie?
I dalibóg, nie wolnoż mi raz sobie ulżyć? Manekin
ze stali by się zużył, gdyby go ciągnięto za nitkę od
rana do wieczora i od wieczora do rana. Mam rozpę-
dzać ich nudę, to warunek, lecz muszę się też czasem
zabawić. Wśród tego zamieszania przyszła mi nieszczę-
sna myśl do głowy, myśl, która przejęła mnie pychą,
która natchnęła mnie dumą i zuchwałością — że nie
obejdą się beze mnie, że jestem główną osobą.
Ja
Tak, sądzę, że jesteś im pan potrzebny, lecz oni panu
jeszcze bardziej. Nie znajdziesz, gdy ci ochota przyj-
dzie szukać, tak dobrego domu, ale oni, zamiast je-
dnego brakującego im błazna, znajdą stu.
On
Stu błaznów jak ja! Panie filozofie, to nie tak częsta się zdarza. Tak, błaznów płytkich. Jest się bardziej wymagającym w stosunku do głupoty niż do talentu lub cnoty. Jestem rzadkością w swoim rodzaju, tak, wielką rzadkością. Teraz, gdy mnie nie mają, cóż robią? Nudzą się jak psy! Jestem niewyczerpanym worem bez czelności. Co chwila zdobywałem się na wybryk, który do łez ich rozśmieszał; zastępowałem im cały dom wariatów.

Ja
Za to miałeś pan stół, łóżko, płaszcz, kamizelkę i spodnie, trzewiki i pistola na miesiąc.

On
To jest piękna strona, to jest dobrodziejstwo; lecz o ciężarach nie mówi pan ani słowa. Jeśli rozeszła się pogłoska o nowej sztuce, musiałem choćby w największą niepogodę szperać po wszystkich poddaszach pa ryskich, póki nie znalazłem jej autora, musiałem postarać się o przeczytanie dzieła i zręcznie podsunąć myśl, że jest tam rola, którą by znakomicie zagrała jedna z mych znajomych.
— A kto, jeśli wiedzieć wolno?
— Kto? ładne pytanie! Wdzięk, szlachetność, czułość.
— Ma pan na myśli pannę Dangeville? Znasz ją
przypadkiem?
— Tak, trochę, lecz to nie ona.
— Któż więc?
Wymieniałem cicho nazwisko.
— Ona!
— Tak, ona — powtarzałem nieco zawstydzony, bo
czuję czasem wstyd; i trzeba było widzieć, jak na
dźwięk tego nazwiska twarz poety wydłużała się lub jak mi nieraz parskano w nos śmiechem. Jednakże — miał chęć czy nie miał chęci, musiałem sprowadzić na obiad swego poetę, który bojąc się zobowiązania krzywił się, dziękował. Trzeba było widzieć, jak mnie traktowano, gdy mi się rokowania nie udały! Byłem niezdarą, głupcem, bałwanem; byłem do niczego, nie wart szklanki wody, którą mi dawano. Gorzej jeszcze było, gdy wystąpiła w sztuce i gdy wśród szyderczych krzyków publiczności, która, cokolwiek by mówiono, ma sąd słuszny, trzeba było nieustraszenie odezwać się z oklaskiem odosobnionym, zwracać na siebie wszystkie spojrzenia, ściągać na siebie gwizdania pod adresem aktorki i słyszeć obok siebie szepty: „To je den z przebranych sług jej kochanka. Będzież ten łajdak milczał?..." Nikt nie wie, co może skłonić do te go, sądzi się, że głupota, gdy tymczasem jest to powód, który wszystko usprawiedliwia.

Ja
Aż do przekroczeń praw obywatelskich.

On
W końcu stałem się znany i mówiono: „O, to Rameau" Ucieczką moją było rzucenie kilku słów ironicznych, które ratowały od śmieszności moje samotne oklaski. Tłumaczono je w znaczeniu przeciwnym. Przyzna pan, że trzeba wielkich widoków zysku, by sta wić tak czoło zebranej publiczności, i że każda taka pańszczyzna warta była więcej niż talara.

Ja
Czemu nie zwrócił się pan o pomoc zbrojną?

On
To zdarzało się także i korzystałem z tego trochę. Zanim się szło na miejsce tortury, trzeba było objuczyć
pamięć świetnymi ustępami, którym należało nadać ton. Jeśli mi się zdarzyło zapomnieć je lub chybić, to strach mnie brał za powrotem; zrywała się wrzawa, o jakiej nie ma pan pojęcia. A potem, w domu, sforę psów karmić; to prawda, że głupio podjąłem się tego zadania; nad kotami czuwać. Byłem zbyt szczęśliwy, jeśli Micou obdarzył mnie uderzeniem łapy drąc mi mankiet lub rękę. Criquette ma kolkę; więc ja nacie- ram jej brzuch. Niegdyś mademoiselle miała wapory, dzisiaj zastąpiły je nerwy. Nie mówię o innej lekkiej dolegliwości, co do której nie krępują się wobec mnie. Na to zgoda. Nie starałem się nigdy być uciążliwym. Czytałem, nie wiem gdzie, że pewien książę, z przy domkiem Wielkiego, stał czasem oparty o dziurawe krzesło swej kochanki. Korzysta się z wygód przy swych domownikach, a byłem nim wówczas bardziej niż ktokolwiek. Jestem apostołem poufałości i wygody-, głosiłem ją przykładem; i nie przyganiono mi tego; było mi tylko dać pokój. Narysowałem panu z grub si chlebodawcę. Mademoiselle zaczyna stawać się ciężka, trzeba słuchać historyjek, które się o tym opowiada.

Ja
Pan chyba nie robi tego?

On
Dlaczego nie?

Ja
Bo jest co najmniej nieprzyzwoicie ośmieszać swych dobroczyńców.

On
Nie jestże jednak jeszcze gorzej, powołując się na swe dobrodziejstwa, poniżać protegowanego?
Ja
Lecz gdyby protegowany sam się nie poniżał, nic nie dałoby protektorowi tej mocy.

On
Lecz gdyby protektorowie nie byli sami przez się śmieszni, to nie byłoby dobrych powiastek. I czy to moja wina, jeśli przestają z hołotą? Czy to moja wina, jeśli hołota ich zdradza i urąga im? Skoro się kto decyduje żyć z ludźmi takimi jak my, a ma zdrowy rozum, to musi być przygotowany na nie wiem jak czarną nie wdzięczność. Gdy się nas przyjmuje, czyż nie wie się że jesteśmy samolubnymi, podłymi, zdradnymi dusza mi? Jeśli się nas zna, wszystko dobrze. Następuje cichy układ, że będzie się nam czynić dobrze, a my prę dzej czy później oddamy złem za wyświadczone nam dobro. Nie istniejeż ten układ między panem a jego małpą lub papugą? Le Brun podnosi hałas, że Palissot, jego współbiesiadnik i przyjaciel, wyszydził go w piosenkach. Palissot musiał napisać drwiące piosenki i Le Brun nie ma słuszności. Poinsinet podnosi hałas, że Palissot na niego zwala autorstwo piosenek na Le Bruna, Palissot musiał zwalić na Poinsineta autorstwo piosenek napisanych na Le Bruna, a Poinsinet nie ma słuszności. Mały abbé Rey podnosi krzyk, że jego przyjaciel Pa lissot zdmuchnął mu kochankę, do której on go wprowadził: nie powinien był zgoła wprowadzać Palissota do swojej kochanki lub zgodzić się, że ją straci. Palissot spełnił swój obowiązek, a abbé Rey nie ma słuszności. Księgarz D. podnosi krzyk, że jego wspólnik P. go oczernił; jakkolwiek ma się sprawa, P. odegrał swą rolę, a D. i jego żona nie mają słuszności. Helvetius podnosi krzyk, że Palissot wprowadza go na scenę jako nieuczciwego człowieka, jego, któremu winien jeszcze pieniądze, pożyczone, by poratować zdrowie, pożywić
się i odziać; mógłże oczekiwać czego innego ze strony człowieka splamionego wszelkiego rodzaju nikczemnościami, który dla rozrywki każe przyjacielowi swe mu odprzysiąc się religii, który zagarnia mienie swych towarzyszy, który nie zna ni wiary, ni prawa, ni uczucia, który goni szczęście per fas et nefas, który dnie swoje oblicza zbrodniami i który samego siebie wprowadził na scenę jako najniebezpieczniejszego łotra: bezczelność, której przykład nie wiem czy istniał w przeszłości i czy się drugi w przyszłości znaj dzie? Nie. To nie Palissot winien, lecz Helvetius. Jeśli zaprowadzi się młodzieńca z prowincji do zwierzyńca w Wersalu i jeśli ten z głupoty wciśnie przez kraty rękę do klatki tygrysa lub pantery i zostawi rękę w paszczy dzikiego zwierzęcia, któż jest winien? Wszystko to opisano w milczącym układzie; tym gorzej dla tego, który o tym zapomniał lub nie wie wcale. Iluż tym układem powszechnym i uświęconym usprawiedliwił bym ludzi, których o złość się oskarża, podczas gdy siebie należałoby oskarżać o głupotę! Tak, gruba hrabino , pani jesteś winna, skoro gromadzisz wkoło sie bie tych, których między ludźmi twojego rodzaju zwie się ziółkami, i skoro te ziółka dopuszczają się względem ciebie podłości i do podłości cię wiodą, wywołując oburzenie ludzi uczciwych. Ludzie uczciwi czynią, co powinni, ziółka także i ty ponosisz winę przyjmując ich. Gdyby Bertinhus żył cicho i spo kojnie ze swoją kochanką; gdyby uczciwością swych charakterów zjednali sobie znajomości uczciwe; gdyby mieli wkoło siebie ludzi utalentowanych, ludzi znanych w społeczeństwie z cnoty; gdyby zachowali dla małego oświeconego i dobranego towarzystwa godziny wyrwa ne swemu słodkiemu sam na sam, miłości i zwierzaniu
jej sobie w zaciszu — to czy myśli pan, że opowia dano by o nich dobre czy złe bajki? Cóż im się jednak zdarzyło? To, na co zasłużyli; zostali ukarani za swój nierozum i nas to Opatrzność przeznaczyła od wieków do wykonywania sprawiedliwości na Bertinach naszych czasów, a wnukowie nam podobni będą przeznaczeni wykonywać ją na Mésengé'ach i Bertinach przyszłości. Lecz gdy my wykonujemy słuszny wyrok na głupocie, wy, którzy nas malujecie takimi, jak jesteśmy, wykonujecie słuszny wyrok na nas. Cóż myślelibyście o nas, gdybyśmy mieli pretensje, by cieszyć się, mimo obyczaje haniebne, szacunkiem publicznym? Że je steśmy szaleni. A ci, którzy po ludziach z urodzenia występnych, po charakterach niskich i podłych oczekują uczciwych postępków, sąż mądrzy? Wszystko ma na tym świecie słuszną nagrodę. Jest dwóch prokura torów generalnych: jeden u waszych drzwi, karzący zbrodnie przeciw społeczeństwu, drugim jest natura. Zna ona wszystkie występki, które wymykają się spod prawa. Jeśli oddajecie się rozpuście z kobietami, do staniecie wodnej puchliny; jeśli jesteście pijanicami, dostaniecie suchot; jeśli otworzycie drzwi hołocie i żyć z nią będziecie, doznacie zdrady, szyderstwa, pogardy; najlepiej poddać się słuszności tych sądów i rzec sobie: dobrze jest, jak jest, poprawić się albo zostać, czym się było, lecz pod warunkami wyżej podanymi.

Ja
Ma pan słuszność.

On
Co się zresztą tych złych bajek tyczy, to nie wymyślam żadnej, trzymam się roli roznosiciela. Mówią, że kilka dni temu, o piątej godzinie z rana, usłyszano tak wściekłe wrzaski, że aż wszystkie dzwonki od nich zadrgały. Były to przerywane i głuche krzyki człowieka, którego duszą: „Na pomoc... na pomoc... duszę się... umieram..." Krzyki te wychodziły z pokojów patrona. Przyszli mu wreszcie na pomoc. Nasze grube stworze- nie odchodząc od zmysłów z rozkoszy, bezprzytomne, jak się to zdarza w takich momentach, podnosiło na rękach i z tak wysoka, jak tylko mogło, zrzucało na kontrolę generalną ciężar dwustu czy trzystu funtów z całą gwałtownością szaleństwa rozkoszy. Z trudem go wyswobodzono. Co za pomysł umieszczać mały młotek pod tak wielkim kowadłem?

Ja
Jesteś pan sprośny... Mówmy o czym innym. Odkąd rozmawiamy, mam na języku jedno pytanie.

On
Po cóż je tam tak długo trzymać?

Ja
Boję się, by nie było natrętne.

On
Po tym wszystkim, com panu powiedział, nie wiem, jaką jeszcze mógłbym przed panem mieć tajemnicę.

Ja
Nie wątpisz pan, co sądzę o twoim charakterze?

On Zgoła nie; jestem w pańskich oczach bardzo podły, bardzo nikczemny; jestem nim także i w swoich, lecz rzadko; raczej winszuję sobie czasem swych występ ków, niż je ganię. Pan jest stalszy w pogardzie.

Ja
To prawda; lecz czemuż okazuje mi pan całą swą szpetność?
On
Ponieważ zna pan już jej lwią część i ponieważ sądziłem, że więcej zyskam, niż stracę, wyznając resztę.

Ja
Jakże to, jeśli wiedzieć wolno?

On
Jeśli gdzie ważną jest rzeczą być wielkim, to przede wszystkim w złem. Piwa się na małego oszusta, lecz nie można odmówić pewnego rodzaju szacunku wielkiemu zbrodniarzowi jego odwaga cię zdumiewa, jego okrucieństwo wprawia cię w drżenie. We wszystkim ceni się jedność charakteru.

Ja
Lecz tej szacownej jedności charakteru nie ma pan jeszcze; widzę, że waha się pan niekiedy w swych zasadach; niepewne jest, czy jesteś zły z natury, czy z usiłowania i czy usiłowanie doprowadziło cię tak daleko, jak tylko się dało.
On
To prawda; lecz uczyniłem, co mogłem. Nie byłżem dość skromny, by uznać istoty doskonalsze ode mnie? czyż nie opowiadałem panu o Bourecie z najgłębszym uwielbieniem? Bouret jest, moim zdaniem, największym człowiekiem na świecie.

Ja
A bezpośrednio po Bourecie pan?

On
Nie.

Ja
Więc Palissot?
On
Oczywiście, że Palissot, lecz nie Palissot sam.

Ja
Któż to godzien jest dzielić z nim drugie miejsce?

On
Zaprzaniec z Avignonu.

Ja
Nie słyszałem nigdy o zaprzańcu z Avignonuj lecz musi to być człowiek zdumiewający.

On
Jest zdumiewający.

Ja
Dzieje wielkich osobistości zajmowały mnie zawsze.

On
Wierzę bardzo. Żył on u jednego z tych dobrych i poczciwych potomków Abrahama, których tyle jak gwiazd obiecał Bóg ojcu wiernych.

Ja
U Żyda?

On
U Żyda. Zrazu zyskał współczucie, potem życzliwość, potem zaufanie całkowite; bo oto jak zdarza się zawsze: tak liczymy na swe dobrodziejstwa, że rzadko ukrywamy swą tajemnicę przed tym, którego obsypaliśmy swą dobrocią. Jakże nie ma być niewdzięcznych, skoro wystawiamy człowieka na pokusę, że może być nim bezkarnie? Ta słuszna uwaga nie przyszła Żydowi naszemu na myśl. Zwierzył się więc zaprzańcowi, że wedle sumienia nie wolno mu jeść wieprzowiny. Zobaczy pan, co umysł płodny umie wyciągnąć z takiego wyznania. Minęło kilka miesięcy, w czasie których nasz zaprzaniec podwoił wysiłki przyjaźni. Gdy osądził, iż troskliwością swoją dość Żyda wzruszył, ujął i przekonał, że nie było lepszego przyjaciela w żadnym z pokoleń Izraela... Podziwiaj pan przezorność tego człowieka! nie śpieszy się, pozwala dojrzeć owocowi, zanim wstrząśnie gałęzią: zbytni pochop mógł spaczyć pomysł. Zazwyczaj wielkość charakteru wynika z równowagi przyrodzonej kilku przeciwnych właściwości.

Ja
Daj pan pokój uwagom i ciągnij dalej opowieść.

On
Tak nie można. Są dnie, gdy muszę rozmyślać. To choroba, którą trzeba pozostawić jej biegowi. Na czym stanąłem?

Ja
Na ustalonej zażyłości Żyda i zaprzańca.

On
Otóż owoc dojrzał... Lecz pan nie słucha, o czym pan myśli?

Ja
Myślę o nierówności pańskiego głosu, raz mówi pan głośno, raz cicho.

On
Czyż może człowiek występny mieć jednaki głos?... Otóż pewnego wieczora przychodzi do przyjaciela, z pomieszaną miną, z twarzą bladą jak śmierć, mówiąc głosem urywanym i drżąc na całym ciele.
— Co ci jest?
— Jesteśmy zgubieni.
— Zgubieni! jak to?
— Zgubieni, powiadam ci, bez ratunku.
— Tłumacz się jaśniej.
— Chwileczkę, niech ochłonę z przestrachu.
— Więc ochłoń! — mówi Żyd, zamiast mu rzec: „Jesteś szczwanym szelmą, nie wiem, co masz mi powiedzieć, lecz jesteś szczwanym szelmą, udajesz strach."

Ja
Dlaczego miał mu tak rzec?

On
Bo to brzmiało fałszywie, bo stracił miarę. To dla mnie jasne. Nie przerywaj mi pan dalej. „Jesteśmy zgubieni... zgubieni!... bez ratunku!..." Nie czuje pan udania w tym powtarzaniu: zgubień i?... „Jakiś zdrajca doniósł o nas Inkwizycji, że ty jesteś Żydem, a ja zaprzańcem, nikczemnym zaprzańcem!..." Patrz pan, jak ten zdrajca nie wstydził się używać najnienawistniejszych wyrazów! Trzeba więcej, niż się zdaje, odwagi, by nazwać się własnym nazwiskiem; nie wie pan, ile kosztuje, by dojść do tego.

Ja
Oczywista, że nie. Lecz ten nikczemny zaprzaniec...

On
Jest fałszywy, lecz fałszywość ta jest zręczna. Żyd
przestraszył się, wyrywa sobie brodę, tarza się po ziemi, czuje siepaczy pod drzwiami, widzi się już w kapturze sanbenito, widzi przygotowane dla siebie
autodafé.
— Przyjacielu, mój drogi, jedyny przyjacielu, co robić?
— Co robić? Nie kryć się, udawać zupełną pewność,
zachowywać się jak zazwyczaj. Postępowanie Trybu-
nału jest tajemne, lecz powolne; trzeba korzystać ze
zwłoki i sprzedać wszystko; wynajmę lub każę komu trzeciemu wynająć okręt, tak, przez trzeciego, to będzie najlepiej; złożymy tam twoje mienie, bo o twoje mienie chodzi im głównie! i pójdziemy obaj pod obcym niebem szukać wolności służenia swemu Bogu i bezpiecznie postępować wedle praw Abrahama i własnego sumienia. Najważniejsza rzecz w niebezpiecznym naszym położeniu, to nie popełnić nic nieroztropnego... Jak rzekł, tak zrobił. Okręt najęty i zaopatrzony w żywność i żeglarzy; mienie Żyda na pokładzie; nazajutrz, o świcie, odbiją od brzegu, mogą teraz wieczerzać wesoło i spać spokojniej jutro umkną swym prześladowcom. W nocy wstaje zaprzaniec, kradnie Żydowi mieszek, sakiewkę i klejnoty, udaje się na po kład i już go nie ma. I sądzi pan, że to wszystko? Widzę, że nie znasz się na rzeczy. Gdy mi opowiedziano tę historię, odgadłem zaraz to, co przemilczałem, by doświadczyć pańskiej bystrości. Dobrześ pan zrobił zostając uczciwym człowiekiem, bo byłbyś zaledwie wyszedł na łotrzyka. Do tej chwili jest zaprzaniec tylko pogardy godnym łotrem, z którym by nikt równać się nie chciał. Lecz wzniosłość jego złośliwości leży w tym, że on sam był zdrajcą swego dobrego przyjaciela Izraelity, którego święta Inkwizycja pochwyciła, gdy się obudził, i którego po dniach kilku na pięknym spaliła stosiku. W ten sposób został zaprzaniec spokojnie pa nem majątku przeklętego potomka tych, którzy ukrzyżowali Pana naszego.

Ja
Nie wiem, co bardziej przejmuje mnie grozą, czy zbrodniczość pańskiego zaprzańca, czy ton, którym o tym mówisz.

On
Otóż to, co panu powiedziałem: okropność czynu góruje w panu nad pogardą i to jest powodem mej szczerości. Pragnąłem, byś poznał, jak bardzo celuję w swojej sztuce, byś przyznał, że jestem przynajmniej orygi nalny w swoim poniżeniu, i umieścił mnie w twojej głowie w rzędzie największych nicponiów, chcę zawołać: Vivat Mascarillus furbum impera- tor! Nuże, wesoło, panie filozofie, chór! Vivat Mascarillus, furbum imperator! (Zaczął tworzyć szczególniejszą fugę; melodia była już to po ważna i majestatyczna, już to lekka i płocha; chwilami naśladował bas, czasem głosy wyższe; zaznaczał ramionami i wyciąganiem szyi przedłużanie dźwięku; wykonywał i komponował dla samego siebie pieśń triumfalną — widać było, że rozumiał się lepiej na dobrej muzyce niż na dobrych obyczajach. Nie wiedziałem, czy zostać, czy uciec, czy śmiać się, czy oburzać; zostałem z zamiarem skierowania rozmowy na przedmiot, który by wygnał z mej duszy wstręt, jaki ją napełniał. Zaczynała mi być nieznośna obecność człowieka, który o potwornym czynie, obrzydliwym występku rozprawiał tak, jak znawca malarstwa lub poezji rozbiera piękności znakomitego dzieła lub jak moralista czy historyk podnosi i uświetnia okoliczności bohaterskiego czynu. Sposępniałem mimo woli; spostrzegł to i rzekł:) Co to panu? Czujesz się niedobrze?

Ja
Trochę; lecz to przejdzie.

On
Ma pan zmartwioną minę jak człowiek, którego gnębi myśl przykra.

Ja
Tak, odgadł pan. (Po chwili obustronnego milczenia, podczas którego przechadzał się gwiżdżąc i śpiewając,
rzekłem, by skierować rozmową na jego talent:) Co pan robi obecnie?

On
Nic.

Ja
To bardzo nużące.

On
Byłem już dość głupi, słuchałem muzyki Duniego i innych naszych młodych twórców i pogrążyła mnie
ona.

Ja
Uznaje pan więc ten rodzaj?

On
Bez wątpienia.

Ja
I znajduje pan piękno w tych nowych śpiewach?

On
Czy je znajduję! Do diaska, odpowiem panu na to. Jak to deklamowane! co za prawda! co za wyraz!

Ja
Każda sztuka naśladowcza ma swój wzór w naturze. Jaki wzór ma muzyk, tworząc swój śpiew?

On
Czemuż nie pojmować rzeczy głębiej? Cóż to jest śpiew?

Ja
Przyznam się, że to pytanie jest nad moje siły. Tacy już jesteśmy, że mamy w pamięci tylko słowa, które,
zdaje nam się, rozumiemy przez częste ich używanie
i nawet trafne stosowanie — w myśli zaś co za niepewne pojęcia! Gdy wymawiam słowo śpiew, nie mam wyrażniejszego pojęcia niż pan i większa część panu podobnych, gdy mówicie: dobra sława, hańba, cześć, występek, cnota, skromność, przyzwoitość, wstyd, śpieszność.

On
Śpiew jest naśladowaniem — w skali wynalezionej przez sztukę lub jeśli pan wolisz, natchnionej przez na turę — za pomocą głosu lub instrumentu zjawisk na tury lub akcentów namiętności; i widzi pan, że zamieniwszy słowa odpowiednie otrzymasz określenie dające się zastosować do malarstwa, wymowy, rzeźby i poezji. A teraz wróćmy do pańskiego pytania, co jest wzorem dla twórcy śpiewu? Deklamacja, jeśli tym wzorem jest człowiek; dźwięk, jeśli wzorem jest natura. Należy uważać deklamację jako linię, a śpiew jako drugą linię, która wężowym ruchem okręca się koło pierwszej. Im deklamacja ta, wzór śpiewu, będzie silniejsza i prawdziwsza, tym śpiew stosując się do niej w liczniejszych punktach dotykać jej będzie; im śpiew będzie prawdziwszy, tym będzie piękniejszy i to właśnie bardzo dobrze odczuli nasi młodzi muzycy. Kiedy słyszymy: „Je suis un pauvre diable..., to słyszymy, zda się, skargę skąpca; jeśliby nie śpiewał, to tymi samymi sło wami przemawiałby do ziemi, powierzając jej swe złoto i mówiąc: „O terre, reçois mon trésor!" A ta mała dziewczyna, która czuje drżenie serca, rumieni się, miesza i błaga swego pana, aby ją puścił, wyrażałażby się inaczej? Są w dziełach tych charaktery wszelkiego rodzaju, nieskończona rozmaitość deklamacji — to znakomite, powiadam panu. Idź, idź posłuchać ustępu, gdzie młody człowiek czując, że umiera, woła: „Mon coeur s'en va!" Posłuchaj śpiewu, posłuchaj symfo nii, a potem mi powiesz, jaka jest różnica między prawdziwymi słowami konającego i zwrotami tego śpiewu; zobaczysz, że linia muzyki przystaje w całości do linii deklamacji. Nie mówię panu o takcie, który jest także jednym z elementów śpiewu, mówię o samej ekspresji, i nie ma nic prawdziwszego nad zdanie, które czytałem: Musices seminarium accentus, akcent jest nasieniem melodii. Osądź z tego, jak trudną i ważną jest rzeczą umieć napisać dobry recytatyw. Nie ma pięknej arii, z której nie można by zrobić pięknego recytatywu — i pięknego recytatywu, z którego by człowiek zręczny nie umiał zrobić pięknej arii. Nie chcę twierdzić, że kto recytuje dobrze, będzie śpiewać dobrze, lecz byłbym zdumiony, gdyby dobry śpiewak nie umiał dobrze recytować. I wierz wszystkiemu, co panu tu mówię, bo to prawda.

Ja
Najchętniej bym panu wierzył, gdyby mnie nie powstrzymywała mała trudność.

On
Jakaż to znowu?

Ja
Jeśli ta muzyka jest wzniosła, to muzyka boskiego Lulliego, Campry, Destouchesa, Moureta, a nawet, między nami mówiąc, drogiego stryja musi być nieco płaska.

On
Zbliżając się do mego ucha, odrzekł
Nie chciałbym, by mnie słyszano, bo jest tu dużo ludzi, którzy mnie znają: jego muzyka także. Nie dlatego, bym
się troszczył o drogiego stryja — jeśli go drogim
zwiecie — to kamień, choćby widział, że język do pasa mi zwisa, nie podałby mi szklanki wody. Na próżno robi w oktawach, septymach: ,,Hon, hon; hin, hin; tu tu tu, turlututu" z wrzawą diabelską; ci, którzy zaczynają ro zumieć się na tym i nie biorą już zgiełku za muzykę, nie zadowolą się tym nigdy. Należałoby policyjnie za bronić ludziom wszelkiego rodzaju i stanu kazać wykonywać „Stabat" Pergolesego . To „Stabat" należałoby spalić ręką kata. Na honor, ci przeklęci buffoni ści swą „Servante Maitresse", swym „Tracollo" za dali nam bobu. Niegdyś wystawiano takiego „Tankreda", takie „Issé", „Europę galante", „Indes", „Castor", „Talents lyriques" przez cztery, pięć, sześć miesięcy, nie było widać końca przedstawień „Armidy" . Obecnie wszystko to pada jedno po drugim jak domki karciane. Dlatego Rebel i Francoeur plują ogniem i żarem. Mówią, że wszystko stracone, że są zrujnowani, że jeśli będzie się znosić dłużej tę śpiewającą hołotę jarmarczną , to muzyka narodowa pójdzie do diabła, a Akademia ze ślepej uliczki będzie musiała kram zamknąć. Jest w tym nieco prawdy. Stare peruki, które przychodzą tam od trzydziestu czy czterdziestu lat co piątku, zamiast bawić się, jak się bawiły w przeszłości, nudzą się i ziewają, nie wiedząc dobrze, dlaczego, pytają o to siebie samych i nie umieją sobie odpowiedzieć. Czemuż nie zwrócą się do mnie? Spełni się prze powiednia Duniego i jeśli tak dalej pójdzie, to niech zdechnę, jeśli za cztery, pięć lat, licząc od „Peintre amoureux de son modele", panowie ze sławnej ulicz ki bez wyjścia na psy nie zejdą. Poczciwcy Zrzekli się swych symfonii, by grać symfonie włoskie. Sądzili, że przyzwyczają do nich swe uszy, bez następstw dla swej muzyki wokalnej, jak gdyby symfonia nie stała w ta kim stosunku do śpiewu — pomijając nieco swawoli, do której uwodzi rozległość instrumentu i biegłość palców — jak śpiew do deklamacji rzeczywistej; jak gdy by skrzypce nie były małpą śpiewaka, który pewnego dnia, gdy rzeczy trudne zastąpią piękno, stanie się mał pą skrzypiec. Kto pierwszy grał Locatelliego, był apo stołem nowej muzyki. Innym to wmawiać, że przyzwyczają nas do naśladowania akcentów namiętności i zja wisk natury głosem lub instrumentem, bo to jest cała dziedzina muzyki, a my zachowamy swój gust do wzlotów, wybuchów, glorii, triumfów, zwycięstw? „Va t'en voir s'ils viennent, Jean!" Wyobrażali sobie, że będą płakać lub śmiać się na tragediach lub komediach muzycznych; że poda się ich uszom akcenty wściekłości, nienawiści, zazdrości, rzeczywistych skarg miłosnych, ironii, żartów teatru włoskiego i francuskie go i że pozostaną nadal wielbicielami „Ragondy" lub „Platei" . Złudzenie! Wyobrażali sobie, że poznają, z jaką łatwością, giętkością, miękkością harmonia, prozodia, elipsy i inwersje języka włoskiego stosują się do sztuki, ruchu, wyrazu, do zwrotów i miary dźwięków, i że będą mogli dalej nie wiedzieć, jaka ich mowa szorstka, głucha, ciężka, ociężała, pedantyczna i monotonna. Tak! tak! Wmówili w siebie, że złączywszy swe łzy z płaczem matki niepocieszonej po śmierci syna, że zadrżawszy wobec tyrana, który nakazuje zabójstwo, nie będą się nudzić na swoich feeriach, wśród swej nie dorzecznej mitologii, przy swych słodkawych madrygałkach, które nie mniej wykazują zły smak poety, jak i nędzę sztuki, która się do nich stosuje. Poczciwcy! Tak nie jest i być nie może. Dobro, piękno i prawda mają swe prawa. Zwalcza się je, lecz w końcu — uwielbia; co nie nacechowane tą pieczęcią, to wielbi się chwilę, lecz wkrótce — ziewa się przy tym. Ziewajcie więc, panowie, ziewajcie do woli i spokojnie. Powoli powstaje królestwo natury i mojej trójcy, której bramy piekielne nie zwyciężą nigdy. Prawda jest ojcem, który rodzi dobro —syna, a z nich rodzi się piękno, które jest duchem świętym. Bóg obcy staje pokornie na ołta rzu obok bożyszcza krajowego; stopniowo umacnia się i pewnego pięknego poranku pchnie łokciem swego towarzysza — hrrrym! i oto bożyszcze już na ziemi. W ten sposób mieli jezuici zaszczepić chrześcijaństwo w Chinach i Indiach; i niech wasi janseniści mówią, co chcą, ta metoda polityczna, krocząca do swego celu bez hałasu, bez rozlewu krwi, bez męczeństw, bez wyrywania sobie włosów z czupryn, zdaje mi się najlepsza.

Ja
Jest nieco rozumu w tym, coś pan rzekł.

On
Rozumu? Tym lepiej. Niech mnie diabli porwą, jeśli się o to staram. Jak się uda. Jestem jak muzycy z uliczki bez wyjścia, nim mój stryj się zjawił. Jeśli utrafię, doskonale. Chłopak od węglarza będzie zawsze lepiej mówił o swoim rzemiośle niż cała akademia i wszyscy Duhamele świata... (Zaczął się przechadzać i mruczeć pod nosem kilka melodii z „Ile des Fous", z „Peintre amoureux de son modéle", z „Marchal ferrant", z „Plai deuse" i wykrzykiwał kiedy niekiedy, podnosząc ręce i oczy ku niebu:) Czy to piękne, do diaska! Czy to piękne! Jakże mieć można na głowie parę uszu i sta wiać podobne pytanie? (Zrazu śpiewał cicho, potem podnosił ton, w miarę jak się przejmował; nastąpiły ruchy, grymasy twarzy, przeginania ciała; pomyślałem: „Oho, wpada w natchnienie i przygotowuje się jakaś nowa scena." Rzeczywiście wybuchnął nagle śpiewem:) ,,Je suis un pauvre misérable... Monseigneur, Monsei- gneur, laissez moi partir! O terre, reçois mon or, con serve bien mon trésor, mon âme, mon âme, ma vie! O terre!... Le voilà le petit ami, le voilà le petit ami!"
„Aspettare e non venire... A Zerbina penserete... Sem pre in contrasti con te si sta..." (Mieszał i plątał społem trzydzieści arii włoskich, francuskich, tra- gicznych, komicznych, o rozmaitym charakterze. Już to głębokim basem zstępował aż do piekła, już to, ściskając gardło i podrabiając falset, krzy czał wniebogłosy naśladując chodem, postawą, ru chami różnych . śpiewaków, na przemian wście kły, łagodny, rozkazodawczy i drwiący. Raz jest pła czącą młodą dziewczyną, to znowu kapłanem, królem, tyranem; grozi, rozkazuje, unosi się gniewem, jest nie wolnikiem, poddaje się, ucisza, rozpacza, skarży się i śmieje, zawsze w tonie, w mierze, w sensie słów w charakterze arii. Wszyscy szachiści opuścili swe stoliki i skupili się wkoło niego; okna kawiarni obie gli od zewnątrz przechodnie, zaciekawieni hałasem. Wybuchano śmiechem, że o mało powała nie pękła. On nie widział nic, śpiewał dalej, porwany obłędem ducha, zachwytem tak bliskim szaleństwa, że nie wiadomo, czy oprzytomnieje, czy nie będzie trzeba rzucić go w dorożkę i zawieźć do domu wiariatów śpiewającego w uniesieniu „Lamentations" Jomelliego. Powtarzał z dokładnością, prawdą i gorącością nie do wiary naj piękniejsze ustępy każdego utworu. Ten piękny recy tatyw z towarzyszeniem instrumentów, gdzie prorok maluje spustoszenie Jerozolimy, oblał strumieniem łez i wszystkich do łez poruszył. Wszystko tam było: i de likatność śpiewu, i siła wyrazu, i słodycz. Kładł nacisk na te ustępy, w których muzyk szczególnie okazywał się wielkim mistrzem. Opuściwszy partię śpiewu prze chodził do partii instrumentalnej, którą porzucał znów nagle, by do śpiewu wrócić, tak przeplatając jedno drugim, by zachować łączność i jednolitość całości. Opanował nasze dusze i trzymał je w napięciu wśród najdziwaczniejszej sytuacji, jakiej kiedykolwiek do-
świadczyłem. Czym go podziwiał? Tak, podziwiabem. Czy czułem litość? Tak, czułem litość, lecz cień śmie szności mieszał się z tymi uczuciami i paczył je. Byli byście parskali śmiechem widząc, w jaki sposób uda wał różne instrumenty. Z nabrzmiałymi, wydętymi po liczkami, głosem szorstkim i ponurym, udawał rogi i fa goty; głosem krzyczącym i nosowym naśladował oboje; wyrzucał głos z szybkością nie do wiary, by oddać in strumenty strunowe, do których dźwięku starał się zbli żyć jak najbardziej; gwizdał jak małe flety, gruchał jak fletrowersy, krzyczał, śpiewał, rzucał się jak opętany, udawał sam tancerzy, tancerki, śpiewaków, śpiewaczki, całą orkiestrę, cały teatr liryczny, rozdzielając się na dwadzieścia ról, biegnąc, zatrzymując się z wyrazem zachwyconego, z roziskrzonymi oczyma i pieniącymi się usty; było gorąco do omdlenia i pot, który spływał mu bruzdami z czoła i wzdłuż policzków, zmieszany z pudrem jego włosów, ściekał i plamił mu odzienie. Czegóż to nie robił! Płakał, śmiał się, wzdychał, spo glądał czule, spokojnie i wściekle; był kobtetą, która mdleje z boleści, był nieszczęśliwcem rzuconym na łup rozpaczy, świątynią, która się w górę wznosi, ptactwem, które milknie o zachodzie słońca; wodą, która szemrze w miejscu samotnym i cienistym lub spada kaskadą z góry wysokiej; wichurą, burzą, skargą ginących zmie szaną ze świstem wiatrów i hukiem piorunu. Był mro kiem, był cieniem i ciszą; gdyż nawet milczenie okre śla się dźwiękami. Zapomniał o całym świecie. Wyczerpany wysiłkiem, stanął nieruchomy, otępiały, zdumiony, jak człowiek zbudzony ze snu lub z dłu giego roztargnienia. Powiódł wokoło spojrzeniem jak zbłąkany, który stara się poznać, gdzie się znajduje; czekał powrotu sił i zmysłów; ocierał machinalnie twarz z potu. Podobny do kogoś, kto budząc się widzi wielką ilość osób otaczających jego łoże, zapomnia-
wszy zgoła lub wcale nie wiedząc, co czynił, zawo łał w pierwszej chwili:) Panowie, co się stało? skąd wasz śmiech i wasze zdumienie? Co się stało? (Potem dodał:) Oto, co się zwie muzyka i muzyk. Nie należy je dnak gardzić kilkoma ariami Lulliego, czy napiszecie lepiej scenę „J'attendrai l'aurore..." nie zmieniając słów? Nie wierzę. Nie należy pogardzać kilkoma ustę pami Campry, ariami skrzypcowymi mego stryja, jego gawotami, pochodami wojska, kapłanów i ofiarników: „Pâles flambeaux, Jour plus affreux que les ténebres... Dieu du Tartare, Dieu de l'oubli..." . (Tu natężał głos, nasilał dźwięki; sąsiedzi rzucili się ku oknom, my za tkaliśmy uszy dłońmi. On dodał:) Do tego trzeba płuc, silnego organu, masy powietrza. Już po Wielkim Poście i po Trzech Królach, ale niedługo będę śpiewał na Wniebowzięcie. Oni nie wiedzą jeszcze, z czego robić muzykę, i dlatego nie wiedzą, co przystoi muzykowi. Poezja liryczna dopiero urodzić się musi; lecz oni dojdą do tego słuchając Pergolesego, Saksończyka, Terra degliasa, Traettę i innych; czytając Metastasia muszą dojść do tego.

Ja
Jakże więc! Czy Quinault, La Motte, Fontenelle nie rozumieli się zgoła na tym?

On
Nie są zgoła dla nowego stylu. We wszystkich ich uro czych poezjach nie ma sześciu po kolei wierszy, które można by podłożyć pod muzykę. Są to pomysłowe sen tencje, madrygały lekkie, czułe i delikatne. Lecz chcąc wiedzieć, jak wszystko to jest jałowe dla naszej sztuki, dla najnamiętniejszej ze sztuk, nie wyłączając nawet sztuki Demostenesa, każ odczytać sobie te utwory; wy dadzą ci się zimne, mdłe, jednostajne. Nie ma w nich nic, co by za wzór muzyce służyć mogło; równie dobrze

można by przekładać na muzykę „Maksymy" La Ro chefoucaulda lub „Myśli" Pascala... Żywiołowy krzyk namiętności winien dyktować właściwe słowa; wyrazy muszą nacierać jedne na drugie; zdanie musi być krótkie, a sens jego dzielony, zawieszany, by mu zyk mógł panować nad całością i każdą częścią zdania, opuścić słowo lub je powtórzyć, dorzucić jakieś, któ rego mu brak, obracać i odwracać zdanie, jak polipa, nie burząc; to czyni poezję francuską daleko trudniej szą od poezji języków dopuszczających inwersję, które same przez się użyczają tych wszystkich przywilejów... „Barbar, cruel, plonge ton poignard dans mon sein; me voila prête à recevoir le coup fatal; frappe, ose... Ah! je languis, je meurs... Un feu secret s'allume dans mes sens... Cruel amour, que veux-tu de moi?... Laisso moi la douce paix dont j'ai joui... Rends-moi la rai son..." Namiętności muszą być silne. Czułość poety lirycznego i muzyka musi być niezmierna; aria jest pra wie zawsze zakończeniem sceny. Trzeba nam wykrzy ków, wezwań, zwłoki, przerw, przyświadczań, zaprze czań, wołamy, błagamy, krzyczymy, jęczymy, płacze my, śmiejemy się serdecznie. Żadnych dowcipów, ża dnych epigramatów, żadnych pięknych myśli, to zbyt dalekie od prostoty natury. I nie myśl pan, że gra akto rów teatralnych i ich deklamacja za wzór nam służyć może. O, nie! nam trzeba czegoś energiczniejszego, mniej manierycznego, prawdziwszego; proste rozmowy, pospolite głosy namiętności są dla nas tym konieczniej sze, im język nasz jest monotonniejszy i mniej ma akcentów. Krzyk żywiołowy, krzyk namiętności ludz kiej daje im te akcenty. (Gdy tak mówił do mnie, co fnął się tłum, który nas otaczał, albo nie rozumiejąc nic, albo nie ciekaw tego, co mówił, gdyż na ogół tak dziecko jak dorosły woli się bawić niż uczyć; każdy zajęty był swą grą i pozostaliśmy sami w swym kącie.
Siedząc na ławce, z głową opartą o mur, z owisłymi ramiony, z pół przymkniętymi oczyma, rzekł mi:) Nie wiem, co mi jest. Gdym tu przyszedł, byłem świeży i wesoły, teraz jestem zbity i złamany, jak gdybym uszedł dziesięć mil; opadło mnie to nagle.

Ja
Może się pan pokrzepi.

On
Chętnie. Ochrypłem, sił mi brak i bolą mnie trochę piersi. Nachodzi mnie to prawie co wieczora, i nie wiem dlaczego.

Ja
Czego by się pan napił?

On
Co pan wybierze; nie jestem wymagający, niedostatek nauczył mnie godzić się na wszystko. (Przyniesiono piwo i limoniadę; napełnił wielką szklankę, wypróżni! ją dwa, trzy razy; potem, jak człowiek orzeźwiony, od chrząknął silnie, poprawił się na ławie i mówił:) Nie jestże jednak pańskim, panie filozofie, zdaniem rzeczą bardzo dziwaczną, że cudzoziemiec, Włoch Duni, przy chodzi uczyć nas dawać akcent naszej muzyce i na ginać nasz śpiew do wszelkich ruchów, wszelkich miar, wszelkich interwałów i deklamacji, bez zakłócenia pro zodii? Nie jest to znowu morze do wypicia. Ktokolwiek słyszał żebraka proszącego o jałmużnę na ulicy, czło wieka uniesionego gniewem, kobietę zazdrosną i wście kłą, kochanka zrozpaczonego, pochlebcę, tak pochleb cę, łagodzącego swój głos, przeciągającego słowa gło sem miodowym — słowem, namiętność, mniejsza jaką, byle tylko siłą swą zasługiwała być wzorem dla mu zyka, ten winien był spostrzec dwie rzeczy: że głoski,
długie czy krótkie, nie posiadają zgoła stałego trwania ani nawet określonego stosunku między wzajemnym swym trwaniem; że namiętność obchodzi się z prozo dią, jak jej się podoba prawie, że pozwala sobie na najdłuższe interwały i że ten, który w najwyższej bo leści woła: Ach, ja nieszczęśliwy!, podnosi zgłoskę wy krzyku do najwyższego i najostrzejszego tonu i spro wadza stopniowo inne do tonu najgłębszego i najniż szego, stwarzając oktawę lub nawet większy interwał i dając każdemu tonowi quantum zgodne ze zwrotem melodii, nie urażając ucha i nie zachowując w zgło sce długiej lub krótkiej długości lub krótkości, jakie posiadają w mowie zwykłej. Jakąż drogę odbyliśmy od czasu, gdyśmy przytaczali parantezę „Armidy": ,,Le vainqueur de Renaud (si quelqu un le peut être)"... i „Obéissons sans balancer..." z „Indes galantes" jako cuda deklamacji muzycznej. Obecnie na te cuda wzru sza się ramionami litośnie! Wobec rozmachu, z któ rym sztuka kroczy, nie wiem, dokąd zajdzie. Tymcza sem wypijmy haust. (Wypił ich dwa, trzy, nie wiedząc, co robi. Mógłby się był upić, tak jak się wyczerpał, ani się spostrzegłszy, gdybym nie był odstawił butelki, któ rej szukał roztargniony. Wtedy rzekłem:)

Ja
Jak to być może, że mając tak subtelne poczucie, tak wielką wrażliwość na piękności sztuki muzycznej, je steś pan tak ślepy w rzeczach moralności, tak nieczuły na uroki cnoty.

On
Widocznie istnieje dla niej zmysł, którego nie posia dam, jakiś nerw, którego mi brak, zwiotczały nerw, który można targać, a który nie drży; lub może dla tego, że żyłem zawsze z dobrymi muzykami, a ze zły mi ludźmi, skutkiem czego ucho me stało się czułe,
a serce głuche. A zresztą to się dziedziczy. Mam krew tę samą, co mój ojciec i stryj; dziedziczna cząsteczka ojcowska była twarda i tępa, i ta przeklęta pierwsza, cząsteczka upodobniła do siebie resztę.

Ja
Kocha pan swe dziecko?

On
Czy kocham? tego małego dzikusa! Do szaleństwa!

Ja
I nie stara się pan powstrzymać w nim działania przeklętej cząsteczki ojcowskiej?

On
Sądzę, że pracowałbym nad tym daremnie. Jeśli prze znaczone mu być uczciwym człowiekiem, nie będę temu przeszkadzał; lecz jeśli owa cząsteczka zechce, by był nicponiem jak jego ojciec, to trudy, które bym podjął, by zrobić z niego człowieka uczciwego, byłyby dlań bardzo szkodliwe. Gdyby wychowanie krzyżo wało ustawicznie skłonność cząsteczki, dziecko byłoby pociągane jakby przez dwie siły przeciwne i kroczy łoby krzywo drogą życia, jak to się widzi na nieskoń czonej ilości ludzi, zarówno niezdarnych w dobrem jak w złem. Ich to zwie się ziółkami, najstraszniejszym ze wszystkich przydomków, bo oznacza mierność i wy raża najwyższy stopień pogardy. Wielki nicpoń jest wielkim nicponiem, lecz zgoła nie ziółkiem. Zanim by cząsteczka owa znów wzięła górę i doprowadziła go do doskonałej nikczemności, do której ja doszedłem, potrzebowałby nieskończenie wiele czasu, straciłby najpiękniejsze swe lata. Nie czynię teraz nic, zosta wiam mu swobodę. Badam go, jest już żarłoczny, lizus, hultaj, leń, kłamca; nie wyrodzi się na pewno.
Ja
I będzie pan kierować go na muzyka, by niczego nie brakło do podobieństwa?

On
Na muzyka! na muzyka! Patrząc nań, czasem zgrzytam zębami i mówię: Gdybyś miał znać kiedyś jedną nutę, to sądzę, że kark bym ci skręcił.

Ja
I dlaczegóż to, proszę?

On
To do niczego nie wiedzie.

Ja
To wiedzie do wszystkiego.

On
Tak, jeśli się w tym celuje; lecz któż może obiecywać sobie po swym dziecku, że będzie ono celować? Dzie sięć tysięcy możliwości na jedną, że będzie nędznym rzępolą jak ja. Wiesz pan, że łatwiej o dziecko zdolne rządzić królestwem i być wielkim królem niż wiel kim skrzypkiem?

Ja
Zdaje mi się, że talenty miłe, nawet kiedy są średnie, mogą wśród narodu bez obyczajów, tonącego w roz puście i zbytku, bardzo szybko popchnąć człowieka naprzód na drodze powodzenia. Ja sam byłem świad kiem rozmowy między ziółkiem-opiekunem i ziółkiem potrzebującym opieki. Ostatniego polecono pierwsze mu jako człowiekowi uczynnemu, który usłużyć może.
— Cóż pan umie?
— Znam dość dobrze matematykę.
— Więc ucz pan matematyki, a kiedy przez dziesięć,
dwanaście lat dość zabłocisz się na brukach paryskich,
to zarobisz trzysta do czterystu franków renty.
— Studiowałem prawo i jestem z nim dobrze obznaj-
miony.
— Gdyby Puffendorf lub Grotius na świat wró-
cili, umarliby z głodu przy drodze.
— Znam bardzo dobrze historią i geografię.
— Gdyby istnieli rodzice, którym wychowanie dzieci
na sercu leży, doszedłby pan do majątku; lecz takich
nie ma.
— Jestem dobrym muzykiem.
— I czemuż nie powiedział pan tego od razu? Pokażę
panu, jakie z talentu tego zyski ciągnąć można: oto
mam córkę, przychodź co wieczór od pół do siódmej
do dziewiątej, udzielaj jej lekcji, a dam panu 25 du-
katów w złocie rocznie. Będzie pan miał śniadanie,
obiad, podwieczorek i wieczerzę wraz z nami. Reszta
dnia jest pańska i może pan ją obracać na własny
użytek.

On
I cóż się stało z tym człowiekiem?

Ja
Gdyby był mądry, byłby się dorobił majątku, jedynej rzeczy, którą, zda się, macie na oku.

On
Oczywiście, złoto, złoto; złoto jest wszystkim, a wszy stko inne bez złota jest niczym. Dlatego — zamiast napychać mu głowę pięknymi maksymami, które by i tak musiał zapomnieć, żeby nie zostać żebrakiem — jeśli posiadam luidora, co mi się nieczęsto zdarza, staję przed nim, wyciągam pieniądz z kieszeni, poka zuję mu go z zachwytem, podnoszę oczy do nieba, ca-
uję pieniądz; i aby mu jeszcze lepiej dać poznać wagę tej świętej monety, paplę doń, pokazuję mu palcem wszystko, co za nią kupić można: piękną sukienkę, pię kną czapeczkę, dobre ciastko; potem chowam luidora do kieszeni, przechadzam się dumnie, odginam połę kabata, klepię się po kieszeni — w ten sposób daję mu poznać, że to właśnie z tego luidora rodzi się pe wność, którą po mnie widać.

Ja
Nie można lepiej; lecz gdyby się zdarzyło, że przejęty głęboko wartością luidora, jednego dnia...

On
Rozumiem pana. Trzeba na to patrzeć przez palce; nie ma żadnej zasady moralnej, która by nie miała stron niewygodnych. W najgorszym razie jest to zły kwa drans i wszystko skończone.

Ja
Nawet przy tak odważnych i mądrych poglądach, ob staję przy swym zdaniu, że byłoby dobrze uczynić zeń muzyka. Nie znam szybszego sposobu zbliżenia się do wielkich, służenia ich występkom i wyciągania zysku z własnych.

On
To prawda; lecz mam sposoby powodzenia szybszego i pewniejszego. Ach, gdybyż to była córka! Ale nie mogąc zrobić tego, co chcielibyśmy, trzeba cieszyć się tym, co los daje, największą wyciągnąć z tego korzyść, nie zaś — jak większość ojców, którzy nie mogliby nic wymyślić gorszego, gdyby pragnęli nieszczęścia swych dzieci — dawać wychowanie spartańskie dziecku, które żyć będzie w Paryżu. Jeśli wychowanie jest złe, to wina obyczajów mego narodu, nie moja. Niech odpowiada

za to, kto jest w stanie. Ja chcę, by syn mój był szczę śliwy lub co na jedno wychodzi, czczony, bogaty i mo żny! Znam kilka najłatwiejszych dróg do tego celu wiodących i zapoznam go z nimi zawczasu. Jeśli mnie zganicie, wy, cnotliwi, rozgrzeszy mnie tłum i powo dzenie. Będzie miał złoto, ja panu to mówię. Jeśli go będzie miał dużo, niczego mu nie zbraknie, nawet czci i szacunku pańskiego.

Ja
Mógłby się pan zawieść.

On
Lub obejdzie się bez nich, jak wielu innych... (Było w tym wszystkim dużo rzeczy, z którymi zgadzamy się w myśli, wedle których postępujemy, lecz których się nie mówi. Oto w istocie różnica między tym człowie kiem a większością naszego otoczenia. Mówił o wadach, jakie miał, jakie i inni mają, lecz nie był obłudnikiem. Nie był ani mniej, ani więcej wstrętny niż inni; był tylko szczerszy i konsekwentniejszy, a niekiedy głę boki w zepsuciu. Drżałem na myśl, co stanie się z jego dzieckiem pod okiem takiego mistrza. To pewna, że wobec idei wychowawczych, tak ściśle wzorowanych na naszych obyczajach, musiałoby zajść daleko, gdyby go zawczasu nie powstrzymano w drodze.)

On
O, nie bój się pan! Najważniejszym, najtrudniejszym punktem, na który ojciec powinien kłaść nacisk, nie jest przekazanie dziecku swemu wszystkich wad, ja kie sam posiada, śmieszności, które go cennym czynią dla bogaczów; cały świat to czyni, jeśli nie systematycznie jak ja — to drogą przykładu i nauki; lecz wskazać mu właściwą miarę, sztukę uniknięcia wstydu, hańby, prawa. Są to dysonanse w harmonii społecznej,

które trzeba umieć umieścić, przygotować, rozwiązać. Nie ma nic bardziej płaskiego nad szereg doskonałych akordów. Trzeba czegoś, co podnieca, co rozszczepia na promienie wiązkę światła.

Ja
Bardzo dobrze! Tym porównaniem zwraca mnie pan od obyczajów do muzyki, od której mimo woli się od daliłem, i dziękuję panu. Bo nie kryję przed tobą, że wolę pana jako muzyka niż jako moralistę.

On
Mimo to zajmuję niskie miejsce w muzyce, wysokie zaś w moralności.

Ja
Wątpię; ale jeśliby tak było, to jestem sobie prosty człowiek, a pańskie zasady nie są moimi.

On
Tym gorzej dla pana! Ach, gdybym miał pańskie ta- lenty!

Ja
Dajmy pokój moim talentom i wróćmy do pańskich.

On
Gdybym umiał wyrażać się jak pan. Lecz mówię dia belnie śmieszną gwarą, na pół jak ludzie światowi i uczeni, na pół jak przekupki.

Ja
Ja mówię źle. Umiem mówić tylko prawdę, a to, jak pan wie, nie zawsze się podoba.

On
Nie chodzi też o mówienie prawdy, przeciwnie, jeśli życzę sobie pańskiego talentu, to dlatego, by dobrze
kłamać. Gdybym umiał pisać, sklecić książkę, ułożyć dedykacją, upoić głupca jego zasługą, przymilić się kobietom!

Ja
Umie pan to wszystko tysiąc razy lepiej ode mnie;
nie byłbym nawet godny być uczniem pańskim.

On
Ileż wielkich zdolności straconych, których wartości
pan nie zna!

Ja
Zbieram to, co wkładam, i niczego nie tracę.

On
Gdyby tak było, nie miałbyś pan tego grubego surduta, tej kamizelki z lichego sukna, tych wełnianych poń czoch, tych ciężkich trzewików i tej starej peruki.

Ja
Nie miałbym. Muszę tak wyglądać, skoro nie jestem bogaty i nie robię nic, by wyglądać inaczej. Lecz są lu dzie, którzy jak ja nie uważają bogactwa za rzecz naj cenniejszą w świecie: dziwaczni ludzie!

On
Bardzo dziwaczni I Człowiek nie rodzi się z tym zapa trywaniem, lecz narzuca je sobie; bo nie ma go w na turze.

Ja
Człowieka?

On
Człowieka. Wszystko, co żyje, nie wyjmując jego, szuka swej wygody na koszt tego, do kogo należy; i jestem pewny, że gdybym sprowadził małego dzi-
kusa, nie pouczając go o niczym, chciałby być bogato odziany, świetnie żywiony, ceniony przez mężczyzn, kochany przez kobiety, chciałby cieszyć się wszelkim szczęściem ludzkim.

Ja
Gdyby mały dzikus był pozostawiony samemu sobie, gdyby zachował całą swą niedołężność umysłu i zje dnoczył rozum dziecka w kołysce z namiętnością trzy dziestoletniego mężczyzny, to ukręciłby kark swemu ojcu i zgwałcił swą matkę.

On
To dowodzi konieczności dobrego wychowania. I któż jej przeczy? A jakież jest dobre wychowanie, jeśli nie to, które wiedzie do wszelkiego rodzaju uciech bez nie bezpieczeństwa i niewygód?

Ja Jestem prawie pańskiego zdania; lecz strzeżmy się wy jaśnień.

On
Dlaczego?

Ja
Bo boję się, że zgodzilibyśmy się tylko pozornie i gdy byśmy zaczęli rozprawiać, jakich niebezpieczeństw i niewygód unikać trzeba, nie porozumielibyśmy się już.

On
I cóż to szkodzi?

Ja
Dajmy pokój, powiadam; tego, co ja wiem, nie nauczę pana, raczej pan nauczy mnie łatwiej, czego nie wiem, a co pan wie z muzyki. Drogi muzyku, mówmy o mu-
zyce i powiedz mi, jak to się stało, że mając taką ła twość odczucia, zapamiętania i oddania najpiękniej szych ustępów wielkich mistrzów, taki entuzjazm, któ rym cię przejmują i którym ty przejmujesz innych, nie stworzyłeś nic wartościowego?

On
Zamiast mi odpowiedzieć, potrząsał głową i podnosząc palec do góry krzyknął: A gwiazda! A gwiazda! Natura stwarzając Leo, Vin ciego, Pergolesego, Duniego — uśmiechała się; miała twarz poważną i zadumaną stwarzając drogiego stryja, którego przez lat dwanaście nazywać się będzie wielkim Rameau i o którym wkrótce mówić się nie będzie. Gdy jednak lepiła jego bratanka, krzywiła się i krzywiła ciągle... (Mówiąc te słowa, wykrzywiał twarz na różne sposoby: było tam lekceważenie, pogarda, ironia; zdawał się gnieść w palcach kawałek ciasta i śmiać się z komicznych kształtów, które mu nada wał; potem odrzucił daleko dziwacznego bałwana i rzekł:) Tak mnie stworzyła i rzuciła między innych bałwanów, z których jedne to postacie o grubych owisłych brzuchach, krótkich szyjach, wyłupiastych oczach apoplektyka, inne o szyjach skrzywionych; inne chude, o oku żywym i sępim nosie. Wszyscy, widząc mnie, zaczęli śmiać się do rozpuku i ja też wziąwszy się pod boki, zacząłem patrząc na nich śmiać się do rozpuku; bo głupcy i szaleńcy bawią się sobą wzajem; szukają się; przyciągają się. Gdybym za przy- byciem tam nie był zastał gotowego przysłowia, że pieniądz głupców jest dziedzictwem przebiegłych, mnie by je zawdzięczano. Czułem, że natura umieściła moje dziedzictwo w mieszkach bał wanów, i wynajdywałem tysiąc sposobów, by je ode brać.
Ja
Znam te sposoby, mówił mi pan o nich, podziwiałem je bardzo; lecz wśród tylu możliwości — dlaczego nie wybrać sposobu zarabiania swoimi dziełami?

On
Tak właśnie rzekł pewien światowiec do abbégo Le Blanc. Ksiądz skarżył się: „Markiza Pompadour bie rze mnie na rękę, niesie aż na próg Akademii; tam cofa rękę, a ja padam i łamię obie nogi." Światowiec odpo wiedział: „Więc trzeba, abbé, podnieść się i wybić drzwi głową." Ksiądz na to: „Tego właśnie próbowałem i wie pan, co mi to przyniosło? Guza na głowie..." (Po tej opowiastce mój człek zaczął przechadzać się z głową spuszczoną, z twarzą zamyśloną i przybitą; wzdychał, płakał, rozpaczał, podnosił ręce i oczy do nieba, bił się pięścią w głowę, że o mało nie strzaskał sobie czoła lub palców, i dodał:) Zdaje mi się, że jednak jest coś tam wewnątrz; lecz chociaż biję, wstrząsam, nic z niej nie wychodzi... (Zaczął na nowo trząść głową i bić się w czoło gwałtownie, i rzekł:) Albo nic tam nie ma, albo się nie chce odezwać. (Po chwili przybrał minę dumną, podniósł głowę, przyłożył prawą rękę do serca, postą pił kilka kroków i dodał:) Czuję, tak, czuję... (Udawał człowieka, który gniewa się, oburza, czuli, rozkazuje, błaga — i bez przygotowania wygłaszał mowy gniewne, współczujące, nienawistne, miłosne; szkicował różne namiętności z subtelnością i prawdą zdumiewającą; po tem dodał:) Sądzę, że dobrze? Oto jak idzie: oto co znaczy znaleźć akuszera, który umie wywołać i przy spieszyć boleści, i dopomóc wydostać się dziecku. Bę dąc sam chwytam pióro, chcę pisać, gryzę paznokcie, trę czoło. Do widzenia, sługo, bóg jest nieobecny; wmó wiłem w siebie geniusz; z końcem wiersza czytam, że jestem głupi, głupi, głupi. Lecz jakże można czuć i my-
śleć wzniosie, odtwarzać z siłą, obcując z ludźmi taki- mi, jakich widywać trzeba, by żyć; wśród rozmów, któ re się wiedzie i których się słucha, wśród takich plotek: „«Bulwar» był dziś czarujący. Słyszał pan tę małą małpkę? Gra zachwycająco. Pan taki a taki ma zaprząg szarojabłkowity, najpiękniejszy, jaki sobie wyobrazić można. Piękna pani N. zaczyna przechodzić do przeszło- ści; czyż w czterdziestym piątym roku życia nosi się jeszcze takie uczesanie? Panna ta a ta okryta jest bry lantami, które ją niewiele kosztują.
— Chce pan powiedzieć, że kosztują ją... drogo.
— Ależ wcale.
— Gdzieżeś pan ją widział? — W «Dziecku arlekina
straconym i odnalezionym.
— Scena rozpaczy była grana jak nigdy jeszcze. Po-
liszynel z Foire ma gardło, lecz nic subtelności, nic
duszy, Pani ta a ta urodziła bliźniaki: każdy z ojców
będzie miał po dziecku..."
I pan sądzi, że mówienie tego i powtarzanie, i słu-
chanie codzienne rozgrzewa i wiedzie do wielkich
rzeczy?

Ja
Nie, raczej zamknąć się na swym poddaszu, pijać wodę, jeść chleb suchy i szukać samego siebie.

On
Być może, lecz nie mam do tego odwagi, a zresztą poświęcać swe szczęście dla niepewnego powodzenia!
A nazwisko, które noszę? Rameau!... nazywać się Rameau . To kłopotliwe. Talenty to nie szlachectwo, które się przenosi i którego świetność wzrasta z dziada na ojca, z ojca na syna, z syna na wnuka, bez wymagania ze strony przodka zasługi od następcy; stary pień
rozgałęzia się w ogromne drzewo głupców; lecz cóż to szkodzi! Inaczej z talentem. By utrzymać jeno sławę ojca, trzeba już być zręczniejszym od niego; trzeba odziedziczyć jego wenę... Zabrakło mi weny; lecz prze gub ręki się ocknął, smyk się rusza, garnek wre; jeśli to nie sława, to rosół.

Ja
Na pańskim miejscu nie uważałbym sprawy za skończoną — spróbowałbym.

On
Myśli pan, żem nie próbował? Nie miałem lat piętnastu, gdym sobie rzekł po raz pierwszy: Co tobie? Myślisz? i o czym myślisz? Chciałbyś był już uczynić czy do piero uczynić coś, co by wzbudziło podziw całego świa ta?... Więc nuże, wystarczy dmuchnąć i poruszyć pal cami, wystarczy zrobić rączkę, a laska gotowa. W późniejszym wieku powtarzałem tylko słowa mło dości; dziś powtarzam je jeszcze i stoję obok posągu Memnona.

Ja
Co pan chce powiedzieć przez posąg Memnona?

On
Zdaje mi się, że to jasne. Naokoło posągu Memnona stało wiele innych, również dotkniętych promieniami słońca: lecz jego posąg jedyny odebrzmiał. Voltaire jest poetą; i kto jeszcze? Voltaire; a trzeci? Voltaire; a czwarty? Voltaire. Muzykiem jest Rinaldo de Capua, Hasse, Pergolese, Alberti, Tartini, Locatelli, Terrade glias, mój stryj, mały Duni, który nie ma ni miny, ni postawy, lecz który czuje, do diaska! u którego jest śpiew i wyraz. Reszta, wkoło tej małej liczby Memno nów, to tyleż par uszu przygwożdżonych do kija; jesteś my też żebrakami, takimi żebrakami, że to rozpacz. Ach, panie filozofie, nędza jest rzeczą okropną. Widzę ją zgiętą, z gębą rozdziawioną, by pochwycić kilka kropel zimnej wody, uronionych z beczki Danaid. Nie wiem, czy zaostrza to ducha filozofa, lecz chłodzi diabelnie głowę poety. Nie śpiewa się dobrze pod tą beczką. A zbyt jeszcze szczęśliwy, kto pod nią znajdzie miejsce. Byłem tak szczęśliwy i nie umiałem tam się utrzymać. Zrobiłem już raz to głupstwo. Podróżowałem po Czechach, Niemczech, Szwajcarii, Holandii, Flandrii, diabelnie daleko.

Ja
Pod dziurawą beczką?

On
Pod dziurawą beczką. Był Żyd bogaty i rozrzutny, który lubił muzykę i moje szaleństwa. Grywałem, jak umia łem, i udawałem szaleńca. Nie zbywało mi na niczym. Mój Żyd był człowiekiem, który znał swój Zakon i przestrzegał go surowo i ostro, czasami przy przyja cielu, zawsze przy obcym. Wplątał się w przykrą spra wę, którą muszę panu opowiedzieć, bo jest zabawna. Była w Utrechcie czarująca kurtyzana. Podobała mu się chrześcijanka; posłał do niej stręczyciela z pokaź nym wekslem. Dziwaczne stworzenie odrzuciło poda runek. Żyd był zrozpaczony. Stręczyciel mu powiada: „Czemuż pan się tak martwi? Jeśli chcesz spać z ładną kobietą, nie ma nic łatwiejszego, a nawet możesz spać z daleko ładniejszą niż ta, o którą się ubiegasz; z moją żoną; odstąpię ci ją za tę samą cenę." Jak się umówili, tak zrobili; stręczyciel zatrzymuje weksel, a mój Żyd śpi z żoną stręczyciela. Nadchodzi czas wypłaty we ksla; Żyd każe go zaprotestować i wzbrania się płacić. Proces. Żyd mówił sobie: „Ten człowiek nie odważy
się nigdy powiedzieć, za jaką cenę posiadł mój weksel,
a ja nic nie zapłacą." Podczas przesłuchania pyta strę-
czyciela:
— Od kogo ma pan ten weksel?
— Od pana.
— Czyś mi pan pożyczył pieniędzy?
— Nie.
— Czyś mi dostarczył towarów?
— Nie.
— Czy za oddane usługi?
— Nie; lecz zgoła nie o to chodzi: ja jestem jego po-
siadaczem, pan go podpisał i pan zapłaci.
— Ja go nie podpisałem.
— Więc jestem fałszerzem?
— Pan lub kto inny, którego jesteś narzędziem.
— Ja jestem łajdak, lecz pan łotr. Radzę panu, nie
przywódź mnie do ostateczności; shańbię siebie, ale
pana zgubię...
Żyd nie zląkł się groźby, a stręczyciel wyjawił rzecz całą na najbliższym posiedzeniu. Obaj okryli się wsty dem, Żyda skazano na zapłacenie weksla, a pienią dze złożono na rzecz ubogich. Wówczas rozszedłem się z nim i tu przybyłem. Co czynić? bo trzeba było zginąć z nędzy lub coś przedsięwziąć. Przychodziły mi różne pomysły do głowy. Raz miałem wstąpić do trupy prowincjonalnej — zdatny czy niezdatny tak do tea tru jak do orkiestry. Innym razem miałem kazać na malować sobie jeden z tych obrazów przywiązanych do żerdzi, z którymi staje się na skrzyżowaniu ulic i woła na cały głos: „Oto miasto, w którym się urodził, a oto tu żegna się ze swym ojcem aptekarzem i tu przy bywa do stolicy, szukając mieszkania swego stryja.. Tu pada do nóg stryjowi... który go wypędza... Tutaj jest z Żydem itd., itd.". Innego dnia wstałem z posta nowieniem przyłączenia się do śpiewaków ulicznych;
i byłbym nie najgorzej to czynił; bylibyśmy koncer towali pod oknami mego drogiego stryja, który by byt zdechł z wściekłości. Wybrałem inny sposób. (Tutaj zatrzymał się, przechodząc stopniowo z postawy czło wieka trzymającego skrzypce i przyciskającego z całej siły struny do postawy wycieńczonego trudem niebo raka, któremu sił brak, pod którym uginają się kolana i który gotów skonać, gdyby mu nie rzucono kawałka chleba; wyrażał swą ostateczną nędzę ruchem palca Skierowanego ku półotwartym ustom; potem dodał:) To się rozumie. Rzucano mi kąsek, o który biło się nas trzech, czterech zgłodniałych... I myśleć wzniosie, czy nić piękne rzeczy w takim utrapieniu!

Ja
Trudno bardzo.

On
I tak przechodząc od jednej roli do innej dostałem się
do nich — było mi tam jak u Pana Boga za piecem.
Odszedłem stamtąd. Będzie trzeba na nowo piłować ki-
szki i wrócić do ruchu palca ku rozdziawionej gębie.
Nic nie ma stałego na tym świecie. Dzisiaj u szczytu,
jutro na ulicy. Przeklęte przypadki nami kierują i kie-
rują nami bardzo źle... (Potem wypiwszy haust, który
został na dnie flaszki, zwrócił się do swego sąsiada:)
— Przez litość, panie, proszą o niuch. Ma pan pię-
kną tabakierkę. Nie jesteś muzykiem?
— Nie.
— Tym lepiej dla pana, bo to pożałowania godni nę-
dzarze. Los chciał, że ja nim jestem, gdy tymczasem
gdzieś na Montmartre, może w jakimś młynie, jest
młynarz, chłopak młynarski, który nie będzie nigdy nic
innego słyszał tylko zgiełk klekotu, a który wynalazłby
najpiękniejsze śpiewy. Rameau! do młyna, do młyna! Tam twoje miejsce.

Ja
Natura przeznacza człowieka do tego, do czego on się przykłada.

On
Strzela ona dziwaczne bąki. Co do mnie, to nie spo glądam z tej wyżyny, skąd wszystko wydaje się po mieszane, człowiek przycinający nożycami gałęzie drzewa i gąsienica objadająca liść tego drzewa, i skąd widzi się tylko dwa różne owady, każdy spełniający swoje przeznaczenie. Usadów się pan na epicyklu Merkurego i stamtąd, jeśli ci się to podoba, za przy kładem Réaumura, który dzielił owady na chrząszcze winne, miemice, kosarze, dziel sobie rodzaj ludzki na łudzi stolarzy, cieśli, dekarzy, tancerzy, śpiewaków — to pańska rzecz. Ja się do tego nie mieszam. Żyję na tym świecie i tu pozostanę. Ale jeżeli apetyt jest zja- wiskiem przyrodzonym — bo wracam ciągle do ape- tytu, jako do uczucia, które mnie nigdy nie opuszcza — to uważam, że nie bardzo jest w porządku, jeśli nie za wsze ma się co do jedzenia. Diabła warta taka ekono mia — ludzie, co opływają we wszystko, podczas kiedy inni, których żołądek jest tak samo natrętny, nie mają co na ząb położyć. Najgorsze to skrępowana postawa, w której nas więzi potrzeba; człowiek potrzebujący nie chodzi jak inni; skacze, pełza, wije się, wlecze i spędza swe życie na przybieraniu i wykonywaniu pozycji.

Ja
Cóż to są te pozycje?

On
Spytaj pan Noverre'a. Świat wydaje ich więcej, niż jego sztuka naśladować może
Ja
I pan także, by użyć wyrażenia pańskiego czy Montaigne'a, staje na epicyklu Merkurego i patrzy na różne pantomimy rodzaju ludzkiego.

On
Nie, nie, mówię panuj jestem zbyt ciężki, by wznieść się tak wysoko. Pozostawiam innym pobyt wśród mgieł, ja trzymam się ziemi. Patrzę wkoło siebie i przy bieram swoje pozycje lub bawię się widokiem pozycji, które przybierają inni. Jestem doskonałym aktorem mimicznym, jak to zaraz sam pan osądzi. (Zaczął się uśmiechać, udawać człowieka, który podziwia, który błaga, który się przymila; wysunął prawą nogę wprzód, lewą w tył, zgiął grzbiet, podniósł głowę, spojrzeniem jakby zawisł w cudzych oczach, rozdziawił usta, wy ciągnął ręce do jakiegoś przedmiotu; czeka rozkazu, otrzymuje go, uchodzi jak strzała, wraca; rozkaz speł niony, zdaje sprawę; uważa na wszystko; podnosi coś, co upadło; kładzie poduszkę lub stołek pod nogi; trzy ma tacę, przysuwa krzesło; otwiera drzwi, zamyka okno, ściąga firankę; patrzy na pana i na panią; stoi nieruchomy, z rękoma zwieszonymi, z nogami wypro stowanymi; słucha, stara się czytać z (warzy — i do daje:) Oto moja pantomima, prawie taka sama jak po chlebców, dworaków, pasożytów i żebraków. (Szaleń stwa tego człowieka, bajki księdza Galianiego, wy bryki Rabelais'go naprowadzały mi czasem głębokie myśli. To trzy kramy, gdzie zaopatruję się w śmieszne maski, które umieszczam na twarzach najpoważniej szych osób i widzę Pantalona w pewnym prałacie, satyra w pewnym prezydencie, świnię w pewnym mni chu, strusia w pewnym ministrze, gęś w jego pierw szym sekretarzu.)
Ja
Lecz wedle pańskiego rachunku — mówię do mego człowieka — jest dużo żebraków na tym świecie i nie ma nikogo, kto by nie umiał kilku kroków pańskiego tańca.

On
Ma pan słuszność. W całym królestwie jest tylko je den człowiek, który nie potrzebuje przybierać pozy cji — to król; wszyscy inni przybierają pozycje.

Ja
Król? I pod tym względem dałoby się coś powiedzieć. Czy nie sądzi pan, że znajdzie się kiedy niekiedy u jego boku drobna nóżka, mały karczek, mały nosek, który mu nakazuje trochę pantomimy? Kto potrzebuje inne go — jest ubogi i przybiera pozycję. Król przybiera pozycję wobec swojej kochanki i wobec Boga stąpa krokiem pantomimy. Minister stąpa krokiem dworza nina, pochlebcy, sługi i żebraka wobec króla swego. Tłum ambitnych odtańcowywa pańskie pozycje w ty siąc sposobów — jedne podlejsze od drugich — wobec ministra; dostojny ksiądz, z wypustkami u kołnierza i w długim płaszczu, przynajmniej raz na miesiąc przed szafarzem beneficjów. Na honor, to, co pan zwie pan tomimą żebraków, jest wielkim pląsem ziemi. Każdy ma swoją małą Hus i swojego Bertina.

On
To mnie pociesza. (A kiedy mówiłem, on udawał — można było skonać ze śmiechu — pozycje osób, które wymieniałem. Na przykład, jako mały ksiądz, trzyma) kapelusz pod pachą, a brewiarz w lewej ręce; prawą unosił ogon swego płaszcza; przechadzał się z głową przechyloną nieco na ramię, z oczyma spuszczonymi, udając tak doskonale hipokrytę, że zdało mi się, iż widzę autora „Réfutations" przed biskupem orleańskim. Gdy mówiłem o pochlebcach, o ambitnych, pa dał plackiem nieomal; to znowu pokazywał Boureta przy kontroli.)

Ja
To doskonale wykonane. Jest jednak istota wolna od pantomimy: to filozof, który nic nie ma i niczego nie żąda.

On
I gdzież jest to zwierzę? Jeśli nic nie ma, cierpi, jeśli nie zabiega o nic, nic nie otrzyma i będzie cierpiał zawsze.

Ja
Nie. Diogenes drwił sobie z potrzeb.

On
Lecz trzeba się odziać.

Ja
Nie; chodził nago.

On
Czasami zimno było w Atenach.

Ja
Mniej niż tutaj.

On
Jadano tam.

Ja
Bez wątpienia.

On
Czyim kosztem?
Ja
Natury. Do kogo zwraca się dziki? Do ziemi, do zwierząt, do ryb, do drzew, do roślin, do korzeni, do potoków.

On
Lichy stół.

Ja
Wielki.

On
Lecz źle obsłużony.

Ja
A jednak uprząta się go, by nasze nakryć.

On
Lecz przyzna pan, że przemysł naszych kucharzy, pa sztetników, piekarzy i cukierników wkłada tam nieco z siebie. Wobec tak surowej diety pański Diogenes nie miał widocznie bardzo niesfornych organów.

Ja
Myli się pan. Płaszcz cynika był niegdyś tym, czym dziś płaszcz mniszy, tą samą mocą: cynicy byli kar melitami i kapucynami Aten.

On
Mam pana! Więc Diogenes tańczył także pantomimą, jeśli nie przed Peryklesem, to przynajmniej przed Fry ne?

Ja
Myli się pan znowu. Inni kupowali bardzo drogo kurtyzany — jemu oddawały się one dla przyjemności.

On
Lecz jeśli się zdarzyło, że piękność była zajęta, a cynik nie mógł czekać?

Ja
To właził do swej beczki i usiłował obejść się bez niej.

On
I radzi mi pan naśladować go?

Ja
Na honor, to na pewno lepiej, niż pełzać, upadlać się, hańbić.

On
Potrzebuję dobrego łóżka, dobrego stołu, ciepłego odzienia na zimę, lekkiego na lato, spoczynku, pieniędzy i wielu innych rzeczy, które wolę zawdzięczać raczej życzliwości, niż zdobywać pracą.

Ja
Bo jesteś pan nicpoń, żarłok, tchórz i podlec.

On
Zdaje mi się, że już to panu powiedziałem.

Ja
Niewątpliwie, że sprawy życiowe mają swą wagę; lecz nie wiesz, ile dla nich tracisz. Tańczyłeś, tańczysz i da lej tańczyć będziesz podłą pantomimę.

On
To prawda; lecz kosztowało mnie to mało, a nie bę dzie mnie już nic kosztować. Przeto uczyniłbym źle, przyjmując pozór, który by mnie trudził i w którym bym wytrwać nie mógł. Lecz z tego, coś mi pan powie dział, widzę, że moja biedna żonka była rodzajem fi lozofa: miała odwagę lwa: czasem brakło nam chleba i byliśmy bez grosza; sprzedaliśmy już prawie wszyst kie nasze łachy. Rzucałem się na łóżko i łamałem so bie głowę, by znaleźć kogoś, kto by mi pożyczył talara
na wieczne nieoddanie. Ona, wesoła jak czyżyk, sia dała do fortepianu i śpiewała akompaniując sobie. Miała gardło słowicze. Żałuję, żeś pan jej nie słyszał. Gdym grał na jakim koncercie, brałem ją ze sobą. Po drodze mówiłem jej: ,,Żwawo, moja pani, każ się po dziwiać, rozwiń swe talenty i czary, uwodź, podbijaj..." Przybywaliśmy. Śpiewała, uwodziła, podbijała. Nie- stety! straciłem biedną małą. Prócz talentu miała uste czka, że ledwo mały palec wetknąć w nie było można, zęby — rząd pereł, oczy, nogi, skórę, policzki, piersi, sarnie nóżki, ręce, ramiona, uda do modelowania. Prę dzej czy później byłaby zdobyła przynajmniej gene ralnego dzierżawcę. Co za chód, co za biodra, ach, Boże! co za biodra! (Zaczął udawać chód swej żony. Stąpał drobnymi kroczkami, zadzierał głowę, bawił się wachlarzem, kołysał się w biodrach; była to kary katura naszych zalotnie ogromnie zabawna i śmieszna. Podejmując swą mowę dodał:) Prowadziłem ją wszę dzie: do Tuilerii, do Palais Royal, na bulwary. Było nie możliwe, by mi pozostała. Gdy przechodziła ulicą ran kiem, z włosami rozpuszczonymi, w krótkim staniczku, byłbyś pan przystanął, by popatrzeć na nią; a objąłby ją pan w pasie czterema palcami nie uciskając jej. Kto szedł za nią i patrzył, jak kroczy drobno małymi stop kami, i podziwiał szerokie biodra, których kształt za znaczały lekkie spódniczki, podwajał krok. Pozwalała mu nadążyć, potem nagle zatrzymywała się i zwracała na niego dwoje swoich wielkich oczu, czarnych i lśnią cych, a ten stawał jak wryty: bo przednia strona me dalu warta była tylnej. Lecz niestety! straciłem ją i zni kły wraz z nią wszystkie me nadzieje szczęścia. Oże niłem się z nią tylko po to, zwierzyłem się jej z mych planów; a ona była zbyt bystra, by nie pojąć ich pew ności, i zbyt mądra, by ich nie aprobować. (Zaczął wzdychać i płakać mówiąc:) Nie, nie, nigdy nie pocieszę się po niej. Potem przywdziałem kołnierz z wypustką i czapeczką.

Ja
Z bólu?

On
Właściwie, aby mieć z czego żyć... lecz popatrz pan, która godzina. Bo muszę iść do opery.

Ja
Co grają?

On
Dauvergne'a . Są piękne rzeczy w jego muzyce; szko da, że nie powiedział ich pierwszy. Wśród umarłych są zawsze tacy, którzy stają w drodze żywym. Cóż pan chce? Quisque suos non patimur ma nes. Lecz już pół do szóstej. Słyszę, że dzwonią na nieszpory księdza de Canaye i moje. Do widzenia, panie filozofie: nieprawdaż, że jestem zawsze ten sam?

Ja
Niestety! tak, na nieszczęście.

On
Niechże mam to nieszczęście jeszcze choćby z czterdzieści lat: ten śmieje się najlepiej, kto się śmieje ostatni.




Brak komentarzy: