Loading...

poniedziałek, 7 marca 2011

Wielość ideologii i antropocentryzm podstawą europejskiego sukcesu

W moim ostatnim artykule specjalnie przedstawiłem najbardziej znane zarzuty dotyczące średniowiecza. Bywały one uproszczone, chodziło mi bowiem o to by zdyskredytować tą epokę jako mogącą dostarczyć nam wzorów politycznych, a nie o by wydawać o niej generalny wyważony sąd. Ponieważ wszyscy uznali, że chodzi mi o to drugie, zapanowało powszechne oburzenie.

Zauważyłem, że jednym z powodów, dla których średniowiecze ma siłę atrakcyjną dla fideistycznej prawicy jest to, że stanowią one epokę w dużym stopniu jednolitą kulturowo. To znaczy społeczeństwo odkrywało przynajmniej od XII wieku prawo rzymskie, co wprowadziło nieco zróżnicowania, lecz głównym kołem zamachowym szeroko pojętej kultury pozostawał wówczas Kościół i jego nakazy. Tępiono oryginalność sądu jako herezje (masakra np. katarów), podporządkowując wszystko interesowi Kościoła, którego działania były zwykle motywowane politycznie, a nie moralno-religijnie. Sam fakt, iż była to epoka teocentryczna, przy jednoczesnym głębokim zaangażowaniu Papiestwa w politykę "świata tego" wywołuje u mnie pewien niesmak.

Powróćmy jednak do teocentryzmu. Ponieważ w centrum ówczesnego świata był Bóg, a nie człowiek, sprawy dotyczące świata doczesnego były często poświęcane na rzecz starań o zrozumienie znaczenia Biblii. Mówiąc wprost - człowiekiem elity epoki średniowiecza był nie Benjamin Franklin starający się zainstalować w Filadelfii skuteczny system kanalizacyjny, lecz duchowny zgłębiający sprawy świata tamtego, o którym nic tak naprawdę nie wiemy i wiedzieć nie możemy, więc uwaga mu poświęcona jest stratą czasu i energii ludzkiej. I to właśnie dlatego średniowiecze było zacofane. Gdybyż przynajmniej motywy religijne nakazywały nam, jak chcą luteranie, większą dbałość o naszych bliźnich - dbanie o polepszenie ich ziemskiego dobrobytu, rozdawanie jałmużny, tworzenie odpowiednich instytucji; przytułków, szpitali itd, lecz takie myślenie o religii pojawiło się dopiero wraz z devotio moderna (XIV), a potem z reformacją, która jest często uważana za efekt devotio moderna.

Po wielkiej pladze dżumy jaka wybiła 1/3 Europy, nastał zupełnie zrozumiały kryzys w wierze. Śmierć dotąd idealizowana i elegancka ukazała się jako masowy grób i biologiczna klęska. Spekulacje zostały wreszcie porzucone i starano się zrobić coś dla polepszenia bytu ludności- były to jednak dopiero początki. Reformacja to dalszy krok naprzód do zrozumienia potrzeb człowieka i dostosowaniu religijności do nich. Religia zaczęła być antropocentryczna - służyć człowiekowi, a nie "Bogu" - czyli Kościołowi i jego ziemskim interesom. Główną jednak zaletą reformacji było zróżnicowanie ideologiczne jakie ona przyniosła. Nie chodzi tu o to, że wiara w Boga powinna upaść, lecz by w codziennej polityce postępować tak jakby Boga nie było. To są sprawy ludzkie czynione przez ludzi i dla ludzi. Rozumiał to głęboko wierzący Ludwik XIV, który czynił wszystko dla dobrobytu swych poddanych, zbaczając z właściwego toru jedynie za podszeptem cwanych spowiedników (to oni namówili go do zakazania hugenotom ich kultu w 1685 r. i zniszczenia klasztoru Port-Royal-des-Champs w 1709-1710 r.). Porównajmy teraz stulecie Ludwika XIV z Descartesem, Pascalem, Molierem, Colbertem, Fouquetem, Racinem, de la Fontaine'm, Malabranche'm, Bossuetem, Fontenelle'm i Fenelonem ze stagnacją intelektualną nawet późnego średniowiecza - Johan Huizinga opisywał jak prymitywnie i płasko rozumowali Froissart i jego pokolenie.

Źródeł sukcesu Europy; handlowego, kolonialnego, ekonomicznego, cywilizacyjnego i naukowego upatruje się właśnie w tym wiecznym niepokoju między rozmaitymi wizjami świata jakie Europejczycy mogą przyjmować. Warto skonfrontować ekspansję Europy i postęp naukowy XV-XVIII wieku nie tylko ze stagnacją średniowiecza i bezbronnością średniowiecznego chrześcijaństwa wobec tureckiej ekspansji, ale także z islamską stagnacją intelektualną dawną i dzisiejszą. W świecie islamu cała moralność i prawa pochodzą z Koranu, co powoduje, że dyskutować można tam tylko o STOPNIU w jakim pojmuje się religijne nakazy, nie ma natomiast sporu między autorytetami, ponieważ w takim układzie nie może istnieć pluralizm moralny. Dlatego islam jest porównywany m.in. przez Geerta Wildersa do europejskich totalitaryzmów z ich uproszczoną i jednostronną wizją człowieka - wizją totalną. Reformacja i oświecenie przyniosły Europie większy jeszcze pluralizm systemów moralnych, co dodało energii twórczej europejskiej ekumenie. Umysł europejski hartuje się i rozwija w nieustannych sporach między liberałem i integrystą, socjalistą a konserwatystą, oświeceniowcem i romantykiem - i to jest dobre i twórcze.

Integryzm - czyli anty-modernizm religijny zawiera w sobie złowieszcze słowo-klucz: "integralny". Integryści chcą by znów było tak jak w średniowieczu, by autorytet był jeden i dobrze pilnowany przed herezją. Chcą oni by Europa znów zaległa w dogmatycznej śpiączce (a pamiętajmy co Kant mówił o "dogmatycznej drzemce", z której wyrwały go nowe pisma Hume'a). Konkurencja ideologii wytwarza typowo europejskie wieczene napięcie wewnętrzne, które jest nieskończenie twórcze. Co szkodzi tym poglądom rozkwitać np. pod parasolem ochronnym jakiejś rozsądnej władzy np. monarchii absolutnej, lub chociaż konstytucyjnej.

Zwolennicy totalnej kultury z totalnym autorytetem nie rozumieją tego. Chcą oni by człowiek odpoczął sobie i zawiesił myślenie na kołku. Totalniacy znajdują się dziś przede wszystkim na lewicy, tak jakby integryzm chrześcijański miał swoje lewicowe wydanie. W dodatku "Europa" do edycji NEWSWEEKa-Polska (paźdz. 2010 nr 10 (295) zamieszczono wywiad z Borisem Groysem profesorem estetyki, urodzonym w NRD rosyjsko-niemieckim intelektualistą. Wywiad dotyczył rzekomych kwestii sprzeczności religii z liberalnym światopoglądem. Groys np. zarzuca liberalizmowi, że odpowiada tylko na potrzeby związane z życiem jednostki, całkowicie negując potrzeby związane ze sferą śmierci, skąd, jego zdaniem ma wypływać obecny powrót religii do ideologii państwowych (islam i ewangelikalne chrześcijaństwo). Boris Groys zauważa, że liberalizm pojmuje świat linearnie jako stały Condorcetowski postęp (co jest błędna, jak twierdzi Groys, gdyż prowadzi do nieudanych prób wyzerowania rzeczywistości i czasu jak za rewolucji francuskiej czy rosyjskiej), podczas gdy religia ujmuje go cyklicznie; rodzimy się, rośniemy, dojrzewamy, pobieramy, starzejemy, umieramy, rośnie kolejne pokolenie), stad wnioskuje, że tylko nieśmiertelność (tj. jeśli medycyna zapewni ją człowiekowi) "zabije religię", tj. ta ostatnia nie będzie już potrzebna, bo liberalizm czyli postęp odpowie na wszystkie potrzeby.

Groys wpada w neo-marksistowski dyskurs, gdy mówi o tym, że liberalizm "interesuje się człowiekiem tylko tak długo jak ów żyje, gdyż martwy niczego już nie kupi", sprowadzając wzorem Marksa liberalizm do doktryny czysto ekonomicznej i wspomina, że intelektualiści lewicy tacy jak np. Slavoj Zizek przynajmniej próbują odpowiedzieć jakoś na problem śmierci nawiązując do tekstów religijnych np. Św. Pawła. (dla mnie jako deistycznego prawicowego liberała jest to naturalny moment gdy irracjonalna zideologizowana lewica czerpie z przestarzałych religijnych wizji świata, dla p. Groysa to (typowo marksistowska) ciekawa koncepcja zaatakowania liberalizmu "z prawej strony" (jakby religijność stanowiła o prawicowości to co powiemy o wyrównywaniu społecznym Savonaroli).

Problem Groysa polega na tym, że jest on "człowiekiem totalnym" (napisał nawet szereg książek wymierzonych przeciw hipokryzji i jedną o Stalinie jako o Gesamtkunstwerk), tj. takim, który chciałby by człowiek żył w ramach jednej "spójnej" ideologii. Liberalizm, jak sam zauważa, oddający sferę śmierci/cykliczności religii nie jest w tym sensie spójny.

Pan Groys wyraźnie zagubiony w pluralistycznym świecie nie pojmuje (lu udaje, że nie pojmuje), że liberalizm nie polega na konsumpcjonizmie, lecz na wolności. Z założenia nie wtrąca się on do sfery prywatnej (Locke, Voltaire) i pozwala jednostce czcić to co mu się podoba uznając utylitarną moralną rolę religii (Burke), która jest dziełem ludzkim tak samo jak filozofia (Hume). Siła liberalizmu polega właśnie na tym podziale, i na tym braku pretensji do objęcia wszystkich sfer życia materialnego i duchowego, tak jak siła cywilizacji europejskiej polegała na tym, że prawo przyszło do na z pogańskiego Rzymu, Anglii i Skandynawii, a religia z Judei.

Ten wewnętrzny niepokój intelektualny jest niesamowicie twórczy; a przynajmniej tak samo twórczy, jak wielki jest marazm świata muzułmańskiego, gdzie religia kontroluje wszystkie dziedziny życia (zupełnie jak komunizm czy nazizm/rasizm państwowy), a problem religijny roztrząsany przez imamów staje się od razu problemem społecznym. Liberalizm sprzeciwił się "politycznej władzy religii" (Pierre Manent) i chwała mu za to. Świat Savonaroli szczęśliwie odszedł do lamusa osierocając różne słabe umysły w rodzaju Groysa, odgrywającego rolę kieszonkowego Habermasa.

Brak komentarzy: