piątek, 11 lutego 2011

1768 Laurence Sterne: "Podróż sentymentalna przez Francję i Włochy"




— We Francji — powiedziałem — lepiej załatwiają te sprawy.
— Waszmość byłeś we Francji? — wykrzyknął skwapliwie mój rozmówca tonem tryumfu, a zarazem największej w świecie uprzejmości. — Dziwne! — rzekłem do siebie, roztrząsając w duchu to wydarzenie — żeby dwadzieścia jeden mil podróży statkiem, bo z Dover do Calais z wszelką pewnością nie ma ich więcej, dawało człowiekowi takie prawa. Trzeba to zgłębić. — Niechając tedy sporu poszedłem prosto do mego mieszkania, zapakowałem pół tuzina koszul i parę czarnych jedwabnych spodni (— frak, który mam na sobie — rzekłem spoglądając na jego rękaw — ujdzie —) i wsiadłem do dyliżansu jadącego do Dover; a że statek pocztowy odpłynął nazajutrz rano o dziewiątej — już o trzeciej zajadałem na obiad duszonego kurczaka tak niezaprzeczalnie we Francji, że gdybym następnej nocy skonał na niestrawność,. nawet świat cały nie mógłby zawiesić w mocy Droits d´aubaine. Moje koszule, czarne jedwabne spodnie, torba podróżna i wszystko inne musiałoby stać się własnością króla Francji — nawet obrazek, który od tak dawna noszę na sobie i o którym tylekroć mówiłem ci, Elizo, że chciałbym go zabrać z sobą do grobu — i ten nawet zerwano by mi z szyi. — Małoduszny to postępek! zagarniać marną pozostałość po nieostrożnym wędrowcu, którego poddani twoi zwabili na swój brzeg — na Boga! Sire, to nie uchodzi — i boli mnie to wielce, że przedkładać to muszę monarsze ludu tak cywilizowanego i uprzejmego, tak słynnego z sentymentu i delikatności...
Ale wszakże dopiero co stanąłem w granicach twych włości...

CALAIS
Kiedy skończyłem obiad i wypiłem zdrowie króla Francji, by się upewnić, że nie chowam doń urazy, lecz przeciwnie, czczę go wielce za jego ludzkość — wstałem czując się po tym posiłku tak, jak by mi cal wzrostu przybyło:
— Nie — rzekłem —Burboni to ród zgoła nie okrutny; pobłądzić mogą jak inni ludzie, ale mają pewną łagodność we krwi. — W chwili gdy to stwierdziłem, poczułem na policzku rumieniec bardziej delikatny, cieplejszy i milszy niż ten, który wywołać mógł burgund (przynajmniej po dwa liwry butelka, a taki właśnie piłem przed chwilą).
— Sprawiedliwy Boże! — rzekłem odtrącając nogą na bok moją torbę podróżną — cóż to takiego jest w dobrach tego świata, co tak zaostrza w nas dowcip i — przy okazji — tylu dobrych bliźnich spośród nas czyni tak okrutnymi kłótnikami?
Kiedy człowiek jest w zgodzie z człowiekiem, o ileż lżejszym od piórka staje się najcięższy z metali w jego ręku! Dobywa sakiewki, trzyma ją niedbale, nie ściskając, i rozgląda się, jak gdyby szukał, z kim by się jej zawartością podzielić. — Czyniąc tak właśnie, czułem, jak każda żyłka w mym ciele rozszerza się, arterie radośnie pulsowały wszystkie razem i wszystko, co podtrzymuje życie w człowieku, pracowało we mnie tak gładko, bez tarcia, że wprawiłoby to w zdumienie najlepiej znającą się na fizyce précieuse w całej Francji. Przy całym swoim materializmie, trudno by jej było nazwać mnie maszyną.
— Pewien jestem — rzekłem do siebie — iż obaliłbym jej przekonania.
Nadejście tej myśli wzniosło w owej chwili naturę na największe wyżyny, jakie zdolna była osiągnąć. W zgodzie ze światem byłem już przedtem, a teraz zawarłem ostateczne przymierze z samym sobą.
— Ach, gdybym to ja był królem Francji! — zawołałem — cóż to byłby za moment dla sieroty, która pragnęłaby wyprosić ode mnie torbę podróżną po swoim ojcu!

MNICH
CALAIS
Ledwo wyrzekłem te słowa, do izby wszedł biedny zakonnik reguły św. Franciszka, by uprosić cokolwiek dla swego klasztoru. Nikt nie lubi, kiedy jego cnoty są igraszką okoliczności. Człowiek może być hojny, tak jak inny bywa potężny — sed non, quo ad hanc — albo i nie — gdyż niepodobna stosować utartego; rozumowania do przypływów i odpływów naszych humorów. Któż to wie? mogą one zależeć od tych samych przyczyn, które oddziałują na prawdziwy przypływ i odpływ. Przypuszczenie takie często byłoby dla nas zgoła pochlebne. Ja sam pewien jestem, że w niejednym przypadku byłbym bardziej rad, gdyby świat mówił o mnie, „że miałem z księżycem sprawę, w której nie było ani grzechu, ani hańby", niż gdyby uchodziło za mój całkiem własny czyn i postępek to, w czym jednego i drugiej było tak wiele.
Ale mniejsza z tym. Ledwo nań spojrzałem, a już postanowiłem z góry, że nie dam mu ani jednego su; toteż włożyłem sakiewkę do kieszeni, zapiąłem ją, wyprostowałem się z lekka i z powagą postąpiłem ku niemu. Obawiam się, że w moim spojrzeniu było coś mrożącego: mam w tej chwili jego postać przed oczyma i zdaje mi się, że było w niej coś, co zasługiwało na lepsze potraktowanie.
Mnich, jak wywnioskowałem z wyrwy w jego tonsurze —wszystko, co z niej pozostało, to kilka siwych włosów na skroniach -- miał zapewne około lat siedemdziesięciu, ale sądząc po jego oczach, po tym jakimś w nich ogniu, który zdawał się stłumiony raczej przez uprzejmość niż przez lata — nie mógł mieć więcej nad sześćdziesiątkę. Prawda leżała zapewne pośrodku — sześćdziesiąt pięć miał z pewnością: ogólny zaś wygląd jego oblicza potwierdzał tę ocenę, choć zdawało się, że coś wyżłobiło tam zmarszczki przed czasem.
Była to jedna z tych głów, jakie nieraz malował Guido — łagodna, blada, bystra, wolna od wszelkich pospolitych myśli właściwych owym opasłym, zadowolonym nieukom, którzy patrzą na świat z góry. Ten patrzał przed siebie — ale tak, jak by spoglądał na coś znajdującego się poza tym światem. Jak ktoś należący do jego zakonu dochrapał się takiej głowy — wie jeden tylko Pan Bóg, który osadził ją na mniszych ramionach, ale przystałaby ona braminowi i gdybym ją napotkał wśród równin Indostanu, wzbudziłaby we mnie bogobojną cześć.
Resztę jego osoby można oddać paroma pociągnięciami; narysowanie jej powierzyć by można byle komu, nie była bowiem ani wytworna, ani wulgarna, ale taka, jaką ją czynił charakter i wyraz jej właściciela: cienka, chuda, wzrostu nieco powyżej przeciętnego, gdyby pewne pochylenie ciała naprzód nie pozbawiało jej tego wyróżnienia — lecz pochylenie to było postawą prośby, i gdy tak teraz mnich ów stoi przede mną w wyobraźni, zdaje mi się, że raczej zyskiwał na niej, niż tracił.
Posunąwszy się naprzód trzy kroki, przystanął; a gdy ja z kolei podszedłem tuż do niego, położył lewą rękę na piersi (w prawej trzymał bowiem swój cienki, biały kij wędrowny) i przedstawił się wygłaszając zwykłą historyjkę o potrzebach klasztoru i ubóstwie swego zakonu. A uczynił to z taką prostotą i wdziękiem, i tyle pokornego błagania było w jego spojrzeniu i całej postaci, że chyba mnie coś zuroczyło, skoro mnie to nie wzruszyło do żywego...
Prawdziwszy jednak powód był ten, że postanowiłem był z góry nie dać mu ani jednego su.

MNICH
CALAIS
— Wielka to prawda — rzekłem odpowiadając na wzniesienie oczu w górę, którym zakończył swą przemowę — wielka to prawda: niebiosa niechaj będą ucieczką tych, co jej szukają jedynie w miłosierdziu przestała się już w nim objawiać drażliwością, gdyż nie pokazał teraz żadnej urazy, lecz przycisnąwszy kij łokciem do ciała, z rezygnacją skrzyżował obie ręce na piersi i wyszedł.

MNICH
CALAIS
Skoro tylko drzwi zamknęły się za nim, serce moje ścisnęły wyrzuty sumienia. Powiedziałem aż trzy razy — phi! — z niedbałą miną, ale to nie pomagało: każda wymówiona przeze mnie z niechęcią sylaba stawała mi gwałtem na nowo w wyobraźni. Pomyślałem sobie, że jedyne, do czego miałem prawo wobec biednego franciszkanina, było, odmówić mu. Już to byłoby dla zawiedzionego dostateczną karą, bez dodatku złośliwych słów. Wspomniałem jego siwe włosy, zdawało mi się, że uprzejma jego postać wraca do pokoju i łagodnie pyta, w czym mi uchybiła? z jakiego powodu mogłem mu tak dokuczać? Byłbym dał dwadzieścia liwrów za adwokata. — Postąpiłem bardzo źle — rzekłem w duchu — lecz dopiero co wyruszyłem w podróż i w dalszej drodze nauczę się lepszego obejścia.

NIEGOŚCINKA
CALAIS
Stan, kiedy człowiek jest z siebie niezadowolony, ma przecież tę zaletę, że doskonale go usposabia do zawarcia transakcji handlowej. Otóż ponieważ nie sposób podróżować po Francji i Italii bez kolaski, a natura popycha nas zazwyczaj do tego, do czego się najlepiej nadajemy, wyszedłem na podwórze stajenne, by kupić lub nająć coś, co służyłoby memu celowi. Na pierwszy rzut oka spodobała mi się stara „niegościnka" stojąca w najdalszym kącie podwórza, natychmiast więc wsiadłem do niej, a stwierdziwszy, że harmonizuje nieźle z mym samopoczuciem, kazałem posługaczowi zawołać pana Dessein, właściciela oberży. Że jednak pan Dessein udał się był na nieszpory, a ja nie miałem ochoty zetknąć się z franciszkaninem, którego widziałem rozmawiającego po drugiej stronie podwórka z jakąś damą świeżo przybyłą do gospody — zasłoniłem się od nich taftową firanką i ponieważ postanowiłem pisać wspomnienia z mojej podróży, dobyłem pióra i atramentu i w niegoścince napisałem do tych wspomnień przedmowę.

PRZEDMOWA W NIEGOŚCINCE
Niejeden filozof-perypatetyk musiał zapewne zauważyć, że natura własną niezaprzeczoną mocą ustanowiła pewne granice i zapory ludzkiemu niezadowoleniu. Cel swój osiągnęła w sposób najcichszy i najłatwiejszy, nakładając na człowieka niemal niezwalczony przymus zapracowywania sobie na dostatnie życie i znoszenia swych cierpień w domu. Tylko bowiem w domu dostarczyła mu obiektów najodpowiedniejszych do tego, by dzieliły jego szczęście oraz dźwigały część owego brzemienia, które we wszystkich krajach i epokach było zawsze zbyt ciężkie dla jednej pary ramion. Prawda, że jesteśmy w pewnym stopniu wyposażeni w zdolność rozprzestrzeniania niekiedy swego szczęścia poza wyznaczone przez naturę granice, lecz tak już jest,że przez nieznajomość języków, ż braku znajomych, przyjaciół i domowników oraz na skutek różnic wychowania, obyczajów i nawyków tyle rzeczy przeszkadza nam w przekazywaniu naszych wrażeń poza obręb naszego własnego środowiska, że często staje się to dla nas zupełną niemożliwością
Stąd wypływać zawszą będzie wniosek, że bilans sentymentalnej wymiany wypada zawsze na szkodę poszukiwacza przygód, który opuścił swoją ojczyznę: musi on kupować to, co mu trudno dostać, po cenie, jaką mu stawiają gospodarze; jego słowa w rozmowie rzadko przyjęte będą bez znacznego dyskonta w zamian za ich słowa — a że to, nawiasem mówiąc, wpędza go wiecznie w ręce mniej wymagających handlarzy takich rozmów, jakie może znaleźć na swej drodze, przeto nie potrzeba być wieszczem, by odgadnąć, jakie towarzystwo go czeka...
To przywodzi mnie do sedna rzeczy; prowadzi mnie w naturalny sposób (jeżeli tylko bujanie się tej niegościnki pozwoli mi wieść dalej moje rozważania) do przyczyn sprawczych jak również do bezpośrednich powodów podróżowania.
Ludzie bez zajęcia opuszczają swój kraj rodzinny i udają się za granicę z jakiegoś powodu czy powodów, które wyprowadzić można z jednej z niżej wymienionych przyczyn ogólnych —

Niemocy ciała,
Tępoty umysłu lub
Nieuchronnej konieczności.

Dwie pierwsze odnoszą się do tych wszystkich, którzy podróżują lądem lub wodą powodowani pychą, ciekawością, próżnością lub nadmiarem żółci; przyczyny te można z kolei dzielić i łączyć ze sobą ad infinitum. Potem następują podróżujący z konieczności:
Podróżny — delikwent i przestępca,
Podróżny uciśniony i niewinny,
Podróżny zwyczajny
i wreszcie (jeśli łaska)
Podróżny sentymentalny (to znaczy ja), do opisania którego obecnie zasiadam, a który puścił się w podróż tak samo z konieczności i z besoin de voyager, jak każdy inny członek tej kategorii.
Wiem zarazem dobrze, że skoro zarówno moje podróże jak obserwacje będą całkiem innego pokroju niż u któregokolwiek z moich poprzedników — mogłem się był uprzeć, by stworzyć całą osobną klasę tylko dla siebie jednego; przez to jednak wtargnąłbym w strefę podróżnego próżnego, chcąc zwrócić na siebie uwagę, a nie mając ku temu lepszego powodu, jak tylko niezwykłość mego wehikułu.
Dla czytelnika mego wystarczy — o ile sam był niegdyś podróżnikiem — że zgłębiając powyższy katalog i zastanawiając się nad nim, będzie mógł określić swe własne w nim miejsce i rangę. Będzie to krok ku poznaniu samego siebie, ponieważ wielce prawdopodobne jest, że aż do obecnej chwili zachował w sobie jakiś ślad i odbicie tego, co w czasie swych podróży wchłonął lub czego dokonał.
Człowiekowi, który pierwszy przewiózł burgundzką winorośl na Przylądek Dobrej Nadziei (zważcie, iż był to Holender), nigdy się nie śniło, że pić będzie na Przylądku to samo wino, które ta sama winorośl daje na. wzgórzach Francji. Był na to zbyt flegmatyczny. Spodziewał się bez wątpienia, że wypije jakiś płyn podobny do wina; lecz czy będzie on dobry, zły czy obojętny — dość dobrze znał świat ten, by wiedzieć, że to nie miało zależeć od jego woli, lecz że o powodzeniu jego próby rozstrzygnie to, co powszechnie zwane bywa przypadkiem. Ufał wszakże, że wszystko pójdzie jak najlepiej; pełen nadziei, zbytnio dufny w moc swojej głowy i trafność swego sądu, Mynfoeer mógł łacno zawieść się na obojgu w swej nowej winnicy, a odsłoniwszy swą nagość — stać się pośmiewiskiem swojego ludu.
-Podobnie dzieje się z biednym podróżnym żeglującym i jeżdżącym pocztą po bardziej cywilizowanych królestwach tej ziemi w pogoni za wiedzą i postępem.
Wiedzę i postęp zdobywa się żeglując i jeżdżąc pocztą w tym celu; czy będzie to jednak pożyteczna wiedza i rzeczywisty postąp, to niepewne jest jak loteria. I nawet jeśli się poszukiwaczowi przygód uda, to musi on nabytego kapitału używać przezornie i rozumnie, jeżeli ma obrócić go sobie na korzyść. Ponieważ jednak ogromna przewaga szans jest przeciwko niemu, zarówno jeżeli chodzi o nabycie jak i o zastosowanie, przeto sądzę, że człowiek postępowałby mądrzej, gdyby wymógł na sobie, żeby zadowalać się życiem bez zagranicznej wiedzy i zagranicznego postępu, zwłaszcza jeżeli mieszka w kraju nie cierpiącym na absolutny brak jednego i drugiego. Zaprawdę, często-gęsto kosztowało mnie to wiele serdecznej zgryzoty, kiedy patrzyłem, ile zrobił fałszywych kroków podróżnik z ciekawości, by badać nowe wynalazki i oglądać ciekawostki — wszystkie bowiem, jak mówił Sancho Pansa do Don Kichota, mógł oglądać w domu nie zabłociwszy sobie trzewików. Nasza epoka jest tak pełna światła, że nie ma chyba kraju ani zakątka w Europie, którego promienie nie krzyżowałyby się i nie wymieniały z innymi. Wiedza we wszystkich prawie swych gałęziach i we wszystkich prawie sprawach jest jak muzyka na włoskiej ulicy: korzystać z niej mogą i ci, co nic nie płacą. Lecz nie ma pod słońcem narodu — a świadczę się Bogiem (przed którego trybunałem muszę kiedyś stanąć i zdać sprawą z niniejszego dzieła), że nie mówię tego dla przechwałki — lecz nie ma pod słońcem narodu, w którym by była większa obfitość rozmaitej wiedzy, gdzie o naukę łatwiej by można się ubiegać i pewniej ją zdobywać niż tutaj — gdzie sztuka doznaje poparcia i wkrótce wzniesie się na wielkie wyżyny; gdzie Natura (wszystko razem wziąwszy) tak mało ma do gadania i gdzie na koniec jest najwięcej dowcipu i radującego umysł bogactwa charakterów.
— Dokądże to więc zdążacie, mili rodacy?
— Oglądamy sobie tylko tę kolaskę — odrzekli.
— Do usług — powiedziałem, wyskakując z niej i ściągając z głowy kapelusz. — Zastanawialiśmy się właśnie — rzekł jeden z nich, który jak się przekonałem, był podróżnym z ciekawości — co mogło wprawiać ją w ruch. — Było to wzburzenie — odparłem przytomnie — wywołane pisaniem przedmowy. — Nigdy nie słyszałem — rzekł drugi, który był zwyczajnym podróżnym — aby ktoś pisał przedmowę w niegoścince. — Byłaby lepsza — odrzekłem — gdyby została napisana w czteroosobowej karecie.
Ponieważ Anglik nie podróżuje po to, ażeby spotykać się z Anglikami, więc wycofałem się do swego pokoju.

CALAIS
Kiedy szedłem przez korytarz do siebie, zauważyłem, że coś zaciemniało go bardziej niż moja osoba. W samej rzeczy był to pan Dessein, właściciel oberży, który właśnie - powrócił z nieszporów i teraz, z kapeluszem pod pachą, usłużnie podążał za mną, aby mi uprzytomnić, czego mi trzeba. Można rzec, iż pisanie w niego-ścince dosyć mnie do niej rozczarowało; toteż kiedy pan Dessein mówił o niej ze wzruszeniem ramion, jak gdyby był z góry pewien, że nie może mi ona odpowiadać, przyszło mi natychmiast do głowy, że musiała kiedyś należeć do jakiegoś prosto dusznego podróżnego, który wracając do domu zostawił ją na łasce pana Dessein. Cztery miesiące upłynęły od chwili, gdy zakończyła swój wojaż po Europie na pana Desseinowym podwórzu; a że już wtedy, gdy stamtąd na ów wojaż wyruszała, była niezłym gruchotem, więc choć dwukrotnie na Mont Sennis rozbierano ją na części, niewiele skorzystała na tych przygodach. Na żadnej z nich wszakże nie ucierpiała tyle, co stojąc przez te długie miesiące, nie pożałowana przez nikogo, w kącie podwórza pana Dessein. Zaiste, niewiele można było o niej powiedzieć dobrego; coś jednak dałoby się może — a kiedy paroma słowami można wyrwać nieszczęśnika z niedoli, znienawidziłbym tego, kto by tych słów poskąpił.
— Gdybym to ja był właścicielem tej oberży — rzekłem opierając koniec wskazującego palca o pierś pana Dessein. — z całą pewnością dołożyłbym wszelkich starań, by pozbyć się owej nieszczęsnej nieegościnki. Stoi tam obsypując cię wyrzutami, ilekroć koło niej przejdziesz...
— Mon Dieu!— powiedział pan Dessein. — Nie mam żadnego zainteresowania... — Prócz owego — przerwałem — które ludzie o pewnym usposobieniu, panie Dessein, okazują swym własnym uczuciom. Jestem przekonany, choćbyś temu nie wiem jak zaprzeczał, że jako człowiekowi, który umie czuć za innych, nie tylko za siebie, każda dżdżysta noc musi psuć ci humor. Cierpisz, panie Dessein, w tym samym stopniu co ta machina.
Zauważyłem nieraz, że kiedy komplement zawiera w sobie tyleż kwasu, co słodyczy, Anglik zawsze odczuwa w duchu rozterkę: przyjąć go czy nie przyjąć? Francuz — nigdy. Pan Dessein skłonił mi się.
— C´est bien vrai — rzekł — Lecz w tym wypadku zamieniłbym tylko jeden niepokój na inny, i to ze stratą. Zważże waszmość, miły panie, że dając ci kolaskę, która rozpadłaby się w kawałki, nim ujechałbyś połowę drogi do Paryża — zważ tylko, ile bym cierpiał wiedząc, że pozostawiłem złe wrażenie w umyśle uczciwego człowieka i że zdałem się na łaskę — a tak by być musiało — d'un homme d'esprit.
Pigułka przyrządzona była ściśle według mojej własnej recepty: nie mogłem przeto jej nie połknąć. Toteż odwzajemniwszy panu Dessein jego ukłon, bez dalszej kazuistyki udałem się z nim razem w stronę wozowni, by przyjrzeć się jego składowi kolasek.

NA ULICY
CALAIS
Nieprzyjazny zaiste musi być świat, skoro nabywca (choćby tylko mizernej karetki pocztowej) nie może wyjść na ulicę ze sprzedawcą tejże, by zakończyć spór, jaki się między nimi wywiązał, nie popadając natychmiast w taki stan ducha, i nie patrząc na swego towarzysza takim okiem, jak gdyby szedł pojedynkować się z nim w Hyde Parku. Jeśli o mnie chodzi, to jako marny fechtmistrz nie mogący w żaden sposób mierzyć się z panem Dessein, czułem, jak kłębiły się we mnie wszystkie doznania, które towarzyszą takiej sytuacji. Przenikałem pana Dessein wzrokiem na wskroś — spoglądałem na idącego z profilu, potem en face — pomyślałem, że jest podobny do Żyda — potem do Turka — zauważyłem, że nie podoba mi się jego peruka, przekląłem go w imieniu moich bogów — posłałem go do diabła...
I czyż wszystko to ma się wzniecać w sercu o dziadowską sumę trzech czy czterech luidorów, bo wszak najwyżej na tyle mogę być oszukany? — Podła namiętności! — rzekłem odwracając się, jak to czyni z natury rzeczy człowiek doznający raptownej zmiany uczuć. — Podła, nieszlachetna namiętności! Twa ręka wiedzie do zguby każdego człowieka, a zaś ręka każdego człowieka wznosi się przeciwko tobie. — Uchowaj Boże! — rzekła podnosząc rękę do czoła. Odwróciwszy się bowiem, stanąłem twarzą w twarz z ową damą, którą widziałem przedtem rozmawiającą z zakonnikiem, a która teraz szła za nami nie postrzeżona. — Rzeczywiście, uchowaj Boże! — powiedziałem podając jej rękę. Miała na sobie parę czarnych jedwabnych mitenek, z których wystawały tylko trzy pierwsze palce, więc przyjęła moją dłoń bez zastrzeżeń. Poprowadziłem ją tedy ku drzwiom wozowni.
Monsieur Dessein posłał klucz do diabła z górą pięćdziesiąt razy, nim spostrzegł, że zabrał z domu nie ten, co potrzeba. Nam pilno było do otwarcia drzwi nie mniej niż jemu i tak bacznie wpatrywaliśmy się oboje w ową zaporę, że prawie nie wiedząc o tym, trzymałem w dalszym ciągu jej dłoń. Pan Dessein pozostawił nas tedy razem, trzymających się za ręce, z twarzami zwróconymi ku drzwiom remizy, i powiedział, że powróci za pięć minut.
Otóż w takiej sytuacji pięć minut rozmowy warte jest tyleż co pięć wieków wtedy, gdy ma się twarze zwrócone na ulicę. W tym ostatnim bowiem wypadku temat do rozmowy czerpie się z przedmiotów i wydarzeń zewnętrznych; lecz kiedy ma się oczy utkwione w pustce, czerpie się z samych siebie. Jedna chwilka milczenia po odejściu pana Dessein, a sytuacja przepadłaby — dama zawróciłaby na pewno — toteż rozpocząłem rozmowę od razu.
Jakie to jednak były pokusy (skoro piszę nie po to, aby usprawiedliwiać słabostki mego serca w czasie tej podróży, lecz aby zdać z nich sprawę), o tym opowiem z tą samą prostotą, z jaką je odczuwałem.

WROTA REMIZY
CALAIS
Kiedy opowiedziałem czytelnikowi, że nie miałem ochoty wysiadać z niegościnki, ponieważ widziałem mnicha rozmawiającego z bliska ze świeżo przybyłą do gospody damą — powiedziałem mu prawdę, ale niecałą; powstrzymały mnie bowiem w równej mierze wygląd i postać damy, z którą rozmawiał. Do głowy wdarło mi się podejrzenie i podszepnęło mi, że on opowiada jej o tym, co zaszło. Coś zgrzytnęło we mnie na tę myśl — zapragnąłem, by znalazł się w swoim klasztorze.
Kiedy serce lotem swym wyprzedza rozum, oszczędza to osądowi naszemu wielu kłopotów. Pewien byłem, że ona należy do wyższego rzędu istot — przestałem wszakże myśleć o niej i pisałem dalej moją przedmowę.
Wrażenie powróciło jednak, gdy spotkałem się z nią na ulicy; pełna rezerwy szczerość, z jaką podała mi rękę, zdawała się świadczyć o jej dobrym wychowaniu i zdrowym rozsądku; a gdy ją prowadziłem, czułem w niej jakąś przyjemną uległość, która napawała spokojem całe moje jestestwo. — Dobry Boże! jakże miło byłoby człowiekowi wieść taką istotę ze sobą dookoła świata!
Nie widziałem jeszcze jej twarzy — ale to -nie było ważne, gdyż natychmiast zabrałem się do rysunku i na długo, zanim doszliśmy do drzwi remizy, fantazja skończyła już całą głowę i tak była rada, że głowa ta pasowała do jej bogini, jak by nurkowała po nią w Tybrze — ale ty, fantazjo, jesteś uwiedzioną i uwodzicielską dziewką, bo choć po siedem razy dziennie mamisz nas swymi obrazami i widziadłami, czynisz to z takim wdziękiem i obrazom swym nadajesz kształty tylu aniołów światłości, że zerwać z tobą byłoby czymś oburzającym.
Kiedyśmy doszli do wrót remizy, dama odjęła rękę od czoła i dała mi' ujrzeć oryginał. Była to twarz lat około dwudziestu sześciu, smagła, o skórze nieskalanej i przezroczystej, nie upiększonej różem ani pudrem. Nie była uderzająco piękna, ale było w niej coś, co w moim ówczesnym usposobieniu przykuło mnie do niej o wiele bardziej: była interesująca. Zdawało mi się, że miała cechy wdowieństwa, i to w tym jego stanie schyłkowym, kiedy minęły już dwa pierwsze paroksyzmy bólu i wdowa zaczyna się niepostrzeżenie godzić ze swą stratą. Wszakże tysiące innych cierpień mogły były wyżłobić te same rysy; zapragnąłem dowiedzieć się, co to były za cierpienia, i gotów byłem zapytać (gdyby zezwalał na to ten sam bon ton konwersacji, co w czasach Ezdrasza): „Co ci dolega i czemuś niespokojna? czemu rozum twój zmącony?" Jednym słowem, czułem dla niej życzliwość i postanowiłem w ten czy inny sposób ofiarować jej okruszynę uprzejmości — jeśli nie usług.
Takie oto były moje pokusy i w takiej to gotowości poddania się im — pozostałem sam na sam z damą; dłoń jej spoczywała w mojej, a twarze nasze pochylały się bliżej do drzwi remizy, niż to było bezwzględnie konieczne.

WROTA REMIZY
CALAIS
— Z pewnością, piękna pani! — rzekłem unosząc z lekka jej rękę ku górze — musi to być jedno z kapryśnych zachceń Fortuny: wziąć za ręce dwoje zupełnie sobie obcych ludzi różnych płci i być może pochodzących z różnych końców świata i w jednej chwili umieścić ich razem w tak serdecznie zażyłej sytuacji, że sama Przyjaźń, choćby przez miesiąc układała projekty, nie potrafiłaby wymyślić lepiej.
— A refleksje twoje na ten temat, Monsieur, świadczą o tym, w jak wielkie wprowadziła cię ona tą przygodą zakłopotanie.
Gdy sytuacja jest taka, jakiej sobie życzymy, nic nie jest bardziej nie w porę jak wspominanie o okolicznościach, które czynią ją taką. — Dziękujesz Fortunie — ciągnęła dalej — miałeś do tego powody, serce wiedziało o tym, i to mu wystarczało; któż tedy, oprócz angielskiego filozofa, posłałby wiadomość o tym do mózgu po to, aby osąd ów odwrócić!
Mówiąc to uwolniła dłoń ze spojrzeniem, które uznałem za wystarczająco wymowny komentarz do tekstu.
Nędzny to obraz słabości mego serca odmaluję, gdy przyznam, że doznało ono teraz bólu, którego godniejsze okoliczności nie byłyby w stanie mu zadać. Zrozpaczony byłem utratą jej ręki, a sposób, w jaki ją utraciłem, nie lał na ranę ani oliwy, ani wina: nigdy w życiu nie odczułem równie dotkliwie bólu płynącego z poczucia bezradnej niższości.
Tryumfy prawdziwie kobiecego serca w chwilach takich poniżeń bywają krótkie. Po bardzo niewielu sekundach położyła dłoń na mankiecie mego fraka, by dokończyć swej odpowiedzi; jakoś więc — Bóg jeden wie jak — wróciłem do poprzedniej sytuacji.
Nie miała nic więcej do powiedzenia.
Zacząłem wraz obmyślać inny sposób prowadzenia rozmowy z damą, wywnioskowałem bowiem z ducha i morału jej słów, że omyliłem się co do jej charakteru. Kiedy jednak zwróciła ku mnie twarz, duch, który ożywiał jej odpowiedź, już uleciał, mięśnie odprężyły się i ujrzałem ten sam bezbronny wyraz cierpienia, który od początku zjednał mnie dla jej sprawy. O melancholio! widzieć tak pełną życia istotę pastwą smutku. Żal mi jej było z głębi duszy; i jakkolwiek oziębłemu sercu może się to wydać śmieszne — chętnie byłbym wziął ją w ramiona i utulił — choć to było na ulicy — bez rumieńca wstydu.
Pulsowanie arterii w mych palcach obejmujących jej rękę powiedziało jej o tym, co się we mnie działo. Spuściła oczy — nastąpiło kilka chwil milczenia.
Obawiam się, że w czasie tej przerwy musiałem zrobić nieznaczny wysiłek, by mocniej uścisnąć jej dłoń. Poznałem to po delikatnym drżeniu, które uczułem po wewnętrznej stronie mej własnej dłoni — nie jak by ona miała wycofać swoją, lecz jak gdyby myślała o tym. I byłbym niechybnie utracił ją po raz drugi, gdyby instynkt raczej niż rozum, nie podszepnął mi ostatniego w takich niebezpieczeństwach ratunku: trzymać jej rękę lekko, tak jak gdybym w każdej chwili miał ją sam z własnej woli wypuścić. Pozwoliła tedy sytuacji trwać nadal, póki nie powrócił z kluczem pan Dessein; ja zaś tymczasem jąłem rozważać, jak by tu zatrzeć złe wyobrażenie o mnie, które musiała zaszczepić w jej piersi historia biednego zakonnika, o ile ją jej opowiedział.

TABAKIERKA
CALAIS
Zacny stary mnich, kiedy o nim pomyślałem, znajdował się o sześć kroków od nas i zbliżał się ku nam, zbaczając nieco; z prostej linii, jak gdyby nie był pewien, czy ma nam przerwać, czy też nie. Skoro tylko znalazł się przy nas, stanął i z ogromną szczerością malującą się na twarzy wyciągnął do mnie otwartą rogową tabakierkę, którą miał w ręku. — Spróbuj mojej, ojcze — rzekłem dobywając tabakierkę (małą, szylkretową) i kładąc mu ją w rękę
— Wyśmienita — rzekł zakonnik — Zróbże mi więc łaskę — odparłem — i przyjmij tabakierkę wraz z zawartością, a kiedy wyjmiesz z niej szczyptę, przypomnij sobie czasem, że była to ofiara przebłagalna człowieka, który kiedyś odniósł się do ciebie nieprzyjaźnie, lecz nie z serca to uczynił.
Biedny mnich oblał się szkarłatem. — Mon Dieu! — powiedział składając ręce — nigdyś, panie, nie odniósł ,się do mnie nieprzyjaźnie. — Sądziłabym — rzekła dama — że to do niego niepodobne. — Teraz ja z kolei zaczerwieniłem się; z jakich jednak pobudek, dociekanie tego pozostawiam tym nielicznym, którzy mają czułe dusze. — Daruj, pani — odrzekłem — potraktowałem go bardzo nieuprzejmie, i to bez żadnej prowokacji. — To niepodobieństwo — rzekła dama. — Boże mój! — zawołał mnich z żarem przekonania, który zdawał się nie pasować zgoła do niego —wina była moja, mojej niewczesnej gorliwości. — Na to dama zaoponowała, a ja przyłączyłem się do niej utrzymując z nią razem, że ktoś tak zrównoważony jak on nie mógł obrazić nikogo.
Nie wiedziałem, że spór może się stać tak słodki i przyjemny dla nerwów, jak dla mnie stał się w tej chwili. Milczeliśmy bez cienia poczucia owej niemądrej przykrości, która ogarnia nas, kiedy w takim kółku patrzy się sobie w twarze przez dziesięć minut, nie mówiąc ani słowa. W tym czasie zakonnik potarł swoją rogową tabakierkę o rękaw habitu; a skoro tylko na skutek tarcia nabrała trochę połysku, skłonił się nisko i rzekł, iż za późno jest, by orzec, czy to słabość, czy dobroć naszych charakterów zaplątała nas w ten spór — ale jakkolwiek się rzecz miała, błaga mnie, byśmy się Izamienili tabakierkami. Mówiąc to podał mi jedną ręką swoją, podczas gdy drugą przyjął ode mnie moją, po czym ucałowawszy ją — z oczyma promieniejącymi dobrotliwością — schował ją na piersi i odszedł.
Przechowuję tę tabakierkę, jak bym przechowywał jakąś, religijną świętość, by pomóc swej duszy piąć się ku lepszemu. Zaprawdę, rzadko kiedy wychodzę bez niej i często zdarza mi się wywoływać przy jej pomocy uprzejmego ducha jej właściciela, aby temperował mojego własnego ducha w światowych rozterkach. Pochłaniały one niegdyś i jego, jak się dowiedziałem z jego dziejów, aż mniej więcej do czterdziestego piątego roku życia, kiedy to, źle wynagrodzony za jakieś wojskowe zasługi, a jednocześnie spotkawszy się z zawodem w najczulszej z namiętności, porzucił miecz i płeć piękną zarazem i znalazł święte schronienie nie tyle w swoim klasztorze, co w sobie samym.
Smutno mi na duchu, kiedy przychodzi mi dodać, że gdy ostatnim razem wracałem przez Calais i zapytałem o ojca Lorenzo, usłyszałem, że nie żyje od blisko trzech miesięcy. Pogrzebano go nie w klasztorze, lecz — zgod-nie z jego życzeniem — na małym cmentarzyku należącym do klasztoru, a położonym o parę mil drogi od niego. Zapragnąłem mocno ujrzeć miejsce, w którym go złożono — i tam, wydobywszy jego małą rogową tabakierkę, usiadłem przy mogile i jąłem wyrywać pokrzywy, które niepotrzebnie tam rosły. Wszystko to tak mocno mnie poruszyło, że zalałem się potokiem łez — ale słaby jestem jak kobieta; i proszę świat, by się nie uśmiechał, lecz okazał mi litość.

WROTA REMIZY
CALAIS
Przez cały ten czas ani na chwilę nie przestałem trzymać ręki damy w swojej; trzymałem ją już tak długo, że nieprzyzwoicie byłoby puścić ją, nie przycisnąwszy jej wprzódy do ust. Gdy to uczyniłem, krew moja i myśli, które chwilowo zapomniały były o niej, wróciły do niej z nowym ożywieniem.
Zdarzyło się w owej krytycznej chwili, że dwaj podróżni, którzy przedtem na podwórzu przemówili do mnie, przechodzili właśnie, i widząc naszą komitywę, pomyśleli sobie, że musimy być co najmniej mężem i żoną; toteż gdy tylko podeszli do wrót remizy, zatrzymali się i ten z nich, który był podróżnym ciekawskim, spytał nas, czy ruszamy nazajutrz rano do Paryża. — Mogę odpowiadać tylko za siebie — odparłem, a dama dodała, że wybiera się do Amiens. — Jedliśmy tam wczoraj obiad — rzekł zwyczajny podróżny. — Kierując się do Paryża przejeżdża się prosto przez miasto — dodał ten drugi. Miałem właśnie wyrazić mu stokrotne dzięki za wiadomość, że Amiens leży na drodze do Paryża, lecz gdy wyciągnąłem rogową tabakierkę mego •biednego mnicha, skłoniłem się im tylko bez wylewności i życzyłem dobrego przejazdu do Dover, po czym znów pozostaliśmy sami.
— Cóż by to było złego — rzekłem do siebie — gdybym uprosił tę nieszczęśliwą damę, by przyjęła połowę mojej kolaski? i jakaż wielka szkoda mogłaby z tego wyniknąć?
Kiedy formułowałem tę propozycję, zatrwożyły się we mnie wszystkie brudne namiętności i złe skłonności. — Zmusi cię to do wynajęcia trzeciego konia — rzekło Skąpstwo — co pozbawi twoją kieszeń dwudziestu liwrów. — Nie wiesz, kto ona — rzekła O s t r oż no ś ć — ani w jakie tarapaty afera ta może cię wplątać — szepnęło Tchórzostwo.
— Bądź pewien, Joriku! — rzekła Rozwaga — że powiedzą, iż pojechałeś z kochanką i przybyłeś w tym celu do Calais umówiony z góry.
—Nigdy potem — zawołała na głos Obłuda — nie będziesz już mógł pokazać się światu —ani dostąpić awansu w kościele — rzekła Małoduszność — ani objąć w nim żadnego istanowiska — dodała P yc h a — prócz posady mizernego prebendariusza.
— Ależ to uprzejmość — odpowiedziałem, a że przeważnie kieruję się pierwszym impulsem, a zatem rzadko słucham owych intryg, które, o ile mi wiadomo, nie służą żadnemu celowi prócz tego, że otaczają serce twardym pancerzem, zwróciłem się przeto natychmiast ku damie.
Lecz ona podczas całej tej rozprawy wyśliznęła się niepostrzeżenie i nim powziąłem postanowienie, oddaliła się już o dziesięć lub dwanaście kroków. Ruszyłem tedy za nią wielkim krokiem, by najzręczniej, jak umiem, przedstawić jej mą propozycję. Widząc jednak, że idzie z policzkiem na pół opartym o wewnętrzną część dłoni — powolnym, krótkim krokiem świadczącym o zadumie i z oczyma utkwionymi w ziemią, pomyślałem, że i w niej toczy się ten sam przewód sądowy. — Boże ją wspieraj! — rzekłem. —Ma ona widać poza mną jakąś teściową, świętoszkowatą ciotkę, czy inną niedorzeczną starą babę, której musi się poradzić w tej sprawie. Nie chcąc więc przerywać owego procesu i mniemając, iż bardziej po rycersku będzie zachować dyskrecję niż zaskakiwać, uczyniłem w tył zwrot i zrobiłem kilka kroków tam i z powrotem przed drzwiami remizy, podczas gdy ona przechadzała się w zamyśleniu opodal.

NA ULICY
CALAIS
Postanowiwszy w wyobraźni na pierwszy rzut oka, że moja dama „należy do wyższego rzędu istot", a następnie ustaliwszy jako drugi aksjomat, równie nie podlegający kwestii jak pierwszy, że jest wdową i nosi na sobie znamiona cierpienia — poprzestałem na tym. Miałem już dostateczne ugruntowanie sytuacji, która mnie cieszyła, i gdyby dama pozostała tuż przy mnie do samej północy, byłbym trzymał się mego systemu i myślał o niej tylko zgodnie z tym ogólnym wyobrażeniem.
Nie zdążyła oddalić się ode mnie więcej niż na dwadzieścia kroków, a już coś we mnie jęto się domagać bardziej szczegółowego śledztwa. Oddalenie naprowadziło myśl o dalszej rozłące — mogłem jej już nigdy więcej nie ujrzeć. Serce zawsze jest za tym, by ratować, co się da; chciałem mieć ślad, po którym życzenia moje mogłyby do niej trafić, jeślibym sam nie miał nigdy więcej się z nią spotkać; słowem — pragnąłem poznać jej imię — jej nazwisko — jej stan. A że wiedziałem, dokąd się udaje, chciałem dowiedzieć się też, skąd przybywa. Nie było jednak sposobu zdobycia wszystkich tych wiadomości: sto drobnych delikatności stało na przeszkodzie. Ukułem ze dwadzieścia różnych planów— ale żeby można ją było zapytać wprost, to nie wchodziło w ogóle w rachubę — rzecz taka była niemożliwa.
Mały, pewny siebie francuski kapitanik, który tanecznym krokiem nadszedł właśnie ulicą, pokazał mi, że była to najłatwiejsza rzecz na świecie. Wyrósł bowiem ni stąd, ni zowąd między nami, akurat w chwili gdy dama wracała do wrót remizy, i zanim jeszcze porządnie wymówił swoje nazwisko, już poprosił mnie, bym wyświadczył mu zaszczyt przedstawienia go damie. Ja sam przecież nie byłem jej przedstawiony, więc zwrócił się do niej i uczynił to równie dobrze, zadając jej pytanie, czy przybywa z Paryża? Nie, jedzie dopiero w tę stronę, odpowiedziała. — Vous n'etez pas de Londres? — Nie, nie pochodzi z Londynu, odparła. — Wobec tego Madame musiała na pewno przejechać przez Flandrię. — Apparemment vous etes Flammande? — rzekł francuski kapitan. Dama odrzekła, że tak jest istotnie. — Peut-être, de Lisie? — dorzucił, na co ona odparła, że nie pochodzi z Lisie. — Ani z Arras? — ani z Cambray? — ani z Gandawy? — ani z Brukseli? — Odpowiedziała, że pochodzi z Brukseli.
Miał zaszczyt — powiedział — brać udział w bombardowaniu tego miasta w czasie ostatniej wojny; było ono powr cela znakomicie położone i pełno w nim było szlachty, kiedy Francuzi wypędzali stronników cesarstwa (dama dygnęła lekko). Zdawszy jej tedy sprawę z owych wydarzeń i swojego w nich udziału — poprosił ją o zaszczyt poznania jej nazwiska, po czym złożył pożegnalny ukłon.
— Et Madame a son Mari? — zapytał odwracając się raz jeszcze, ledwo przebył dwa kroki. I nie czekając na odpowiedź oddalił się tanecznym kroczkiem.
Gdybym miał za sobą siedem lat nauki dobrego wychowania, nie potrafiłbym równie wiele dokonać.

REMIZA
CALAIS
Kiedy francuski kapitanik nas opuścił, nadszedł pan Dessein z kluczem od remizy w dłoni i zaraz wprowadził nas do swego składu kolasek.
Pierwszym przedmiotem, który rzucił mi się w oczy, gdy pan Dessein otworzył wrota remizy, była jeszcze jedna obszarpana niegościnka; i mimo że była to dokładna kopia tej, która tak bardzo spodobała mi się na podwórzu niespełna godzinę temu, sam jej widok wywołał we mnie teraz nieprzyjemne wrażenie. Pomyślałem, że obrzydłym sknerą musiał być ten, w którego sercu mógł zrodzić się pomysł zbudowania takiej machiny. Nie znalazłem też wiele więcej miłości chrześcijańskiej dla człowieka, któremu mogło przyjść do głowy posługiwać się nią.
Zauważyłem, że damie równie mało przypadła ona do gustu jak i mnie; tedy pan Dessein powiódł nas dalej do pary stojących obok siebie kolasek, zalecając nam je opowiadaniem, że zakupili je niegdyś lordowie A. i B.
dla odbycia Je grand tour; że jednak nie ujechali dalej niż do Paryża, były więc pod każdym względem jak nowe. Były zbyt dobre — więc minąłem je i podszedłem do trzeciej, która stała za nimi, i zacząłem od razu targować się o cenę. — Ależ ona nie bardzo pomieści dwie osoby — rzekłem otwierając drzwiczki i wsiadając. — Bądź pani łaskawa wejść — powiedział podając ramię pan Dessein. Dama zawahała się przez pół sekundy, po czym wsiadła, a że w tej chwili posługacz dał znak panu Dessein, że chce z mim mówić, ten zamknął za nami drzwiczki i opuścił nas.

WROTA REMIZY
CALAIS
— C´est bien comique, to bardzo zabawne — rzekła dama uśmiechając się na myśl, że oto po raz drugi pozostawiono nas samych dzięki splotowi niedorzecznych okoliczności. — C´est bien comique — powiedziała.
— Do tego, by sytuacja taką się stała — odrzekłem — brakuje tylko komicznego użytku, jak zrobiłby z niej dworny Francuz, który zalecałby się do ciebie, pani, w pierwszej zaraz chwili, a w następnej oświadczyłby gotowość oddania ci swojej osoby.
— To jest ich fort — odparła dama.
— Tak się przynajmniej sądzi i jak to się dzieje, nie wiem — ciągnąłem — ale rzeczywiście słyną oni z tego, że lepiej znają się na sprawach miłości i lepiej ją uprawiają niż jakikolwiek inny naród na świecie; co do mnie jednak, to uważam ich za wierutnych partaczy i zbiorowisko zaiste najgorszych obiektów dla grotów Kupidyna, jakie kiedykolwiek wystawiały na próbę jego cierpliwość.
Pomyśleć tylko, że można by się zalecać przy pomocy sentymentów!
Prędzej przyszłoby mi do głowy skroić wytworny ubiór ze skrawków; a zalecać się, ot tak! od pierwszego rzutu oka przy pomocy oświadczyn, byłoby to narazić i propozycję, i proponującego na to, że zostaną przesiani — oni i wszystkie ich pours i contres — przez sito nie rozpłomienionego jeszcze umysłu.
Dama słuchała, jak gdyby spodziewała się, że będę mówił dalej.
— Zważ więc, o pani — ciągnąłem kładąc rękę na jej dłoni — że ludzie nazbyt poważni nienawidzą Małości za samą jej nazwę.
Że samoluby nienawidzą jej ze względu na samych siebie...
Hipokryci w imię nieba...
I że my wszyscy, starzy i młodzi, doznajemy dziesięćkroć więcej strachu niż bólu na sam huk wybuchu. Jakąż nieznajomość rzeczy w tej materii zdradza ten, który pozwala słowu „miłość" wyjść ze swych ust wcześniej niż przynajmniej w godzinę lub dwie po momencie, gdy przemilczenie go staje się dlań męczarnią. Ciąg drobnych, cichych czułości, nie dość wyraźnych, by zatrwożyć, i nie tak niejasnych, by mogły pozostać nie zrozumiane — od czasu do czasu miłe spojrzenie poparte niewielu słowy lub zgoła bez słów — oto sposób, dzięki któremu Natura staje ci się nauczycielką i urabia to wszystko według swej woli.
— Wobec tego oświadczam uroczyście — rzekła dama oblewając się rumieńcem — żeś pan przez cały ten czas zalecał się do mnie.

REMIZA
CALAIS
Pan Dessein powrócił, by wypuścić nas z kolaski i zawiadomić damę, że hrabia de L., jej brat, przybył właśnie do gospody. Chociaż miałem dla damy nieskończenie wiele życzliwości, nie mogę powiedzieć, bym uradował się w głębi serca tym wydarzeniem — i nie umiałem powstrzymać się od powiedzenia jej tego — gdyż — rzekłem — jest ono zgubne dla pewnej propozycji, którą miałem ci, pani, przedstawić.
— Nie potrzebujesz mi mówić, jaka to była propozycja — przerwała kładąc dłoń na obie moje. — Jeżeli mężczyzna zamierza zaproponować jakąś uprzejmość kobiecie, miły panie, ona najczęściej przeczuwa to na jakiś czas przedtem.
— Natura uzbraja ją w tę zdolność — odparłem — po to, by mogła ustrzec się od złego. — Myślę jednak — rzekła ona patrząc mi w oczy — że nie miałam się czego lękać, i mówiąc szczerze, postanowiłam była przyjąć propozycję. Gdybym ją była przyjęła — urwała na chwilkę — sądzę, że twoja życzliwość byłaby wydobyła ze mnie opowieść, która sprawiłaby, że jedynym niebezpieczeństwem tej podróży byłoby uczucie litości.
Mówiąc to dozwoliła mi dwukrotnie ucałować swą rękę, po czym, rzuciwszy mi spojrzenie pełne tkliwości zmieszanej ze zmartwieniem, wysiadła z kolaski i pożegnała się.

NA ULICY
CALAIS
Nigdy w życiu tak prędko nie dobiłem targu na sumę dwunastu gwinei: czas ciążył mi po utracie damy i ponieważ wiedziałem, że póki stąd nie odjadę, każda chwila będzie mi się dłużyć — zamówiłem natychmiast konie pocztowe i udałem się w stronę oberży.
— Na Boga! — powiedziałem słysząc, jak zegar ratuszowy wydzwania czwartą; uświadomiłem sobie bowiem, że bawię w Calais niewiele dłużej niż jedną jedyną godzinę...
Jakież bogactwo przygód może w tak krótkim urywku życia stać się udziałem tego, kto we wszystko wkłada serce i kto mając oczy otwarte na to, co mu czas i przypadek ustawicznie nadarzają po drodze, nie zaniecha niczego, na co może w godziwy sposób położyć ręce.
— Jeśli to się nie udało — uda się co innego — nic nie szkodzi —jest to próba natury ludzkiej — za trudy moje otrzymuję w nagrodę nowy trud — to wystarcza. Przyjemne doświadczenie rozbudziło moje zmysły i najlepszą cząstkę mojej krwi, a uśpiło to, co w niej było nieprzystojnego.
Żal mi człowieka, który potrafi przebyć całą drogę od Dan do Beerszeby wołając stale: wszystko to jałowe! Tak też jest w istocie — taką jest ziemia cała w oczach tego, kto nie chce pielęgnować płodów, które mu ona przynosi. Zapewniam — rzekłem, radośnie składając dłonie — że gdybym się znalazł na pustyni, odszukałbym w niej coś, co by przypadło mi do serca. W braku czegoś lepszego, obdarzyłbym uczuciem jakiś pachnący mirt lub poszukałbym melancholijnego cyprysu, który mógłbym pokochać. Prosiłbym je o cień i pozdrawiał je mile za osłonę, jaką mi dają. Wyciąłbym na nich swe imię i kląłbym się, że są najśliczniejszymi drzewami na całej pustyni. Gdyby liście ich więdły, nauczyłbym się opłakiwać je, a gdyby rozwijały, się radośnie, radowałbym się wraz z nimi.
Uczony Smelfungus podróżował z Boulogne do Paryża— z Paryża do Rzymu — i tak dalej, lecz wyruszył w drogę jako pełen żółci śledziennik, toteż każdy napotkany przedmiot tracił w jego oczach barwę lub ulegał zniekształceniu. Napisał pamiętniki podróży, lecz było to tylko sprawozdanie z jego nędznych uczuć.
Spotkałem Smelfungusa pod wspaniałym portykiem Panteonu — właśnie stamtąd wychodził. — Jest to po prostu ogromna arena — rzekł. — Obyś był nie powiedział nic gorszego o Wenus Medycejskiej — odparłem, gdyż w przejeździe przez Florencję słyszałem, że ujrzał ową boginię i bez najmniejszej prowokacji nawymyślał jej gorzej, niż gdyby była pospolitą ulicznicą.
Na Smelfungusa natknąłem się ponownie w Turynie, kiedy znajdował się w drodze powrotnej; opowiedział mi smutną historię żałosnych przygód „o straszliwych przypadkach na wodzie i lądzie, o Antropofagach, ludożercach pożerających się nawzajem" — pchły jadły go żywcem, traktowano go z diabelską złośliwością i prześladowano na każdym postoju gorzej niż św. Bartłomieja.
— Opowiem to całemu światu! — wołał Smelfungus. — Lepiej opowiedz to, waszmość, swemu lekarzowi — odparłem.
Mundungus, posiadacz olbrzymiej fortuny, objechał wszystko po kolei: jeździł z Rzymu do Neapolu — z Neapolu do Wenecji — z Wenecji do Wiednia, Drezna, Berlina, nie wynosząc stamtąd ani jednej serdecznej znajomości, ani jednej przyjemnej anegdotki; jechał dalej i dalej prosto przed siebie, nie oglądając się ani w prawo, ani w lewo w obawie, by Miłość lub Litość nie zwiodły go z drogi.
Pokój im! jeśli go znaleźć zdołają; lecz nawet niebo,
gdyby mogli się tam dostać ludzie z takim usposobieniem, żądałoby od nich czegoś w dani: wszystkie szlachetne duchy zleciałyby się na skrzydłach miłości, by ich powitać; dusze Smelfungusa i Mundungusa nie słyszałyby nic prócz coraz to nowych hymnów radosnych, coraz to nowych uniesień miłości i powinszowań wspólnego szczęścia. Żal mi ich serdecznie: nie wyrobili w sobie umiejętności do takiej pracy i gdyby najradośniejsza siedziba niebios przypaść miała Smelfungusowi i Mundungusowi w udziale, tak daleko byłoby im do szczęścia, że dusze ich pokutowałyby tam na wieki wieków.

MONTRIUL
Raz zgubiłem moją torbę podróżną przytroczoną z tyłu kolaski, dwa razy wysiadałem w deszcz, przy czym raz po kolana w błoto, by dopomóc pocztylionowi w przytroczeniu jej na nowo, i przez cały ten czas nie umiałem zdać sobie sprawy, czego mi brakuje. Dopiero kiedy przybyłem do Montriul i gospodarz oberży zapytał mnie, czy nie potrzebuję służącego, przyszło mi na myśl, że właśnie o to chodzi.
— Służącego! I owszem, bardzo — powiedziałem. — Bo jest tu, panie, sprytny młody chłopak — rzekł oberżysta — który byłby bardzo dumny z zaszczytu służenia Anglikowi. — Ale dlaczego Anglikowi bardziej niż komu innemu? — Są tacy szczodrzy — odparł oberżysta. — Niech zginę, jeśli to nie oznacza, że jeszcze dziś wieczór mieć będę o liwra mniej w kieszeni — powiedziałem sobie w duchu. — Ale mają z czego być szczodrzy, Monsieur — dodał. —Wyłóż w nagrodę za to jeszcze jednego liwra — rzekłem do siebie. — Nie dawniej niż wczoraj wieczór — mówił gospodarz — un my Lord Anglois presentoit un ecu a la filie de chambre. — Tant pis pour M-lle Janatone — odrzekłem...
Janatońe była to córka oberżysty; on zaś przypuszczając, że jestem młody we francuszczyźnie, pozwolił sobie zwrócić mi uwagę, że nie powinienem mówić tant pis, lecz tant mieux. — Tant mieux, toujours, Monsieur — powiedział — kiedy coś się człowiekowi dostaje, tant pis, kiedy nic. — To wychodzi na jedno — odrzekłem. — Pardonnez moi — powiedział oberżysta.
Nie znajdę lepszej okazji, by stwierdzić raz na zawsze, że skoro tant pis i tant mieux należą do najważniejszych punktów zaczepienia francuskiej konwersacji, obcy przybysz dobrze zrobi, jeśli nauczy się właściwie ich używać, zanim dostanie się do Paryża.
Pewien bystry francuski markiz przy stole naszego ambasadora zapytał raz pana H..., czy jest on tym poetą H...? — Nie —rzekł potulnie pan H... — Tant pis — odrzekł markiz.
— Jest to historyk H... — odezwał się ktoś inny. — Tant mieux — powiedział markiz, a pan H..., który jest człowiekiem poczciwego serca, podziękował mu za jedno i drugie.
Kiedy oberżysta skończył objaśniać mnie w tej sprawie, zawołał La Fleura — takie było bowiem nazwisko młodego człowieka, o którym mi mówił — powiedziawszy przedtem tylko, że co do jego umiejętności, nie poważy się nic twierdzić — Monsieur będzie sam najlepiej wiedział, co mu odpowiada; ale za wierność La Fleura gotów jest poręczyć wszystkim, co tylko posiada.
Oberżysta wypowiedział to w sposób, który w jednej chwili skierował mój umysł na sprawę, którą miałem załatwić — a tymczasem La Fleur, który stał dotąd pod drzwiami w owym stanie pełnego napięcia oczekiwania, jaki każdy z nas, synów natury, odczuwał w swoim czasie, teraz wszedł do pokoju.

MONTRIUL
Nieraz mi się zdarza powziąć do różnych ludzi upodobanie od pierwszego wejrzenia; nigdy wszakże nie jestem do tego bardziej skłonny niż wówczas, kiedy jakiś biedaczyna przychodzi ofiarować swe usługi takiemu biedaczynie jak ja sam. A ponieważ znam tę swoją słabość, więc zawsze nakazuję rozumowi odjąć od pierwszego wrażenia coś niecoś na jej rachunek — czasem więcej, czasem mniej, zależnie od nastroju i od wypadku oraz —dodać muszę — od płci osoby, której mam stać się panem.
Kiedy La Fleur wszedł do pokoju — mimo wszelkich dyskont, jakie uczynić mogłem ze względu na swoje usposobienie, szczere spojrzenie i wygląd tego chłopca od razu przesądziły sprawę na jego korzyść; toteż najpierw zgodziłem go — a potem zabrałem się do rozpytywania, co potrafi. — Ale — rzekłem sobie — o jego umiejętnościach przekonam się, w miarę jak ich będę potrzebował — a zresztą Francuz umie wszystko.
Otóż tedy jedyne na świecie rzeczy, które umiał robić biedny La Fleur, to walić w bęben i wygrywać parę marszów na piszczałce. Postanowiłem jednak z góry, że talenty jego zadowolą mnie i muszę, po wiedzieć, że nigdy słabość moja nie doznała tylu zniewag ze strony rozsądku jak podczas prób osiągnięcia tego zadowolenia.
Podobnie jak większość Francuzów, La Fleur w bardzo jeszcze młodym wieku postanowił lat parę posłużyć w wojsku. Po ich upływie poczuł, że uczynił już zadość swemu porywowi, a ponadto przekonał się, że jedyną zapłatą za walenie w bęben jest zapewne zaszczyt, jaki ta czynność przynosi, nie otwiera ona bowiem przed nim drogi do chwały. Wystąpił więc z wojska i wycofał się à ses terres , po czym jął żyć comme il plaisoit a Dieu — to znaczy z niczego.
— A więc — mówił Rozsądek — zgodziłeś sobie dobosza z bębnem do służby w czasie tej twojej podróży przez Francję i Włochy! — Phi! — rzekłem — a czyż połowa naszej szlachty nie wybiera się w tę samą drogę z cymbałami jako compagnons du voyage, narażając się przez to na licho wie jakie dodatkowe wydatki? Kiedy człowiek potrafi wykręcić się kalamburem z tak nierównego boju — to już nieźle. — Ale potrafisz jeszcze coś więcej, La Fleur? — spytałem.—O, qu'ouil umie robić żołnierskie kamasze i trochę gra na skrzypcach. — Brawo! — rzekł Rozsądek. — Ależ ja sam gram na kontrabasie — powiedziałem — to się doskonale składa. Umiesz golić i troszkę utrefić perukę, La Fleur? — Ma najlepsze chęci. — To wystarczy, dla Boga! — przerwałem mu — i powinno wystarczyć dla mnie. — Wniesiono właśnie kolację i mając po jednej stronie krzesła angielskiego spaniela, a po drugiej francuskiego służącego, na którego obliczu malowało się tyle wesołości, .ile jej tylko natura potrafi nadać ludzkiej twarzy — radowałem się z całego serca tym królestwem, nad którym sprawowałem władzę. Gdyby monarchowie znali się na rzeczy, mogliby być równie zadowoleni jak ja.

MONTRIUL
Skoro La Fleur odbył ze mną cały objazd Francji i Włoch i nader często występować będzie na widowni, muszę zainteresować nim nieco bardziej czytelnika, twierdząc, że nigdy nie miałem mniej powodów do żałowania impulsów, które przeważnie mną powodują, niż w odniesieniu do tego człowieka. Była to najwierniejsza, najbardziej serdeczna, prosta dusza, jaka kiedykolwiek dreptała krok w krok za filozofem, i mimo że jego umiejętności walenia w bęben i robienia żołnierskich kamaszy — choć same w sobie znakomite — mnie przypadkowo nie na wiele się zdały, lecz każdej godziny znajdowałem rekompensatę w jego radosnym usposobieniu, które nadrabiało wszystkie braki — w wyglądzie jego szukałem stale pokrzepienia we wszelkich moich przeciwnościach i niedolach. Miałem dodać: i w jego własnych także; ale La Fleura nie dosięgało nic zgoła; czy chodziło bowiem o głód, czy łaknienie, chłód czy nagość, nie przespane noce czy jakiekolwiek inne przykre przypadki, które przytrafiały się La Fleurowi w czasie naszych wędrówek — na jego fizjonomii nie pojawiało się nic, co by o nich świadczyło. Był zawsze taki sam; jeżeli więc ze mnie jest kawałek filozofa — a szatan od czasu do czasu przywodzi mi do głowy myśl, że tak jest istotnie — pycha moja zawsze doznaje upokorzenia, gdy wspomnę, ile zawdzięczam filozoficznej twarzy tego biedaka, którą zawstydzała mnie i tym sposobem czyniła ze mnie lepszego człowieka. Z tym wszystkim La Fleur miał w sobie coś z fanfarona; lecz na pierwszy rzut oka zdawał się fanfaronem raczej z natury niż z rozmysłu; a po trzech dniach pobytu z nim w Paryżu już wydawało mi się, że nie jest wcale fanfaronem.

MONTRIUL
Kiedy następnego ranka La Fleur objął służbę, oddałem mu klucz do mojej torby podróżnej wraz ze spisem pół tuzina koszul i pary jedwabnych spodni, poleciłem mu przytroczyć wszystko do kolaski, kazać zaprząc konie i wezwać oberżystę, by przyszedł z rachunkiem.
— C´est un garçon de bonne fortune — rzekł oberżysta, wskazując przez okno na pół tuzina dziewcząt, które obstąpiły La Fleura, i podczas gdy pocztylion wyprowadzał konie, bardzo mile się z nim żegnały. La Fleur wciąż od nowa całował je wszystkie po rękach i trzykroć ocierał sobie oczy, i trzykroć obiecywał, że przywiezie im wszystkim z Rzymu odpusty.
— Młodzian ten — mówił oberżysta — jest ulubieńcem całego miasta i nie ma chyba kąta w Montriul, gdzie by nie odczuto jego braku, gdy odjedzie. Ma on jedno tylko na świecie nieszczęście — ciągnął. — Jest stale zakochany. — Cieszę się z tego serdecznie — odparłem — oszczędzi mi to trudu wkładania sobie co wieczór spodni pod głowę. — Mówiąc to, wygłaszałem pochwałę nie tyle La Fleura, co własną, ile że przez całe prawie życie kochałem się to w tej, to w owej królewnie, i mam nadzieję, że tak dalej będzie aż do śmierci; mocno bowiem przekonany jestem, iż jeżeli kiedy popełnię podłość, będzie to na pewno w jakiejś przerwie pomiędzy jednym kochaniem a drugim. Podczas takiego interregnum postrzegam zawsze, że serce mam na klucz zamknięte: trudno mi nawet znaleźć w nim, z czego dać nieszczęśliwemu sześciopensówkę. Staram się przeto zawsze wydobyć z tego stanu jak najprędzej; skoro zaś tylko zapłonę na nowo, staję się na powrót uosobieniem hojności i dobrej woli, i nie ma rzeczy na świecie, której bym nie zrobił dla kogoś lub z kimś, o ile tylko zdołałby mnie przekonać, że nie ma w niej grzechu. Ale mówiąc to, chwalę przecież kochanie — nie siebie.

FRAGMENT
Miasto Abdera, mimo iż żył tam Demokryt, który wytężał całą potęgę ironii i śmiechu, by naprawić jego obyczaje — było najbardziej występnym i rozwiązłym miastem w całej Tracji. Trucizny, spiski, skrytobójstwa, oszczerstwa, paszkwile i burdy — wszystko to sprawiało, że nie można się tam było w dzień pokazać — a w nocy było jeszcze gorzej.
Otóż tedy, kiedy rzeczy stały już tak źle, że gorzej nie mogły, zdarzyło się, że gdy wystawiono Andromedą Eurypidesa w Abderze, cała widownia była nią zachwycona; ze wszystkich wszakże ustępów, które wzbudziły entuzjazm widzów, nic nie podziałało bardziej na ich wyobraźnię niż czułe tętno natury, które poeta zakuł w ową wzruszającą przemowę Perseusza:
O Kupidynie, książę bogów i ludzi itd.
Nazajutrz wszyscy omal nie przemawiali czystymi jambami i nie rozmawiali o niczym innym jak tylko o wzruszającej oracji Perseusza — „O Kupidynie, książę bogów i ludzi" — na każdej z ulic Abdery, w każdym domu — „O Kupidynie! Kupidynie!" brzmiało ze wszystkich ust niby naturalne tony jakiejś słodkiej melodii, dobywającej się z nich z wolą czy mimo woli — nic tylko „Kupidynie! Kupidynie! Książę bogów i ludzi". Ogień chwycił — i całe miasto, jak serce jednego człowieka, otworzyło swe wrota Miłości.
Żaden aptekarz nie był w stanie sprzedać .ani jednego ziarnka blekotu, żaden rusznikarz nie miał serca wykuć ani jednego narzędzia śmierci — Przyjaźń i Cnota spotykały się i całowały na ulicach — złoty wiek powrócił i zawisł nad.Abderą; każdy mieszkaniec Abdery imał się pastuszej fujarki, a każda abderycka niewiasta odrzucała purpurowe szaty, zasiadała skromnie i słuchała pieśni.
— Sprawić to mógł — powiada ów fragment — jedynie ów bóg, którego władza sięga od niebios do ziemi, a nawet do głębin morza.

MONTEIUL
Gdy wszystko gotowe, gdy wykłóciłeś się o każdą pozycję rachunku w gospodzie i zapłaciłeś je wszystkie, pozostaje zawsze — chyba że ci owa przygoda skwasiła nieco humor — pewna sprawa do załatwienia przy bramie, nim wsiądziesz do kolaski: sprawa synów i cór nędzy, którzy cię tam otoczą. Niech nikt nie powie: Do diabła z nimi; zbyt okrutna to podróż, by wysyłać w nią paru nieszczęśników, którzy i bez tego mają dosyć cierpień! Zawsze myślę, że lepiej wziąć w rękę kilka su, i radziłbym każdemu podróżnikowi zacnego serca czynić podobnie. Nie potrzebuje on równie skrupulatnie dbać o to, by podawać pobudki, z których rozda te grosze — będą one zarejestrowane gdzie indziej.
Co do mnie, nie ma człowieka, który by dawał tak mało jak ja, gdyż mało znam ludzi mających równie niewiele do rozdania. Że jednak był to mój pierwszy publiczny akt miłosierdzia we Francji, tym większą przywiązywałem doń wagę.
— Ejże! — powiedziałem. — Mam na całym świecie tylko osiem su — tu pokazałem je na dłoni — a tu czeka na nie aż ośmiu biedaków i osiem biedaczek.
Pewien obdarty biedaczyna bez koszuli natychmiast wycofał swe roszczenia, ustępując dwa kroki poza krąg i składając ukłon, którym dawał do zrozumienia, że rezygnuje. Gdyby cała widownia w teatrze zawołała jednym głosem: Place aux dames, nie byłoby to ani w połowie tak efektownym wyrazem uczucia szacunku dla płci niewieściej.
Sprawiedliwe nieba! Z jakich to mądrych przyczyn sprawiłyście, że żebractwo i dworność, które w innych krajach tak się ze sobą kłócą, w tym kraju znajdują sposób, by się zjednoczyć?
Uparłem się, by ofiarować mu choć jeden grosz po prostu za jego politesse .
Biedny, lecz żwawy karzełek, który stał w kręgu naprzeciwko mnie, najpierw włożył sobie pod pachę coś, co kiedyś było kapeluszem, a potem wyjął z kieszeni tabakierkę i wspaniałomyślnie począł częstować na obie strony szczyptą tabaki. Był to podarek nie byle jaki, toteż skromnie odmawiano przyjęcia. Mały biedaczek nalegał kiwając zachęcająco głową — Prenez en, prenez — mówił odwracając wzrok; więc każde wzięło po szczypcie. — Szkoda, by w twej tabakierce kiedykolwiek miało zbraknąć tabaki! — rzekłem do siebie; włożyłem tedy do niej dwa su, a jednocześnie wziąłem z niej maleńką szczyptę, by podkreślić ich wartość. Obdarowany uznał drugie dobrodziejstwo za ważniejsze ód pierwszego: było ono dla niego' zaszczytem, podczas gdy pierwsze było tylko jałmużną. Podziękował mi za nie ukłonem do samej ziemi.
— Masz! — powiedziałem do starego, jednorękiego żołnierza-wiarusa, śmiertelnie steranego służbą — oto dwa su dla ciebie. — Vive le Roi! — rzekł stary żołnierz.
Zostało mi tedy tylko trzy su; więc jednego z nich dałem po prostu pour l'amour de Dieu, skoro na tej podstawie mnie o niego proszono. Biedaczka miała krzywe biodro; nie mogło więc chyba być innych pobudek. — Mon cher et très charitable Monsieur. — Temu niepodobna się oprzeć —- powiedziałem.
— My lord Anglois — sam dźwięk tych słów wart był grosza — więc dałem zań mojego ostatniego su. Lecz w zapale ofiarności przeoczyłem pewnego pauvre honteux , który nie miał nikogo, kto by za nim przemówił, a który — jak sądzę — zginąłby raczej, niż sam poprosił. Stał przy kolasce odrobinę poza kręgiem i ocierał łzę z twarzy, która — zdawało mi się — pamiętała lepsze czasy. — Boże wielki! — powiedziałem -— a tu nie zostało mi już dla niego ani jednego su. — Ależ masz ich cały tysiąc! — zawołały budząc się we mnie wszystkie siły natury — więc dałem mu — mniejsza z tym, co — wstydzę się teraz powiedzieć jak dużo, a wtedy wstydziłem się pomyśleć jak mało; więc jeżeli czytelnik potrafi wysnuć jakiś domysł co do mojej skromności, mając dane sobie te dwa punkty stałe, będzie mógł osądzić, jaka była dokładna suma, nie myląc się więcej niż o jeden czy dwa liwry.
Dla innych nie stać mnie było na nic więcej poza Dieu vous bènisse. — Et Ze bon Dieu vous bènisse encore — odpowiedzieli stary żołnierz, karzeł itd. Biedny honteux nie był w stanie nic powiedzieć, wyciągnął tylko małą chusteczką i odchodząc otarł oczy — a ja pomyślałem sobie, że podziękował mi lepiej niż tamci wszyscy.

SZKAPA
Załatwiwszy wszystkie te drobne sprawy, wsiadłem do swojej pocztowej kolaski tak lekko jak nigdy przedtem w życiu; La Fleur zaś założył jedną potężną cholewę (o nogach nie mówię) na jeden bok pocztowej szkapiny, drugą na drugi i pokłusował przodem, szczęśliwy i wyprostowany niczym jaki książę.
Ale czymże jest szczęście! czym okazałość na tej malowanej scenie, jaką jest życie! Zanim ujechaliśmy staje, pędowi La Fleura położył nagły kres martwy osioł. Szkapa nie chciała go minąć. Między nią a La Fleurem powstał spór, przy czym od pierwszego zaraz wierzgnięcia biedaczysko wyleciał ze swych butów jak z procy.
La Fleur zniósł swój upadek jak prawdziwy Francuz i chrześcijanin: nie powiedziawszy nic więcej ani mniej jak tylko: Diable! wstał czym prędzej i znów okrakiem na szkapie ruszył do natarcia, okładając ją przy tym tak, jak by walił w swój bęben.
Szkapa przebiegała z jednej strony drogi na drugą, tam i z powrotem — tędy i owędy — słowem, wszędy,tylko nie koło zdechłego osła. La Fleur uparł się — i szkapa zrzuciła go znowu.
— Cóż to się dzieje, La Fleur — rzekłem — z tą twoją szkapą? — Monsiewr — odparł — c'est un cheval le plus opiniatrè du monde. — Ha, jeżeli to taka zarozumiała bestia — powiedziałem — musi iść, gdzie jej się podoba — La Fleur zlazł więc ze szkapy i zaciął ją ostro, ona zaś wzięła mnie za słowo i pomknęła z powrotem do Montriul — Peste!— rzekł La Fleur.
Tutaj nie od rzeczy będzie zauważyć, że choć La Fleur posłużył się w tej przygodzie dwoma tylko wykrzyknikami, mianowicie Diable! i Peste! jest ich jednakże w języku francuskim trzy — jak stopień równy, wyższy i najwyższy — z których jeśli nie jeden, to drugi służy w każdym niespodzianym zrządzeniu losu, jakie się przytrafić może w życiu:
Le Diable! który jest pierwszym, równym stopniem, używany bywa przeważnie do wyrażania zwykłych wzruszeń ducha, kiedy to drobiazgi tylko wypadają inaczej, niż przewidywałeś; na przykład jeśli grając w kości wyrzuciłeś dwie jedynki, La Fleur spadł z konia, i tak dalej. Z tego samego powodu, jeśli żona przyprawi ci rogi, jest to zawsze Le Diable!
Lecz w wypadku, kiedy zrządzenie losu ma w sobie coś prowokującego, na przykład jeśli szkapa potem ucieknie i zostawi La Fleura leżącego na ziemi w butach z cholewami — jest to drugi stopień.
Wówczas jest to Peste!
Co do trzeciego...
Lecz tu serce moje skręca się z litości i współczucia, kiedy pomyślę, jakie niedole wycierpieć musiał tak wykwintny naród, jak piekące musiano zadać mu rany, by wymusić na nim używanie takiego słowa.

O moce, które w ciężkich, opałach zsyłacie językowi elokwencję! — jakkolwiek wypadnie dla mnie rzut kośćmi, udzielajcie mi tylko przystojnych słów na wykrzykniki, a pofolguję swej naturze.
Ale ponieważ we Francji takich nie było, więc postanowiłem przyjmować wszelkie zło, jakie mnie spotkać może, bez żadnych w ogóle wykrzykników.
La Fleur, który nie zawarł z samym sobą podobnego paktu, gonił szkapę wzrokiem, póki nie znikła mu z oczu, a następnie — wyobraźcie sobie sami, jeśli łaska, jakim słowem przypieczętował całą tę sprawę.
Ponieważ nie sposób jest doścignąć spłoszonego konia mając na sobie rajtarskie buty, nie pozostawało nic innego jak tylko umieścić La Fleura albo z tyłu za kolaską, albo wziąć go do środka.
Wybrałem to ostatnie i w ciągu pół godziny dotarliśmy do poczty w Nampont.

NAMPONT
ZDECHŁY OSIOŁ
— A to właśnie — powiedział wkładając do woreczka resztki skórki od chleba — to właśnie byłaby twoja wieczerza, gdybyś był żył dość długo , by ją ze mną dzielić. — Po jego tonie sądziłem, że wygłasza tę apostrofę do swego dziecka; nie dziecko to jednak było, lecz osioł, i to ten sam, którego widzieliśmy nieżywego na drodze i który spowodował niefortunną przygodę La Fleura. Człowiek ten zdawał się opłakiwać go z wielkim smutkiem; przypomniało mi to zaraz żale Sancha nad jego osłem; lecz w lamencie, któryśmy słyszeli, brzmiało więcej niekłamanych, naturalnych tonów.
Żałobnik siedział na kamiennej ławie przy drzwiach, mając u boku tabliczkę i uzdę osła, które brał do ręki od czasu do czasu — potem znów odkładał — spoglądał na nie i kiwał głową. Potem znów wyjął z woreczka skórkę chleba, jak gdyby chciał ją zjeść; potrzymał ją w ręce przez pewien czas, potem umieścił ją na wędzidle oślej uzdy, popatrzył żałośnie na swoje dziełko — a potem westchnął.
Naiwność jego zmartwienia sprawiła, że obstąpiło go sporo ludzi, a wśród nich La Fleur, który czekał, aż konie będą gotowe; ja zaś siedziałem dalej w kolasce, więc mogłem wszystko widzieć i słyszeć ponad ich głowami.
Mówił, iż przybył ostatnio z Hiszpanii, dokąd się był udał z najodleglejszych krańców Frankonii; ujechał taki kawał drogi do domu, a teraz padł mu osioł. Wszyscy okazali chęć dowiedzenia się, co mogło skłonić tak starego i biednego człeczynę do tak dalekiej podróży.
Podobało się Bogu — odparł — pobłogosławić go trzema synami, najbardziej udanymi chłopcami w całych Niemczech. Gdy jednak dwu starszych stracił w jednym tygodniu na ospę, a najmłodszy zapadł na tęż chorobę, zląkł się, że straci wszystkich, i ślubował, że jeśli niebiosa nie odbiorą mu także i ostatniego, pojedzie z wdzięczności z pielgrzymką do św. Jakuba w Hiszpanii,
Gdy żałobnik dotarł do tego miejsca swego opowiadania, przerwał, by złożyć naturze należną jej daninę — i gorzko zapłakał.
Mówił, że Bóg przyjął te warunki i że wyruszył w drogę ze swej chaty z tym oto biednym stworzeniem, które było. mu cierpliwym towarzyszem podróży, jadło z nim pospołu chleb przez całą drogę i zastępowało mu przyjaciela.
Wszyscy, którzy stali opodal, słuchali jego słów z przejęciem, a La Fleur dał mu trochę pieniędzy. Żałobnik powiedział, że ich nie chce. Mówił, że pewien jest, iż osioł go kochał — po czym opowiedział im długą historię o pewnym nieszczęśliwym przypadku, który rozdzielił ich ze sobą na trzy dni, podczas gdy przeprawiali się przez Pireneje. W czasie tej rozłąki osioł szukał go zupełnie tak samo jak on osła i żadne z nich nie jadło ani nie piło, póki się znów nie spotkali.
— Jedną przynajmniej masz pociechę, przyjacielu — powiedziałem — po stracie twego biednego bydlęcia; pewien jestem, że byłeś dla niego miłosiernym panem. — Niestety! — odrzekł osierocony — tak mi się zdawało, póki był żywy, ale teraz, kiedy nie żyje, myślę inaczej. Lękam się, że ciężar mojego ciała, połączony z ciężarem moich zmartwień, to było na jego siły za wiele; skróciło to dni jego i obawiam się, że ja za to jestem odpowiedzialny. — Wstydź się, świecie! — rzekłem do siebie. — Gdybyśmy kochali się wzajemnie tak, jak ten biedaczyna kochał swego osła — byłoby to już wiele.

NAMPONT
POCZTYLION
Smutek, w jaki wtrąciło mnie opowiadanie biednego człowieczyska, wymagał pewnych względów. Pocztylion jednak nie zwrócił nań najmniejszej uwagi, lecz ruszył po bruku pełnym galopem.
Najbardziej spragniony wędrowiec w najbardziej piaszczystej pustyni Arabii nie mógłby bardziej tęsknić do kubka zimnej wody, niż ja wzdychałem do statecznego i miarowego ruchu; i nabrałbym wysokiego mniemania o pocztylionie, gdyby ten tylko odjechał był ze mną powolnym krokiem, sprzyjającym zamyśleniu. On jednak, przeciwnie, gdy tylko żałobnik zakończył swoje lamenty, niemiłosiernie śmignął biczem po bokach obydwa swe konie i ruszył naprzód terkocząc po kamieniach jak tysiąc diabłów.
Wołałem na niego, jak tylko mogłem najgłośniej, by na miłość boską zwolnił — a im głośniej wołałem, tym on niemiłosierniej galopował. — Niech diabli porwą jego i jego galop z nim razem — powiedziałem. — Póty będzie szarpał mi nerwy na strzępy, aż doprowadzi mnie do nierozumnej pasji, a wtedy pojedzie wolniej, bym mógł do woli napawać się jej słodyczą.
Pocztylion wykonał to z cudowną dokładnością: nim dojechał do stóp stromego wzgórza o jakie pół stajania od Nampont, nie posiadałem się już ze złości na niego — a potem na siebie samego za to, że tak jest.
Wówczas zaś stan mój wymagał już innej kuracji: dobry, tętniący galop byłby mi się prawdziwie przydał.
— Proszę cię, jedź prędzej — jedź prędzej, mój chłopcze — rzekłem.
Pocztylion wskazał na wzgórek. Spróbowałem tedy wrócić do historii biednego Niemca i jego osła — ale już wypadłem z jej toku, i wpaść weń z powrotem było dla mnie równie niemożliwe jak dla pocztyliona wpaść w truchcik.
— Licho niech porwie to wszystko! — rzekłem. — Oto siedzę tu, pełen szczerej chęci robienia jak najlepszej miny do najgorszej gry, a tu wszystko idzie mi na przekór.
Jest jeden przynajmniej kojący środek na wszelkie przeciwności, którym częstuje nas natura;- wziąłem go tedy wdzięcznie z jej rąk i usnąłem; pierwszym słowem, jakie mnie zbudziło, było: Amiens.
— Przebóg! — powiedziałem przecierając oczy — jest to właśnie to miasto, do którego ma przybyć moja nieszczęśliwa dama.

AMIENS
Zaledwie powiedziałem te słowa, kiedy minęła mnie z pośpiechem kareta hrabiego de L..., a w niej jego siostra. Wystarczyło jej akurat czasu, by skłonić głowę na znak, że mnie poznała. W geście tym było coś, co mi mówiło, że jeszcze ze mną nie skończyła. I dotrzymała tego, co obiecywało jej spojrzenie; ledwie bowiem zdołałem skończyć kolację, wszedł do pokoju służący jej brata z biletem, w którym donosiła mi, że pozwala sobie obarczyć mnie listem, który mam osobiście doręczyć pani R... w Paryżu pierwszego ranka, kiedy nie będę miał nic do roboty. Był jeszcze tylko dopisek, iż żałuje — choć nie zastanawia się, co ją do tego skłania — że przeszkodzono jej w opowiedzeniu mi swej historii; że pozostaje mi ją dłużna i jeżeli jakimś trafem droga moja wypadnie przez Brukselę, a ja tymczasem nie zapomnę nazwiska Madame de L..., Madame de L... rada będzie uiścić się ze swego długu.
— Więc spotkam cię jeszcze — rzekłem — nadobny duchu, w. Brukseli — trzeba tylko wracać z Włoch do domu przez Niemcy do Holandii, drogą na Flandrię. Będzie mi to z drogi zaledwie o dziesięć stacji pocztowych; lecz choćby i dziesięć tysięcy! jakież moralne zadowolenie uwieńczy mą podróż, gdy dowiem się bolesnych szczegółów nieszczęśliwej historii z ust takiej ofiary? Widzieć jej łzy! i choć nie zdołam osuszyć ich źródła, przecież pozostanie mi jeszcze owo niewysłowienie błogie uczucie, że ocieram je z policzków najpierwszej i najpiękniejszej z kobiet, siedząc w milczeniu obok niej z chusteczką w ręce przez całą noc.
W uczuciach mych nie było nic złego; a jednak natychmiast jąłem wyrzucać je memu sercu w gorzkich i wielce potępiających słowach.
Mówiłem już czytelnikowi, że jednym z osobliwszych błogosławieństw mego życia było zawsze, że przez prawie wszystkie jego godziny byłem w kimś rozpaczliwie zakochany; kiedy więc zdarzyło się, iż ostatni mój płomień zgasł od podmuchu zazdrości na jakimś zakręcie, zapaliłem go na nowo przy czystym ogniu Elizy niecałe trzy miesiące temu, a zapalając przysiągłem, że starczy mi go na całą podróż. — Czemuż miałbym ukrywać prawdę? — poprzysiągłem jej wierność na wieki — miała prawo do całości mojego serca — dzielić moje uczucia byłoby to je pomniejszać — odkrywać je, znaczyłoby wystawiać je na niebezpieczeństwo — tam gdzie jest ryzyko, może być strata: i jakąż odpowiedź, Joriku! dasz wtedy sercu tak pełnemu wiary i zaufania — tak dobremu, łagodnemu i nie umiejącemu robić wyrzutów?
— Nie pojadę do Brukseli — przerwałem sam sobie, lecz imaginacja dalej robiła swoje: przypomniałem sobie jej spojrzenia w owej krytycznej chwili rozstania, kiedy żadne z nas nie miało siły powiedzieć: Adieu! Spojrzałem na obrazek, który na czarnej wstążeczce zawiesiła mi na szyi — i patrząc nań zaczerwieniłem się. Byłbym dał wszystko na świecie, by go ucałować — ale wstyd mi było. — I czyż ten delikatny kwiat — rzekłem ściskając w dłoniach obrazek — ma zostać rażony aż do samych korzeni, i to przez ciebie, Joriku! który obiecywałeś chronić go w sercu swoim?
— Wiekuiste źródło szczęśliwości! — powiedziałem klękając na ziemi — bądź ty mi świadkiem — i wszelki czysty duch, który z niego pije, niech także świadkiem mi będzie — że nie pojadę do Brukseli — chyba żeby Eliza jechała wraz ze mną — gdyby nawet droga ta wiodła do samego nieba.
W tego rodzaju uniesieniach serce, na przekór rozumowi, zawsze powie za wiele.

LIST
AMIENS
Fortuna nie uśmiechnęła się do La Fleura; nie udały mu się bowiem jego rycerskie popisy i od czasu kiedy wstąpił do mnie na służbę, czyli od prawie dwudziestu czterech godzin, nie nadarzyło się nic, czym mógłby okazać swoją do tej służby gorliwość. Biedak płonął z niecierpliwości; a że wejście służącego hrabiego de L... z listem było pierwszą możliwą okazją, jaka się nastręczyła, La Fleur wykorzystał ją i, aby uczcić pana, zabrał służącego do tylnego pokoiku oberży i tam ugościi paroma kielichami najprzedniejszego wina Pikardii. Na to służący hrabiego de L..., nie chcąc pozostać w tyle za uprzejmością La Fleura, zabrał go ze sobą do gospody, w której przebywał hrabia. Ujmujące obejście La Fleura (sam jego wygląd był paszportem) sprawiło, że cała służba w kuchni poczuła się z nim swobodnie. Że zaś Francuz, jakiekolwiek posiada talenty, bez żadnej pruderii lubi się nimi popisaćnie upłynęło i pięć minut, Medy La Fleur dobył piszczałki i pierwszą nutą dał hasto do tańca, po czym pokojówka, maitre d'hôtel, kucharka, pomywacz i cały dom razem z psami, kotami i starą małpką puścili się w pląsy. Przypuszczam, że nigdy od czasów potopu nie było na świecie weselszej kuchni.
Pani de L..., przechodząc z apartamentów brata do własnych i słysząc z dołu odgłosy tak hucznej zabawy, zdać mi sprawę ze swej przygody; opowiedział całą historią po prostu, jak było, i dodał tylko, że jeżeli Monsieur zapomniał (par hazard) odpowiedzieć na list Madame, obecny układ rzeczy pozwala mu naprawić to jaux pas — jeśli zaś nie, to sprawa wygląda po prostu tak, jak wygląda.
Ja zaś nie byłem całkiem pewny, czy według etykiety powinienem odpisać, czy nie; ale gdybym odpisał — sam diabeł nie mógłby się gniewać: była to tylko niewczesna gorliwość poczciwego człeka dbałego o mój honor; jakkolwiek mógł pobłądzić i wpędzić mnie tym w kłopotliwą sytuację, serce jego było bez winy. — Nic nie zmuszało mnie do napisania; a co ważniejsze — nie wyglądał jak człowiek, który postąpił źle.
— Wszystko to bardzo pięknie, La Fleur — powiedziałem. To wystarczyło. La Fleur wypadł z pokoju jak błyskawica i wrócił niosąc w ręku pióro, atrament i papier. Podszedł do stołu i złożył je tuż przede mną, a oblicze jego wyrażało taką radość, że mimo woli ująłem pióro.
Zacząłem, raz i drugi, a choć nie miałem nic do powiedzenia, a to nic można było wyrazić w sześciu wierszach — napisałem pół tuzina początków, a żaden mnie nie zadowalał.
Krótko mówiąc, nie byłem w nastroju do pisania.
La Fleur wyszedł i przyniósł trochę wody w kieliszku, aby rozcieńczyć atrament; potem poszedł po piasek i wosk. Nic nie pomagało: pisałem, mazałem, darłem, paliłem i pisałem znowu. — Le diable l'emporte! — powiedziałem na pół do siebie — nie mogę napisać tego listu. — Mówiąc to cisnąłem pióro z rozpaczy.
Skoro tylko odrzuciłem pióro, La Fleur w postawie pełnej największego uszanowania zbliżył się do mego stołu i przepraszając tysiąckrotnie za śmiałość, rzekł mi że ma w kieszeni list napisany przez pewnego dobosza z jego pułku do żony pewnego kaprala — list, który, jak mniema, nada się do obecnych okoliczności.
Uczułem ochotę ustąpienia temu biedakowi. — Pokaż mi go zatem, proszę — powiedziałem.
La Fleur natychmiast wyciągnął brudny portfelik wypchany lścikami i billets doux, których stan był opłakany. Położył je na stole, po czym odwiązał przytrzymujący je sznurek i przerzucił je jeden po drugim, aż natrafi na ten, o który mu chodziło. — La voila!— rzekł klaszcząc w dłonie. Rozłożywszy najpierw list, położył go przede mną i cofnął się trzy kroki od stołu, podczas gdy ja czytałem.

LIST
Madame,
Je suis pénétré de la douleur la plus vive, et réduit en même temps au désespoir par ce retour imprévu du Corporal qui rend notre entrevue de ce soir la chose du, monde la plus impossible.
Mais vive la joie! et toute la mienne sera de penser a vous.
L'amour n'est rien sans sentiment.
Et le sentiment est encore moins sans amour.
On dit qu'on ne doit jamais se désespérer.
On dit aussi que Monsieur le Corporal monte le garde Mercredi: alors ce sera mon tour.
Chacun a son tour.
En attendant — Vive l'amour! et vive la bagatelle!
Je suis, Madame,
Avec tous les sentiments les plus respectueux et les plus tendres toul à vous Jacques Roque
Należało tylko zmienić kaprala w hrabiego i nic nie mówić o trzymaniu warty we środę — a wtedy list nie był ani dobry, ani zły; toteż, by zrobić przyjemność temu biedakowi, który stał drżąc o mój honor, o swój własny oraz o honor swego listu — zebrałem z tego ostatniego śmietankę i ubiłem ją na swój sposób, zalakowałem i posłałem La Fleura z listem do pani de L... — a następnego ranka ruszyliśmy dalej w drogę do Paryża.

PARYŻ
Kiedy człowiek może wystąpić do boju o swoje w świetnym rynsztunku, mając pół tuzina lokajów i dwóch kucharzy, którzy zmiatają z drogi wszystko, co mu stoi na zawadzie — dobrze na tym wychodzi w taki, mieście jak Paryż. Może wówczas wjechać w ulicę od tego końca, który mu się podoba.
Ubogi książę, którego kawaleria szwankuje, a cała piechota nie liczy więcej niż jednego jedynego człowieka, niech lepiej ustąpi z pola; i niech szuka sławy w radzie ministrów, jeśli potrafi wspiąć się aż tak wysoko — wspiąć się, powiadam, gdyż — cokolwiek niejeden może o tym sądzić — nie ma sposobu spłynąć tam z góry, mówiąc: Me voici mes enfants — oto jestem.
Wyznaję, że pierwsze moje wrażenia, gdy tylko zostałem sam jeden w moim pokoju w gospodzie, nie były ani w połowie tak. pochlebne, jak to sobie przedtem wyobrażałem. Poważnym krokiem podszedłem w swoim zakurzonym czarnym ubraniu do okna i wyjrzawszy przez szybę ujrzałem, jak świat, odziany w złociste barwy, błękity i zieleń, wytęża się w gonitwie do pierścienia szczęścia. Starcy z połamanymi lancami, w hełmach, od których poodpadały przyłbice; młodzi w świetnej zbroi, błyszczącej jak złoto, strojni we wszystkie barwne pióra Wschodu; wszyscy, wszyscy oni zamierzają się na ów pierścień jak urzeczeni rycerze w starodawnych turniejach o sławę i miłość.
— Niestety, biedny Joriku! — zawołałem — cóż ty tu masz do roboty? Pierwsze zaraz natarcie całej tej błyszczącej, zgiełkliwej czeredy sprowadziło cię do roli atomu. Poszukaj — poszukaj sobie jakiegoś krętego zaułka z kołowrotem na końcu, którędy nie przejechał nigdy żaden świetny wóz ani którego nie rozświetlił nigdy blask pochodni. Tam możesz ukoić duszę słodką rozmową z jakąś gryzetką — żonką cyrulika, i w takie tylko wstęp uzyskać koterie!
Niech zginę! jeśli tak się .stanie — rzekłem dobywając list, który miałem doręczyć pani de R... — Stawię się u tej damy, to będzie mój pierwszy krok. — Więc zawołałem La Fleura, by biegł czym prędzej szukać mi golibrody, a potem wrócił i oczyścił mi ubranie.

PERUKA
PARYŻ
Kiedy nadszedł cyrulik, odmówił kategorycznie zajęcia się moją peruką: przerastała ona jego umiejętności lub też do nich nie dorastała. Nie pozostało mi tedy nic innego, jak tylko wziąć gotową stosownie do jego rekomendacji.
—Ale obawiam się, przyjacielu! — powiedziałem — że ten pukiel nie będzie się trzymał. — Możesz, panie, zatopić go w oceanie, a mimo to będzie się trzymał.
Na jakąż wielką skalę jest wszystko w tym mieście! — pomyślałem. Wyobrażenia angielskiego perukarza, choćby je naciągnąć do ostatnich granic, nie zawiodłyby go dalej niż do „zanurzenia w wiadrze wody". Cóż za różnica! Jak między czasem a wiecznością!
Wyznaję, iż prawdziwie nienawidzę wszelkich zimnych pojęć, tak samo jak małostkowych myśli, które je rodzą; wielkie zaś dzieła natury tak ogromne na mnie zazwyczaj robią wrażenie, że gdybym mógł, nie używałbym do porównań nic mniejszego od — przynajmniej — góry. Wszystko, co się da powiedzieć w tym wypadku przeciwko francuskiej wzniosłości, to — że wspaniałość tkwi bardziej w słowie, a mniej w rzeczy samej. Nie ma wątpliwości, że ocean napełnia umysł rozległymi ideami; lecz zważywszy, iż Paryż leży tak daleko od morza, nie było prawdopodobne, że pomknę sto mil pocztą, by wypróbować eksperyment: paryski cyrulik wyrzekł tedy puste słowa.
Zapewne kubeł wody postawiony obok wielkiego odmętu zgoła żałośnie przedstawia się w mowie, ale — rzec trzeba — ma jedną zaletę: znajduje się w sąsiednim pokoju i prawdziwość twierdzenia o puklu można w nim wypróbować w jednej chwili bez większego zachodu.
Uczciwie rzecz biorąc i szczerzej się nad nią zastanowiwszy — francuskie powiedzenie zapowiada więcej, niż spełnia.
Zdaje mi się, że lepiej potrafię dopatrzeć się ścisłych i znamiennych cech charakteru narodów w takich bezsensownych minutiae niż w arcyważnych kwestiach stanu, o których wielcy ludzie wszystkich narodowości gadają tak podobnie, że nie dałbym i dziewięciu pensów za prawo dokonania pomiędzy nimi wyboru."
Wydostanie się z rąk mego cyrulika zajęło mi tyle czasu, że za późno było myśleć o udaniu się z listem do pani R... tego wieczoru. Kiedy jednak człowiek raz ubierze się starannie do wyjścia, jego refleksje niewielki odnoszą skutek; zapisawszy więc sobie nazwę Hotel de Modéne, w którym zamieszkiwałem, wyszedłem bez z góry upatrzonego celu. — Pomyślę o tym po drodze — rzekłem krocząc już po ulicy.

PULS
PARYŻ
Bądźcie pozdrowione, drobne, powszednie uprzejmości, gdyż wy to czynicie gładką drogę żywota! Jak wdzięk i piękno, które rodzą skłonność do miłości od pierwszego wejrzenia, wy to otwieracie drzwi i wpuszczacie cudzoziemca do wnętrza.
— Proszę cię, Madame — rzekłem — bądź łaskawa powiedzieć mi, którędy mam skręcić, by dojść do Opery Komicznej. — Z miłą chęcią, Monsieur — odparła odkładając robotę.
Zdążyłem rzucić okiem do jakiego pół tuzina sklepów w poszukiwaniu twarzy, która by wyglądała na to, że takie wtargnięcie jej nie zmiesza; aż wreszcie ta spodobała mi się i wszedłem.
Wykańczała parę marszczonych mankietów, siedząc w niskim fotelu w głębi sklepu, naprzeciwko drzwi.
— Trés volontiers: z miłą chęcią — rzekła kładąc robotę na krzesło obok i wstając ze swego niskiego fotela z tak uroczym ruchem i tak uroczym spojrzeniem, że gdybym wydał u niej pięćdziesiąt luidorów, rzekłbym: — Ta kobieta jest wdzięczna.
— Musisz skręcić, Monsieur — powiedziała idąc ze mną do drzwi sklepu i wskazując kierunek, w którym miałem się udać — musisz skręcić najpierw w lewo — mais prenez garde — są dwa zakręty, bądź tak dobry wziąć drugi, potem pójdziesz kawałek i zobaczysz kościół, a gdy go miniesz, zadaj sobie trud skręcenia od razu w prawo; droga ta zaprowadzi cię do stóp Pont Neuf, przez który musisz przejść — a tam każdy z przyjemnością ci pokaże...
Powtórzyła swe wskazówki trzykrotnie z tą samą dobrotliwą cierpliwością za trzecim co za pierwszym razem, a jeśli ton i sposób bycia mają jakie znaczenie (a mają je na pewno, chyba że czyjeś serce zamknie się przed nimi), zdawała się rzeczywiście zainteresowana w tym, abym nie zabłądził.
Nie chcę przypuszczać, że piękność tej kobiety — choć myślę, że była to najładniejsza gryzetka, jaką w życiu widziałem — miała wiele wspólnego z moim zachwytem dla jej uprzejmości; pamiętam tylko, że mówiąc jej, jak bardzo jestem jej zobowiązany, patrzyłem jej wprost w oczy i powtarzałem swe podziękowania tyle razy, ile razy ona dawała mi wskazówki.
Nie zdążyłem odejść dziesięciu kroków od drzwi, a już przekonałem ,się, że zapomniałem co do joty wszystko, co mi powiedziała. Odwróciłem się więc, a widząc, że ona stoi jeszcze we drzwiach sklepu, jak gdyby dla sprawdzenia, czy idę dobrze, czy nie — wróciłem, by spytać ją, czy pierwszy zakręt ma być w prawo, czy w lewo — bo to właśnie całkiem, zapomniałem. — Czyż to możliwe! — rzekła na wpół ze śmiechem. — Bardzo możliwe — odparłem — kiedy mężczyzna bardziej myśli o samej kobiecie niż o jej dobrych radach.
Ponieważ to była ścisła prawda — przyjęła ją tak, jak każda kobieta przyjmuje słuszną uwagę — z nieostentacyjną uprzejmością.
— Attendez! — powiedziała kładąc mi rękę na ramieniu, by mnie zatrzymać, podczas gdy polecała chłopcu, który znajdował się w składziku za sklepem, aby przygotował paczkę z rękawiczkami. — Właśnie mam go wysłać z paczką do tej dzielnicy — rzekła — i jeśli zechcesz waszmość wstąpić, paczka będzie za chwilę gotowa i chłopiec odprowadzi cię na miejsce. — Poszedłem więc z nią razem w głąb sklepu i wziąłem w rękę mankiet, który położyła była na krześle, jak gdybym miał zamiar usiąść; wówczas ona usiadła na swym niskim fotelu, a ja (natychmiast usiadłem obok.
— Będzie gotów za chwileczkę, Monsieur — powiedziała. — A w ciągu tej chwileczki — odrzekłem — chciałbym bardzo powiedzieć ci, pani, coś bardzo miłego w zamian za wszystkie te uprzejmości. Każdemu zdarzy się czasem spełnić od niechcenia dobry uczynek, lecz cały ich łańcuch dowodzi, że płyną one z usposobienia, i z pewnością — dodałem — jeśli ta sama krew, która pochodzi z serca, spływa potem do kończyn (dotknąłem przegubu jej ręki), przekonany jestem, że musisz mieć jeden z najlepszych pulsów na świecie, jakie kiedykolwiek miała kobieta. — Spróbuj — rzekła wyciągając rękę. Odłożyłem tedy kapelusz i ująłem jedną ręką jej palce, zaś drugi i trzeci palec drugiej ręki przyłożyłem do arterii.
Oby nieba były sprawiły, mój drogi Eugeniuszu! byś mógł przejść wtedy mimo i ujrzeć mnie, jak siedziałem w moim czarnym fraczku, w zwykłej niedbałej, pozie, licząc uderzenia tego pulsu, jedno po drugim, z tak prawdziwym oddaniem, jak gdybym śledził krytyczny przypływ i odpływ gorączki. Jakżebyś się uśmiał i ile namoralizował nad moim nowym zawodem! Byłbyś się śmiał i moralizował dalej, a ja — wierz mi, mój drogi Eugeniuszu — powiedziałbym: istnieją na tym świecie gorsze zajęcia niż badanie pulsu kobiety. — Ale gryzetki! — powiedziałbyś — i w otwartym sklepie! Joriku...
Tym lepiej: gdyż skoro intencje moje są czyste, Eugeniuszu, nie dbam, choćby cały świat widział, jak to robię.

MĄŻ
PARYŻ
Policzyłem dwadzieścia uderzeń i szybko zbliżałem się ku czterdziestemu, kiedy niespodziane wejście jej męża z jakiegoś ukrytego saloniku do sklepu pomyliło . mi nieco rachubę. — To nikt, tylko mój mąż — rzekła; zacząłem więc nową dwudziestkę. — Monsieur jest tak dobry — powiedziała, kiedy nas mijał — że zadaje sobie trud badania mego pulsu. — Mąż zdjął kapelusz i składając mi ukłon odpowiedział, że zbyt wielki robię mu zaszczyt; to rzekłszy nałożył kapelusz i wyszedł.
— Dobry Boże! — rzekłem do siebie, gdy wyszedł — czyż ten mężczyzna może być mężem takiej kobiety?
Niech tych nielicznych, którzy wiedzą, jakie musiały być powody powyższego okrzyku, nie zmęczy zbytnio, jeśli wyjaśnię je tym, którzy tego nie wiedzą.
W Londynie sklepikarz i żona sklepikarza zdają się stanowić jedną kość i jedno ciało: jeżeli chodzi o dary umysłu i ciała, czasem jedno, czasem drugie bierze górę, tak że na ogół biorąc znajdują się na równi i pasują do siebie jak przystało na męża i żonę.
W Paryżu nie ma chyba dwóch rzędów istot bardziej różnych od siebie; zważywszy bowiem, że władza ustawodawcza i wykonawcza sklepu nie spoczywa w rękach męża, wchodzi on tam rzadko. Siedzi bezczynnie w jakimś ciemnym i ponurym pokoju od tyłu, w wysiepanej szlafmycy na głowie — nieokrzesany syn Natury, jak by wyszedł prosto z jej rąk.
Geniusz narodu, w którym tylko monarchia jest salicka oddał ten dział — wraz z różnymi innymi — całkowicie kobietom; one zaś, na skutek ustawicznego targowania się od rana do nocy z klientami różnych rang i wielkości — jak szorstkie kamyki długo potrząsane razem w worku — straciły przez przyjacielskie tarcia szorstkość i ostre kanty i nie tylko zaokrągliły się i wygładziły, lecz przybierają — w każdym razie niektóre — szlif właściwy brylantom. Monsieur le mari jest
niewiele lepszy od brukowca, który depcesz stopą.
— Ale przecież, przecież człowieku! niedobrze dla ciebie siedzieć samemu; stworzony zostałeś do towarzyskiego obcowania i miłych pozdrowień; na dobroczynny skutek, jaki wywierają one na nasze natury, powołuję się jako na dowód rzeczowy.
— I jakże on bije, Monsieur? — spytała. — Z całą dobrotliwością — odparłem spoglądając spokojnie w jej oczy — której się po nim spodziewałem. — Miała właśnie rzec coś uprzejmego w odpowiedzi, gdy wszedł do sklepu chłopiec z rękawiczkami.. — A propos — powiedziałem —ja sam potrzebuję pary rękawiczek.

RĘKAWICZKI
PARYŻ
Gdy to powiedziałem, piękna gryzetka wstała i udawszy się za ladę, zdjęła z półki paczkę i rozwiązała ją, ja zaś zbliżyłem się do lady z 'drugiej strony. Wszystkie były za duże. Piękna gryzetka przymierzała je jedną po drugiej do wierzchu mojej dłoni— co jednak w żaden sposób nie zdołało zmienić ich wymiarów. Poprosiła, bym włożył na próbę jedną parę, która zdawała się najmniejsza. Nadstawiła rozchyloną rękawiczkę — ręka moja wśliznęła się w nią natychmiast. — Nie pasuje — rzekłem potrząsając z lekka głową. — Nie — rzekła ona czyniąc to samo.
Bywają takie spojrzenia pełne prostoty połączonej z subtelnością — gdzie kaprys, rozsądek, powaga i niedorzeczność tak są ze sobą pomieszane, że wszystkie języki wieży Babel, puszczone jednocześnie w ruch, nie zdołałyby ich wyrazić; spojrzenia rzucane i chwytane tak szybko, że trudno orzec, która ze stron jest źródłem zarazy. Pozostawiam waszym mistrzom słowa trud pisania pękatych tomów na ten temat — na teraz wystarczyło powtórzyć raz jeszcze, że rękawiczki nie pasują: skrzyżowawszy więc ręce, oparliśmy się oboje łokciami o ladę. Była ona wąska i pomiędzy nami wystarczało miejsca akurat tylko na leżącą paczkę rękawiczek.
Piękna gryzetka spoglądała czasem na rękawiczki, potem bokiem w kierunku okna, potem, znów na rękawiczki —a potem na mnie. Nie byłem skłonny przerywać milczenia, poszedłem więc za jej przykładem: spoglądałem na rękawiczki, potem w okno, potem znów na rękawiczki, a potem na nią — i tak dalej na zmianę.
Przekonałem się, że przegrywam wyraźnie za każdym nowym atakiem: miała bystre czarne oczy i strzelała nimi spoza długich i jedwabistych rzęs tak przenikliwie, że zaglądała mi w samo serce i lędźwia. Może się to wydać dziwne, ale czułem po prostu, że tak się dzieje. — To nic nie szkodzi — powiedziałem biorąc dwie najbliżej leżące pary i kładąc je do kieszeni.
Zauważyłem, że piękna gryzetka nie policzyła mi ani liwra ponad cenę; żałowałem, że nie zażądała choć jednego liwra więcej, i łamałem sobie głowę, jak do tego doprowadzić. — Czy sądzisz, zacny panie — rzekła, mylnie tłumacząc sobie moje zakłopotanie — że mogłabym zażądać o jeden choćby su za dużo od cudzoziemca — i to cudzoziemca, który, więcej przez swą uprzejmość niż przez potrzebę rękawiczek, zaszczycił mnie tym, że mi zaufał. M'en croyez capable? — Zaiste, nie! — odrzekłem — a gdyby nawet, byłoby to dla mnie przyjemnością. Wyliczyłem jej tedy pieniądze na dłoń, po czym złożyłem jej ukłon niższy od tego, jaki się zwykle składa żonie sklepikarza, i wyszedłem — a za mną jej chłopiec z paczką.

PRZEKŁAD
PARYŻ
W loży, do której mnie wpuszczono, nie było nikogo prócz dobrodusznego starego oficera, Francuza. Kochani tę postać nie tylko 'dlatego, iż czczę człowieka, którego sposób bycia złagodniał dzięki zawodowi czyniącemu złych ludzi jeszcze gorszymi, lecz dlatego jeszcze, że znałem kiedyś jednego — już go bowiem nie ma — czemuż bym nie miał ocalić jednej stronicy przed zbezczeszczeniem wypisując na niej jego imię i powiadając światu, że był nim kapitan Tobiasz Shandy — najdroższy spośród mych wiernych przyjaciół, o którego miłości dla ludzi nigdy inaczej myśleć nie mogę — nawet w tyle czasu po jego śmierci — niż z oczami pełnymi łez. To przez wzgląd na niego mam predylekcję do całego korpusu weteranów, toteż obszedłem dwa tylne rzędy ławek i zająłem miejsce obok wojskowego.
Stary oficer przy pomocy pary wielkich okularów czytał z uwagą małą książeczkę — może był to program opery. Gdy tylko usiadłem, zdjął okulary i włożywszy je do futerału z chropowatej sikory, wetknął je wraz z książeczką z powrotem do kieszeni. Uniosłem się do połowy i złożyłem mu ukłon.
Przełóżcie to na jaki bądź cywilizowany język na świecie — a sens będzie taki:
„Oto wszedł do loży biedny cudzoziemiec — zdaje się nie znać nikogo i zapewne nie poznałby nikogo, choćby spędził w Paryżu siedem lat, gdyby każdy, do kogo się zbliży, zachował okulary na nosie. Byłoby to zatrzasnąć mu tuż przed nosem drzwi do wszelkiej rozmowy i obejść się z nim gorzej niż z Niemcem."
Francuski oficer mógł był równie dobrze powiedzieć to wszystko na głos; a gdyby tak uczynił, ja również przełożyłbym swój ukłon na język francuski i rzekłbym, że doceniam jego uprzejmość i składam mu za nią tysiąckrotne dzięki.
Żaden sekret tak nie sprzyja rozwojowi stosunków towarzyskich jak opanowanie tego rodzaju skróconego sposobu porozumienia i szybkie przekładanie na proste słowa tych kilku zwrotów oczu i ciała ze wszystkimi subtelnymi ich odmianami i szczegółami. Jeżeli o mnie chodzi, to skutkiem długiego przyzwyczajenia czynię to tak machinalnie, że kiedy chodzę ulicami Londynu, cały czas zajęty jestem przekładem; i niejeden raz obserwowałem krąg osób, w którym nie powiedziano ani trzech słów, po czym wynosiłem stamtąd dwadzieścia różnych dialogów, które mógłbym śmiało spisać i przysiąc, że są prawdziwe.
Udając się pewnego wieczoru na koncert Martiniego w Mediolanie, wchodziłem właśnie w drzwi westybulu, kiedy wybiegła z nich w niejakim pośpiechu marquisina di F... Zanim ją zauważyłem, już prawie na mnie wpadła; uskoczyłem więc na bok, by dać jej przejście. Ona zrobiła to samo, i to w tę samą stronę, więc zderzyliśmy się głowami. Ona natychmiast przemknęła na drugą stronę, by się wydostać, ja jednak miałem to samo nieszczęście: skoczyłem bowiem w tę samą stronę i znów zagrodziłem jej drogę. Przelecieliśmy oboje na drugą stronę, potem z powrotem — i tak dalej — było to śmiechu warte; oboje czerwieniliśmy się niemożliwie. Wreszcie tedy zrobiłem to, co powinienem był zrobić od początku: zastygłem w bezruchu i marquisina nie miała więcej trudności. Nie byłem w stanie wyjść na salę, póki nie wynagrodziłem jej mej niezręczności przynajmniej o tyle, że poczekałem i odprowadziłem ją oczami do końca korytarza. Ona obejrzała się za siebie dwa razy i szła po nim jakoś bokiem, tak jak by chciała zostawić miejsce temu, kto by chciał wyminąć ją, by pójść na górę. — Nie — rzekłem — to podły przekład: marquisina ma prawo do najlepszych przeprosin, na jakie mnie stać; oto dano mi miejsce, w którym mogę to uczynić. Podbiegłem więc i jąłem prosić o przebaczenie za kłopot, na który ją naraziłem, mówiąc, że zamiarem moim było ustąpić jej z drogi. Odparła, że nią kierowała ta sama chęć — więc podziękowaliśmy sobie nawzajem. Znajdowała się na najwyższym stopniu schodów; nie widząc koło niej żadnego cicisbeo , jąłem prosić o pozwolenie wsadzenia jej do karety — zeszliśmy tedy razem, zatrzymując się co trzy stopnie, by porozmawiać o koncercie i naszej przygodzie. — Słowo daję, Madame — rzekłem pomógłszy jej wsiąść do karety — że sześć razy usiłowałem cię przepuścić. — A ja — odrzekła — sześć razy próbowałam waszmości wpuścić do środka. — Pragnąłbym, na Boga, byś pani spróbowała po raz siódmy — powiedziałem. — Z całego serca — rzekła czyniąc mi miejsce obok siebie. Życie nazbyt jest krótkie, by czynić długie korowody z formami, toteż wsiadłem natychmiast, a ona zawiozła mnie z sobą do domu. A co się stało z koncertem — święta Cecylia, która zapewne na nim była, wie to lepiej ode mnie.
Dodam tylko, że znajomość, która wynikła z tego przekładu, dała mi więcej przyjemności niż jakakolwiek inna z tych, które miałem zaszczyt zawrzeć we Włoszech.

KARZEŁ
PARYŻ
Nigdy nie słyszałem, by ktoś zrobił tę uwagę, poza jednym człowiekiem — nazwisko jego wyjdzie prawdopodobnie na jaw w niniejszym rozdziale — byłem tedy zgoła nie uprzedzony i musiały istnieć podstawy do spostrzeżenia, które zrobiłem, gdy tylko rzuciłem okiem na parter widowni. Uderzyła mnie mianowicie niewytłumaczona zabawa, jaką znajduje Natura w kształtowaniu tak wielkich ilości karłów. Niewątpliwie od czasu do czasu swawoli ona w każdym prawie zakątku ziemi, ale w Paryżu psotom jej nie ma końca: bogini zdaje się być równie wesoła jak mądra.
Wyniósłszy z sobą ową myśl z Opery Komicznej zabrałem się do mierzenia wszystkich, których widziałem mijających jej gmach. Melancholijne zaiste zajęcie! — zwłaszcza wtedy, gdy wzrost jest niezmiernie mały, twarz niezmiernie ciemna, oczy bystre, nos długi, zęby białe, szczęka wydatna — oglądać tylu nieszczęśliwych, siłą wypadku wypchniętych z własnej klasy na samo pogranicze innej, o której przykro mi pisać. Co trzeci człowiek Pigmejem — jedni dzięki garbowi i trzęsącej się głowie, inni z powodu pałąkowatych nóg; trzecia kategoria, których ręka Natury zatrzymała we wzroście, kiedy mieli lat sześć lub siedem; czwarta wreszcie, w formie skończonej i naturalnej, podobna do karłowatych jabłonek, od początku swego istnienia skazana na to, że nigdy nie wyrośnie wyżej.
Podróżny-lekarz mógłby powiedzieć, że jest to skutek niewłaściwego krępowania powijakami; podróżny-śledziennik, że braku powietrza; podróżny zaś ciekawski, chcąc ugruntować to zdanie, mógłby zmierzyć wysokość ich domów i węziznę ulic oraz stwierdzić, na jak niewielu stopach kwadratowych śpią i jedzą razem gdzieś na szóstych i siódmych piętrach tak liczne rzesze mieszczaństwa. Ja zaś pamiętam, jak pan Shandy senior, który zawsze uzasadniał wszystko inaczej niż inni, mówiąc pewnego wieczoru o tych sprawach, utrzymywał, że dzieci, podobnie jak inne zwierzęta, mogą osiągnąć wzrost niemal nieograniczony, jeżeli tylko we właściwy sposób przyjdą na świat; nieszczęściem jednak, obywatele miasta Paryża żyją w takiej ciasnocie, że po prostu nie starcza im miejsca, by mieć dzieci. — Me nazywam bowiem tego, co oni mają, dziećmi — rzekł. — To, co mają, to jest nic. Co mówię — ciągnął wstając w zapale argumentacji — mieć coś takiego to gorzej niż nie mieć nic; hodujesz to najtroskliwiej przez dwadzieścia lub dwadzieścia pięć lat, żywisz najlepiej, jak możesz, a to, co ostatecznie z tego wyrośnie, nie będzie nawet tak duże jak moja noga. — Że zaś pan Shandy był bardzo niski, trudno było coś więcej na ten temat powiedzieć.
Ponieważ, to, co piszę, nie jest wyrozumowanym traktatem, podaję wytłumaczenie w tej formie, w jakiej je słyszałem, i zadowalam się prawdziwością samego spostrzeżenia, której potwierdzenie znaleźć można na każdej ulicy i w każdym zaułku Paryża. Szedłem kiedyś po owym, który prowadzi od Carousel do Palais Royal; zauważywszy, że jakiś chłopczyk biedzi się z przejściem przez rynsztok, który płynął środkiem uliczki, ująłem go za rękę i pomogłem przedostać się na drugą stronę. Gdym później obrócił jego twarz ku sobie, aby na niego popatrzeć, zobaczyłem, że ma około czterdziestu lat. — Mniejsza z tym — powiedziałem — jakaś poczciwa dusza zrobi to samo dla mnie, gdy będę miał dziewięćdziesiąt.
Czuję w sobie pewne zasady, które skłaniają mnie do miłosierdzia w stosunku do tych biednych, upośledzonych przedstawicieli mego gatunku, którzy nie są ani dość rośli, ani dość silni, by dawać sobie radę na świecie. Nie mogę patrzeć, gdy któryś z nich jest maltretowany; ledwo zaś zdołałem usiąść obok mego starego oficera, a już z obrzydzeniem ujrzałem, iż rzecz taka dzieje się właśnie pod naszą lożą.
Na końcu pierwszych rzędów krzeseł, pomiędzy nimi a pierwszą boczną lożą pozostaje wolne niewielkie przejście, w którym, gdy teatr pełny, znajdują schronienie rzesze wszelkiego stanu. Chociaż się stoi jak w tyle parteru, płaci się tyleż, co za pierwsze rzędy. Biedna, bezbronna istotka tego gatunku została jakoś wepchnięta w to nieszczęsne miejsce: wieczór był gorący, a on otoczony był istotami o dwie i pół stopy wyższymi od niego. Karzełek doznawał niewymownych cierpień ze wszystkich stron, lecz najbardziej mu dokuczał wysoki korpulentny Niemiec wzrostu przeszło siedmiu stóp, który stał bezpośrednio pomiędzy nim a jakąkolwiek możliwością dostrzeżenia sceny i aktorów. Biedny karzeł robił wszystko, co mógł, aby bodaj zerknąć na to, co się działo na scenie; szukał jakiejś szparki pomiędzy ręką Niemca a jego tułowiem, próbując raz z jednej to znów z drugiej strony; Niemiec jednak stał murem w najmniej dogodnej pozie, jaką można sobie wyobrazić. Karzełek mógł równie dobrze znajdować się na dnie najgłębszej studni w Paryżu; więc uprzejmie podniósł rękę do rękawa Niemca i powiedział mu o swej niedoli. Niemiec odwrócił się, spojrzał nań jak Goliat na Dawida — po czym obojętnie wrócił do dawnej pozy.
Właśnie w tej chwili wyjmowałem szczyptę tabaki z małej rogowej tabakierki mego mnicha. — I jakże twoja łagodna i uprzejma dusza, drogi mój zakonniku! — tak zaprawiona do cierpliwości i wyrozumiałości — jakże wdzięcznie nakłoniłaby ucha do skargi tego biedaka!
Gdy stary francuski oficer ujrzał, że wypowiadając tę apostrofę ze wzruszeniem wznoszę oczy ku górze, pozwolił sobie zapytać mnie, co się stało. W trzech słowach opowiedziałem mu rzecz całą, dodając, iż jest to zgoła nieludzkie.
W tym czasie karzełek doprowadzony już był do ostateczności i w pierwszym uniesieniu, które zazwyczaj bywa nierozsądne, powiedział Niemcowi, że odetnie mu scyzorykiem jego 'długi harcap. Niemiec spojrzał nań zimno, i rzekł, że nie ma nic przeciwko temu, jeśli tamten potrafi go dosięgnąć.
Krzywda poparta zniewagą, mniejsza, komu ją wyrządzono, zmusza każdego uczuciowego człowieka do czynu:gotów byłem wyskoczyć z loży, by ją naprawić. Stary Francuz uczynił to z mniejszym znacznie hałasem: przechyliwszy się bowiem nieco przez parapet skinął na strażnika, wskazując jednocześnie palcem na nieszczęśliwą sytuację karzełka. Strażnik podszedł do niego. Nie było potrzeby wnosić skargi — rzecz mówiła sama za siebie; odepchnąwszy tedy Niemca muszkietem do tyłu, wziął biednego karła za rękę i umieścił go przed nim. — To szlachetnie! — zawołałem klaszcząc w dłonie. — A jednak wy w Anglii nie pozwolilibyście, na to — rzekł stary oficer.
— W Anglii, drogi panie — odrzekłem — wszyscy siedzimy wygodnie.
Stany Francuz byłby pogodził mnie z samym sobą — gdybym przypadkiem był z sobą w niezgodzie — mówiąc, iż jest to bon mot; a że w Paryżu bon mot zawsze jest coś warte — poczęstował mnie szczyptą tabaki.

RÓŻA
PARYŻ
Teraz na mnie przyszła kolej spytać starego francuskiego oficera, co się stało, gdyż z tuzina różnych miejsc na parterze rozległ się okrzyk: „Haussez les mains, Monsieur l'Abbe" , co było dla mnie równie niezrozumiałe jak przedtem dla niego moja apostrofa do mnicha.
Odpowiedział, że to zapewne jakiś biedny księżulek w jednej z górnych lóż usadowił się ukradkiem za parą gryzetek, aby przyjrzeć się operze, i teraz widzowie z dołu spostrzegłszy go, domagają się, by trzymał obie ręce do góry podczas przedstawienia. — Czyż można przypuszczać. — rzekłem — by duchowna osoba chciała przetrząsać gryzełkom kieszenie? — Stary Francuz uśmiechnął się i nachyliwszy się do mego ucha, szeptem otworzył przede mną podwoje wiedzy, o której nie miałem pojęcia.
— Wielki Boże! — rzekłem blady ze zdumienia — czyż to możliwe, by naród tak szczodrze obdarzony sentymentem był zarazem tak nieczysty, tak niepodobny do siebie? Quelle grossierté! — dodałem.
Stary oficer objaśnił mnie, iż jest to przykład niewyrozumiałego szyderstwa z Kościoła, które pojawiło się w teatrze mniej więcej wtedy, kiedy wystawiono w nim Molierowskiego Świętoszka; lecz obecnie wygasa jak i inne pozostałości barbarzyńskich obyczajów. — Każdy naród — mówił dalej — ma swoje wykwinty i swoje grossiertés, w których na przemian przoduje lub oddaje pierwszeństwo innym; dodał, że bywał we wszystkich prawie krajach, lecz nigdy w takim, gdzie by nie znalazł jakichś subtelności, na których innym zbywało. Le pour et le contre se trouvent en chaque nation; wszędzie istnieje — mówił — pewna równowaga pomiędzy dobrem i złem; tylko wiedza o tym, że tak jest, może wyzwolić jedną połowę świata z uprzedzeń, jakie żywi względem drugiej połowy. Mówił dalej, że zaletą podróży — jeżeli chodzi o savoir vivre — jest, iż poznaje się dzięki nim ludzi i obyczaje, co uczy nas wzajemnej tolerancji; a wzajemna tolerancja — zakończył z ukłonem w moją stronę — uczy nas kochać się nawzajem.
Stary oficer francuska wypowiedział to tak: szczerze i rozumnie, że utwierdził mnie w pierwszym, korzystnym wrażeniu, jakie odniosłem co do jego charakteru. Zdało mi się, żem pokochał tego człowieka; lecz obawiam się, iż mylnie rozpoznałem przedmiot mego uczucia: było to moje własne przekonanie — tylko że ja nie umiałbym Wyrazić go ani w połowie tak udatnie.
Przykre to zarówno dla jeźdźca, jak dla wierzchowca, jeżeli ten ostatni strzyże uszami i płoszy się w drodze na widok każdego przedmiotu, którego nigdy przedtem nie oglądał. Kłopotów tego rodzaju nie mam więcej niż jakiekolwiek inne stworzenie na świecie — a przecież wyznaję szczerze, że wiele rzeczy sprawiało mi przykrość, i podczas pierwszego miesiąca rumieniłem się z powodu wielu słów, które już w następnym uważałem za zupełnie niewinne i bez znaczenia.
Pani de Rambouliet po niespełna sześciu tygodniach znajomości zrobiła mi ten zaszczyt, że zabrała mnie z sobą w swej kolasce parę mil za miasto. Ze wszystkich kobiet pani de Rambouliet jest najbardziej poprawna i nie życzę sobie nigdy oglądać niewiasty o większej cnocie i czystości serca. W powrotnej drodze pani de Rambouliet wyraziła życzenie, abym pociągnięciem za sznur dał znak stangretowi, by stanął. Zapytałem ją, czy czego potrzebuje — Rien que pisser — rzekła pani de Rambouliet.
Niech cię to nie boli, szlachetny podróżniku, że pani de Rambouliet się wysiu...a. — A wy, nadobne mistyczne nimfy, idźcie i niech każda zerwie swą różę i rozsieje jej płatki na drodze — gdyż tylko tyle zrobiła pani de Rambouliet. Pomogłem pani de Rambouliet wysiąść z karety; i gdybym był kapłanem przeczystej Kastalii, nie mógłbym pełnić obrządków u jej źródła z większym respektem i przystojnością.

POKOJÓWKA
PARYŻ
To, co stary francuski oficer powiedział o podróżowaniu, przywiodło mi na pamięć rady, których Poloniusz udzielał w tej samej materii synowi; to znów przypomniało mi Hamleta, a Hamlet — resztą dzieł Szekspira. Zatrzymałem się tedy w drodze do domu na Quai de Conti, aby nabyć cały ich komplet.
Sprzedawca książek powiedział, że nie ma ani jednego. — Comment!— rzekłem, podnosząc jeden tom z kompletu leżącego na ladzie pomiędzy nami. Odparł, że przysłano mu je tylko do oprawy i że ma je odesłać nazajutrz rano do Wersalu hrabiemu de B...
— A czy hrabia de B... czyta Szekspira? — zapytałem. — C´est un esprit fort— odrzekł księgarz. — Kocha się w angielskich książkach; a co jeszcze mu większy zaszczyt przynosi, Monsieur, kocha się także w Anglikach. — Tak uprzejmie to waść mówisz — rzekłem — że wystarcza to, by zobowiązać Anglika do wydania w twym sklepie paru luidorów. — Księgarz skłonił się i miał coś powiedzieć, gdy wtem młoda, przyzwoicie wyglądająca dziewczyna lat około dwudziestu, która, sądząc po wzięciu i ubiorze, zdawała się być filie de chambre jakiejś nabożnej a modnej niewiasty, weszła do sklepu i poprosiła o Les Egarements du Coeur et de l'Esprii. Księgarz natychmiast podał jej żądaną książkę; ona zaś wydobyła maleńki woreczek z zielonego atłasu, zaciągany na wstążeczkę tej samej barwy; wetknąwszy weń dwa palce wyciągnęła potrzebną sumę pieniędzy i zapłaciła. A ponieważ nic już nie zatrzymywało mnie w sklepie, wyszliśmy razem.
— I na cóż ci potrzebne Błądzenia serca, moja miła — rzekłem — tobie, która ledwo dopiero przeczuwasz, że masz serce? i nie upewnisz się, że je posiadasz, aż powie ci o tym Miłość lub jaki niewierny pasterz ból mu sprawi. — Le Dieu m'en garde! — powiedziała dziewczyna. — I słusznie — ja na to — gdyż jeśli jest dobre, szkoda, by ci je miał kto skraść: dla ciebie jest ono całym skarbem i lepszy wygląd nadaje twej twarzy, niż gdyby była przystrojona perłami.
Młode dziewczę słuchało z potulną uwagą, przez cały czas trzymając za wstążeczkę swój atłasowy woreczek. — Jest bardzo malutki — rzekłem ujmując go od spodu, a ona podsunęła go ku mnie — i bardzo malutko w nim jest, moja miła; lecz bądź tylko równie poczciwa, jak jesteś ładna, a nieba go napełnią. —Miałem w ręku garść koron na zapłacenie za Szekspira, a że ona tymczasem całkiem puściła woreczek, wsadziłem doń jedną, po czym zawiązawszy wstążeczkę na kokardkę oddałem jej z powrotem.
Dziewczę złożyło mi dyg bardziej pokorny niż niski: było to jedno z owych cichych, dziękczynnych pochyleń, gdzie duch składa ukłon — ciało go tylko wyraża. Nigdy nie dałem żadnej dziewczynie korony ani z polową tej przyjemności, jakiej doznałem w owej chwili.
— Rada moja, kochanie, nie byłaby dla ciebie warta ani tyle, co szpilka — powiedziałem — gdybym wraz z nią nie dał ci był tego; teraz jednak, kiedy spojrzysz na pieniądz, przypomnisz ją sobie — toteż miła moja, nie wydaj go na wstążeczki.
— Zaiste, panie — rzekło dziewczę z powagą - nie byłabym w stanie. — Mówiąc to, jak zwykle bywa przy honorowych transakcjach, podała mi rękę. — En vérité, Monsieur, je mettrai cet argent à part— powiedziała. Kiedy pomiędzy mężczyzną a kobietą zawarta zostaje cnotliwa umowa, uświęca ona ich najbardziej osobiste ścieżki: więc choć było już ciemno, nie zawahaliśmy się pójść po Quai de Conti we dwoje, skoro nasze drogi wiodły w jedną stronę.
Dygnęła po raz drugi, kiedyśmy ruszali, a nim odeszliśmy dwadzieścia jardów od drzwi sklepu — jak gdyby nie dość było tego, co już uczyniła — przystanęła na chwileczkę, by mi powiedzieć raz jeszcze, że mi dziękuje.
— Drobna to danina — powiedziałem jej — której nie mogłem nie spłacić cnocie; i nie chciałbym za nic zawieść się na osobie, której ją złożyłem — lecz widzę w twej twarzy, miła moja, niewinność —. i oby gromy spadły na tego, który kiedykolwiek zastawi na nią sidła!
Dziewczyna wydała mi się w jakiś sposób poruszona tym, co powiedziałem: westchnęła cicho; że jednak osądziłem, iż nie mam żadnego prawa wypytywać o powód, tedy nie rzekłem już ani słowa więcej aż do rogu Rue de Nevers, gdzie mieliśmy się rozstać.
—Ale czy to tędy się idzie do Hotel de Modene, moja miła? — Odpowiedziała mi, że tak — lub też, że mogę się tam dostać przez Rue de Guineygaude, która jest następną przecznicą. — Wobec tego, miła moja, pójdę Rue de Guineygaudte — rzekłem — a to z dwóch racji: po pierwsze, dogodzę swej chęci, a po drugie, będę ci służył opieką w drodze tak długo, jak tylko mogę. — Dziewczę oceniło moją uprzejmość i wyraziło żal, że Hotel de Modène nie mieści się na Rue de St. Pierre. — Mieszkasz tam? — spytałem. Odparła, że jest filie de chambre pani R... — Wielki Boże! — zawołałem — otóż i dama, dla której przywiozłem z Amiens list. — Dziewczyna powiedziała mi, że pani R..., jak jej się zdaje, oczekuje nieznajomego z listem i niecierpliwie go wygląda.. Poprosiłem ją tedy, aby złożyła w mym imieniu powinme uszanowanie pani R... i oznajmiła jej, iż z pewnością stawię się u niej jutro rano.
W czasie tej rozmowy staliśmy nieruchomo na rogu Rue de Nevers. Potem jeszcze zatrzymaliśmy się chwilę, podczas gdy ona chowała swoje Egarements du coeur..., gdyż niewygodnie jej było nieść je w ręku. Było tego dwa tomy, więc potrzymałem j eden, podczas gdy ona kładła drugi do kieszeni, potem zaś ona przytrzymała kieszeń, a ja wsunąłem drugi tom w ślad za pierwszym.
Słodko jest czuć, jak subtelne nici sprzęgają ze sobą nasze uczucia.
Ruszyliśmy znów w drogę i za trzecim krokiem dziewczyna wsunęła mi rękę pod ramię — właśnie ją o to prosiłem, ale ona uczyniła to sama z siebie, z odruchową prostotą, która świadczyła o tym, iż nie postało jej w głowie, że dotąd byłem jej nieznajomy. Co do mnie, tak mocno czułem łączące nas węzły krwi, że mimo woli zwróciłem się ku niej, by poszukać w jej twarzy śladów rodzinnego podobieństwa. — Głupstwo! — rzekłem. — Czyż nie jesteśmy wszyscy krewni?
Kiedy dotarliśmy do rogu Rue de Guineygaude, przystanąłem, by pożegnać się z nią na dobre; dziewczę zaś uparło się dziękować mi raz jeszcze za towarzystwo i życzliwość. Dwa razy rzekła mi „do widzenia" a ja tyleż razy to powtórzyłem; i tak serdeczne było nasze rozstanie, że gdyby odbywało się gdziekolwiek indziej, nie jestem pewien, czy nie przypieczętowałbym go pocałunkiem chrześcijańskiej miłości tak ciepłym i świętym jak pocałunek apostoła.
Ale w Paryżu, gdzie całują się tylko, mężczyźni — zrobiłem to, na jedno wychodzi.
Powiedziałem: „Niech cię Bóg błogosławi."

PASZPORT
PARYŻ
Kiedy wróciłem do hotelu, La Fleur powiedział mi, że pytał o mnie porucznik policji. — Niech to licho porwie — rzekłem — wiem, z jakiego powodu. — Czas też, by i czytelnik się dowiedział, albowiem wtedy, gdy rzecz się stała, nie napisałem o niej. Nie, żeby wyszła mi z głowy, ale gdybym był opowiedział o niej wówczas, do tej chwili byłaby może zapomniana — a teraz właśnie jest mi potrzebna.
Opuszczałem Londyn z takim pośpiechem, że ani na chwilę nie przyszło mi na myśl, iż jesteśmy na stopie wojennej z Francją. Zdążyłem dojechać do Dover i obejrzeć przez lunetę wzgórza za Boulogne, nim myśl ta mi zaświtała, a w ślad za nią druga: że nie sposób się tam dostać bez paszportu. Choćby chodziło tylko o pójście do końca ulicy — mam śmiertelną awersję do tego, by wracać nic nie mędrszy, niż wyruszałem; a że ta podróż była największym wysiłkiem, jaki w życiu zrobiłem dla zdobycia wiedzy, przeto tym bardziej nie do zniesienia była mi myśl o powrocie. Usłyszawszy tedy, że hrabia de... wynajął statek pocztowy, poprosiłem go, by zabrał mnie w swej świcie. Hrabia znał mnie nieco, więc mało lub wcale nie stawiał przeszkód. Rzekł tylko, że usłużność jego dla mnie sięgnąć może nie dalej niż do Calais, on bowiem wraca do Paryża przez Brukselę; jednak, gdy raz się tam dostanę, będę mógł dojechać do Paryża bez trudności — w Paryżu zaś muszę zawrzeć znajomości i dać sobie radę samemu. — Niech tylko dostanę się do Paryża, panie hrabio — odparłem — a poradzę sobie doskonale. — Wszedłem tedy na pokład i więcej o całej sprawie nie pomyślałem ani razu.
Kiedy La Fleur powiedział mi, że porucznik policji dowiadywał się o mnie, rzecz przypomniała mi się w jednej chwili; ledwie La Fleur zdążył dokładnie mi to opowiedzieć, wszedł właściciel hotelu i powtórzył to samo z tym dodatkiem, że specjalnie pytano o mój paszport. Na zakończenie wyraził nadzieję, że go posiadam. — Zaprawdę, nie! — odrzekłem.
Gdy to powiedziałem, właściciel hotelu odstąpił ode mnie na trzy kroki, niczym od powietrzem ruszonego— a biedny La Fleur postąpił trzy kroki ku mnie takim ruchem, jaki czyni dobry człowiek, by ratować nieszczęśliwego — i pozyskał tym moje serce; z tego jednego rysu poznałem bowiem jego charakter tak doskonale i mogłem polegać na nim tak pewnie, jak gdyby służył mi wiernie przez siedem lat.
— Mon Seigneur — zawołał właściciel hotelu — lecz wydawszy ten okrzyk zreflektował się i natychmiast zmienił ton, — Jeśli Monsieur — powiedział — nie posiada paszportu, apparement — według wszelkiego prawdopodobieństwa — ma w Paryżu przyjaciół, którzy mu go sprokurują. — Nic mi o tym nie wiadomo — odrzekłem z niedbałą miną. — Wobec tego certes— odparł — poślą cię, panie, do Bastylii lub do Chatelet, au moins . — Fiu! — rzekłem — król francuski to zacny człek — nie zrobi krzywdy nikomu. — Cela n'empêche pas — odparł — z pewnością poślą cię jutro rano do Bastylii. — Ależ nająłem u ciebie kwaterę na miesiąc— odpowiedziałem — i nie opuszczę jej ani na dzień przed czasem na przekór wszystkim królom Francji na świecie. — Na to La Fleur szepnął mi do ucha, że nikt nie może stawiać oporu królowi Francji.
— Pardi!— rzekł mój gospodarz — ces Messieurs Anglois sont des gens très extraordinaires. — Co powiedziawszy i przypieczętowawszy przekleństwem, wyszedł.

PASZPORT
HOTEL PARYSKI
Me miałem serca dręczyć, serca La Fleura poważnym traktowaniem przyczyny mojego kłopotu — oto dlaczego zbyłem ją tak po kawalersku; aby zaś pokazać mu, że nie zaprzątam sobie nią głowy, przestałem zupełnie mówić na ten temat, i podczas gdy on podawał mi wieczerzę, z większą niż zwykle wesołością opowiadałem mu o Paryżu i o Operze Komicznej. La Fleur sam się tam był udał i szedł za mną po ulicy aż do sklepu księgarza. Tam jednak, ujrzawszy mnie wychodzącego z młodą pokójóweczką i widząc, że idziemy razem po Quai de Conti, La Fleur uznał, że zbyteczne byłoby iść za mną choćby o jeden krok dalej. Wypowiedziawszy tedy w myśli swoją o tym opinię, poszedł krótszą drogą i przybył do hotelu dość wcześnie, by przed moim powrotem dowiedzieć się o sprawie z policją.
Dopiero gdy poczciwiec sprzątnął ze stołu i sam poszedł wieczerzać, zacząłem rozmyślać nieco poważniej o moim położeniu.
— A tu, Eugeniuszu, wiem, że uśmiechniesz się na wspomnienie krótkiej rozmowy, jaka miała miejsce między nami w chwili, kiedy miałem wyruszać w drogę. Muszę ją tu opowiedzieć.
Eugeniusz, który wiedział, że równie mało skłonny jestem obładowywać się pieniędzmi jak myślami, odciągnął mnie na bok, by wypytać mnie, w jaką sumę się zaopatrzyłem. Gdym mu podał dokładną kwotę, Eugeniusz pokiwał głową i powiedział, że to nie starczy; dobył więc sakiewki chcąc przesypać jej zawartość do mojej. — Mam dosyć, naprawdę, Eugeniuszu — rzekłem. — Zaiste, Joriku, mylisz się — odparł Eugeniusz. — Znam Francję i Włochy lepiej od ciebie. Ale nie bierzesz pod uwagę, Eugeniuszu — rzekłem odrzucając jego dar — że zanim upłyną trzy dni mego pobytu w Paryżu, postaram się rzec lub zrobić coś takiego, za co przymkną mnie w Bastylii, i tam przeżyję dwa miesiące na wyłączny koszt króla francuskiego. — Przepraszam cię — odpowiedział sucho Eugeniusz — istotnie, zapomniałem o tym sposobie.
Teraz oto wydarzenie, o którym mówiłem żartem, na serio stanęło u mych drzwi.
Coś we mnie— nie wiem, lekkomyślność, nonszalancja, filozoficzne usposobienie czy upór —sprawiło, że kiedy La Fleur zszedł na dół i pozostałem zupełnie sam, nie umiałem zmusić się do myślenia o tej sprawie inaczej, niż mówiłem o niej wtedy z Eugeniuszem.
A co do Bastylii! okropność jej tkwi w samym słowie. — Rób, co chcesz — rzekłem do siebie — Bastylia to tylko inna nazwa na oznaczenie twierdzy — a twierdza to tylko inna nazwa domu, z którego nie można się wydostać. — Litości dla podagrycznych! boć przecie oni bywają w takim położeniu dwa razy w roku— ale mając dziewięć liwrów dziennie, pióro, atrament, papier i cierpliwość, choć człek na zewnątrz wyjść nie może, może bardzo dobrze czas spędzić wewnątrz — przynajmniej przez miesiąc lub sześć tygodni — po którym to czasie, jeśli jest osobnikiem nieszkodliwym, niewinność jego wychodzi na jaw i on wychodzi także, lepszy i mędrszy, niż był wszedł.
Wyrachowawszy to sobie, wyszedłem po coś tam (nie pomnę po co) na podwórko; pamiętani, że schodziłem po schodach, pełen niemałego tryumfu i dumy z mego sposobu rozumowania. — Bierz licho pędzel, który maluje ciemnymi barwami! — rzekłem chełpliwie — nie zazdroszczę mu bowiem zdolności odtwarzania złych stron życia w tak ostrych i przerażających kolorach. Umysł 'drży ze strachu wobec przedmiotów, które sam przed sobą wyolbrzymił i powlókł czernią; wystarczy sprowadzić je do właściwych rozmiarów i barwy, a już przestaje na nie baczyć. Prawda — poprawiłem się — Bastylia to zło nie byle jakie — ale odrzeć ją tylko z baszt — zasypać fosę — odryglować wrota — nazwać ją po prostu miejscem przymusowego pobytu i przypuścić, że tyranem, który nas w nim trzyma, jest nie człowiek, ale choroba — a zło znika i resztę znosisz bez skargi.
Monologowałem w najlepsze, kiedy przerwał mi dźwięk, który wziąłem za głos dziecka skarżącego się, że „nie może się wydostać". Spojrzałem w jedną i drugą stronę korytarza, ale nie spostrzegłem ani mężczyzny, ani kobiety, ani dziecka; wyszedłem tedy nie zaprzątając sobie tym 'dłużej głowy.
W powrotnej drodze przez korytarz usłyszałem te same słowa dwakroć powtórzone. Podniosłem głowę do góry i zobaczyłem, że wymawiał je szpak w wiszącej klateczce. — Nie mogę się wydostać, nie mogę się wydostać — mówił szpak.v Stałem i patrzałem na ptaszka: kiedy tylko ktoś przechodził przez korytarz, podbiegał trzepocząc się w tę stronę, skąd się zbliżano, w jeden i ten sam sposób opłakując swą niewolę. — Nie mogę się wydostać — mówił szpak. — Boże ci dopomóż! — powiedziałem — wypuszczę cię, niech to mnie kosztuje, co chce. — Obróciłem tedy klatkę, by dobrać się do drzwiczek, były jednak zamocowane tylokrotnie skręconym drutem, że nie można ich było otworzyć nie rozbierając klatki na kawałki. Wziąłem się do roboty oburącz.
Ptaszek podfrunął do miejsca, w którym zabiegałem o jego uwolnienie, i wytknąwszy główkę przez kratki, mocno wparł się w nie piersią, jak gdyby się niecierpliwił. — Biedne stworzenie! — rzekłem — obawiam się, że nie będę mógł cię uwolnić! — Nie! — powiedział szpaczek. — Nie mogę się wydostać, nie mogę się wydostać — mówił.
Klnę się, że nigdy w życiu nie byłem bardziej roztkliwiony; nie pamiętam też wypadku, by roztargniony duch, dla którego mój rozum był igraszką, równie raptownie został przywołany do porządku. Nutki były mechaniczne, to prawda, lecz brzmiały tak szczerze i zgodnie z naturą, że w jednej chwili rozbiły w puch całe moje systematyczne rozumowanie o Bastylii i ciężkim krokiem powlokłem się na górę, wycofując się słowo po słowie ze wszystkiego, co mówiłem był schodząc.
— Strój się, w jakie chcesz, szaty, a przecież, niewolo! — rzekłem — przecież pozostajesz gorzkim napojem; a choć przez wszystkie wieki tysiącom wypadło ciebie zakosztować, nie straciłaś przez to nic ze swej goryczy. A ty, po trzykroć słodka i łaskawa bogini — zwróciłem się z kolei do Wolności — ty, której wszyscy publicznie i prywatnie cześć oddają, której smak. -wdzięczny jest i zawsze będzie, dopóki nie zmieni się sama Natura — żadne słowa nie zdołają paść plamą na twą śnieżną, szatę ani potęga chemii zmienić twe berło w żelazo. Gdy ty się doń uśmiechasz, pastuch pogryzający skórkę suchego chleba szczęśliwszy jest od swego monarchy, z którego dworu jesteś wygnana. Litościwy Boże! — zawołałem klękając na przedostatnim stopniu, który mi jeszcze pozostawał — udziel mi tylko zdrowia, wielki jego Dawco, i przydaj mi tę nadobną boginię za towarzyszkę — a deszcz twych mitr, jeśli się to zda dobre twej boskiej Opatrzności, niech sobie spływa na tych, których głowy bolą z tęsknoty za nimi.

WIĘZIEŃ
PARYŻ
Ptak w klatce nie opuścił mnie, kiedy wszedłem do mego pokoju; usiadłem przy stole i wsparłszy głowę na dłoni, jąłem wyobrażać sobie nędze niewoli. Byłem w odpowiednim do tego usposobieniu, toteż puściłem całkowicie wodze mej wyobraźni.
Miałem rozpocząć od tych milionów moich bliźnich, których jedynym dziedzictwem, kiedy się rodzą, jest niewola;'przekonawszy się wszakże, że obrazu tego, choć tak przejmującego, nie mogę sobie uzmysłowić, i że mnogość smutnych grup, z których się składa, rozstraja mnie tylko...
Wziąłem pojedynczego więźnia i zaniknąwszy go wprzódy w lochu, zajrzałem następnie przez zakratowane drzwi, aby w półmroku ujrzeć i wchłonąć jego obraz.
Zobaczyłem jego ciało wyniszczone długim oczekiwaniem i niewolą i poczułem, jaka to boleść serca płynie z zawiedzionej nadziei. Przyjrzawszy się bliżej spostrzegłem, że jest blady i w gorączce; przez trzydzieści lat zachodni wietrzyk ni razu nie ochłodził jego krwi — przez cały ten czas nie oglądał ani słońca, ani miesiąca i głos przyjaciela czy krewniaka nie popłynął ku niemu przez kratę. Dzieci jego...
Lecz tu serce moje zaczęło krwawić i zmuszony byłem zająć się inną stroną jego portretu.
Siedział na ziemi w najdalszym kącie lochu, na garstce słomy, która była mu na przemian krzesłem i łożem; u wezgłowia był kalendarzyk ułożony z małych patyczków, całych ponacinanych na pamiątkę spędzonych tu posępnych dni i nocy. Jeden z tych patyczków trzymał teraz w ręce i zardzewiałym gwoździem karbował na nim jeszcze jeden dzień niedoli, który dorzucić miał do stosu. Kiedy przesłoniłem mu sobą już i tak skąpe światło, podniósł ku drzwiom pełen beznadziejności wzrok, potem opuścił go, pokiwał głową i wrócił do swego przygnębiającego zajęcia. Słyszałem łańcuchy u jego nóg, kiedy przekręcił się, by położyć patyczek na kupce. Westchnął głęboko — widziałem, jak żelazo wbija mu się w duszę — rozszlochałem się — nie mogłem znieść wizerunku niewoli, który nakreśliła moja wyobraźnia. Zerwałem się z krzesła i zawoławszy La Fleura, poleciłem mu zamówić dla mnie pojazd i dopilnować, by o dziewiątej rano czekał na mnie przed drzwiami hotelu.
— Pojadę zaraz, sam osobiście — rzekłem — do księcia de Choiseul.
La Fleur chciał położyć mnie do łóżka; ponieważ jednak nie chciałem, by dojrzał na mym policzku coś, co przyprawiłoby poczciwca o ból serca — powiedziałem mu, że położę się sam, i kazałem mu uczynić to samo.

SZPAK
DROGA DO WERSALU
Siadłem do kolaski o tej godzinie, którą sobie naznaczyłem; La Fleur umieścił się z tyłu i kazałem woźnicy pośpieszyć, jak tylko będzie mógł, do Wersalu.Ponieważ po drodze nie było nic, a raczej nic z. tego, czego ja w podróży szukam, nie mogę lepiej wypełnić tej pustki niż podając krótką historię tego ptaka, który stał się tematem poprzedniego rozdziału.
Podczas gdy czcigodny pan... czekał w Dover na wiatr, służący jego, młody chłopaczek, złapał na przybrzeżnej skale szpaczka, który nie umiał jeszcze dobrze fruwać. Nie chcąc, by zginął, włożył go za pazuchę i zabrał ze sobą na statek, a raz wziąwszy go pod opiekę i zacząwszy go karmić przywiązał się doń w ciągu paru dni i bezpiecznie przywiózł go z sobą do Paryża.
W Paryżu wyrostek wyłożył liwra na małą klatkę dla szpaczka,a że w ciągu tych pięciu miesięcy, które pan jego spędził w tym mieście, nie miał nic lepszego do roboty, przeto nauczył ptaka w swym ojczystym języku tych czterech prostych słów — nie więcej — dzięki którym tak wiele mu zawdzięczam.
Kiedy pan jego ruszał dalej do Włoch, wyrostek podarował szpaczka właścicielowi hotelu. Ale że jego piosenka tęsknoty za wolnością była w języku w Paryżu nieznanym, przeto z ptaszkiem liczono się tu mało lub wcale. La Fleur kupił go więc dla mnie wraz z klatką za butelkę burgunda.
Wracając z Włoch przywiozłem go z sobą do kraju, w którego języku wyuczył się swej śpiewki. Kiedy opowiedziałem jego historię lordowi A., ten, wybłagał go ode mnie. Po tygodniu lord A. ofiarował go lordowi B. — lord B. dał go w prezencie lordowi C. — pokójowiec lorda C sprzedał go pokojowcowi lorda D. za szylinga — lord D. podarował go lordowi E. — i tak dalej przez połowę alfabetu. Z tej rangi spadł do izby niższej i tu przeszedł przez ręce tyluż ludzi gminnego urodzenia; zważywszy jednak, że owi chcieli się gdzieś dostać, a mój ptaszek chciał się wydostać, ceniono go niewiele więcej W Londynie niż w Paryżu.
Niepodobna, by wielu z moich czytelników o nim nie słyszało; a jeśli który przypadkiem oglądał go kiedy, pozwalam sobie uświadomić go, że ptak ten był moim ptakiem lub nędzną kopią podrobioną na jego podobieństwo.
Nic już więcej nie mam o nim do powiedzenia jak tylko to, że odtąd po dziś dzień noszę tego biednego szpaka jako godło w mym herbie. W ten oto sposób:
I niech no panowie heraldycy spróbują przekręcić mu główkę w drugą stronę, jeżeli mają odwagę.

PROŚBA
WERSAL
Nie chciałbym, by wrogowie moi wiedzieli, co dzieje się we mnie, gdy udaję się do kogokolwiek o protekcję; z tego też powodu staram się zazwyczaj sam sobie być protektorem. Teraz jednak owo pójście do księcia de C...było aktem, do którego byłem zmuszony; gdyby wynikło z chęci, nie z musu, przypuszczam, że byłbym je odbył w ten sam sposób jak inni.
Ileż małodusznych, podłych, uniżonych zwrotów układało po drodze moje służalcze serce! Za każdy z nich z osobna należała mi się Bastylia.
Nic mi tedy nie pozostawało, gdy widać już było Wersal, jak tylko składać wyrazy i zdania i obmyślać postawy i tony, którymi mógłbym wkraść się w łaski księcia pana. — To ujdzie — rzekłem. — Ujdzie tak samo — odpowiedziałem wraz sam sobie — jak frak przyniesiony mu przez zuchwałego krawca, który nie wziął na niego miary. — Głupcze! — ciągnąłem — zobacz najpierw, jaką twarz ma książę pan — zauważ, jaki charakter się na niej maluje — zaobserwuj, jaką przybierze postawę, by cię wysłuchać —zanotuj skręty i pozy jego tułowia i kończyn. Co zaś do tonu — podda ci go pierwszy dźwięk, który wyjdzie z jego ust — i z tego wszystkiego razem złożysz od razu na miejscu przemówienie, które nie może zmierzić księcia: ingrediencje będą jego własne, największe zatem istnieje prawdopodobieństwo, że przełknie je gładko.
— Cóż! — rzekłem. — Oby już było po wszystkim. — A tuś mi znów, tchórzu! Jak gdyby na całej powierzchni globu człowiek nie był człowiekowi równy; a jeśli w polu, czemuż tedy nie twarzą w twarz w gabinecie?! I wierz mi, Joriku, skoro tylko jest inaczej, człowiek sprzeniewierza się samemu sobie i zdradza własny interes dziesięć razy, wtedy gdy natura robi to tylko raz jeden. Idź do księcia de C... mając Bastylię jak by wypisaną na sobie, a ręczę głową, że w ciągu pół godziny odeślą cię do Paryża pod strażą.
— Wierzę temu — rzekłem. — Przystąpię tedy do księcia, przebóg! z największą wesołością i pewnością siebie, jaka tylko istnieje.
— A tu mylisz się raz jeszcze — odparłem. — Swobodne serce, Joriku, nigdy nie rzuca się w krańcowość — zawsze trzyma się złotego środka. — No! no! — zawołałem, gdy woźnica skręcał w bramę — myślę, że sprawię się bardzo dobrze, a zanim okrążył dziedziniec i zajechał pod drzwi, tyle już skorzystałem z kazania, które sam sobie wygłosiłem, że ani nie wszedłem po schodach jak ofiara sprawiedliwości, która na najwyższym stopniu ma rozstać się z żywotem, ani też nie wbiegłem po nich w podskokach, dwoma susami, tak jak to czynię, gdy lecę, Elizo, do ciebie, aby z twych rąk życie otrzymać.
Kiedy wchodziłem do salonu, powitała mnie we drzwiach osoba, która może i była marszałkiem dworu, lecz wyglądała raczej na jednego z podrzędnych sekretarzy. Pan ten powiedział mi, że książę de C... jest zajęty. — Jestem całkowicie nieświadomy — rzekłem — form, w jakich otrzymuje się audiencję, ponieważ jestem tu zupełnie obcy i — co gorsza w obecnym stanie rzeczy — ponieważ do tego jestem Anglikiem. — On odparł, że to trudności nie zwiększa. Skłoniłem mu się lekko i rzekłem, że mam coś ważnego do powiedzenia księciu panu. Sekretarz spojrzał ku schodom, jak by miał zamiar opuścić mnie, by zanieść tę wiadomość komuś innemu. — Nie chcę jednak waszmości wprowadzać w błąd — powiedziałem, gdyż to, co mam do powiedzenia, nie jest zgoła ważne dla księcia de C..., jest natomiast bardzo ważne dla mnie. — C'est une autre affaire — odparł tamten. — Bynajmniej — rzekłem — dla człowieka o rycerskim sercu nie stanowi to różnicy. Proszę cię jednak, zacny panie — mówiłem dalej — powiedz mi, w jakim czasie obcy przybysz może mieć nadzieję uzyskania dostępu? —Nie wcześniej niż za dwie godziny — odrzekł spoglądając na zegarek. Liczba ekwipaży na dziedzińcu zdawała się usprawiedliwiać obliczenie, że perspektywy wcześniejszego przyjęcia mieć nie mogę. Że zaś chodzenie tam i z powrotem po Salonie, bez żywej duszy, z którą mógłbym słowo zamienić, wydawało mi się w tej chwili równie złe jak przebywanie w samej Bastylii — tedy natychmiast powróciłem do swej kolaski i kazałem zawieźć się do najbliższej gospody, która nazywała się „Cordon Bleu".
Myślę, że jest w tym jakaś fatalność: rzadko docieram tam, dokąd się wybieram..

PASZTETNIK .
WERSAL
Zanim przejechałem połowę ulicy, zmieniłem zamiar.
— Skoro już jestem w Wersalu — pomyślałem sobie — dobrze zrobię oglądając miasto. Pociągnąłem tedy za sznur i kazałem woźnicy objechać co ważniejsze ulice. — Przypuszczam, że miasto nie jest zbyt duże — powiedziałem. — Woźnica przeprosił, że poważa się sprostować mój błąd, i rzekł mi, że jest bardzo wspaniałe i że wielu najpierwszych książąt, markizów i hrabiów ma w nim swoje siedziby. Przyszedł mi natychmiast na myśl hrabia de B..., o którym poprzedniego wieczoru tak pochlebnie wyraził się księgarz na Quai de Conti. — I czemuż — pomyślałem — nie miałbym się udać do hrabiego de B..., który tak dobrze trzyma o angielskich książkach i Anglikach, i opowiedzieć mu swoją historie
— Zmieniłem więc zamiar po raz wtóry — w istocie był to raz trzeci, gdyż dzień ten miałem zrazu poświęcić pani de K... z Rue St. Pierre i gorliwie posłałem jej przez pokojówkę wiadomość, że na pewno złożę jej uszarnowanie. Lecz rządzą mną okoliczności — sam nimi bowiem rządzić nie mogę. Widząc tedy człowieka jakiegoś, stojącego z koszykiem po drugiej stronie ulicy, jak gdyby miał coś ma sprzedaż, poleciłem La Fleurowi podejść doń i zapytać o mieszkanie hrabiego.
La Fleur powrócił nieco przybladły i rzekł mi, że oto kawaler Orderu Św. Ludwika sprzedaje paszteciki. — To niepodobna, La Fleur! — powiedziałem. La Fleur nie umiał lepiej ode mnie wytłumaczyć owego fenomenu, lecz upierał się przy swym twierdzeniu; powiadał, że widział krzyż oprawny w złoto zawieszony na czerwonej wstędze w jego butonierce — i zajrzał był do koszyka, i oglądał paszteciki, które ów kawaler sprzedawał; nie mógł przeto popełnić omyłki.
Taki przewrót w ludzkiej doli budzi uczucia szlachetniejsze od ciekawości. Nie mogłem się powstrzymać, by nie popatrzyć na niego czas jakiś siedząc w kolasce — a im dłużej spoglądałem na niego, na jego krzyż i jego koszyk, tym mocniej wrażały się one w mój mózg. Wysiadłem z kolaski i podszedłem ku niemu.
Opasany był czystym, płóciennym fartuchem, który opadał mu poniżej kolan, podczas gdy coś w rodzaju przodzika zakrywało mu do połowy pierś; nad tym ostatnim, ale nieco poniżej obrębka, wisiał krzyż. Koszyk z małymi pasztecikami nakryty był białą adamaszkową serwetą; druga rozesłana była na jego dnie; we wszystkim widoczna była taka propreté i schludność, że miało się ochotę kupić u niego paszteciki nie tylko przez sentyment, ale i z apetytu.
Sprzedawca nie odwoływał się wszakże do żadnego z tych uczuć, lecz stał ze swymi pasztecikami u narożnika jakiegoś domu; kupować je mógł, kto tego pragnął, bez namowy.
Miał lat około czterdziestu ośmiu; wygląd spokojny, nieledwie uroczysty. Nie dziwiło mnie to. Podszedłem raczej do koszyka niż do niego, a podniósłszy serwetę i ująwszy w rękę jeden z pasztecików, poprosiłem, by wyjaśnił mi to, co mnie tak wzruszało w jego postaci.
Opowiedział mi w krótkich słowach, że większość życia spędził w wojsku, gdzie — wysupławszy się z niewielkiej schedy — otrzymał był kompanię, a wraz z nią — krzyż; kiedy jednak po zawarciu ostatniego pokoju pułk uformowano na nowo, a wszyscy jego oficerowie, podobnie jak w niektórych innych pułkach, zostali zwolnieni bez żadnego zaopatrzenia, znalazł się sam na szerokim świecie, bez przyjaciół, bez jednego liwra przy duszy, bez niczego zgoła — mówił — krom tego oto (tu wskazał na swój krzyż). Biedny kawaler zdobył moją litość, a nim scena dobiegła końca, zdobył również szacunek.
Król — mówił — jest najwspaniałomyślniejszym z książąt, lecz wspaniałomyślność jego nie może poratować ani nagrodzić wszystkich, i jedynym jego pechem jest, że należy do liczby pominiętych. Ma żoneczkę — mówił — którą kocha i która wypieka paszteciki; dodał też, że nie czuje się poszkodowanym na honorze broniąc jej i siebie przed głodem w ten oto sposób — skoro Opatrzność nie podsunęła mu lepszego.
Niegodziwością byłoby pozbawić zacnych czytelników przyjemności, zatajając przed nimi to, co zdarzyło się owemu biednemu kawalerowi Św. Ludwika w jakieś dziewięć miesięcy później.
Jak się okazało, stawał on zazwyczaj w pobliżu żelaznej bramy prowadzącej do pałacu, a że jego krzyż zwracał uwagę wielu, wielu też zadawało mu pytania podobne do moich. Opowiadał im mniej więcej to samo i zawsze z tak wielką skromnością i rozsądkiem, że na koniec dotarło to do uszu króla. Ten, usłyszawszy, iż kawaler był niegdyś dzielnym, oficerem, szanowanym przez cały pułk jako mąż honoru i wielkiej prawości, położył kres jego handelkowi przyznając mu pensję tysiąca pięciuset liwrów rocznie.
Ponieważ opowiedziałem tę historię po to, by sprawić przyjemność czytelnikowi, upraszam, by wolno mi było dla własnej przyjemności opowiedzieć inną tego samego rzędu. Dwie te historie rzucają światło jedna na drugą i szkoda byłoby je rozdzielać.

SZPADA
RENNES
W chwili kiedy państwa i imperia przeżywają okresy upadku, kiedy im z kolei przypadło odczuć, czym jest niedola i bieda — nie będę się zatrzymywał nad przyczynami, które stopniowo przywiodły do ruiny dom d'E... w Brytanii. Markiz d'E... bardzo zacięcie stawiał takiemu stanowi rzeczy czoło; chciał bowiem zachować i pokazać jeszcze światu drobne choć okruchy tego, czym niegdyś byli jego przodkowie. Jednakże na skutek ich nieopatrznego niegdyś postępowania urzeczywistnienie tego zamiaru nie leżało już w jego mocy. Zostało dosyć na zaspokojenie skromniutkich potrzeb życia w cieniu. On wszakże miał dwu chłopców, którzy oczekiwali odeń światła — i sądził, że im się ono należy. Spróbował więc szpady, lecz nie mógł nią utorować sobie drogi: oprawa kosztowała zbyt wiele i prosta oszczędność kosztom tym sprostać nie mogła. Jedynym tedy ratunkiem był handel.
W każdej innej prowincji francuskiej poza Bretanią jąć się tego środka, było to podciąć raz na zawsze korzenie drzewka, które jego duma i miłość ojcowska pragnęły widzieć rozkwitającym na nowo. W Bretanii jednak był na to sposób, którym markiz postanowił się posłużyć. Korzystając z okazji, kiedy stany zebrały się w Rennes , udał się na dwór w towarzystwie swoich dwóch chłopców i powoławszy się na starodawne prawo miejscowe, które — mówił — choć rzadko kto z niego korzysta, przecież pozostaje nadal w mocy — odpasał szpadę i powiedział: — Oto ona, weźcie ją i strzeżcie wiernie dopóty, dopóki lepsze czasy nie pozwolą mi upomnieć się o nią.
Przewodniczący przyjął szpadę markiza, a ten ostatni pozostał chwil parę, by być świadkiem złożenia szpady w archiwum jego domu, po czym odszedł.
Następnego dnia markiz wraz z całą rodziną wsiadł na statek płynący na Martynikę, a po dziewiętnastu czy dwudziestu latach owocnego przykładania się do interesów — w czym dopomogły mu pewne nieoczekiwane legaty po zmarłych członkach dalszych gałęzi rodu — powrócił do kraju, by odzyskać i godnie piastować swe szlachectwo.
Szczęśliwym trafem, który jedynie sentymentalnemu podróżnikowi zdarzyć się może, znajdowałem się w Rennes właśnie wtedy, kiedy miał się odbyć ów uroczysty akt. Nazywam go uroczystym — takim bowiem był w moich oczach.
Markiz wkroczył na salę w otoczeniu całej swojej rodziny: małżonka szła wsparta na jego ramieniu — starszy syn wiódł siostrę, a najmłodszy zamykał szereg z drugiej strony, obok swej matki. Dwakroć markiz przykładał chustkę do twarzy.
Panowała śmiertelna cisza. Kiedy markiz zbliżył się na sześć kroków do trybunału, przekazał markizę najmłodszemu synowi i wystąpiwszy trzy kroki przed rodzinę — upomniał się o swoją szpadą. Podano mu ją, a gdy tylko dostał szpadę w ręce, wyciągnął ją niemal całkiem z pochwy — była to błyszcząca twarz porzuconego niegdyś przyjaciela. Obejrzał ją bacznie całą, zaczynając od rękojeści, jak gdyby chciał przekonać się, że to ta sama; nagle spostrzegłszy odrobinę rdzy, która usadowiła się w pobliżu końca ostrza, podniósł szpadę bliżej oczu. A gdy pochylał nad nią głowę, zdało mi się, że widzę, jak łza pada na zardzewiałe miejsce. To, co potem nastąpiło, rozproszyło moje wątpliwości.
— Znajdę — powiedział — inny sposób zmycia tej plamy.
Rzekłszy to markiz schował szpadę z powrotem do pochwy, złożył ukłon jej opiekunom i wyszedł, a za nim żona, córka i obaj synowie.
Ach, jakże mu zazdrościłem jego uczuć!

PASZPORT
WERSAL
Nie napotkałem żadnych trudności w uzyskaniu wstępu do pana hrabiego de B... Komplet Szekspira leżał na stole i właściciel wertował go właśnie. Podszedłem blisko do stołu i rzuciwszy wprzód na książki spojrzenie, z którego widać było, że wiem, co zawierają, powiedziałem, że przybywam doń nie przedstawiony przez nikogo, gdyż wiem, że w jego apartamentach spotkam przyjaciela, który, ufam, odda mi tę przysługę. — Jest to mój rodak, wielki Szekspir — rzekłem wskazując na jego dzieła. — Et ayez la bontè, mon cher ami — dodałem apostrofując jego ducha — de me faire cet honneur~la.

Hrabia uśmiechnął się nad osobliwością tej prezentacji, widząc mnie zaś nieco bladym i mizernym, nalegał, bym usiadł w fotelu. Usiadłem więc i aby oszczędzić mu domysłów na temat tak urągającej wszelkim prawidłom wizyty, opowiedziałem po prostu przygodę w sklepie księgarza oraz że ona to skłoniła mnie, by w drobnym kłopocie, w którym się znajduję, udać się raczej do niego niż do jakiegokolwiek innego człowieka we Francji. — A jakiż to kłopot? Niechże się dowiem — rzekł hrabia. Opowiedziałem mu tedy całą historię zupełnie tak, jak niedawno przedstawiłem ją czytelnikowi.
— I gospodarz mego hotelu — powiedziałem na zakończenie — upiera się, panie hrabio, że poślą mnie do Bastylii; lecz ja nie żywię żadnych obaw — ciągnąłem dalej — gdyż popadłszy w ręce najbardziej ogładzonego narodu na świecie, a zarazem świadomy, że jestem prawym człowiekiem, który nie przybył podglądać nagości tego kraju, nie sądzę, abym miał powód do obaw. Nie przystoi rycerskim Francuzom, panie hrabio — mówiłem — wojować ze słabymi.
Rumieniec ożywienia zabarwił policzki hrabiego de B..., kiedy wypowiadałem te słowa. — Ne craignez rien, nie lękaj się waszmość — powiedział. — Zaiste, nie lękam się — odparłem ponownie. — A poza tym — dodałem nieco żartobliwie — całą drogę z Londynu do Paryża przebyłem ze śmiechem na ustach; i nie sądzę, aby Monsieur le Duc de Choiseul był aż takim wrogiem wesołości, bym w nagrodę za moje trudy z płaczem musiał wracać do domu.
—Prośbą moją do ciebie, panie hrabio (tu złożyłem mu niski ukłon), jest, abyś wyraził mu życzenie, by tak się nie stało.
Hrabia wysłuchał mnie bardzo dobrotliwie — inaczej nie byłbym powiedział ani połowy tego, co powiedziałem — i raz czy dwa razy rzekł: — C´est bien dit.Poprzestałem więc na tym i postanowiłem nie poruszać więcej mojej sprawy.
Rozmowę poprowadził dalej hrabia: mówiliśmy o rzeczach obojętnych — o książkach i o polityce, o mężczyznach, a potem o kobietach. — Boże, błogosław je wszystkie! — powiedziałem po długiej o nich rozmowie — nie ma człowieka na ziemi, który by kochał je tak jak ja. Mimo wszystkich słabostek, jakie oglądałem, i wszystkich satyr na nie, jakie przeczytałem, przecież dalej je kocham w mocnym przeświadczeniu, że mężczyzna, który nie żywi niejakiej miłości dla całej płci niewieściej, niezdolny jest pokochać kiedykolwiek jedną kobietę, tak jak należy.
— Heli bien! Monsieur l´Anglois — rzekł hrabia wesoło — nie przybyłeś podglądać nagości tego kraju — wierzę ci — ni encore — jak tuszę — nagości naszych kobiet, lecz pozwól mi przypuścić, że gdyby par hasard okazja ci się nawinęła, perspektywa ta nie byłaby dla ciebie przykra.
Jest we mnie coś, co nie może ścierpieć najmniejszej nieprzystojnej insynuacji; wśród igraszek swobodnej rozmowy nieraz usiłowałem to w sobie pokonać i z nieskończonym trudem ważyłem się wobec tuzina przedstawicielek płci nadobnej na tysiąc rzeczy, z których najmniejszej bodaj nie zaryzykowałbym wobec pojedynczej kobiety nawet za cenę niebios.
— Wybacz mi, panie hrabio — powiedziałem — co do nagości waszego kraju, to gdybym ją ujrzał, potoczyłbym po niej oczyma pełnymi łez; co zaś do nagości waszych kobiet (tu zaczerwieniłeni się na myśl, którą wzbudził był we mnie), jestem w tym względzie tak ewangelicznego usposobienia i tyle mam współczucia dla wszystkiego, co w nich jest słabe, że okryłbym ją szatą jakąś, gdybym tylko umiał ją zarzucić. Pragnąłbym natomiast — ciągnąłem — podejrzeć nagość ich serc i poprzez najróżniejsze obsłonki zwyczajów, klimatów i religdi przekonać się, co w nich jest dobrego, co mogłoby posłużyć za wzór memu własnemu sercu. W tym właśnie celu przybyłem.
I dlatego to panie hrabio — mówiłem dalej — nie obejrzałem pałacu królewskiego— ani luksemburskiego — ani fasady Luwru, ani też nie pokusiłem się o to, by wzbogacić nasze katalogi obrazów, pomników i kościołów. Każdą bowiem nadobną istotę uważam za świątynię i chętniej wszedłbym do środka, by obejrzeć zawieszone w niej oryginalne rysunki i luźne szkice, niż oglądał samo bodaj Przemienienie Pańskie Rafaela.
Pragnienie owo — ciągnąłem — równie niecierpliwe jak to, które rozpala pierś znawcy sztuki, przywiodło mnie z mego domu do Francji — a z Francji poprowadzi mnie po całej Italii. Jest to cicha podróż serca w poszukiwaniu natury i tych uczuć, które z niej się biorą i uczą nas kochać się wzajemnie — i kochać świat lepiej, niż go dotychczas kochamy.
Hrabia przy tej okazji powiedział mi mnóstwo grzeczności; na koniec dodał niezmiernie uprzejmie, jak bardzo wdzięczny jest Szekspirowi za to, że dzięki niemu mnie poznał. — Ale à propos — rzekł — Szekspir pełen jest rzeczy wielkich, lecz zapomniał o jednym drobiazgu: o zaznajomieniu mnie z nazwiskiem waszmości. Stawia cię to wobec konieczności uczynienia tego samemu.
PASZPORT
WERSAL
Nie ma dla mnie w życiu nic bardziej kłopotliwego niż brać się do powiedzenia komukolwiek, kim jestem, gdyż
o każdym prawie zdać mogę sprawę lepiej niż o sobie. Nieraz pragnąłem móc to uczynić w jednym słowie i pozbyć się kłopotu. Teraz była jedyna okazja w mym życiu, kiedy mogłem dokonać tego z dobrym skutkiem — Szekspir leżał bowiem na stole; pamiętając tedy, iż znajduję się w jego księgach, wziąłem do ręki Hamleta, odnalazłem natychmiast scenę z grabarzami w piątym akcie i położyłem palec na JORIKU. Podsunąłem książkę hrabiemu trzymając palec na całej długości imienia
powiedziałem — Me voici!
A teraz mniejsza, czy na widok mojej rzeczywistej czaszki hrabia zapomniał o czaszce biednego Jorika, czy też za sprawą jakichś czarów przemknął się on ponad okresem siedmiu czy ośmiu wieków. Nie ma to żadnego znaczenia dla niniejszej opowieści. To pewna, że u Francuzów koncept lepszy niż zdolność kombinowania; nie dziwię się niczemu na tym świecie, a już najmniej temu, skoro jeden z najpierwszych dostojników naszego Kościoła, dla którego szczerości i. ojcowskich uczuć żywię największe uwielbienie, w identycznym wypadku popełnił tę samą omyłkę. — Nie ścierpię tego — mówił — bym miał wglądać w kazania napisane przez błazna króla duńskiego. — Dobrze, wasza dostojność! — rzekłem na to — ale jest dwu Jorików. Ten Jorik, o którym myśli wasza dostojność, umarł i leży w grobie od ośmiuset lat; kwitł on na dworze Horwendillusa. Drugim Jorikiem jestem ja, który nie kwitłem, dostojny panie, na żadnym zgoła dworze. — Potrząsnął głową. — Boże wielki! — powiedziałem. — Moglibyście, panie, równie dobrze po
mylić Aleksandra Wielkiego z kowalem Aleksandrem.
— To wszystko jedno — odparł —
— Gdyby Aleksander, król Macedonii, mógł przetłumaczyć sobie wasze słowa, panie — powiedziałem — pewien jestem, że nie bylibyście ich wyrzekli.
Biedny hrabia de B... popadł po prostu w ten sam błąd—
— Et Monsieur est-il Yorićkl — zakrzyknął hrabia.
— Je le suis — odrzekłem. — Vous? — Moi — moi qui ai l'honneur de vous parler, Monsieur le Comte. — Mon Dieu! — rzekł ściskając mnie — Vous êtes Yorick.
Hrabia natychmiast włożył tom Szekspira do kieszeni i pozostawił mnie samego w swym pokoju.

PASZPORT
WERSAL
Nie mogłem pojąć, dlaczego hrabia tak raptownie wyszedł z pokoju ani też dlaczego wsadził ów tom Szekspira do kieszeni. Lecz tajemnice, które muszą znaleźć wytłumaczenie, nie są warte straty czasu, potrzebnego na domyślanie się ich — lepiej było poczytać Szekspira. Wziąwszy tedy do ręki Wiele hałasu o nic z krzesła, na którym siedziałem, przeniosłem się natychmiast do Mesyny na Sycylii i tak się zająłem Don Pedrem, Benedykiem i Beatryczą, że przestałem zgoła myśleć o Wersalu, hrabi i paszporcie.
Błogosławiona giętkości ludzkiego umysłu,, który potrafi od razu poddać się złudzeniom, podstępnie wydzierającym chwile naszego życia spod ciężkiego jarzma smutku i niepokoju! Dawno, dawno już nastąpiłby koniec dni moich, gdybym tak wielu spośród nich nie spędził stąpając po tej zaczarowanej krainie. Gdy droga, którą idę, staje się zbyt wyboista dla mych stóp lub za stroma na moje siły, schodzę z niej na jaką gładką, aksamitną ścieżkę, którą wyobraźnia usiała różanymi pączkami rozkoszy; przeszedłszy się po niej tani i z powrotem kilka razy, powracam mocniejszy i odświeżony. Gdy trapią mnie przeciwności, gdy nie ma ucieczki przed nimi na tym świecie — wówczas obieram nowy kierunek — rzucam świat. A że dokładniejsze mam wyobrażenie o Elizejskich Polach niż o niebie — wdzieram się na nie na podobieństwo Eneasza ; widzę, jak spotyka się on z zamyślonym cieniem swej wzgardzonej Dydony — jak pragnie się z nią przywitać — widzę, jak duch skrzywdzonej potrząsa głową i odwraca się w milczeniu od sprawcy swych nieszczęść i hańby. — Zatracam swój własny żal w jej żalu i w tych uczuciach, które kazały mi płakać nad nią, kiedy chodziłem do szkoły.
Nie jest to przecież błąkanie się w marnej krainie cieniów i człowiek nie traci tym sposobem nadaremnie spokoju — co częściej mu się zdarza, gdy zawierza wynik swych kolei życiowych wyłącznie rozumowi. Mogę śmiało powiedzieć, że nigdy nie udało mi się skuteczniej zwalczyć jakiegokolwiek złego uczucia w mym sercu, niż Medy usiłowałem pobić je na jego własnym gruncie przez jak najszybsze wzbudzenie w sobie jakiegoś uczucia dobrego i szlachetnego.
Kiedy doczytałem do końca trzeciego aktu, wszedł hrabia de B... z moim paszportem w ręku. — Książę de C... — powiedział hrabia — jest dalibóg równie dobrym prorokiem jak mężem stanu. Un homme qui rit — wyraził się książę — ne sera jamais dangereux. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego niż o królewskiego błazna — dodał hrabia — nie otrzymałbym paszportu w dwie godziny. — Par donnez-moi, Mons, le Comte — rzekłem na to. — Nie jestem królewskim błaznem. — Ale jesteś Jorik? — Tak. — Et vous plaisantez? — Odpowiedziałem, że owszem, żartuję, ale nie płacą mi za to; czynię to całkowicie na mój własny koszt.
— Nie mamy błazna na dworze, panie hrabio— mówiłem dalej. — Ostatniego mieliśmy za niesławnego panowania Karola II. Od tego czasu obyczaje nasze tak się stopniowo uszlachetniły, że obecnie dwór nasz pełen jest patriotów, którzy nie pragną niczego prócz honoru i bogactwa ojczyzny; damy zaś nasze są wszystkie tak czyste, tak bez skazy, tak pobożne — że nie ma nic, z czego błazen mógłby pokpiwać.
— Voilà un persiflage! — zawołał hrabia.

PASZPORT
WERSAL
Zważywszy, że paszport skierowany był do wszyst kich namiestników, gubernatorów i komendantów miast, generałów armii, dostojników sądowych i wszystkich urzędników sprawiedliwości, nakazując im, aby pozwolili spokojnie podróżować panu Jorikowi, błaznowi królewskiemu, oraz jego bagażom — przyznaję, że tryumf zdobycia paszportu przyćmiony był w niemałym stopniu tym, że wychodziłem w nim na tak śmieszną figurę. Nie
ma jednakże niezmąconej radości na tym świecie; niektóre spośród największych naszych powag duchownych posunęły się aż do twierdzenia, że nawet rozkoszy towarzyszy westchnienie, a największa, jaką znają, kończy się, ogólnie rzecz biorąc, czymś niewiele lepszym od konwulsji.
Przypominam sobie, że poważny i uczony Bevoriskius w swym komentarzu o pokoleniach ludzkich od Adama bardzo naturalnie urywa w połowie któregoś z przypisów, by opowiedzieć światu o parze wróbli na zewnętrznym parapecie swego okna, która przeszkadzała mu przez cały czas pisania, a w końcu całkiem go oderwała od jego genealogii.
— Dziwne to! — pisze Bevoriskius — lecz fakty są pewne, gdyż miałem na tyle ciekawości, że za każdym razem robiłem znak piórem; dziwne! — ale w ciągu krótkiego czasu, w którym mógłbym dokończyć drugą połowę niniejszego przypisu, samczyk przerywał mi pracę wznawiając swe pieszczoty całe dwadzieścia trzy i pół raza.
Jakże litościwe jest niebo dla swoich stworzeń! —dodaje Bevoriskius..
Biada ci, Joriku! skoro najpoważniejszy z twych braci zdolny był opisać światu to, czego przepisanie — nawet w zaciszu twego gabinetu — już zabarwia ci twarz szkarłatem.
Lecz to nie ma nic wspólnego z mymi podróżami — a więc dwakroć—dwakroć proszę o przebaczenie mi tego.

CHARAKTER
WERSAL
— Jakże więc znajdujesz waść Francuzów? — spytał hrabia de B... po wręczeniu mi paszportu.
Czytelnik może przypuszczać, że po tak zobowiązującym dowodzie uprzejmości znajdę niezawodnie coś ładnego do powiedzenia w odpowiedzi na to pytanie.
— Mais passe, pour cela — mów szczerze — rzekł hrabia — czy znajdujesz u Francuzów całą ową ogładę, którą zaszczyca nas opinia świata? — Znalazłem wszystko na jej potwierdzenie — odpowiedziałem, — Vraiment — powiedział hrabia — les François sont polis. — Aż do zbytku — odrzekłem.
Hrabia zwrócił uwagę na słowo „zbytek" d nabrał przekonania, że mam na myśli więcej, niż powiedziałem. Długo broniłem się, jak mogłem, przeciw temu przypuszczeniu, lecz on upierał się, że mam jakieś zastrzeżenie, i nalegał, bym szczerze wypowiedział swój pogląd.
— Sądzę, panie hrabio< — rzekłem tedy — iż człowiek ma w sobie pewien kompas, jak również i instrument muzyczny, i że bodźce towarzyskie i inne mają w tym ostatnim odpowiadające sobie tonacje. Jeżeli zatem zaczniesz o jedną nutę za wysoko lub za nisko, musi powstać bądź w górnej, bądź w dolnej części potrzeba uzupełnienia systemu harmonii. — Hrabia de B... nie rozumiał się na muzyce; poprosił więc, abym wyjaśnił mu to w inny sposób. — Ogładzony naród, drogi hrabio— powiedziałem — ze wszystkich czyni swych dłużników. A poza tym sama dworność, jak piękna płeć. ma tyle uroków, że serce wzdraga się przed twierdzeniem, iż może ona zdziałać coś złego. A jednak sądzę, że istnieje pewna granica doskonałości, którą człowiek w ogólności może osiągnąć. Jeżeli ją przekroczy, raczej wymienia tylko wartości, niż je nabywa. Nie poważę się twierdzić, jak dalece to dotyczy Francuzów w dziedzinie, o której. mówimy; lecz gdyby kiedykolwiek wypadło Anglikom w toku coraz większego doskonalenia się osiągnąć taką ogładę, jaka znamionuje Francuzów — to wówczas, jeżelibyśmy nawet nie stracili owej politesse de coeur, która skłania ludzi raczej do humanitarnych niż dwornych postępków, stracilibyśmy przynajmniej ową odrębność i oryginalność charakteru, która odróżnia nas nie tylko jednych od drugich, ale i od całej reszty świata.
Miałem w kieszeni kilka szylingów króla Wilhelma, gładziutkich jak szkło, i w tym miejscu moich wywodów wziąłem je do ręki w przewidywaniu, że przydadzą mi się one jako ilustracja mojej hipotezy.
—Spójrz, panie hrabio — powiedziałem wstając i kładąc je przed nim na stole. — Pobrzękując i ocierając się o siebie u tego czy owego w kieszeni przez siedemdziesiąt lat, stały się tak podobne do siebie, że z trudem zdołasz rozróżnić jeden szyling od drugiego.
Anglicy zaś są jak starożytne medale, które trzymały się od siebie bardziej z daleka, a przeszedłszy przez ręce niewielu tylko ludzi, zachowały pierwotną ostrość zarysów, którą dała im subtelna ręka Natury. Nie są tak przyjemne w dotknięciu, lecz w zamian za to legenda jest na nich tak widoczna, że od pierwszego rzutu oka widzisz, czyj wizerunek i napis na sobie noszą. Francuza jednak, panie hrabio — dodałem pragnąc złagodzić poprzednie słowa —celują w tylu dziedzinach, że tym łatwiej mogą wyrzec się tej jednej; są najbardziej lojalnym, rycerskim, wspaniałomyślnym, pomysłowym i dobrodusznym narodem pod słońcem. Jeżeli mają jaka wadę — to tę, że są zbyt poważni.
— Mon Dieu! — zawołał hrabia zrywając się z krzesła. — Mais vous plaisantez — skorygował swój okrzyk. Położyłem rękę na sercu i z namaszczoną powagą zapewniłem go, że taki jest mój całkowicie ustalony pogląd.
Hrabia oznajmił, że jest niepocieszony, iż nie może wysłuchać moich argumentów, jako że przyobiecał w tej chwili udać się na obiad u księcia de C...
— Lecz jeśli waszmości nie za daleka droga do Wersalu na skromny talerz zupy przy moim stole, pragnąłbym, nim opuścisz Francję, mieć przyjemność wiedzieć, iż wycofałeś się ze swego poglądu — lub w jaki sposób go podtrzymujesz. Jeśli go jednak będziesz podtrzymywał, mości Angliku — powiedział — musisz czynić to z nakładem wszystkich swych sił, masz bowiem cały świat przeciwko sobie. — Obiecałem hrabiemu, że wyświadczę sobie zaszczyt zjedzenia z nim obiadu, nim wyruszę do Italii — po czym pożegnałem się.

POKUSA
PARYŻ
Kiedy wysiadłem u wrót hotelu, odźwierny powiedział mi, że jakaś młoda kobieta z pudłem przewieszonym przez ramię pytała przed chwilą o mnie. — Nie wiem — rzekł odźwierny — czy odeszła już, czy nie. — Wziąłem od niego klucz do mego pokoju i poszedłem na górę. Kiedy brakowało mi już tylko dziesięciu stopni do moich drzwi, spotkałem ją Mącą bez pośpiechu w dół.
Była to nadobna pokojówka, z którą spacerowałem po Quai de Conti. Pani de R... posłała ją po sprawunki do pewnej marchande des modes o parę kroków od Hotel de Modene; a ponieważ omieszkałem złożyć jej wizytę, poleciła 'dziewczęciu spytać, czy nie wyjechałem z Paryża, a jeśli tak, czy nie pozostawiłem dla niej listu.
Ponieważ śliczna pokojówka była tak blisko mych drzwi, więc zawróciła i wstąpiła ze mną na chwilę do pokoju poczekać, aż napiszę bilecik.
Był piękny, cichy wieczór drugiej połowy maja. Purpurowe firanki na oknach (tego samego koloru co zasłony łóżka) były szczelnie zasunięte; zachodzące słońce przeświecało przez nie i rzucało tak ciepłe barwy na twarz pokojówki, że zdało mi się, iż się zapłoniła. Myśl o tym sprawiła, że sam się zaczerwieniłem. Byliśmy zupełnie sami — i to okryło nasze twarze nowym rumieńcem, zanim pierwszy zdołał ustąpić.
Jest taki rodzaj przyjemnego, na pół grzesznego rumieńca, któremu krew więcej jest winna niż sam człowiek. Wytryska gwałtownie z serca, a za nim pomyka cnota. — nie, aby przywołać go z powrotem, lecz aby uczynić doznanie jeszcze bardziej rozkosznym dla nerwów — wiąże się to bowiem jedno z drugim. Ale opisywać tego nie będę. Z początku uczułem w sobie coś, co nie było w ścisłej zgodności z lekcją cnoty, jakiej udzieliłem jej poprzedniego wieczoru. Pięć minut szukałem biletu — wiedząc, że go nie posiadam; ująłem pióro — położyłem je z powrotem — ręka mi drżała — szatan był we mnie.
Wiem nie gorzej od innych, że jest to przeciwnik, który jeśli mu się oprzeć, pierzcha. Rzadko jednak w ogóle mu się opieram, a to z obawy, bym pomimo zwycięstwa nie o odniósł w tym boju rany. Poświęcam tedy tryumf dla bezpiecznej pewności i zamiast myśleć o zmuszeniu go do ucieczki, przeważnie uciekam sam.
Piękna pokojówka podeszła blisko do biurka, na którym szukałem bileciku; podniosła odrzucone pióro, a potem zaofiarowała się, że potrzyma mi kałamarz. Zrobiła to z taką słodyczą, że zamierzałem już przyjąć, ale nie śmiałem. — Nie mam na czym pisać, droga moja — rzekłem. — Napiszcie, panie, na byle czym — powiedziała z prostotą.
Miałem właśnie krzyknąć: — Napiszę zatem na twoich wargach, śliczne dziewczę!
— Jeśli to zrobię — rzekłem — zginę. — Wziąłem ją tedy za rękę i zaprowadziłem ku drzwiom prosząc, by nie zapomniała lekcji, jaką jej dałem. Ona odrzekła, iż na pewno jej nie zapomni — a mówiąc to z powagą w głosie, zwróciła się ku mnie i obie swe ręce, splecione razem, wsunęła w moje. W tej sytuacji nie uścisnąć ich było nie sposób. Chciałem je zwolnić i trzymając je cały czas kłóciłem się o to z samym sobą — a jednak trzymałem je nadal. Po upływie dwóch minut przekonałem się, że cały bój muszę staczać na nowo — i czułem, jak na myśl o tym drżą mi nogi i wszystkie członki.
Łóżko znajdowało się o półtora jarda od miejsca, w którym staliśmy. Trzymałem ciągle jej ręce — i nie wiem, jak to się stało, ale choć ani jej nie prosiłem — ani nie pociągnąłem — ani nie pomyślałem o łóżku, jednakże tak się zdarzyło, że usiedliśmy oboje.
— Pokażę ci, panie — powiedziała śliczna pokojówka— jaki woreczek uszyłam dzisiaj na koronę, którą od ciebie dostałam. — Sięgnęła więc ręką do swej prawej kieszeni, która była od mojej strony i szperała w niej przez dłuższy czas — a potem w lewej. „Zgubiła woreczek" — pomyślałem. Nigdy z większym spokojem nie znosiłem oczekiwania. Wreszcie woreczek znalazł się w prawej kieszeni; dziewczyna wyciągnęła go: zrobiony był z zielonej tafty, podszyty kawałeczkiem, białego pikowanego atłasu i akurat tak duży, by zmieścić w sobie koronę. Włożyła mi woreczek w rękę — był ładny; trzymałem go. dziesięć minut, podczas gdy wierzch mej dłoni spoczywał na jej kolanach. Spoglądałem to na woreczek, to obok niego.
Parę ściegów pękło było w zmarszczeniu mego żabotu. Śliczna pokojówka wydobyła bez słowa swoją torebkę z przyborami do szycia, nawlekła maleńką igiełkę i zaszyła pęknięcie. Przewidywałem, że narazi to na szwank chwalebny tryumf owego dnia; a gdy przy tej czynności przesuwała w milczeniu ręką tam i z powrotem po mojej szyi, czułem, jak drżą laury, którymi wyobraźnia zwieńczyła mi głowę.
Rzemyczek jakiś pękł jej był przy chodzie i od trzewika odrywała się właśnie sprzączka. — Spójrz — rzekła pokojówka podnosząc ku górze stopę. — Na moją duszę, nie mogłem na to odpowiedzieć niczym innym jak przymocowaniem sprzączki i wsunięciem rzemyka na miejsce. Kiedy skończyłem, podniosłem drugą jej stopę, by sprawdzić, czy obie są w porządku — a że zrobiłem to zbyt raptownie — śliczna pokojówka musiała nieuchronnie stracić równowagę — a wtedy...

ZWYCIĘSTWO
Tak — a wtedy... Wy, których głowy zimne jak glina i letnie serca potrafią stłumić argumentami lub zamaskować wasze namiętności, powiedzcie mi, cóż winien jest człowiek, że te namiętności posiada? i za co duch jego odpowiada przed ojcem wszechduchów, jeśli nie za to tylko, jak się w obliczu tych namiętności zachowuje?
Jeżeli natura tak uprzędła swą tkaninę dobroci, że wplatają się w nią pewne nitki miłości i pożądania, czy wyciągając je, trzeba koniecznie podrzeć całą tkaninę? Bata na takich stoików, Wielki Rządco natury! — rzekłem w duchu. — Gdziekolwiek opatrzność Twa zechce wystawić moją cnotę na próbę — w jakimkolwiek znajdę się niebezpieczeństwie — jakiekolwiek będzie moje położenie — daj mi odczuwać wzruszenia pochodzące z natury i przynależne mi jako człowiekowi. Ą jeżeli potrafię pokierować nimi jak człowiek zacny,
ostateczny wynik zdam z ufnością na Twój sąd — bo Tyś nas stworzył, a nie my stworzyliśmy siebie.
Skończywszy tę apostrofę, podniosłem za rękę nadobną pokojówkę i wyprowadziłem ją ż pokoju. Stała przy mnie, dopóki nie zamknąłem za sobą drzwi i nie włożyłem klucza do kieszeni, a wtedy — kiedy zwycięstwo było już zupełnie pewne — dopiero wtedy — przycisnąłem wargi do jej policzka i wziąwszy ją znów za rękę, powiodłem bezpiecznie do bramy hotelu.

TAJEMNICA
PARYŻ
Każdy, 'kto zna serce ludzkie, pojmie, że niemożliwością było dla mnie wrócić natychmiast do pokoju. Byłoby to, jak gdybym po wysłuchaniu utworu muzycznego, który rozbudził we mnie czułe uczucia, dotknął zimnego klawisza i wziął małą tercję. Kiedy przeto puściłem rękę pokojówki, pozostałem przez jakiś czas w bramie hotelu przyglądając się wszystkim po kolei przechodniom i snując na ich temat domysły, aż wreszcie uwagę moją przykuł jeden jedyny obiekt, o który rozbijały się wszelkie rozumowe dociekania.
Była to wysoka postać o ogorzałym licu, pełnym filozoficznej powagi. Człowiek ten chodził statecznym krokiem tam i z powrotem po ulicy, w promieniu mniej więcej sześćdziesięciu kroków po obu stronach hotelowej bramy. Miał lat około pięćdziesięciu dwóch; pod pachą trzymał niewielką laseczkę, a odziany był w ciemnobury frak, kamizelkę i spodnie, które wyglądały, jak by wysłużyły już sporo lat. Były jednak schludne i cała jego osoba sprawiała nieuchwytne wrażenie jakiejś skromniutkiej proprete . Stąd, iż zdejmował kapelusz i podchodził do wielu przechodniów, wywnioskowałem, że prosi o jałmużnę. Wydobyłem tedy z kieszeni parę su i trzymałem je w pogotowiu czekając, aż z kolei zwróci się do mnie; minął mnie wszakże nie prosząc o nic. A jednak nie uszedł nawet pięciu kroków,' kiedy poprosił o wsparcie jakąś kobiecinę; z nas dwojga ja z pewnością bardziej wyglądałem na takiego, który coś da. Ledwo skończył z tą, a już zdjął kapelusz przed inną kobietą, która szła w tę samą stronę. Powoli przeszedł jakiś wiekowy pan — za nim drugi, młody i strojny: puścił ich obu mimo, o nic nie prosząc. Stałem tak obserwując go przez pół godziny, w którym to czasie obrócił tam i z powrotem jaki tuzin razy, i przekonałem się, że niezmiennie kieruje się tą samą zasadą.
Były w tym dwie osobliwości, nad którymi łamałem sobie głowę, i to bez żadnego skutku: pierwsza, dlaczego człowiek ten zwracał się ze swoją opowiastką tylko do przedstawicielek płci pięknej, a druga — co to była za opowiastka i co za wymowne argumenty, którymi wzruszał serca kobiet, wiedząc zarazem, że wobec mężczyzn byłyby one bezcelowe.
Dwie inne okoliczności czyniły tajemnicę jeszcze bardziej zagmatwaną: oto po pierwsze, każdej kobiecie mówił on swoje do ucha w sposób, który nadawał jego słowom pozór raczej sekretu niż prośby; a po wtóre — zawsze mu się udawało; żadna z zatrzymanych kobiet nie omieszkała wydobyć sakiewki i natychmiast dać mu z niej wsparcia.
Nie umiałem znaleźć żadnego sposobu wytłumaczenia tego fenomenu.
Miałem oto zagadkę, którą mogłem się bawić przez resztę wieczoru; udałem się tedy na górę do swego pokoju.

SPRAWA SUMIENIA
PARYŻ
W ślad za mną podążył natychmiast właściciel hotelu, który wszedłszy do pokoju oznajmił mi, że muszę sobie poszukać mieszkania gdzie indziej. — Jakże to, przyjacielu? — spytałem. Odpowiedział, że byłem tego wieczoru przez dwie godziny zamknięty w sypialni z młodą kobietą i że było to niezgodne z obowiązującymi w tym domu przepisami. — Bardzo dobrze — rzekłem — rozstaniemy się więc wszyscy jako przyjaciele, gdyż dziewczę nic nie ucierpiało, ja nie odniosłem szwanku i wy zostaniecie tacy, jakimi was zastałem. — To wystarczyło — powiedział — by nadszarpnąć dobrą sławę jego hotelu. Voyez vous, Monsieur— mówił wskazując palcem, na łóżko, na którym siedzieliśmy wtedy we dwoje. Przyznaję, że wyglądało to w pewnej mierze na dowód rzeczowy, lecz ponieważ duma wzbraniała mi wchodzić w jakiekolwiek szczegóły sprawy, jąłem namawiać go , by pozwolił swej duszy spać w spokoju tej nocy, podobnie jak ja swojej, a przy śniadaniu uiszczę mu się z tego, co mu jestem winien.
— Nie miałbym nic przeciwko temu, Monsieur — powiedział — abyś miał i dwadzieścia dziewcząt. — To
o całe dwa dziesiątki więcej — przerwałem mu —- niż kiedykolwiek było w moich zamiarach. — Byleby to tylko było rano — dodał. — Czyż więc w Paryżu różnica pory robi różnicę w grzechu? — Robi różnicę w skandalu — odparł. W głębi duszy lubię trafne rozróżnienia
nie mogę powiedzieć, bym był nad miarę rozgniewany na tego człeka. — Przyznaję — podjął tenże na nowo — że konieczne jest, by cudzoziemiec w Paryżu miał okazję zakupienia koronek, jedwabnych pończoch, mankietów et tout cela — i nic to nie szkodzi, kiedy kobieta wchodzi doń z pudłem na ramieniu. — Jakem żyw — powiedziałem — miała pudło, ale ani razu do niego nie zajrzałem. — Więc Monsieur nic nie kupił? — Nic zgoła — odrzekłem. — Bo mógłbym — powiedział — polecić wam jedną, która potraktowałaby was en conscience. —,Ależ muszę ją dziś wieczór zobaczyć — rzekłem na to. Gospodarz skłonił mi się nisko i poszedł.
— Teraz zatryumfuję nad tym maître d'hôtel'em — zawołałem. Ale co z tego? Pokażę mu, że wiem, jaki z niego łajdak. I co z tego? Co z tego! — Rzecz dotyczyła zbyt blisko mnie samego, bym mógł powiedzieć, że chodzi o dobro innych. Nie pozostawała mi więc żadna dobra odpowiedź: w moim projekcie było więcej żółci niż dobrych zasad i zbrzydł mi on, jeszcze nim został wykonany.
Już po paru minutach weszła gryzetka ze swym pudłem koronek. — Nic jednak nie kupię — rzekłem do siebie.
Gryzetka uparła się pokazać mi wszystko. Grymasiłem, lecz ona jak by nie chciała tego zauważyć: otworzyła swój kramik, prezentowała mi wszystkie koronki jedną po drugiej, rozkładając je i składając po kolei z najcierpliwszą w świecie słodyczą. Mogę kupić lub nie — odda mi wszystko po cenie, którą sam naznaczę; biedaczka zdawała się gorąco pragnąć zarobić parę groszy i wysilała się, by mnie podbić, i to w sposób nie tyle chytry, ile — jak mi się wydawało — prosty i pieszczotliwy.
Jeśli nie ma w człowieku pewnego zasobu poczciwej łatwowierności — tym gorzej. Serce moje stopniało i porzuciłem swoje drugie postanowienie równie gładko
jak pierwsze. Czemuż miałbym karać jednego człowieka za przewinę drugiego? Jeżeli przysparzasz dochodu temu tyranowi-oberżyście — pomyślałem spoglądając jej w twarz — tym bardziej gorzki jest twój chleb.
Gdybym nawet nie miał więcej niż cztery luidory w kieszeni, niepodobieństwem było wstać i odprowadzić ją do wyjścia, nie wydawszy wprzód trzech z nich na parę koronkowych mankietów.
Właściciel hotelu weźmie od niej część zysku. Mniejsza z tym. Zapłaciłem więc tylko, jak zapłacił przede mną niejeden biedaczysko za akt, którego nie mógł spełnić ani nawet o nim pomyśleć.

ZAGADKA .
PARYŻ
Kiedy La Fleur przyszedł usłużyć mi do kolacji, powiedział mi, jak bardzo właściciel hotelu żałuje afrontu, jaki mi zrobił, wzywając ranie do zmiany mieszkania.
Człowiek, który ceni sobie dobry nocny spoczynek, nie położy się z wrogością w sercu, jeśli tylko może tego uniknąć. Toteż kazałem La Fleurowi powiedzieć oberżyście, że ja ze swej strony żałuję, iż dałem mu do tego powód. — I możesz mu powiedzieć, jeżeli chcesz, La Fleur — dodałem — że jeśli ta młoda kobieta zjawi się u mnie raz jeszcze, nie przyjmę jej.
Była to ofiara złożona nie jemu, lecz sobie samemu; postanowiłem bowiem, wywinąwszy się raz z takim trudem z opałów, nie ryzykować więcej, lecz opuścić Paryż, o ile to możliwe, z tak nienaruszonym zasobem cnoty, z jakim do niego przyjechałem.
— C'est déroger à noblesse, Monsieur — rzekł La Fleur kłaniając mi się przy tym aż do ziemi. — Et encore — dodał — Monsieur może zmieni zdanie, i gdyby (par hazard) zapragnął się zabawić... — Nie znajduję w tym żadnej zabawy — przerwałem mu.
— Mon Dieu! — rzekł La Fleur i poszedł jak zmyty.
Po godzinie przyszedł położyć mnie do łóżka. Był bardziej troskliwy niż zwykle — miał na końcu języka jakąś uwagę czy pytanie pod moim adresem, lecz nie mogło mu ono przejść przez usta. Nie mogłem się domyślić, co by to takiego być mogło, i prawdę rzekłszy nie bardzo łamałem sobie nad tym głowę, zajmowała mnie bowiem inna, o wiele bardziej interesująca zagadka, a mianowicie człowiek proszący o jałmużnę przed bramą hotelu. Byłbym dał nie wiem co, byle ją zgłębić, i to nie z ciekawości: jest to na ogół biorąc tak niska pobudka do badań, że nie dałbym i dwóch groszy za jej zaspokojenie. Myślałem sobie jednak, że sekret, który tak szybko i niezawodnie wzrusza serce każdej napotkanej kobiety, musi być co najmniej równy tajemnicy kamienia filozoficznego. I gdybym władał obojgiem Indii, oddałbym jedne z nich, aby go posiąść.
Obracałem go i nicowałem w mózgu przez całą noc bez najmniejszego skutku, a kiedy zbudziłem się rano, przekonałem się, że sny zmąciły spokój mego ducha nie mniej niż ongi spokój króla Babilonu. I nie zawaham się twierdzić, że wyłożenie ich byłoby sprawiło wszystkim mędrcom Paryża równie wiele kłopotu jak wówczas mędrcom Chaldei.
NIEDZIELA
PARYŻ
Była to niedziela i kiedy La Fleur wszedł do mnie rano z kawą, bułką i masłem, był tak wspaniale ubrany, że ledwie go poznałem.
Ugodziłem się z nim w Montreal, że kiedy przyjedziemy do Paryża, dam mu nowy kapelusz „ze srebrnym guzem i sznurem oraz cztery luidory pour s'adoniser i trzeba oddać biedakowi sprawiedliwość, że dokonał za tą sumę istnych cudów.
Kupił sobie jasny, czysty, dobry czerwony kaftan i parę hajdawerów tej samej barwy. — Nie straciły ani krztyny na tym — rzekł — że były używane. — Powiesiłbym go za to, że mi to powiedział; wyglądały tak świeżo, że choć wiedziałem, iż rzecz jest niemożliwa, to jednak wolałbym był narzucić sobie myśl, że sprawiłem chłopcu nowe, niż że pochodziły z Rue de la Friperie .
Jest to jednak przesadna wybredność i w Paryżu nikogo o to serce nie boli.
Nabył prócz tego porządną-kamizelkę z niebieskiego atłasu, wyszywaną w dość fantazyjne wzory. Ta wprawdzie straciła cośkolwiek na oddanych już usługach, lecz wyprana była czyściutko, a złoty haft odświeżony. Na ogół więc sprawiała wrażenie raczej strojne, a że błękit nie był jaskrawy, pasował bardzo dobrze do kaftana i hajdawerów. Udało mu się ponadto wycisnąć z otrzymanej sumy coś na nowy woreczek i czarną jedwabną wstążkę do peruki, wytargował też u handlarza starzyzną parę złocistych podwiązek na wykończenie spodni u kolan. Z własnej kieszeni kupił za cztery liwry muślinowe riusze do rękawów, bien brodés, i parę białych jedwabnych pończoch za dalsze pięć — a na ukoronowanie wszystkiego natura obdarzyła go piękną postawą, która nie kosztowała go ani grosza.
W ten sposób wystrojony wszedł do pokoju, uczesany według najpierwszej mody, z pokaźnym bukietem przypiętym do piersi — słowem, wszystko w nim nosiło ów świąteczny wygląd, który natychmiast uprzytomnił mi, że to niedziela. Kiedy połączyłem obie te rzeczy, w jednej chwili przyszło mi na myśl, że łaska, o którą chciał mnie prosić ubiegłego wieczoru, polegała na tym, by mógł spędzić ten dzień tak, jak go spędzają w Paryżu wszyscy inni. Ledwo zdążyłem wysnuć ten domysł, kiedy La Fleur z nieskończoną pokorą, lecz i z ufnością, że mu nie odmówię, poprosił, bym mu darował ten dzień pour faire le galant vis à vis de sa maîtresse.
Otóż właśnie to samo zamierzałem sam uczynić vis à vis pani de R... Umyślnie w tym celu zatrzymałem kolaskę i próżność moja byłaby mile połechtana, gdyby z tyłu za nią zasiadł sługa tak pięknie odziany jak La Fleur. Nigdy tedy nie przyszło mi równie ciężko obejść się bez niego.
W takich jednak kłopotach musimy czuć, a nie argumentować. — Synowie i córy służebnego rodu w kontraktach swych rozstają się z wolnością, lecz nie z naturą; są oni ludźmi z ciała i krwi i w domu niewoli zachowują swe próżnostki i drobne zachcenia podobnie jak ich chlebodawcy. Niewątpliwie oczekują oni pewnej nagrody za swe wyrzeczenia — i roszczenia ich bywają tak nierozsądne, iż często miałbym ochotę zawieść ich nadzieje, gdyby nie to, że moje położenie daje mi do tego tak wielkie prawo.
— Patrz! Patrz, oto jestem twym sługą — rozbraja mnie w jednej chwili z uprawnień pana.
— Pójdziesz, La Fleur! — powiedziałem.
— I jakąż to kochankę, La Fleur — rzekłem — zdołałeś sobie znaleźć w Paryżu w tak krótkim czasie? — La Fleur położył rękę na sercu i odparł, że jest to pewna petite demoiselle u pana hrabiego de B... La Fleur miał serce stworzone do towarzystwa i prawdę rzekłszy, opuszczał równie mało okazji jak jego pan. W jakiś tedy sposób— ale jak, sam Bóg to wie — nawiązał znajomość z ową demoiselle na schodach, w czasie gdy ja zajęty byłem paszportem; a że mnie starczyło czasu na zjednanie hrabiego dla mojej sprawy, La Fleur postarał się, by starczyło go i jemu na zjednanie sobie łask dziewczęcia. Cała rodzina miała ponoć tego dnia bawić w Paryżu i La Fleur umówił się na bulwarach z nią i jeszcze z paroma domownikami hrabiego.
Szczęśliwy naród, który niezawodnie przynajmniej raz na tydzień odrzuca wszystkie troski i tańcem, śpiewem i zabawą pozbywa się ciężaru smutku, który ducha innych narodów przygniata do ziemi.

FRAGMENT
PARYŻ
La Fleur pozostawił mi na ów dzień coś do zabawy: więcej, niż się spodziewałem i niż mogło przyjść zarówno mnie, jak i jemu do głowy.
Przyniósł mi był kawałek masła na porzeczkowym liściu; że zaś ranek był ciepły i musiał je nieść dobry szmat drogi, wyprosił arkusik niepotrzebnego papieru, aby go położyć między liściem porzeczkowym a dłonią. Był to wystarczająco dobry talerz, kazałem mu więc położyć sprawunek na stole tak, jak był, a ponieważ
zamierzałem cały dzień zostać w domu, poleciłem mu . zostawić mnie samego przy śniadaniu i wstąpić do traktierni, by zamówić mi obiad.
Kiedy skończyłem masło, wyrzuciłem porzeczkowy listek przez okno i miałem właśnie uczynić to samo z zapisanym skrawkiem papieru, lecz rzuciwszy okiem na jeden wiersz, a potem — zaciekawiony — na drugi i trzeci, rozmyślałem się; zamknąłem więc okno i przysunąwszy do niego krzesło zasiadłem do czytania.
Urywek napisany był w starej francuszczyźnie z czasów Rabelais'go — kto wie, czy nie przez niego samego — a ponadto gotyckim pismem tak zblakłym i zatartym na skutek wilgoci i czasu, że wyczytanie czegokolwiek sprawiało mi nieskończenie wiele trudu. Odrzuciłem go więc — napisałem list do Eugeniusza — potem podniosłem go znowu i znów straciłem nad nim cierpliwość — a potem jako lekarstwo napisałem list do Elizy. Lecz papier wciąż trzymał na uwięzi moją uwagę, a trudność zrozumienia, co zawiera, potęgowała jeszcze moją ciekawość.
Przyniesiono mi obiad; rozjaśniwszy umysł butelką burgunda, zabrałem się na nowo do odczytywania urywka — i po dwóch czy trzech godzinach ślęczenia nad nim z uwagą nie mniej skupioną od tej, z jaką Gruter lub Jakub Spon badali najbardziej niedorzeczne napisy, już zdawało mi się, że zrozumiałem jego sens. Pomyślałem jednak, że najlepszym sposobem upewnienia się co do tego jest przełożyć go na angielski
i przekonać się, jak wtedy będzie wyglądał. Jąłem więc robić to od niechcenia jak człowiek, który się bawi: to napisałem zdanie, to przeszedłem się po pokoju, to wyjrzałem przez okno , by zobaczyć, co się dzieje na świecie. Była więc dziewiąta wieczór, gdy skończyłem — a wówczas odczytałem, co następuje:

FRAGMENT
PARYŻ
Kiedy zatem żona notariusza ze zbytnią gorącością spierała się w owej kwestii z notariuszem... — Chciałbym — rzekł notariusz (ciskając pergamin na podłogę) — aby tu był drugi notariusz, który by tylko zapisał i urzędowo stwierdził to wszystko...
— I co byś wtedy zrobił, mój panie? — spytała ona wstając pośpiesznie z krzesła. Żona notariusza była kobietą krewką, toteż notariusz uznał za właściwe uniknąć huraganu przez łagodną odpowiedź. — Poszedłbym — odrzekł —- do łóżka. — Możesz pójść do diabła — odpowiedziała żona notariusza.
Otóż ponieważ w całym domu było tylko jedno łóżko (pozostałe dwa pokoje były bowiem nie umeblowane, jak to bywa w Paryżu we zwyczaju), a notariusz nie chciał leżeć w jednym łóżku z kobietą, która dopiero co posłała go na łeb, na szyję do diabła, wziął kapelusz, laskę i krótką opończę (gdyż noc była bardzo wietrzna) i w złym usposobieniu wyruszył w kierunku Pont Neuf.
Wszyscy, którzy przechodzili przez Pont Neuf przyznać muszą, że ze wszystkich mostów, jakie kiedykolwiek zbudowano, ten jest najszlachetniejszym, najpiękniejszym, najwspanialszym, najlżejszym, najdłuższym i najszerszym mostem, jaki kiedykolwiek wiązał ląd z lądem na powierzchni głobu ziemskiego.
Z tego zdawać by się mogło, że autor fragmentu nie był Francuzem.)
Najgorszą wadą, jaką duchowni i doktorowie Sorbony mogą mu zarzucić, to ta, że jeżeli w Paryżu lub jego okolicy jest choćby tyle wiatru, ile można zmieścić w czapce, przeklinają go na tym moście bardziej bluźnierczo niż w jakimkolwiek innym przewiewnym miejscu w całym mieście. I nie bez powodu, zacni i potężni panowie; wieje on wam bowiem prosto w twarz nie wołając garde d'eau! i tak nieobliczalnymi podmuchami, że wśród tych nielicznych, którzy wstępują na most z kapeluszami na głowach, nie ma nawet jednego na pięćdziesięciu, który by nie ryzykował dwóch i pół liwra, co stanowi pełną wartość kapelusza.
Biedny notariusz, właśnie kiedy mijał wartownika, instynktownie podniósł laskę do skrzydła kapelusza, by go przytrzymać. Czyniąc to wszakże, końcem laski zahaczył o wiązanie kapelusza wartownika i zrzucił go ponad szpikulcami balustrady prosto w Sekwanę.
— Zły to wiatr — rzekł chwytając go pewien przewoźnik w łódce — który nikomu nic dobrego nie przynosi.
Ponieważ wartownik był Gaskończykiem, niepowściągliwym, ruchem podkręcił bokobrody i zmierzył się z kuszy. Z kusz strzelano naówczas przy pomocy hubki; a że jakiejś starej kobiecie. Ba końcu mostu wiatr zdmuchnął był obklejoną papierem latarkę, babina pożyczyła właśnie hubkę od wartownika, by ją na nowo zapalić. Chwilowa zwłoka pozwoliła ostygnąć krwi Gaskończyka, który postanowił obrócić ów przypadek na większy swój pożytek. — Zły to wiatr — powiedział
zdzierając czapkę bobrową z głowy notariusza i legitymizując swą zdobycz przysłowiem przewoźnika.
Biedny notariusz przeszedł przez most i idąc Rue de Dauphine w kierunku Faubourg St. Germain użalał się nad sobą w te słowa:
— Nieszczęsny ze mnie człowiek — mówił notariusz. — Przez wszystkie dni moje jestem igraszką huraganów: urodziłem się po to tylko, aby gdziekolwiek pójdę, nawałnica złorzeczeń godziła we mnie i w moją profesję; gromy Kościoła zmusiły mnie do małżeństwa z kobietą, która jest istną burzą; domowe wichry wypędzają mnie z własnego mieszkania, a mostowe pozbawiają mnie kapelusza; oto stoję z gołą głową wśród wietrznej nocy, na łasce przypływu i odpływu wypadków; gdzież mam skłonić głowę? Nieszczęsny człecze! Któryż z wiatrów ze wszystkich trzydziestu dwu punktów kompasu przywieje ci kiedy, jak reszcie twych bliźnich, coś dobrego?
Kiedy notariusz użalając się w ten sposób przechodził ciemnym zaułkiem, jakiś głos zawołał do niewidocznej dziewczyny i polecił jej pobiec po najbliższego notariusza. Otóż notariusz, będąc tym najbliższym, skorzystał ze swego położenia i skierował się do drzwi domu, a przeszedłszy przez jakiś staroświecki salon został wpuszczony do wielkiej komnaty ogołoconej ze wszystkiego, prócz długiej wojskowej piki, pancerza, zardzewiałego starego miecza oraz pasa, zawieszonych w równych odstępach w czterech różnych miejscach na ścianie.
Stary człowiek, który w przeszłości był szlachcicem i — chyba że upadek fortuny pociąga za sobą zmazę krwi — był szlachcicem i obecnie, leżał na łóżku z głową wspartą na dłoni, tuż przy łożu stał stoliczek z palącą się świecą, a obok stolika postawione było krzesło. Notariusz zasiadł na nim, wydobył róg z inkaustem i parę arkuszy papieru, które miał w kieszeni, umieścił
je przed sobą i oparłszy się piersią o stolik przysposobił wszystko, aby sporządzić ostatnią wolą i testament szlachcica.
— Niestety! Panie notariuszu — rzekł szlachcic unosząc się nieco — nie mani nic do pozostawienia w testamencie, co opłaciłoby koszty testamentu, oprócz własnej historii, i nie mógłbym umrzeć w spokoju, nie przekazawszy jej światu jako legat. Zyski, jakie ona przyniesie, przekazuję tobie za trud spisania jej. Jest to historia tak niezwykła, że przeczytać ją powinien cały rodzaj ludzki; domowi twemu przyniesie ona bogactwo. — Tu notariusz umoczył pióro w kałamarzu. — Wszechmocny Sprawco wszystkich wydarzeń w moim życiu! — mówił stary szlachcic podnosząc wzrok i ręce z powagą ku niebu. — Ty, którego ręka zawiodła mnie przez taki labirynt dziwnych przejść do tego oto opuszczenia, wspomóż słabnącą pamięć starego, chorego i złamanego nieszczęściem człowieka! Niech duch Twej wieczystej prawdy pokieruje językiem moim, aby ten nieznajomy nie mógł zapisać nic innego jak to, co wciągnięte jest do owej Księgi, na mocy której — tu splótł ręce — mam być potępiony lub uniewinniony! — Notariusz
podniósł pióro i potrzymał jego ostrze między świecą a swoim okiem...
— Jest to historia, panie notariuszu — mówił szlachcic — która wznieci wszelkie serdeczne uczucia, jakie tylko są w naturze: litościwych — zabije, a nawet w samym sercu wcielonego okrucieństwa litość rozbudzi.
Notariusz zapłonął chęcią rozpoczęcia i po raz trzeci umoczył pióro w kałamarzu. Stary zaś szlachcic, zwróciwszy się nieco bliżej ku notariuszowi, w tych słowach jął dyktować swoją historię.
— A gdzie reszta, La Fleur? — spytałem, gdyż on właśnie wszedł do pokoju.

FRAGMENT
i
BUKIET
PARYŻ
Kiedy La Fleur podszedł blisko do stołu i dowiedział się, o co mi chodzi, powiedział mi, że było tego jeszcze tylko dwa inne arkusze i że owinął nimi, aby się nie rozleciał, bukiet, który ofiarował owej demoiselle — na bulwarach. — Proszę cię zatem, La Fleur — powiedziałem — udaj się do niej z powrotem do siedziby hrabiego de B... i przekonaj się, czy nie mógłbyś ich odzyskać. — Na pewno! — rzekł La Fleur i pomknął jak strzała.
Biedak powrócił wkrótce zupełnie bez tchu i z głębszymi- znamionami zawodu na twarzy niż te, jakie mogłaby wywołać sama tylko niemożność sklecenia na nowo owego fragmentu. Juste ciel! W ciągu niespełna dwóch minut, jakie upłynęły od ostatniego czułego pożegnania, niewierna kochanka podarowała jego gage d'amour — a wraz z nim mój fragment — jednemu z pokojowców hrabiego, pokojowiec — młodej szwaczce, a szwaczka pewnemu muzykantowi. Nasze niepowodzenia spotkały się razem, westchnąłem, a La Fleur jak echo odpowiedział mi westchnieniem.
— Co za perfidia! — zawołał La Fleur. — Co za pech! — powiedziałem ja.
— Nie byłoby mi tak przykro, Monsieur — rzekł La Fleur — gdyby go była zgubiła. — Ani mnie, La Fleur — odrzekłem — gdybym go był odnalazł.
Czy mi się to udało, czy nie — to się okaże dalej.

AKT MIŁOSIERDZIA
PARYŻ
Ten, który bądź nie raczy, bądź też obawia się wejść w bramę, za którą jest ciemno, może być przezacnym, dobrym człowiekiem, zdatnym do tysiąca rzeczy; ale nigdy nie będzie z niego dobry sentymentalny podróżnik. Ja bo niewielką przywiązuję wagę do tego wszystkiego, co roztacza się przed mymi oczyma w jasne południe na szerokich otwartych ulicach. Natura jest płochliwa i nie lubi działać na oczach gapiów; lecz w takim nie zauważonym kątku widzieć można niekiedy jedną króciutką jej scenkę wartą tyleż co sentymenty z tuzina francuskich sztuk razem wziętych — a przecież są one niezrównane. A że nadają się dla kaznodziei nie gorzej niż dla bohatera, przeto gdy tylko mam przed sobą jakąś bardziej uroczystą niż zwykle okazję, przeważnie buduję z nich moje kazanie. A co do tekstu — „Kapadocja, Pontus i Azja, Frygia i Pamfilia" nie jest ani trochę gorszy od pierwszego z brzegu wersetu z Biblii".
Z Opery Komicznej wychodzi się na wąską uliczkę długim ciemnym pasażem. Depcą po nim ci nieliczni, którzy pokornie czekają na fiacre'a lub pragną po cichu wymknąć się piechotą po skończonym przedstawieniu. Początek tego pasażu od strony teatru oświetlony jest małą świeczką, której światło staje się prawie niewidoczne, nim przejdziesz połowę drogi. Służy ona raczej ku ozdobie niż pożytkowi; kiedy jesteś blisko drzwi, widzisz ją niby stałą gwiazdę najmniejszej wielkości: świeci, lecz o ile nam wiadomo, nie na wiele się światu przydaje.
Wracając tym pasażem z Opery byłem już o pięć czy sześć kroków od drzwi wyjściowych, kiedy dostrzegłem dwie damy, które ujęły się pod rękę i oparte plecami o mur czekały, jak mi się zdawało, na fiacre'a. Ponieważ stały tuż koło drzwi, pomyślałem, że mają prawo pierwszeństwa; podsunąłem się tedy do odległości mniej więcej jarda od nich -i spokojnie stanąłem w kolejce. Ubrany byłem czarno i trudno mnie było dostrzec.
Dama stojąca bliżej mnie była wysoką, chudą kobietą lat około trzydziestu sześciu; druga, tego samego wzrostu i budowy, miała około czterdziestki. U żadnej z nich nie było w całej postaci nic, co by wskazywało na mężatkę lub wdowę; sprawiały wrażenie dwóch sztywnych, dziewiczych sióstr, nie steranych pieszczotami, nie naruszonych przez czułe pocałunki. O mało, a byłbym zapragnął uczynić je szczęśliwymi — lecz szczęście miało je spotkać tego wieczora z innej strony.
Ktoś cichym głosem zakończonym mile brzmiącą kadencją jął upraszać je ładnymi zwrotami, by — na. miłość Boga — dały mu wspólnie dwunastogroszową monetę. Zdało mi się dziwnym, iż żebrak ustala wysokość jałmużny, podając do tego sumę dwanaście razy większą od tej, jaką zazwyczaj daje się po ciemku. Obie kobiety wydawały się równie tym zdziwione jak ja sam. — Dwanaście su! — powiedziała jedna. — Dwunastogroszową monetę! — rzekła druga — i żadnej odpowiedzi mu nie udzieliły.
Biedak rzekł, że nie potrafi tak wielkich dam prosić
o mniejszą sumę, i skłonił się aż do ziemi. — Ech! — odparły — nie mamy pieniędzy. Żebrak pomilczał chwil parę, po czym ponowił swe
błaganie.
— Nie zamykajcie swych uszu przede mną, piękne
młode panie! — powiedział. — Dalibóg, poczciwy człowiecze — rzekła młodsza — nie mamy drobnych. — Niech więc Bóg was błogosławi —rzekł biedak — i pomnaża owe radości, którymi obdarzać możecie innych, nie rozmieniając ich na drobne! — Ujrzałem, jak starsza sięga do kieszeni. — Zobaczę — powiedziała — czy
nie mam jakiego grosika. — Grosika! Daj dwanaście— rzekł petent. — Natura była dla ciebie hojna, bądź więc i ty hojna dla biednego człowieka.
— Byłabym nią z całego serca — rzekła młodsza — gdybym miała z czego.
— Piękna a litościwa pani! — powiedział zwracając się do starszej. — Cóż innego jak tylko twa dobroć i ludzkość nadaje twym błyszczącym oczom taką słodycz, że nawet w tym ciemnym korytarzu świecą jaśniej niż zorza? I cóż to było, co kazało markizowi de Santerre i jego bratu powiedzieć tyle rzeczy o was obydwóch, kiedy dopiero co tędy przechodzili?
Obie damy zdały się mocno poruszone i obie na raz impulsywnie włożyły ręce do kieszeni, skąd każda wydobyła dwunastogroszową monetę.
Spór między nimi a biednym petentem przestał istnieć; ciągnął się natomiast dalej pomiędzy nimi dwiema o to, która z nich ma dać dwunastogroszowy datek. Wreszcie, by skończyć z dysputą, dały go obie jednocześnie i żebrak odszedł.

WYTŁUMACZENIE ZAGADKI
PARYŻ
Spiesznie podążyłem za nim: był to bowiem ten sam człowiek, którego sukcesy w wypraszaniu jałmużny przed bramą hotelu tak mnie zadziwiały — a teraz nagle odkryłem jego sekret, a przynajmniej zasadę, na której się opierał — było nią pochlebstwo.
Cudowna esencjo! jakże odświeżająco działasz na ludzką naturę! Jak mocno stają po twojej stronie wszystkie jej siły i słabości! Jak słodko mieszasz się z krwią i pomagasz jej przedostać się przez najtrudniejsze i najzawilsze przejścia aż do serca!
Biednemu nie było tym razem pilno, przeto zastrzyknął jej tu większą dawkę; to pewna, że umiał przyoblekać ją w skromniejszą formę w licznych nagłych wypadkach, z którymi miał do czynienia na ulicy. Nie będę jednak gorszył mojej duszy badaniem jego umiejętności przyprawiania owej esencji, osładzania jej, zgęszczania i rozcieńczania. Wystarczy, iż żebrak zyskał dwie dwunastogroszówki — a resztę dopowiedzą najlepiej ci, którzy tym sposobem zyskali o wiele większe korzyści.

PARYŻ
Wybijamy się w świecie nie tyle przez wyświadczanie przysług, ile przez korzystanie z nich: bierzesz więdnącą gałązkę i wsadzasz ją do ziemi, a potem podlewasz ją, boś ją już posadził.
Pan hrabia de B..., tylko dlatego, iż wyświadczył mi jedną uprzejmość w sprawie mego paszportu, zapragnął wyświadczyć i drugą w czasie swego parodniowego pobytu w Paryżu zapoznając mnie z paroma wysoko postawionymi osobami; te zaś miały przedstawić mnie innym, i tak dalej.
Stałem się panem mego sekretu akurat w porę, by wyciągnąć z tych zaszczytów nieco korzyści; inaczej byłbym — jak to zwykle się dzieje— zjadł wszędzie po jednym lub drugim obiedzie i wieczerzy, a następnie przetłumaczywszy francuskie spojrzenia i gesty na zwykłą angielszczyznę, przekonałbym się niebawem, że dostaje mi się złoto z zastawy przeznaczonej dla jakiegoś bardziej pożądanego gościa. Byłbym więc z czasem zrezygnował kolejno ze wszystkich swych miejsc na tej tylko zasadzie, że nie mogę zatrzymać ich na długo. W obecnej jednak sytuacji wszystko poszło nader gładko .
Miałem zaszczyt zostać przedstawiony staremu markizowi de B...; w odległych czasach odznaczył się był pewnymi rycerskimi popisami na Cour d'amouri od tej pory stale nosił się w stylu gonitw z lancami i turniejów. Markiz de B.,. życzył sobie, aby myślano, że to wszystko nie tylko w jego mózgu, lecz i gdzie indziej jeszcze żyje. „Chciałby odbyć wycieczkę do Anglii" i wypytywał wiele o angielskie damy. — Zostań na miejscu, błagam cię, panie markizie — powiedziałem mu. — Panowie Anglicy i bez tego ledwo kiedy wyproszą od nich łaskawe spojrzenie. — Markiz zaprosił mnie na kolację."
Pan P..., poborca koronny, był równie ciekaw naszych podatków — słyszał, że są bardzo wysokie. — Gdybyśmy tylko umieli je egzekwować — odrzekłem kłaniając mu się nisko.
Nigdy w innych warunkach nie mógłbym, zostać zaproszony na koncerty u pana P...
Przedstawiono mnie mylnie pani Q... jako esprit. Pani de Q... sama była esprit; płonęła więc z niecierpliwości, aby mnie poznać i usłyszeć, jak rozprawiam. Nie zdążyłem jeszcze usiąść, a już wiedziałem, że nie dba ona wcale, czy posiadam dowcip, czy nie — dopuszczono mnie po to, by mnie przekonać, że ona go posiada. Niebo mi świadkiem, że ani razu ust u niej nie otworzyłem.
Pani de V... przysięgała wszystkim naokoło, że „przez całe życie nie przeprowadziła nigdy z mężczyzną "równie budującej rozmowy".
Trzy są epoki panowania francuskiej kobiety: jest kokietką — potem deistką — potem dewotką. W tym czasie władzy swej nie traci ona ani na chwilę — zmienia tylko poddanych: kiedy ukończone trzydzieści pięć lub' więcej lat życia wyludni jej dominium z niewolników miłości, zaludnia je ona na nowo niewolnikami niewiary, potem zaś — niewolnikami kościoła.
Pani de V... oscylowała pomiędzy dwiema pierwszymi epokami: barwy róży blakły w najlepsze i powinna była być deistką pięć lat przedtem, nim miałem zaszczyt złożyć jej pierwszą wizytę.
Wskazała mi miejsce na sofie obok siebie, aby bliżej podysputować nad kwestią religii. Krótko mówiąc, pani de V... oznajmiła mi, że nie wierzy w nic.
Powiedziałem pani de V..., iż taka jest — być może, jej zasada, lecz pewien jestem, że nie może leżeć w jej interesie zniesienie bastionów, bez których nie umiem sobie wyobrazić, jak taka twierdza jak jej zdoła się obronić; że nie ma rzeczy bardziej niebezpiecznej na świecie, niż gdy piękność jest deistką; że powinnością moją wobec mej wiary jest nieukrywanie przed nią tego faktu; że i pięciu minut nie przesiedziałem koło niej na sofie, a już zacząłem snuć zamysły — i cóż, jak nie uczucia religijne oraz oddźwięk, jaki znalazły one w jej piersi, mogło zamysłom tym położyć tamę?
— Nie jesteśmy odporni .— rzekłem ujmując jej rękę — i potrzebujemy wszelkich hamulców dopóty, dopóki starość w swoim czasie nie wkradnie się, by je nam nałożyć, ale teraz, pani moja droga — tu ucałowałem jej dłoń — jest za wcześnie... za wcześnie...
Oświadczam, że cały Paryż przypisał mi zasługę „oddeprawowania" pani de V... Oznajmiła ona panu D... oraz abbé M..., że w ciągu jednej pół godziny powiedziałem więcej na rzecz religii objawionej, niż oni w całej swej Encyklopedii powiedzieli przeciwko. Dostąpiłem
natychmiast członkostwa koterii pani de V... — i odłożyła ona nastanie epoki deizmu na dwa lata.
Pamiętam, że właśnie w owej koterii, w środku pewnego dyskursu, w którym wykazywałem konieczność pierwszej przyczyny, młody hrabia de Faineant zaprowadził mnie za rękę do najdalszego kąta pokoju, by mi rzec, iż moja aksamitka zbyt ciasno opina md szyję. — Powinna być plus badinante — powiedział hrabia spoglądając na swoją własną. — Ale jedno słowo, panie Jorik, mądremu...
— I od mądrego, panie hrabio — odrzekłem z ukłonem — wystarczy.
Hrabia de Fainéant uściskał mnie z większym żarem, niż jakikolwiek śmiertelny człowiek uścisnął mnie kiedykolwiek w moim życiu.
Przez całe trzy tygodnie podzielałem poglądy wszystkich, z którymi się spotykałem. — Pardi! ce Mons. Yorick a autant d'esprit que nous autres. — Il raisonne bien — mówił inny. C´est un bon enfant — powiadał trzeci. I za tę cenę mógłbym był jeść i pić, i weselić się w Paryżu po wszystkie dni mojego życia; lecz był to nieuczciwy rachunek — zawstydziłem się go — był to zarobek niewolnika — wszelkie poczucie honoru buntowało się przeciwko temu. Im wyżej się piąłem, tym częściej musiałem się uciekać do mego żebraczego systemu. Im lepsza koteria — tym więcej spotykałem dzieci Sztuki, tęskniłem zaś za dziećmi Natury. I pewnej nocy, po najpodlejszym prostytuowaniu się z półtuzinem różnych osób, zbrzydło mi to; poszedłem do łóżka i kazałem La Fleurowi zamówić mi na rano konie na wyjazd do Włoch.

MARIA
MOULINES
Nigdy tak dotkliwie nie odczuwałem bólu, jaki sprawić może obfitość, jak teraz jadąc przez najcudniejszą krainę Francji — Bourbonnois — w pełni winobrania, kiedy Natura każdemu sypie swe hojne dary w podołek, a wszystkie oczy wzniesione są ku górze. W podróży tej na każdym kroku muzyka przygrywa Pracy, a wszystkie jej dzieci weselą się znosząc zebrane kiście. Boleśnie było jechać widząc to wszystko, z sercem przepełnionym uczuciami, które wybiegały naprzeciw każdej spotkanej grupie i rozpalały się na jej widok — a każde z nich brzemienne było w przygody.
Sprawiedliwe nieba! Przeżycia te zapełniłyby dwadzieścia tomów, podczas gdy — niestety! — muszę je wtłoczyć w kilka niewielkich kartek, które pozostały jeszcze do końca tego tomiku — a tych połowę zająć musi nieszczęśliwa Maria, którą przyjaciel mój, pan Shandy, spotkał w okolicy Moulines.
Opowiedziana przezeń historia tej obłąkanej dzieweczki wzruszyła mnie niemało, kiedy ją czytałem; lecz kiedy przybyłem w jej rodzinne strony, stanęła mi na powrót w myśli z taką siłą, że nie mogłem się oprzeć impulsowi, który mi kazał zboczyć z drogi o staję i zajechać do wioski, gdzie mieszkali jej rodzice, aby dowiedzieć się o nią.
Podobne to było — przyznaję — wędrówkom Rycerza Smutnego Oblicza w poszukiwaniu melancholijnych przygód; ale choć nie wiem, czemu się tak dzieje, przecież nigdy nie jestem tak doskonale świadom, iż istnieje we mnie dusza, jak wtedy, gdy w takie właśnie przygody się wdaję.
Drzwi otworzyła mi stara matka i nim otworzyła usta, już wygląd jej opowiedział mi całą historię. Straciła męża; umarł — jak mówiła — jakiś miesiąc temu ze
zmartwienia, że Maria straciła rozum. Obawiała się z początku — dodała — że to pozbawi jej biedną córkę tej niewielkiej reszty rozsądku, jaka jej pozostała, lecz przeciwnie, przyszła ona potem nieco do siebie. Nie może jednak usiedzieć na miejscu; biedaczka — mówiła z płaczem matka — błąka się teraz gdzieś koło gościńca...
Czemu puls mój bije leniwie, kiedy to piszę? I co sprawiło, że La Fleur, którego serce zdawało się nastrojone tylko na radosną nutę, dwakroć przesunął ręką po oczach, kiedy kobieta opowiadała to wszystko? Skinąłem na pocztyliona, by zawrócił z powrotem na gościniec.
Kiedyśmy byli tylko o milę od Moulines, przy małej bocznej dróżce prowadzącej do jakiegoś gaiku spostrzegłem Marię. Siedziała pod topolą, z łokciem opartym
o kolano, a głową przechyloną na bok i wspartą na dłoni. U stóp drzewa sączył się mały strumyczek.
Kazałem pocztylionowi jechać dalej z kolaską do Moulines, a La Fleurowi — zamówić mi wieczerzę. Sam zaś miałem pójść za nim piechotą.
Odziana była biało i wyglądała niemal dokładnie tak, jak to opisał mój przyjaciel, tylko że włosy miała rozpuszczone, a nie — jak dawniej — ujęte w jedwabną siatkę. U stanika miała ponadto przyszytą bladozieloną wstążkę, która spływała jej przez ramię aż do pasa, na końcu wstążki zawiesiła fujarkę. Kózka jej okazała się równie niewierna jak kochanek, toteż na jej miejsce wzięła sobie pieska, którego trzymała na sznurku uwiązanym do swego paska. Gdy tylko spojrzałem na pieska, przyciągnęła go ku sobie za sznurek. — Nie opuścisz mnie, Sylwio — powiedziała. Zajrzałem w oczy Marii
przekonałem się, że ma na myśli raczej ojca niż kochanka czy kózkę, gdyż kiedy wymawiała te słowa, łzy pociekły jej po policzkach.
Usiadłem tuż przy niej i Maria pozwoliła mi obetrzeć je chustką. Później w chustkę tę wsiąkły moje własne łzy — a potem jej — a potem moje — a potem znów jej; a gdy je obcierałem, czułem w sobie takie nie dające się opisać wzruszenia, których — pewien jestem — nie można by wytłumaczyć żadnymi związkami materii i ruchu.
Jestem zupełnie pewien, iż mam duszę, i wszystkie książki, którymi zatruli świat materialiści, nie zdołają mnie przekonać, że jest inaczej.

MARIA
Kiedy Maria przyszła nieco do siebie, spytałem ją, czy pamięta bladego, chudego mężczyznę, który jakieś dwa lata temu usiadł był pomiędzy nią a jej kózką. Odparła, że była wówczas bardzo rozstrojona, lecz pamięta to wydarzenie z dwóch względów: że Choć była tak chora, widziała, że człowiek ten lituje się nad nią, a po wtóre, że kózka porwała mu chustkę, aż musiała ją wybić za tę kradzież. Uprała potem chustkę — mówiła — w strumieniu, i od tej pory przechowywała ją w kieszeni na wypadek, gdyby się z nim kiedy znów zobaczyła, co on — dodała — na poły jej był obiecał. Mówiąc to wyjęła chustkę z kieszeni, by mi pokazać; owinięta była porządnie w dwa winne liście i obwiązana wąsem winorośli. Gdym ją rozłożył, zobaczyłem, na jednym z rogów znak „S".
Powiedziała mi dalej, że od tamtego czasu zabłąkała się aż do Rzymu, obeszła raz dokoła kościół Św. Piotra i wróciła; że przeprawiła się sama jedna przez Apeniny, przewędrowała bez pieniędzy całą Lombardię, i boso - kamieniste drogi Sabaudii. Jak to wytrzymała i jak się przeżywiła, nie wie, ale — rzekła Maria — Bóg uśmierza wichry dla postrzyżonego jagnięcia.
— Postrzyżonego, istotnie! I to do żywego ciała — powiedziałem. — gdybyś była w moim kraju, gdzie posiadam domek, wziąłbym cię tam i dał ci schronienie; jadłabyś mój chleb' i piła z jednego ze mną kubka. Byłbym dobry dla twego Sylwia; we wszystkich twych szaleństwach i błądzeniach odszukiwałbym cię i sprowadzał na powrót do domu. Po zachodzie słońca odmawiałbym pacierze, a potem ty grałabyś na piszczałce swoją piosnkę wieczorną.. I kadzidło mojej ofiary nie byłoby przyjęte mniej mile dlatego, że wzniosło się do niebios wespół z ofiarą złamanego serca.
Natura tajała we mnie, gdym mówił te słowa, a kiedy wyjąłem chustkę i Maria ujrzała, że jest już zbyt przemoczona, by można było ją użyć, uparła się uprać ją w strumyku. — A gdzież ją wysuszysz, Mario? — spytałem. — Na piersi — odrzekła. — To mi dobrze zrobi.
— Czyż twoje serce jest jeszcze tak gorące, Mario? — zapytałem.
Dotknąłem struny, na której zawisły wszystkie jej bóle. Przez jakiś czas patrzała mi w twarz z wyrazem żalu i obłąkania — a potem w milczeniu dobyła piszczałki i zagrała swą modlitwę do Dziewicy. Struna, której dotknąłem, przestała drgać — po paru chwilach Maria przyszła do siebie, upuściła piszczałkę i podniosła się z miejsca.
— Dokąd idziesz, Mario? — spytałem. — Do Moulines — odrzekła. — To chodźmy razem — powiedziałem. Maria wsunęła mi rękę pod ramię i rozluźniła sznurek, by pies mógł iść za nami. W tym szyku przybyliśmy do Moulines.

MARIA
MOULINES
Chociaż nie znoszę uścisków i pozdrowień na rynku, przecież gdyśmy znaleźli się na jego środku, zatrzymałem się, by po raz ostatni spojrzeć na Marię i po raz ostatni ją pożegnać.
Postać Marii, choć niewysoka, była najprzedniejszej piękności. Boleść nadała jej wyglądowi coś nieledwie nieziemskiego — a jednak była kobieca i tyle w niej było tego wszystkiego, czego serce pragnie, a oczy szukają w kobiecie, że gdyby skazy mogły zniknąć z jej mózgu, a rysy Elizy zatrzeć się w moim, Maria nie tylko jadłaby mój chleb i piła z mojego kubka — lecz spoczęłaby na moim łonie i była mi córką.
— Żegnaj, biedna, nieszczęsna dzieweczko! Wchłoń oliwę i wino, które idący swą drogą obcy człowiek ze współczuciem wylewa w tej chwili na twe rany. Zagoić je na zawsze może ten tylko, który dwukrotnie cię zranił. . '

BOURBONNOIS
Po niczym nie spodziewałem się w wyobraźni tak radosnego i bujnego rozkwitu uczuć jak po owej podróży wśród winobrania przez tę właśnie część Francji. Ponieważ jednak dostałem się tam przez furtkę smutku, cierpienie moje uczyniło mnie całkowicie do takich uczuć niezdolnym. Wśród wszystkich radosnych obchodów widziałem zawsze w głębi sceny Marię siedzącą w zamyśleniu pod swą topolą i prawie już dojechałem do Lyonu, nim zdołałem rzucić na nią cień zapomnienia.
Czułości miła! Niewyczerpane źródło wszystkiego, co cenne w naszych radościach i wartościowe w smutkach!

Ty to przykuwasz męczennika swego łańcuchem do więziennego łoża — i ty unosisz go do Nieba — wieczystej krynicy naszych uczuć! Tutaj odnajduję cię — i oto czuję, jak bóstwo twoje budzi się we mnie — nie przeto iż w pewnych smutnych, rozdzierających chwilach „dusza moja wzdryga się przed samą sobą i prze rażona cofa się przed zagładą" — pusty to przepych słów! — lecz przeto iż czuję, że poza mną istnieją szlachetne radości i troski. Wszystko pochodzi od ciebie, wielkie, wielkie Sensorium świata! które wibrujesz, skoro tylko komuś z nas włos spadnie z głowy w najdalszej pustyni stworzonego przez ciebie świata. Tobą natchniony, Eugeniusz odsuwa firankę mego łóżka, kiedy jestem chory; słucha, jak opowiadam mu o swych objawach, a potem twierdzi, że jego rozstrojonym nerwom winna jest niepogoda. Udzielasz się niekiedy i najbardziej nieokrzesanemu chłopu, który wędrując przez najdziksze góry znajduje rozdarte jagnię z cudzego stada. W tej chwili widzę go, jak opiera głowę o zakrzywioną laskę pasterską i w litościwym pochyleniu spogląda na jagnię. — O, gdybym był. nadszedł o jedną chwilę wcześniej! — Jagnię krwawi śmiertelnie, a wraz z nim krwawi jego szlachetne serce.
Pokój tobie, wielkoduszny pasterzu! Widzę, że odchodzisz z rozpaczą w sercu — lecz radości twe ją zrównoważą, gdyż szczęśliwa jest twoja chata, szczęśliwa towarzyszka, która ją z tobą dzieli, i szczęśliwe jagniątka, które koło was igrają.

WIECZERZA
Gdyśmy zaczęli wjeżdżać na górę Taurira, jednemu z koni obluzowała się podkowa u przedniej nogi, przeto pocztylion zsiadł, oderwał podkowę i włożył ją do kie-
szeni. Ponieważ mieliśmy jechać pod górę jakieś pięć czy sześć mil, a na siły owego konia liczyliśmy najwięcej, obstawałem przy tym, by założyć na powrót podkowę, jak się da. Że jednak pocztylion wyrzucił był gwoździe, a bez nich młotek, który znaleźliśmy w skrzynce pod kozłem, nie na wiele się zdał — ustąpiłem i pojechaliśmy dalej.
Nie ujechaliśmy i pół mili wyżej, kiedy natrafiwszy na kawałek drogi wysypany ostrymi kamieniami, biedne konisko zgubiło jeszcze jedną podkowę, i to z drugiej przedniej nogi. Wówczas poważnie zaniepokojony wysiadłem z kolaski i widząc o blisko ćwierć mili na lewo od drogi jakieś domostwo, z wielkim zachodem nakłoniłem pocztyjiona, by tam zajechał. Gdyśmy się zbliżyli, wygląd domu i całego obejścia wprędce pogodził mnie z tą katastrofą. Była to mała zagroda, którą otaczało jakieś dwadzieścia akrów winnic i tyleż pola. Tuż przy domu po jednej jego stronie był półtoraakrowy warzywnik, który mógł zaopatrzyć obficie dom francuskiego chłopa. Po drugiej zaś stronie rósł mały lasek dostarczający paliwa, na którym można było jadło przyrządzić. Była mniej więcej ósma wieczór, kiedy zajechałem do tego domu; zostawiłem więc pocztyliona, by uporał się, jak mógł, ze swoją sprawą — a sam wszedłem prosto do domu.
Rodzina składała się ze starego siwowłosego człowieka i jego żony, pięciu czy sześciu synów i zięciów z żonami oraz wesołej gromady ich potomstwa.
Siedzieli wszyscy razem nad zupą z soczewicy; na środku stołu leżał duży bochen pszennego chleba, a dzbany wina stojące na obu końcach obiecywały radość we wszystkich stadiach posiłku: była to uczta miłości.
Starzec wstał na moje spotkanie i z pełną uszanowania serdecznością zaprosił mnie, bym siadł przy stole.
Serce moje zajęło tam miejsce od pierwszej chwili, gdy wszedłem do izby; usiadłem więc od razu, jak bym należał do rodziny, i chcąc jak najprędzej wejść w ową rolę, natychmiast pożyczyłem od staruszka nóż i wziąwszy bochenek ukrajałem sobie zdrowy kęs. Gdym to uczynił, ujrzałem we wszystkich oczach świadectwo nie tylko zacnej gościnności, ale . gościnności połączonej z wdzięcznością, że najwidoczniej o niej nie wątpiłem.
Czy to właśnie, czy też — powiedz, Naturo — coś innego sprawiło, że kęs ten wydał mi się tak słodki? I jakimże czarom zawdzięczam, iż łyk wina, który pociągnąłem przy tym z ich dzbana, smakował tak rozkosznie, że do tej pory czuję go na podniebieniu?
Jeżeli wieczerza przypadła mi do smaku, to modlitwa dziękczynna, która po niej nastąpiła — jeszcze o wiele więcej. :

MODLITWA DZIĘKCZYNNA
Kiedy było już po kolacji, starzec zastukał w stół trzonkiem noża, polecając im w ten sposób przygotować się do tańców. Na ów sygnał kobiety i dziewczęta pobiegły natychmiast wszystkie razem do dalszej izby, aby upiąć włosy, a młodzieńcy skoczyli na dwór umyć twarze i zmienić saboty — i w trzy minuty kto żyw stał gotowy na niewielkim placyku przed domem. Staruszek i jego żona wyszli na ostatku i wziąwszy mnie między siebie zasiedli w pobliżu drzwi na ławce z ziemi pokrytej darnią. Jakieś pięćdziesiąt lat temu staruszek był nie lada mistrzem gry na gęślach, a i w obecnym swym wieku przygrywał na nich do tańca zupełnie dobrze. Żona od czasu do czasu przyśpiewywała coś do wtóru; przery-
wała, a potem na nowo sekundowała swemu staruszkowi, podczas gdy przed nimi tańczyły dzieci i wnuki.
Dopiero w połowie drugiego tańca, widząc, jak przystają niekiedy w pląsie i wszyscy jak gdyby wznoszą oczy do nieba, zauważyłem u nich — jak mi się zdawało — uniesienie ducha inne od tego, jakie bywa przyczyną lub skutkiem zwykłej zabawy. Słowem, wydało mi się, że dostrzegam religię przymieszaną do tańca. Że jednak nigdy dotąd nie widziałem jej w tej roli, byłbym poczytał to teraz za jedno z mamideł mojej wyobraźni, która ustawicznie w błąd mnie wprowadza, gdyby nie starzec, który po skończonym tańcu powiedział, iż taki jest ich stały zwyczaj: przez całe życie miał zasadę po wieczerzy wzywać rodzinę do tańca i wesela, wierząc — jak mówił — że pogoda i zadowolenie jest najlepszym dziękczynieniem, jakie okazać może niebu niepiśmienny chłop.
— I uczony prałat również — powiedziałem.

DELIKATNA SPRAWA
Skoro stanąłeś na wierzchołku góry Taurira, wypada ci potem pomknąć w dół do Lyonu — a wtedy żegnaj, szybka jazdo! Jest to podróż wymagająca ostrożności; sentymentom zaś lepiej jest, gdy z nimi nie spieszyć. Zawarłem tedy umowę z przewoźnikiem, by zaprzągł parę mułów do mej kolaski i powok, bezpiecznie przewiózł mnie przez Sabaudię do Turynu.
Biedni, cierpliwi, spokojni, zacni ludzie! Nie lękajcie się; świat nie pozazdrości wam biedy, skarbnicy waszych prostych cnót, i nie zrobi najazdu na wasze doliny. — Naturo! mimo wszystkich twych kaprysów przecież życzliwa jesteś dla stworzonego przez siebie ubóstwa. Zajęta wielkimi dziełami, niewiele zostawiłaś tu
w dani dla kosy i sierpa — ale tej odrobinie zapewniasz bezpieczeństwo i opiekę; i miłe są siedziby korzystające z takiej ochrony.
Niech utrudzony wędrowiec da upust skargom na nagłe skręty i niebezpieczeństwa twych dróg — twych skał — twych przepaści, na trudy wspinania się i okropności zejść, na nieprzystępne góry i na katarakty spychające z ich szczytów wielkie głazy i zagradzające mu drogę. Chłopi pracowali dzień cały nad usunięciem takiego zwaliska pomiędzy St. Michael i Madane; a kiedy mój przewoźnik stanął w tym miejscu; brakowało jeszcze dwóch godzin do utorowania jakiego takiego przejścia. Pozostawało tylko czekać cierpliwie. Noc była dżdżysta i burzliwa; na skutek tego oraz długiej zwłoki przewoźnik ujrzał się zmuszonym o pięć mil wcześniej, niż zamierzał, zajechać na postój do małej, lecz przyzwoicie wyglądającej gospody przydrożnej.
Rozgościłem się bez zwłoki w mojej sypialni, kazałem dobrze napalić na kominku, zamówiłem kolację i dziękowałem niebu, że nie trafiłem gorzej — gdy wtem zajechała kareta, a w niej jakaś dama i jej pokojówka.
Ponieważ nie było w domu innej sypialni, gospodyni bez wielkich ceremonii wprowadziła je do mojej mówiąc przy tym, że nie ma w niej nikogo prócz jednego pana, Anglika; że są tu dwa dobre łóżka oraz alkowa mieszcząca w sobie trzecie. Ton, którym wspomniała o tym trzecim łóżku, nie bardzo dobrze o nim świadczył; jednakże — mówiła — są trzy łóżka i tylko troje ludzi; mniema też, iż ten pan zrobi wszystko, aby rzecz cała dała się urządzić. Nie pozostawiłem damie ani chwili na odgadywanie, czy tak istotnie będzie: oświadczyłem natychmiast, iż uczynię wszystko, co w mojej mocy
Ponieważ to nie oznaczało całkowitego ustąpienia mojej sypialni, czułem się wciąż na tyle jej właścicielem, by mieć prawo sprawować honory domu. Zaprosiłem wiąc damę, by usiadła — zmusiłem ją do zajęcia najcieplejszego miejsca — zawołałem o więcej drzewa na ogień — kazałem też gospodyni powiększyć liczbę dań i uraczyć nas najlepszym winem.
Dama nie zdążyła i pięciu minut pogrzać się przy kominku, a już jęła odwracać głowę i rzucać spojrzenia na łóżka; im częściej zaś kierowała oczy w tę stronę, tym bardziej zakłopotane powracały w moją stronę. Współczułem jej — i sobie; gdyż już po paru minutach, zważywszy jej spojrzenia i samą sytuację, byłem nie mniej zakłopotany od damy.
Już sam fakt, że łóżka, w których mieliśmy leżeć, znajdowały się w jednym pokoju, wystarczał do wzbudzenia takiego stanu; jeszcze bardziej przygnębiało nas ich położenie. Stały bowiem równolegle i tak blisko siebie, że między nimi mieściło się tylko wiklinowe krzesełko. Co więcej, ustawione były blisko kominka i wystający komin z jednej, a duża belka przechodząca w poprzek izby z drugiej strony tworzyły dla nich rodzaj niszy, która bynajmniej nie odpowiadała delikatności naszych uczuć. Jeżeli coś jeszcze mogło pogorszyć sprawę, to to, iż oba łóżka były tak maleńkie, że niepodobna było marzyć, by dama i jej pokojówka mogły położyć się razem. Gdyby to było możliwe w którymkolwiek z nich — wówczas w moim leżeniu obok, choć niepożądanym, nie byłoby nic tak strasznego, nad czym wyobraźnia nie mogłaby się prześliznąć bez udręki.
Co do małej alkówki, dawała nam ona tyle pociechy co nic: była to wilgotna, zimna komórka z na pół wyrwaną okiennicą i oknem nie mającym ani szyby, ani przetłuszczonego papieru, który chroniłby przed burzą szalejącą tej nocy. Nie usiłowałem tłumić swego kaszlu, kiedy dama tam zaglądała. Tak więc sprawa sprowadzała się do następującej alternatywy: albo dama poświęci zdrowie dla uczuć i sama zajmie komórkę zostawiając łóżko sąsiadujące z moim pokojówce, albo też dziewczyna zajmie komórkę itd., itd.
Dama była rodem z Piemontu; miała około trzydziestki i zdrowe rumieńce na policzkach; pokojówka pochodziła z Lyonu, miała dwadzieścia lat i: była najbardziej fertyczną i żywą Frańcuzeczką, jaka kiedykolwiek chodziła po ziemi. Trudności istniały w każdym wypadku i przeszkoda w postaci głazu na drodze, która przywiodła nas w te tarapaty, jakkolwiek wielką zdawała się wtedy, kiedy chłopi ją usuwali, była drobnym kamuszkiem w porównaniu z tym, co teraz stało przed nami. Pozostaje mi tylko dodać, że fakt, iż byliśmy oboje zbyt delikatni, by podzielić się z sobą tym, co czuliśmy przy tej okazji, nie przyczyniał się do zmniejszenia ciężaru, który nas gnębił.
Zasiedliśmy do wieczerzy i gdybyśmy nie mieli do niej lepszego wina niż to, którego mogła nam dostarczyć mała sabaudzka gospoda, języki nasze byłyby spętane dopóty, dopóki nie rozwiązałaby ich absolutna konieczność. Że jednak dama miała w karecie kilka butelek burgunda, posłała pokojówkę po dwie z nich, tak że gdy kolacja była skończona i pozostaliśmy sami, uczuliśmy się natchnieni siłą ducha wystarczającą przynajmniej do tego, aby otwarcie pomówić o naszym położeniu. W ciągu dwugodzinnych negocjacji obracaliśmy je na wszystkie strony i rozważaliśmy je w najróżniejszym świetle. Na koniec ustaliliśmy ostatecznie wszystkie artykuły i żądania w formie i na sposób traktatu pokojowego. I było w nich — jak sądzę —nie mniej religijności i obustronnej dobrej woli niż w jakimkolwiek z traktatów, które do tej pory dostąpiły zaszczytu przejścia do potomności.
Były one następujące:
Po pierwsze: — Zważywszy, iż prawo do sypialni
spoczywa w rękach Monsieur, a on mniema, że łóżko najbliższe kominka jest najcieplejsze, obstaje więc przy tym, by dama zgodziła się je zająć.
Zgoda ze strony Madame, z zastrzeżeniem: że ponieważ firanki tego łóżka zrobione są z wiotkiego, przezroczystego materiału i wydają się ponadto zbyt skąpo skrojone, by dać się szczelnie zasunąć — pokojówka zamknie szparę bądź przy pomocy szpilek, bądź też igły i nici w sposób, który zostanie uznany za wystarczającą zaporę od strony Monsieur.
Po drugie: — Wymaga się, ze strony Madame, by jegomość przeleżał całą noc w szlafroku.
Odrzucono: ponieważ Monsieur nie posiada szlafroka; w torbie nie ma bowiem nic prócz sześciu koszul i pary spodni z czarnego jedwabiu.
Wzmianka o parze jedwabnych spodni spowodowała całkowitą zmianę tego artykułu; uznano bowiem spodnie za ekwiwalent szlafroka; tak więc zażądano i zgodzono się, bym leżał całą noc odziany w moje spodnie z czarnego jedwabiu.
Po trzecie: — Dama uparła się przy żądaniu, by Monsieur, skoro tylko spocznie w łóżku, a świeca i ogień zgasną, nie przemówił przez całą noc ani jednego słowa.
Zgoda. Pod warunkiem, że pacierze odmawiane przez Monsieur nie zostaną poczytane za naruszenie traktatu.
W traktacie powyższym zapomniany został jeden tylko punkt, mianowicie sposób, w jaki dama i ja mieliśmy się rozebrać i wejść do łóżek. Jeden był sposób dokonania tego: pozostawiam czytelnikowi domyślenie się go, zapewniając zarazem, że jeśli nie będzie on najdelikatniejszej natury, będzie to winą wyobraźni czytelnika — na którą nie po raz pierwszy w tym miejscu się uskarżam.
Otóż tedy, gdyśmy już leżeli w łóżkach, czy to sprawiła nowość sytuacji, czy co innego — nie wiem, ale tak się stało, że nie mogłem zamknąć oczu. Próbowałem spać na jednym i na drugim boku, przewracałem się i przewracałem, aż wreszcie w całą godzinę po północy, kiedy wyczerpały się i natura, i cierpliwość, powiedziałem — O mój Boże! —
— Złamałeś traktat, Monsieur — rzekła dama, która, podobnie jak ja, nie spała. Przeprosiłem tysiąckrotnie, lecz obstawałem przy zdaniu, iż był to tylko wykrzyknik. Ona upierała się, że było to zupełne naruszenie traktatu — ja zaś twierdziłem, że podpada to pod klauzulę do artykułu trzeciego.
Dama nie chciała bynajmniej odstąpić od swego punktu widzenia, choć przez to osłabiła swoją zaporę, gdyż w ogniu dysputy posłyszałem, jak trzy szpilki upadają z firanki na ziemię.
— Słowem i honorem ręczę, Madame — rzekłem wyciągając z łóżka rękę na znak potwierdzenia...
(Miałem dodać, iż za nic na świecie nie byłbym wykroczył przeciwko najszerszemu pojęciu przyzwoitego zachowania.)
Lecz pokojówka słysząc, iż się spieramy, i obawiając się, że z biegiem czasu nastąpią działania wojenne, wyśliznęła się po cichu z alkowy i w zupełnej ciemności podkradła się tak blisko do naszych łóżek, że dostała się w dzielące je wąskie przejście. Posunęła się już tak daleko, iż znalazła się na jednej linii ze swoją panią i ze mną...
Tak, że kiedy wyciągnąłem rękę, schwyciłem pokojówkę za...

Brak komentarzy: