Loading...

wtorek, 21 sierpnia 2012

Protosocjalistyczna koncepcja wolności i własności Rousseau a analogiczne teorie polskiego jakobina Hugo Kołłątaja


19. Piotr Napierała, "Protosocjalistyczna koncepcja wolności i własności Rousseau a analogiczne teorie polskiego jakobina Hugo Kołłątaja", w: A. Wątor, E. Krasucki, T, Sikorski (red.), Polska Lewica. Koncepcje ludzie działalność. Tom 1-2, Wydawnictwo: Atut Wrocław 2012, t. I, s. 11-26.

Tekst ten powstał w celu zbadania analogii między początkami francuskiej i polskiej radykalnej myśli lewicowej. Rousseau został tu wybrany jako najwybitniejszy przedstawiciel tej pierwszej i autor, do którego nawiązuje w swych ideach i działaniach dzisiejsza socjaldemokracja, Kołłątaj zaś, jako radykalny, jak na ówczesne polskie warunki, reformator Polski szlacheckiej i teoretyk często nawiązujący do współczesnej mu zachodniej myśli politycznej i społecznej. Czy fakt, że do Rousseau nawiązywali krwawi francuscy jakobini, a Kołłątaja nazywano „polskim jakobinem”, który jako działacz polityczny, musiał nieco hamować własny radykalizm, to trafna analogia czy przypadek? Jaką wizję wolności i własności miał Kołłątaj? Czy odpowiadała ona założeniom Rousseau?

„Obywatel Genewy” Jean Jacques Rousseau (1712-1778) miał typowo buntowniczą osobowość. Jego ojciec nie interesował się zbytnio jego losem czy wykształceniem, więc Rousseau miał poczucie, że tak naprawdę wychowała go Genewa, wobec której żywił zawsze głęboko patriotyczne uczucia, i której ustrój zalecał jako wzór do naśladowania dla innych państw.

Rousseau nie akceptował rzeczywistości politycznej swych czasów i już jako młody człowiek darzył ją głęboką wzgardą, będąc jednocześnie przekonanym o własnej prawości i wyjątkowości. Tematy polityczne zajmowały myśliciela już od czasu jego pobytu w Wenecji (1743-1744) w charakterze sekretarza posła francuskiego przy Republice Weneckiej Pierre’a Françoisa de Montaigu (1692–1764) . Rousseau był fatalnym sekretarzem. De Montaigu twierdził, że jego sekretarz ma paskudny charakter i złe podejście do ludzi, a przy tym uważa się za Bóg wie kogo i nigdy nie ma sobie nic do zarzucenia. Ambasador sugerował też, że Rousseau nie jest w pełni zdrów psychicznie i wróżył mu ubóstwo, ponieważ z jego charakterem nie utrzyma się w żadnej pracy. Być może tym co najbardziej drażniło dyplomatę, było to, że gdy podczas dyktowania swemu sekretarzowi jakiegoś pisma, Rousseau miał zwyczaj ostentacyjnie ziewać lub przechadzać się koło okna .

Jeszcze w 1750 roku był postacią nieznaną, w przeciwieństwie do swego przyjaciela Diderota, lecz w tym właśnie roku jego rozprawa zdobyła pierwszą nagrodę akademii w Dijon. Na pytanie konkursowe, czy rozwój sztuk i nauk dał człowiekowi szczęście, Rousseau ku zaskoczeniu wszystkich odpowiedział negatywnie. Jego filozofia podążała dalej tym tropem; kilka lat potem światło dzienne ujrzała „Rozprawa o pochodzeniu i podstawach nierówności między ludźmi” (Discours sur l'origine et les fondements de l'inégalité parmi les hommes - 1755), w której Rousseau przedstawia swój pogląd na to jak mogło narodzić się społeczeństwo cywilizowane, tj. takie, w którym występuje własność prywatna. Rousseau nie daje w tej pracy świadectwa wiary w możliwość odwrócenia tych zmian .

Swój program pozytywny Rousseau przedstawił w wydanej w 1762 roku w „Umowie społecznej” (Du contrat social), nad którą pracował już od 1754 roku.
Niemal na samym początku lektury tego dzieła napotykamy zdanie: „Człowiek urodził się wolny, a wszędzie jest w okowach”, odnoszące się do pradawnego stanu natury, niemożliwego do odtworzenia . Następnie Rousseau dowodzi, że organizm polityczny/społeczeństwo (on używa pojęcia „ciało polityczne”) może powstać jedynie dobrowolnie na zasadzie umowy, a nie przez podbój ponieważ w takim przypadku nie ma ciała politycznego, a jedynie pan i jego niewolnicy, a przecież „…wyrazy niewolnik i prawo się wykluczają… ”. Następnie dochodzimy do dobrowolnej umowy społecznej:

„...Znaleźć formę zrzeszenia, która by broniła i chroniła całą wspólnotę i dobro każdego członka i w której każdy, łącząc się ze wszystkimi, słuchałby jednak tylko siebie i pozostał równie wolny jak poprzednio, oto jest problem zasadniczy, który rozwiązuje umowa społeczna...ponieważ każdy oddaje się w zupełności, sytuacja jest równa dla wszystkich ...”.

W myśli Rousseau, ten „który oddaje się wszystkim nie oddaje się nikomu”. W oczach liberała rozważania te to gotowy przepis na „tyranię większości”, czy nawet totalitaryzm. Filozof prawdopodobnie nie był sobie w stanie wyobrazić jak działa demokracja nie-patrycjuszowska. Nad wspólnotą miałby czuwać zwierzchnik, którego władza byłaby teoretycznie nieograniczona, lecz w praktyce miałaby być kontrolowana przez wspólnotę (z nieutopijnego punktu widzenia patrząc należało by raczej powiedzieć odwrotnie). Następnie docieramy do najbardziej „złowieszczego” fragmentu dzieła:

„...Aby...umowa społeczna nie była pustą formułą, zawiera ona zobowiązanie, które jako jedyne może nadać moc obowiązkom innym, jeśli ktokolwiek odmówi posłuszeństwa woli powszechnej, będzie do tego zmuszony przez całe ciało, co nie oznacza nic innego jak tylko to, że będzie zmuszony do wolności ...”.

Jeśli dodać do tego to co juz wiemy, czyli niechęć Rousseau do istnienia partii politycznych (które popierał liberalny Voltaire), widzimy, że Genewczyk odmawia niezadowolonym jakiejkolwiek możliwości obrony czy sprzeciwu wobec „woli powszechnej”, co przywodzi na myśl rewolucyjne upiory rewolucji francuskiej („Lyon zbuntował się przeciw wolności, Lyonu juz nie ma”). Nie ma ciał pośredniczących, o jakich pisał i jakie wychwalał Montesquieu . Jest więc tylko jednostka i rząd, który rzekomo wykonuje swe obowiązki zgodnie z „wolą powszechną”, a więc taki przeciw któremu buntować się byłoby niezgodne z rozumem. Dlaczego nie mogłyby istnieć konkurencyjne partie a nawet rządy? Dlaczego nie pozostawić jakichś grup uprzywilejowanych (parlamenty?), które mogłyby miarkować zapędy ludu i posłusznego mu rządu. Dlaczego nie pozostawić choćby w cząstkowej formie jakiejś innej (najlepiej transcendentnej) legitymizacji władzy i moralności poza ta opartą na woli ludu? Naiwność Rousseau względem mądrości i moralności ludu jest wręcz niebotyczna, ale zachowuje on konsekwencję w wyborze swojej wersji wolności, tj. tej wolności rozumnej, jaką może zapewnić jedynie uczestnictwo we wspólnocie umowy społecznej:

„...Przez umowę społeczną traci człowiek swoją wolność przyrodzoną i nieograniczone prawo do wszystkiego, co go nęci i co może osiągnąć, zyskuje natomiast wolność społeczną i własność nad wszystkim co posiada... ”.

Rousseau tworzy nie tylko nowe rozumienie słowa wolność, ale i nową moralność i nowy sposób patrzenia na świat uznający, że wspólnota polityczna jest czymś więcej niż zbiorem indywidualnych jednostek i posiada jakąś „wolę powszechną” różną i lepszą od sumy prywatnych życzeń jednostek, zapowiada to przeciwstawianie przez socjalistów „sprawiedliwości społecznej” indywidualnemu poczuciu sprawiedliwości u każdego z obywateli. Filozof wprawdzie dostrzega ten problem, lecz twierdzi, że wola powszechna jest to ta zgodna z interesem ogółu, z ominięciem partykularnych interesów; w którym momencie jednak wola prywatna wielu przekształca się w wolę powszechną wszystkich jednostek pojmujących „interes ogółu”? Do rozważań Rousseau o demokracji jeszcze przejdziemy; ale już zapytajmy, ponieważ tego problemu autor „Umowy” nie poruszył, jak wyobrażał on sobie demokrację i jak w ogóle można ją pojmować, jeśli nie jako system gdzie większość przegłosowuje mniejszość, a wiec system, w którym „wola prywatna” wielu decyduje o wszystkim ? Rousseau popełnia też wielkie przekłamanie sądząc, że człowiek we wspólnocie decyduje o sobie nadal, od razu wiadomo, że od chwili wejścia we wspólnotę może być mowa tylko o współdecydowaniu; a jaką kontrolę ma jednostka nad wspólnotą?
Rousseau, myśliciel o inklinacjach demokratycznych, mógł zamiast tworzyć utopię bazującą na mitycznej woli ludu i równie mitycznej woli powszechnej wspólnoty, w której wolność jest jakoby zachowana, poszukać konkretnych zalet ustroju demokratycznego przyznając uczciwie, że opiera się on, jak każdy inny, na przymusie:

„Przyznaję, że z tego, co każdy przez umowę społeczną oddaje, swojej mocy, swych dóbr, swej wolności, tylko część potrzebna jest wspólnocie; ale trzeba przyznać również, że tylko zwierzchnik jest sędzią w sprawie tej potrzeby. Wszystkie usługi, jakie obywatel może oddać państwu, winien natychmiast wykonać, skoro państwo tego żąda. Jednakże zwierzchnik nie może obarczać poddanych żadnym ciężarem niepotrzebnym dla wspólnoty. Nie może nawet chcieć tego, bo wobec praw rozumu nic nie powstaje bez przyczyny, podobnie jak przy prawach natury ...”.

Innymi słowy, państwo może zażądać własności obywatela, kiedy tylko zechce i w jakim stopniu zechce, a powstrzymać je mają jedynie mrzonki o sile rozumu ludzkiego, pamiętać również należy, że jako prawowitą własność rozumie Rousseau, jedynie tą, którą użytkuje się jako członek wspólnoty, a każda inna jest jedynie własnością „na prawie pierwszego zajęcia”, jak u człowieka, który jako pierwszy ogrodził swe pole i powiedział „moje” , a więc niemal uzurpacją, oparta na sile, a nie na mocy prawa. Widać, że indywidualista nie będzie miał gdzie się skryć (ani jak się sprzeciwić) przed państwem Rousseau. Spójrzmy kim jest rząd takiego państwa czyli zwierzchnik:

„...Czymże jest właściwie akt zwierzchnictwa? Nie jest to układ przełożonego z podwładnym, ale układ całości z każdym ze swych członków; układ prawowity, bo opiera się na umowie społecznej; słuszny, bo wspólny dla wszystkich; korzystny, bo przedmiotem jego może być tylko dobro powszechne; i trwały, bo posiada gwarancję w sile publicznej i władzy najwyższej. Dopóki poddani polegają tylko takim układom, nie słuchają nikogo prócz własnej woli. Dlatego zapytać o to, jak daleko rozciągają się odnośne prawa zwierzchnika i obywateli, znaczy tyle co pytać, jak dalece ci ostatni mogą się zobowiązywać wobec siebie samych, każdy wobec wszystkich i wszyscy wobec każdego ...”.

Ludzie żyjący w XXI wieku dobrze znają te zobowiązania podejmowane „w ich imieniu” przez władze demokratyczne. Wizja Rousseau zupełnie nie bierze pod uwagę ludzkiej natury, czy też interpretuje ją na sposób skrajnie optymistyczny, dlatego jest ona jeszcze daleko bardziej utopijna niż „Miasto słońca” Tommaso Campanelli, nie wspominając już o dość konkretnie zarysowanej utopii More’a. Społeczeństwo Rousseau jest tak idealne, ich wola tak absolutna i doskonała, a współpraca ludu tak bezkonfliktowa, że przystaje bardziej do warunków księżycowych niż ziemskich, dlatego, jak wspomina Pierre Gaxotte, Rousseau, zauważywszy, że nie brak tych, którzy chcą urzeczywistnić jego wizje, odwołał swe poglądy w liście do d’Alemberta, który, jednak, nie odważył się nagłośnić wolty umysłowej „obywatela Genewy ”.
Nie wiadomo dokładnie jak daleko sięgały komunistyczne wizje Rousseau, lecz warto zauważyć, że ignorował on niemal całkowicie wagę sił rozmaitych grup nacisku na państwo (choćby bogaczy), skoro je ignoruje to znaczy, że wprowadzenie jego planu wymagałoby daleko idącego uproszczenia modelu społeczeństwa.

Najbardziej konkretne fragmenty „Umowy społecznej” dotyczą osoby i stanowiska prawodawcy oraz poszczególnych form rządu. Prawodawca u Rousseau, który sam uważał się za potencjalnego prawodawcę narodu francuskiego (i nie tylko francuskiego), powinien być mocen „zmienić naturę ludzką” na lepszą. Prawodawca nie powinien być władcą, ani władca prawodawcą, lecz pełnego Monteskiuszowskiego rozdziału władz u Rousseau nie znajdziemy, podobnie jak wspomnianych już „ciał pośredniczących” . Rousseau wierzył, że lud może stać się lepszy i mądrzejszy, a tym, którzy będą podśmiechiwać się z tego jak łatwo jest zwieść Paryżan czy Londyńczyków pustymi hasłami i obietnicami, odpowiada, że mądry lud szwajcarskiego Berna z pewnością „powiesiłby Cromwella ”, skąd zapewne bierze się wiara myślicieli typu Johna Stuarta Milla, że do demokracji można „dorosnąć” .

Władza wykonawcza jest u Rousseau oddzielna od ustawodawczej, lecz (inaczej niż u Montesquieu) całkowicie jej podporządkowana ; przerost legislatywy jest przypomnijmy, charakterystyczny dla demokracji, ustrój demokratyczny nie jest jednak specjalnie chwalony przez Rousseau, który uznaje go za odpowiedni dla państw bardzo małych, gdzie wszyscy mogliby się zbierać na głosowania , niczym w do dziś stosujących demokracje bezpośrednia, niektórych gminach szwajcarskich. Rousseau uznaje też demokrację za ustrój bardzo płynny i przez to nietrwały, zdecydowanie preferuje arystokrację, lecz jedynie obieralną, dziedziczna jest dlań bowiem najgorszym możliwym ustrojem. Z możliwych modeli monarchicznych, akceptuje jedynie władzę monarchy podporządkowanego ludowi i wykonywającego jego wolę, martwi go jednak to, ze tak jak w republice do władzy dochodzą do władzy ludzie światli, tak w monarchii są to zwykle „małe szlemy i intryganci”. Pozostaje znów przypomnieć, że poza szwajcarskimi (i wenecką) demokracjami patrycjuszowskimi, a więc na wpół arystokracjami, nie znał Rousseau republik . By dodatkowo poprzeć argumenty za uznaniem Rousseau za ojca lewicowych totalitaryzmów wypada wspomnieć o braku potępienia dla cenzury (podczas gdy Voltaire zwalczał ją przez całe życie) i przypisania jej pewnej roli uszlachetniającej, czyli jak dziś powiedzielibyśmy, wychowawczej.

Wydaje się, że bardziej oryginalny był Rousseau jako rehabilitator człowieka żyjącego w stanie natury zapładniający myśl takich autorów jak Bernardin de Saint-Pierre i umysły przedstawicieli epoki romantyzmu, niż jako republikanin o tendencjach komunistycznych.

W 1755 roku wydane zostało bowiem dzieło niejakiego Étienne-Gabriel Morelly , o którego życiu nic prawie nie wiadomo i którego dzieła były długo przypisywane m.in. Diderotowi. Tak jak Rousseau, był Morelly wielbicielem stanu natury, uważał jednak, że można go w dużym stopniu przywrócić , likwidując własność prywatną, dzieląc kraje na prowincje, miasta, plemiona i rodziny – po równo plemion w każdym mieście itd. Występował przeciw chciwości – największemu i „właściwie jedynemu złu, z którego wywodzą się wszystkie pozostałe”. Za przejawy chciwości uważał uzurpacje władzy (monarchowie, arystokraci zabierający ją ludowi) i umiłowanie zbytku; nie byłby bowiem moralistą osiemnastowiecznym, gdyby nie planował przepisów ograniczającym zbytek. Jedna rzecz szczególnie zbliża go do Rousseau, mianowicie przekonanie, że ustanowienie republiki nie pozbawia jej mieszkańców wolności, lecz ją pozwala ochronić:

„...Gdyby ktoś chciał uważać zależność między członkami ludzkiej społeczności ... za objaw braku wolności lub jej ograniczenia, to musiałby chyba uważać łączność oraz wzajemną zależność żywego organizmu za objaw braku siły. Te związki ... zwiększają i podtrzymują moc obywatelskiej wolności; one to kruszą przeszkody, na które, pozbawiona przemocy, natrafiałaby bezustannie nasza bezsilność ...”.

Podobnie jak Rousseau i Morelly rozumował Gabriel Bonnot de Mably (1709-1785), republikanin i utopijny komunista, wierzący, że zniesienie własności prywatnej równałoby się także zniesieniu egoizmu i chciwości . Mably atakował też partyjnictwo; bardzo w duchu epoki; w której nazywano partie pogardliwie „sektami” . Jedynie Voltaire twierdził, że partie są dobre, gdyż kontrolują się nawzajem, był to zapewne wpływ angielskiej koncepcji ustrojowej .

Sam Rousseau nigdy nie brał bezpośredniego udziału w wielkiej polityce (w przeciwieństwie do Kołłątaja), a co dopiero w dziele wielkiej inżynierii społecznej opartej na własnych teoriach ale jakobini korzystali z jego teorii. Najbardziej złowieszcze upiory jakobińskiego terroru: „nie ma wolności dla wrogów wolności” i „Lyon zbuntował się przeciw wolności, Lyonu już nie ma” bezpośrednio wyrastają z przekonania Rousseau, że tych, którzy nie zamierzają uczestniczyć we współrządzeniu wspólnota i w uczestniczeniu w niej należy „zmusić do wolności” .
Od Rousseau, lewica rewolucyjna przejęła też przekonanie, że na wpół mityczny „prawodawca” (Likurg czy Robespierre) jest w stanie dokonać gruntownej reformy nie tylko ustroju politycznego i społecznego, ale nawet samego rodzaju ludzkiego i typowych dla niego cech – przytoczmy tu mowę Robespierre’a z 5 lutego 1794 roku:

„...Chcielibyśmy zastąpić w naszym kraju egoizm-moralnością ; banalne poczucie honoru-uczciwością; przyzwyczajenie-zasadą; ceremoniał-obowiązkiem; tyranię obyczaju-potęgą rozsądku; wyniosłość-odwagą; próżność-tolerancyjnością; umiłowanie pieniędzy-umiłowaniem sławy; intrygę-zasługą; zarozumiałość-talentem; pozory-prawdą ... ”.

Zanim zaczniemy przyglądać się polskiemu jakobinizmowi i początkom polskiej lewicy, warto przypomnieć kim właściwie był „polski Robespierre”. Hugo Kołłątaj (1750-1812), drobny szlachcic rodem z Wołynia był przede wszystkim naukowcem, reformatorem systemu edukacji i politykiem zajmującym się sprawami ekonomii i edukacji, a dopiero potem teoretykiem politycznym i społecznym. Nie znaczy to jednak, że jego poglądy były zlepkiem haseł jego epoki, wręcz przeciwnie, wypracował on własny system moralny dotyczący własności i prawa własności. Rozwinął też własną krytyczna analizę poglądów francuskich fizjokratów.

W 1768 Kołłątaj ukończył Akademię Krakowska ze stopniem doktora filozofii. Na uniwersytecie wiedeńskim uczęszczał na wykłady Karla Antona Martiniego (1726-1800), jednego z czołowych reprezentantów austriackiego „katolickiego oświecenia” i józefinizmu. Stanisław Macheta, choć wspomina o Martinim, nie zastanawia się nad wpływem jaki ten wybitny człowiek mógł wywrzeć na Kołłątaju . Martini był uczniem najwybitniejszego austriackiego teoretyka „kościoła państwowego” (Staatskirche) – podporządkowanego państwu i wychowujące dlań patriotów i właściwego twórcy józefinizmu Paula Josepha Rieggera (1705-1775). Austria i józefinizm jako inspiracja polskiej myśli politycznej oświecenia to dość słabo zbadany trop, mimo iż wyraźną sympatię do Józefa II i jego reform odczuwał m.in. Julian Ursyn Niemcewicz . Austriackie „oświecenie katolickie” (termin XIX-wieczny) stanowiło w wielu dziedzinach lepsze źródło inspiracji dla polskich teoretyków politycznych, aniżeli radykalne teorie francuskie.

We Włoszech Kołłątaj zetknął się także z merkantylistycznymi teoriami ekonomisty Ferdinanda Galianiego (1728-1787), a także z koncepcjami dawno już (w 1749 roku) zmarłego Giambattisty Vico dotyczącymi procesu rozwoju ludzkości i cywilizacji . W 1775 roku Kołłątaj, mimo oferowanych mu korzystnych warunków pracy w Rzymie, powrócił do Polski by przyczynić się do modernizacji jej szkolnictwa. Od 1777 roku został wizytatorem utworzonej cztery lata wcześniej Komisji Edukacji Narodowej. Na tym stanowisku często wchodził w zatargi z co bardziej konserwatywnymi duchownymi (m.in. biskupem Krakowa Kajetanem Sołtykiem) zirytowanymi coraz słabszą ich pozycją w dziedzinie edukacji.

Reformatorska myśl Kołłątaja miała ostrze antyklerykalne, materialistyczne i anty-teologiczne, co zdaniem Stanisława Machety wynikało z tego, iż sam Kołłątaj kształcił się w świeckim liceum w Pińczowie, a nie w jednej z licznych jeszcze wówczas szkół jezuickich, a przecież rozsądniej byłoby kojarzyć poglądy Kołłątaja z wpływem nauk Karla Martiniego, wszak józefinizm zakładał uczynienie z duchownych urzędników państwowych. Również wpływowi Martiniego można by przypisać nacisk jaki Kołłątaj kładł na używanie języka ojczystego zamiast łaciny („by kształcić Polaków a nie łacinników”).

Do 1786 roku, kiedy przyjechał Kołłątaj do Warszawy, zajmowały go głównie sprawy reformy edukacyjnej. Teraz zaangażował się na rzecz reform „obozu patriotycznego” publikując słynne „Listy Anonima”. Jego dom na Solcu stał się tzw. „Kuźnicą Kołłątajowską”, gdzie zbierali się najradykalniejsi zwolennicy reform, m.in. Franciszek Salezy Jezierski (1740-1791). Jej program oparty był na postulacie nowego podziału społeczeństwa, w oparciu nie o tytuły, lecz (jakby na wzór angielski) na posiadanej własności, co nobilitowało mieszczan . Kołłataj uważał, że lepiej niech on jako szlachcic i jemu podobni zorganizują rewolucję, niż gdyby miała nad Wisłą rozpętać się podobna anarchia jak w Paryżu .

Zarówno jego zwolennicy, jak i przeciwnicy nazywali Kołłątaja „polskim Robespierrem” i „jakobinem”. Czy był nim rzeczywiście? Pamiętnikarz Michał Mikołaj Hieronim Czacki herbu Świnka (1755-1828) pisał:

„…Kołłątaj, zdaniem wielu … za sejmu jeszcze konstytucyjnego, podzielał opinie polityczne jakobinów francuskich, jeżeli tak być miało, nadto był przezorny, żeby się komu bądź z tym zwierzał …”.

W przeciwieństwie do Rousseau, Kołłątaj był politykiem czynnym („statystą” – jak sam mawiał) i człowiekiem kompromisu. Czy był „polskim Rousseau” który jedynie ukrywał cześć swoich co radykalniejszych poglądów? Z jednej strony od 1790 roku współpracował z obozem królewskim i w 1792 roku, tak jak król Stanisław, uznał za stosowne zgłosić akces do Targowicy. Jednocześnie w 1793 roku, w pełni solidaryzował się z rewolucją francuską. W 1794 wszedł w skład rewolucyjnego rządu polskiego, gdzie dał się poznać jako człowiek „wierzący w naturalną dobroć ludu”; nawet gdy 27 i 28 czerwca 1794 roku w Warszawie dokonał się samosąd tłumu na porwanych przezeń z więzień przeciwnikach insurekcji, Kołłataj nie zgodził się z miłośnikiem dyscypliny Józefem Wybickim, który domagał się powieszenia „hersztów buntu”, twierdząc:

„…Lud ten dobry jest, obraża go przewłoka i opieszałość sądu, wszakże ufam, że sądowi z rąk władzy nie wydrze …”.

Trudno powiedzieć czy zdanie to oznacza akceptacje działań tłumu, czy też respekt przed nim, jako samodzielnym czynnikiem politycznym, trudnym do kontrolowania. Tymczasem nawet za granicą Kołłątaj zyskał już przydomek „jakobina”. Gdy na Węgrzech IgnácMartinovics (1755-1795) próbował wzniecić rewolucję, gubernator austriacki Harnocourt nazwał go „węgierskim Kołłątajem” . Po klęsce insurekcji Kołłątaj został 6 grudnia 1794 roku aresztowany przez Austriaków w Radymnie, gdy zmierzał przez Galicję i Węgry do Wenecji. W więzieniach austriackich przebywał aż do października 1802 roku. Ponieważ miał zakaz pojawiania się w dominiach Domu Habsburskiego, udał się na Wołyń, gdzie był współtwórcą Liceum Krzemienieckiego.

W pierwszych dekadach PRL wielu historyków próbował połączyć mocniejszymi więzami polskich i francuskich jakobinów, ściślej nawet niż wynikałoby to z faktów historycznych, a z szlacheckich reformatorów takich jak Jezierski czy Kołłątaj zrobić prawdziwych protosocjalistów. Leśnodorski próbował oczyścić polskich jakobinów z balastu negatywnych opinii o nich jakie dotarły do naszych czasów za pośrednictwem magnackich i konserwatywnych pism ulotnych , jednocześnie podkreślał m.in. wagę wpływu Rousseau na polską wczesną „lewicę”, w tym krytyki Rousseau wobec filozofów ściśle teoretycznych, lękających się wdrażać swe pomysły w życie .

W dobie Księstwa warszawskiego, Kołłątaj miał nadzieję na współpracę z Napoleonem, który mu jednak nie ufał. Sam Kołłątaj nie dał się jednak wciągnąć w anty-napoleońskie projekty Szaniawskiego i innych dawnych swych współpracowników.
Zdaniem Stanisława Machety, Kołłątaj stał się w pierwszej dekadzie XIX wieku coraz bardziej radykalny, ateistyczny i materialistyczny, o czym miały by świadczyć treści zawarte w jego ziele z 1810 roku zatytułowanym; Porządek fizyczno-moralny czyli nauka o należytościach i powinnościach człowieka wydobytych z praw wiecznych, nieodmiennych i koniecznych wydanym w krakowskiej drukarni Jana Maja. Zanim przejdziemy do bardziej szczegółowej analizy jego polityczno-społecznego światopoglądu, warto zaznaczyć, iż jest to zdecydowanie bardziej dzieło typowego liberała na wzór anglo-szkocki niż jakobina.

Choć szlachcic, Kołłątaj raczej nie dzielił sentymentów szlacheckich, będąc zdecydowanym zwolennikiem współpracy z mieszczaństwem, a nawet mieszczańskiej mentalności i systemu wartości. Z nauk Kanta, których w ogólności nie akceptował, uważając filozofie królewieckiego autora za mętną i niejasną, przyswoił sobie fragmenty głoszące równość miedzy ludźmi . Najprawdopodobniej niezależnie od Adama Smitha stwierdził, że „praca jest miara wszystkiego”, także moralności i prawa do posiadania własności . Przyjrzyjmy się jakie zapatrywania na własność i wolność (tak jak przedstawiciele oświecenia anglo-szkockiego mówił wpierw o własności, jakby wywodząc z niej wolność) prezentował Kołłątaj w pierwszej dekadzie XIX wieku, gdy , oddalony od polityki, czas swój „dzielił już jedynie między pisanie i podagrę”:

„…Ten (…) który powiedział, że ludzie żyliby miedzy sobą najspokojniej, gdyby moje i twoje nie najdowało się między nimi, popełnił największy błąd, który dał powód do niezliczonych zdrożności i uporczywego wnoszenia, że wojna powinna być uważana za pierwszą zasadę praw przyrodzonych człowieka (…) musielibyśmy złorzeczyć przyrodzeniu, ze nas utworzyło na to, abyśmy się nawzajem wytępiali, aby mocniejszy uważał słabszego jak swe bydlę przeznaczone dla pracowania dla niego. Błąd tak niebezpieczny pochodzi oczywiście z oddzielenia myślnego powinności przywiązanych do należytości naszych; bo ten, który sobie wyobraża, że wszystkie zamieszania i niespokojności stad pochodzą, iż się najduje między nami moje i twoje, nie zastanowił się pewnie nad tym, że abym ja posiadał z bezpieczeństwem moje, powinienem szanować twoje drugiego, zatem (…) wnieść raczej należało, że niespokojności i zamieszania nie pochodzą od tego, iż się miedzy ludźmi najduje moje i twoje, lecz od zgwałcenia należytości, od niedopełnienia lub przestąpienia powinności, które im odpowiadają …”.

Czy to są słowa jakobina, wierzącego w zbawienny wpływ wprowadzenia wspólnej własności, czy raczej przemyślenia liberała zatroskanego o zapewnienie szacunku dla własności prywatnej i wprost atakującego utożsamianie stanu wojny z chciwością, a tej z własnością (jak u Morelly’ego) i oskarżanie własności o spowodowanie „szkodliwych” dla ludzkości różnic majątkowych (Rousseau).

Kołłątaj wierzył w to, ze porządek społeczny musi wypływać z samej natury, a nie z umowy społecznej (doza różnica z Rousseau), która byłaby wobec naturalnego porządku wtórna, zwyczajów miejscowych (narodowych) czy historii. Wierzył też w wolną wolę, którą obdarzeni są wszyscy ludzie .

Źródłem własności nie jest, jak u Rousseau, zgoda wspólnoty na posiadanie jej przez członka wspólnoty (de facto coś w rodzaju dzierżawy), lecz praca własna. Jest to fundamentalna różnica. Kołłątaj zgadza się tu z Adamem Smithem, a przeczy Rousseau. „polski jakobin” nie jest więc ani na jotę jakobinem w stylu francuskim wychowanym na Rousseau i innych pisarzach utopijnych. Jeśli ktoś ma więcej siły fizycznej lub zaradności, to sprawiedliwe jest, ze dorobi się swą pracą większych pieniędzy czy większych włości, słabszy nie ma mu więc prawa zazdrościć . Kołłątaj twierdził, iż tylko praca może dawać prawo do nabycia rzeczy . Tak było(by) w świecie, jaki Kołłątaj uważa za dobry . Stanisław Macheta wyciąga jednak chyba zbyt pochopny Io daleko idący wniosek, że w takim systemie moralnym, jak ów prezentowany przez Kołłątaja nie było miejsca na własność szlachecką, nabywaną dziedzicznie. Niczego takiego w Porządku fizyczno-moralnym nie znajdziemy. Wprawdzie jest tam potępienie (jako pogwałcenia tzw. „należytości”) nabywania przemocą ziemi od słabszych przez silniejszych, nie ma to jednak bezpośredniego przełożenia na postępowanie szlachty (choćby jako dawnych rycerzy nabywających czasem dobra przemocą ). Trudno powiedzieć, czy Kołłątaj ukrywa tu cześć swych poglądów, czy też może poprzestaje umyślnie na słabej aluzji, pewne, że zaraz potem w jego pracy następują utylitarne rozważania o szkodliwości pozostawiania ziemi lezącej odłogiem – ewidentne zboczenie z tematu .

O wolności Kołłątaj rozprawia w Porządku fizyczno-moralnym jak filozof, a nie jak liberał; stwierdza, ze człowiek jest naturalnie wolny, i powinien z tego korzystać, wolności ta jest zaś jedynie hamowana przez nakazy moralne . Nie znajdziemy w tym dziele żadnych wniosków na temat możliwości zachowania wolności w ustroju polityczno-społecznym.

Z Rousseau, Kołłataj niewątpliwie zgadzał się w założeniu, ze człowiek jest z natury dobry, a także, ze władza i państwo to sprawy ziemskie – silniej nawet od Genewczyka wojował z tym co nazywał „teokracją” – formami ustroju politycznego legitymizującymi się wolą Bożą . Lecz na tym podobieństwa się w zasadzie kończą. Kołłątaj wyobrażał sobie społeczeństwo jako zbiór jednostek, które mają wobec siebie nawzajem konkretne zobowiązania (powinności i należytości) – koncepcję tą wziął od francuskich fizjokratów . Ale i z nimi nie zgadza się we wszystkim – stwierdza, iż praca ludzka włożona w wytworzenie jakiejś rzeczy nie tylko jest godna szacunku, ale i powinna stanowić podstawę do ustalenia ceny danej rzeczy, stad Macheta przypuszcza, że polski myśliciel być może niezależnie od Adama Smitha (którego dzieł najprawdopodobniej nie znał) doszedł do wniosku, ze w cenie towaru jest zawarta, lub powinna być zawarta praca potrzebna do jego wytworzenia. Takiego rodzaju rozważania istotnie znajdziemy w 4. rozdziale („O rzeczywistej i nominalnej cenie towarów”) I księgi „Badań nad naturą i przyczynami bogactwa narodów” Smitha .

Rousseau i Kołłątaj nie porozumieliby się miedzy sobą co do preferowanego ustroju politycznego. Podczas gdy Rousseau pośrednio zalecając demokrację, wprost chwalił arystokrację obieralną (demokrację cenzusową ?), Kołłątaj był zwolennikiem monarchii konstytucyjnej na wzór angielski. W Anglii podobał mu się też kompromis miedzy kupcami a szlachtą. Można więc powiedzieć, ze jego program to: ‘reforma zamiast rewolucji”. Jednocześnie był zajadłym krytykiem feudalizmu, dla walki z którym gotów był poprzeć nawet Napoleona.

Największe podobieństwo miedzy kołłątajowskim „polskim jakobinizmem” a jego francuskim pierwowzorem widać w podejściu do edukacji. Edukowanie było właściwym zawodem Kołłątaja. We jego wczesnej pracy: „Stan oświecenia w Polsce w ostatnich latach panowania Augusta III (1750-1764)” napotkamy takie słowa określające cele KEN-u i Kołłątaja:

„…Zachowanie całkiem charakteru narodowego, bez którego żaden naród obstać się nie może; a zatem staranie się o zachowanie jednostajnych obyczajów, jakie wzięliśmy od naszych ojców, tudzież o zapobieżenie, aby ślepe naśladownictwo cudzoziemczyzny nie wytępiało charakteru narodowego. Systema edukacyji takie u nas zaprowadzić należy, aby przez nią w narodzie obudzić ducha wojskowego i zrobić go powszechnym we wszystkich klasach (…), inaczej ten kraj długo nie ostanie; chcę przez to rozumieć, aby każdy Polak od wczesnej młodości sposobił się na dobrego żołnierza, i żeby polski żołnierz był usposobiony do wszelkich w ojczyźnie usług. Zdanie to nie jest moje, lecz Maksymiliana Fredry De moribus Polonorum, który nam obraz edukacyji polskiej w XVI wieku zostawił (…) W urządzeniu takiego edukacyji systematu należy jak największą zachować roztropność, żeby duch żołnierski, wcześnie w młodzieży obudzony, nie przeszkadzał postępowi w naukach, nawzajem aby nauki spokojne nie tępiły ducha żołnierskiego; hasło bowiem powszechne jest; oświecenie i obrona Ojczyzny. Wszelkie zatem układy, które by tym dwóm celom nie odpowiadały, nie powinny być przyjęte do rządu …”.

Tekst ten pokazuje jak bardzo trudno zaszufladkować Kołłątaja pod względem jego poglądów politycznych. Mówi on o wspólnym duchu żołnierskim, jaki miałby zapanować we wszystkich klasach, choć kilka linijek przed cytowanym fragmentem stwierdza, że każda klasa powinna posiadać inne umiejętności. Wydaje się, ze w duszy Kołłątaja szlachcic toczył nieustanną walkę z oświeceniowym reformatorem. Sam reformatorski duch cytowanego tekstu na pewno nie jest czysto jakobiński. Wychowanie całej młodzieży na żołnierzy i obrońców ojczyzny, przywodzi na myśl francuską rewolucyjną ideę zaciągu powszechnego (levée en masse) i obowiązkowej służby wojskowej. Pisarze o poglądach liberalno-konserwatywnych częstokroć atakowali francuskich rewolucjonistów za ubranie całego narodu w mundury i wysłanie na front, tylko po to by można było prowadzić wojnę nie „do ostatniego żołnierza”, ale do ostatniego człowieka. Miał to być krok w stronę „nowoczesnych” totalitaryzmów . Z drugiej jednak strony większość poglądów zawartych w „Stanie oświecenia w Polsce” możnaby wiązać raczej z wpływami józefinizmu (ideolodzy józefinizmu nie pochwaliliby levée en masse) i głoszonego prze jego ideologów (m.in. Karla Martiniego) wychowania patriotycznego.

Stanisław Macheta, najbardziej znany w Polsce biograf Kołłątaja stwierdza, iż polityk ten wybrał rewolucję szlachecko-mieszcańską jako pożądaną alternatywę wobec krwawej rewolucji francuskiej, i wynosi z tego wniosek, że Kołłątaj do pewnego stopnia zgadzał się z potrzebą rewolucji (oddolnej bądź odgórnej) oraz, że nie widział konieczności kontynuowania starego sytemu szlacheckiego w Polsce, ponieważ grozi to rewolucją typu francuskiego, a więc krwawą. Tymczasem o zachwalanej przez siebie „łagodnej rewolucji” Kołłątaj wspomina już w pierwszym „Liście Anonima’ z 1 sierpnia 1788 roku - w owym1788 roku we Francji nie jeszcze nie zwiastowało krwawej rewolucji, lecz co najwyżej na linii król-notable:

„Opatrzność łagodną rewolucyją nastręczać nam zdaje się ”.

Wydaje się więc, iż Kołłątaj od początku był zaledwie szlachecko-mieszcańskim liberałem, wierzącym w spokojną reformę, która ukróci samowolę magnatów, ale zachowa wpływy patriotycznej szlachty średniej wspomaganej przez patrycjaty miast w dziele odnowy i obrony Rzeczpospolitej przed zakusami sąsiadów. Zakusy te tłumaczą, być może, pewien zwrot w stronę levée en masse (zresztą rewolucyjna Francja też cierpiała na syndrom „oblężenia” przez niechętnych sąsiadów, i to nie od wybuchu rewolucji, lecz od XVI wieku, kiedy to Habsburgowie władali zarówno Cesarstwem jak i Hiszpanią). Nie wiadomo, czy Kołłątaj pochwaliłby levée en masse czy mówiąc o „duchu wojskowym” miał na myśli po prostu uczucie patriotyzmu? Na to pierwsze pytanie wypadałoby odpowiedzieć negatywnie, ponieważ przewidywał iż dla Polski wystarczyłoby 60.000 żołnierzy, by zapewnić jej ochronę, a jednocześnie nie obciążyć zanadto skarbca . Przy okazji widać wyraźnie, iż był to polityk szukający rozwiązań pośrednich, konkretnych i możliwych do zrealizowania, a nie goniący za abstrakcyjnymi ideałami. Nie wiadomo jak bardzo szczery w swych przekonaniach postanowił być Kołłątaj i kiedy ważniejsza jest dlań bieżąca potrzeba a kiedy ideologia?
Na pewno jednak Kołłątaj nie przestał Wierzyc w wyjątkowość szlachty jako warstwy i jej misję polityczną. Nie był zwolennikiem inżynierii społecznej, ani „równości i wolności”.

Do francuskich rewolucjonistów zbliżało Kołłątaja przekonanie o wyższości świeckiej edukacji nad tą jaką zapewniali duchowni, wojowanie z teologią i religijnym uzasadnianiem władzy politycznej , ale już jego podejście do łaciny, greki i antyku, a co za tym idzie do monarchizmu i republikanizmu jest inne. Podczas gdy Danton i inni rewolucjoniści uczyli się republikanizmu na sztukach antycznych (zwł. Peryklesa), Kołłątaj radził „kształcić Polaków, a nie łacinników” i postulował wzmocnienie władzy monarszej m.in. poprzez ustanowienie dziedziczenia tronu, tak by król polski, niczym władca brytyjski, związany był konstytucyjnymi zapisami i prerogatywami reprezentantów narodu politycznego, lecz pewny sukcesji tronu i nie pozbawiony inicjatywy politycznej. O czym była już tu mowa, Stanisław Macheta podkreślał, niechęć Kołłątaja do abstrakcyjnych filozofów, z Kantem na czele – jakże dalekie to stanowisko od postawy emocjonujących się nawet najbardziej bezsensownymi i wewnętrznie sprzecznymi ideami Rousseau, d’Holbacha, Helvetiusa i Mesliera, francuskich rewolucjonistów.

Kołłątaj był, w każdym tego słowa znaczeniu, przywódcą obozu reformatorskiego podczas Sejmu Wielkiego, a potem najważniejszym chyba przywódcą „klubu jakobinów” podczas insurekcji. Jego słowo, a także polityczne ruchy i gesty znaczyły na tyle dużo, że trudno dostrzec by ktoś w bardziej spójny sposób atakował go „z lewej strony” w omawianym okresie . Jego współpracownicy z „Kuźnicy” zazwyczaj jedynie uzupełniali w swych pismach , generalne założenia polityczne Kołłątaja. Tak czynił m.in. poseł sejmu czteroletniego Antoni Trębicki (ur. Ok. 1764, zm. 1834), który pisał teksty wymierzone przeciw egoizmowi magnatów, a popierające awans społeczno-polityczny patrycjatu znaczniejszych miast . Jedyna chyba poważniejsza rozbieżność poglądów w ramach „Kuźnicy” wyniknęła między Kołłątajem a jego prawą ręką (do 1791 roku) przedwcześnie zmarłym kanonikiem Franciszkiem Salezym Jezierskim (1740-1791). Rozbieżność ta dotyczyła ich stosunku do nobilitacji przez sejm czteroletni 400 mieszczan do stanu szlacheckiego. Obaj byli temu przeciwni, Kołłątaj jednak dlatego, iż naruszało to w jego mniemaniu ekskluzywność i wyjątkowość szlachty, a krytykujący szlachtę (choć sam szlachcic) Jezierski widział w tym podstępne podkopywanie przez posłów szlacheckich solidarności mieszczaństwa, w którym Jezierski widział przyszłość narodu . Jezierski kpił z szlachty, m.in. krytykując uzasadnianie jej wpływów politycznych dawnymi wojennymi zasługami i przelewaniem krwi za ojczyznę:

„…jakby ci co nie byli szlachtą, tylko wodę rozlewali na wojnach …”.

Jednak, wydaje się, ze nawet najczerwieńsi politycy polscy okresu Sejmu Wielkiego i czasu insurekcji nie odstawali zbytnio od wigowskich wizji krytyka rewolucji i twórcy brytyjskiego konserwatyzmu ewolucyjnego Edmunda Burke’a, co potwierdzają pisma wszystkich niemal członków i współpracowników „Kuźnicy” . W czasie powstania Kościuszki pojawiały się liczne wezwania do walki nawiązujące do ideałów francuskich jakobinów, lecz bazowały one raczej n hasłach i emocjach, niż na rzeczywistej wiedzy o wydarzeniach we Francji, budzących zresztą nad Wisłą przerażenie nawet wśród reformatorów. Jak blisko było czasem „polskim jakobinom” do konserwatyzmu może świadczyć przykład Józefa Kalasantego Szaniawskiego (1764-1843), „jakobina” czasu insurekcji, a później pierwszego znaczniejszego polskiego politycznego pisarza konserwatywnego , który wprowadziwszy naukę Kanta do Polski, odwrócił się potem od niej, by w końcu stwierdzić, że filozofia to jedynie „zbiór błędów” i szkodliwa hedonistyczno-dogmatyczna niewiara. Można przy tym zauważyć, że wprawdzie Szaniawski miał nieco skrajniejsze zdanie o filozofii politycznej niż Kołłątaj, ale na pewno nie była to różnica jakości lecz stopnia.
Wypada stwierdzić, że „lewica” sejmu czteroletniego i czasu insurekcji nie była prawdziwą lewicą w rozumieniu jakobińsko-socjalistycznym, a na prawdziwą lewicę Polska poczekała aż do głębokiego XIX stulecia.



BIBLIOGRAFIA:

• Constant B., Czerwony kajet, Warszawa 1989.
• Czasy Saskie – wybór źródeł, Ossolineum Wrocław 2004.
• Jezierski F.S., Wybór pism, PIW Warszawa 1952.
• Johnson P., Intelektualiści, Warszawa 1988.
• Kołłątaj H., Wybór pism politycznych, Ossolineum Wrocław 1952.
• Kołłątaj H., Porządek fizyczno-moralny, PWN Warszawa 1955.
• Kołłątaj H., Stan oświecenia w Polsce w ostatnich latach panowania Augusta III (1750-1764), Ossolineum Wrocław 2003.
• Kuehnelt-Leddin E., Ślepy tor Ideologia i polityka lewicy 1789-1984, Wydawnictwo Wektory Kąty Wrocławskie 2007.
• Kuźnica Kołłątajowska – wybór źródeł, Ossolineum Wrocław 2003.
• Leśnodorski, Polscy jakobini. Karta z dziejów insurekcji 1794 roku, Książka i Wiedza Warszawa 1960.
• Macheta S., Kołłątaj, Wiedza Powszechna Warszawa 1973.
• Mandeville B., Bajka o pszczołach, PIW Warszawa 1957.
• Montesquieu Ch., O duchu praw, Wydawnictwo Zielona Sowa Kraków 2003.
• Morelly, Kodeks Natury czyli prawdziwy duch jej praw, PWN Kraków 1955.
• Orieux J, Wolter czyli królewskość ducha, PIW Warszawa 1986.
• Paczos S., Państwo i naród w myśli politycznej polskich konserwatystów do 1939 roku, Avalon Kraków 2009.
• Rousseau J.J., Trzy rozprawy z filozofii społecznej PWN Warszawa 1956.
• Rousseau J.J., Umowa społeczna, Wydawnictwo Marek Derewiecki Kęty 2007.
• Saint-Pierre B., Paweł i Wirginja, Warszawa 1983.
• Seidler G.L., W nurcie Oświecenia, Wydawnictwo Lubelskie Lublin 1984.
• Smith A., Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów t. I-II, PIW Warszawa 1954.
• Staszewski J., (red.), Europa i świat w epoce oświeconego absolutyzmu, Wiedza Powszechna Warszawa 1991.
• Wielomski, Konserwatyzm. Główne idee, nurty i postacie Fijor Publishing Warszawa 2007.
• Wizje Stanów Zjednoczonych w pismach Ojców Założycieli, PIW Warszawa 1977.
• Wright J., A Classical Republican in Eighteenth-Century France: The Political Thought of Mably, Stanford University Press 1997.
• Zbyszewski K., Niemcewicz od przodu i tyłu, Wydawnictwo Świat Książki Warszawa 1999.


Piotr Napierała - my publications:

B O O K S:


Piotr Napierała, Sir Robert Walpole (1676-1745) – twórca brytyjskiej potęgi, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2008. ISBN 978-83-232189-8-2


Piotr Napierała, Hesja-Darmstadt w XVIII stuleciu. Wielcy władcy małego państwa, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2009. ISBN 978-83-232-2007-7



Piotr Napierała, Światowa metropolia. Życie codzienne w osiemnastowiecznym Londynie, Novae Res, Gdynia 2010. ISBN 978-83-61194-43-9




Piotr Napierała, "Kraj wolności" i "kraj niewoli" - brytyjska i francuska wizja wolności w XVII i XVIII wieku, Wydawnictwo Libron-Filip Lohner, Kraków 2011. ISBN 978-83-62196-11-1



Piotr Napierała, Simon van Slingelandt (1664–1736) – ostatnia szansa Holandii, Wydawnictwo Libron-Filip Lohner, Kraków 2012. ISBN 978-83-62196-37-1

A R T I C L E S:


1. Piotr Napierała, "Christian Europe and Enlightened Europe" [w:] EU Enlargement - Chance for all, Collegium Europaeum Gnesnense Foundation, Gniezno 2005, s. 101-105. ISBN 83-922470-6-X
vide:



2. Piotr Napierała, "Die polnisch-sächsische Union (1697-1763) - Polens letzte Hoffnung - Sachsens Traum von der Macht" [w:] Polen und Deutschland. Zusammenleben und -wirken, Bogucki Wydawnictwo Naukowe, Poznań 2006, s. 60-66. ISBN 83-60247-63-3
vide:


3. Piotr Napierała, "Spadek polityczny po szwedzkim Frihetstiden (1718-1772)", w: Współczesność i przyszłość nauk humanistycznych. Problemy i perspektywy badawcze, Instytut Historii UAM Poznań 2008, s. 13-24. ISBN 978-83-89407-53-5
vide:


4. Piotr Napierała, "Europa oświecona a świat islamu", w: Kultura-Historia-Globalizacja Numer 4, rok 2009, s. 13-21.
vide:


5. Piotr Napierała, "Frédéric Bastiat i Herbert Spencer - źródła myśli politycznej Janusza Korwin-Mikkego" [w:] T.Sikorski, A. Wątor (red.), Marzyciele i realiści O roli tradycji w polskiej myśli politycznej od upadku powstania styczniowego do XXI wieku, Szczecin 2009, s. 620-632. ISBN 978-83-751814-0-1
vide:


6. Piotr Napierała, "Germain Louis Chauvelin i rozbrat pomiędzy Francją a Wielką Brytanią, 1727-1737", w: C. Taracha (red), Szpiegostwo, wywiad, państwo, Wydawnictwo Polihymnia, Lublin 2009, s. 45-65. ISBN 978-83-7270-727-8
vide:


7. Piotr Napierała, "Konflikt dwóch światów. Terezjańscy i józefińscy biurokraci w Galicji (1772-1790)", W: G. Pełczyński, K. Święcicki (red.), Polacy wobec wielości kultur. Wczoraj-dziś-jutro, KMB-DRUK Gniezno 2009, s. 91-102. ISBN 978-83-61352-40-2
vide:


8. Piotr Napierała, "Reinhard Keiser (1674-1739) a Hamburg - uniwersalny twórca w europejskiej metropolii", w: R.D. Golianek, P.Urbański, Händel, Haydn i idea uniwersalizmu muzyki, Rhytmos Poznań 2010, s. 191-203 ISBN 978-83-60593-12-7
vide:


9. Piotr Napierała, "Rządy patrycjatu w przedrozbiorowym Poznaniu na tle innych miast europejskich", ", w: W. Łazuga, S. Paczos, Poznań-Szczecin-Wrocław, Trzy uniwersytety, trzy miasta, trzy regiony, Libron Kraków 2010, s. 397-412. ISBN: 978-83-62196-13-5.
vide:


10. Piotr Napierała, "Europa oświecona a świat islamu"; w: Adam Nobis, Piotr Badyna (red.), Historia - Kultura - Globalizacja, vol. II, Gajt, Wrocław 2010, ss.175-184.
vide:


11. Piotr Napierała, "Ah! ça ira, Heart of Oak, Gustafs skål – pieśń patriotyczna jako źródło do badania historii mentalności i propagandy", w: "Monteskiusz. Res Politica et historica", nr. 2, 2010. vide:


12. Piotr Napierała, "Piotr Napierała Spór między historiografią niemiecką i holenderską o miejsce i rolę Holandii w Europie", "Przegląd Zachodni" Październik-Grudzień 2010 Nr 4, s. 228-236. vide:


13. Piotr Napierała, "Karol II Habsburg i wyimaginowana głupota niektórych władców", w: Głupota w zwierciadle humanistyki, Stowarzyszenie „Nowa Humanistyka” kwiecień 2011 ISBN: 978-83-62854-02-8 vide:


14. Piotr Napierała, "Najbardziej rozpolitykowane miasto Europy Życie codzienne w XVIII-wiecznym Londynie", w: M. Moskalewicz, A. Paradowska, Homo sum: Humani nil a me alienum puto. Życie codzienne wczoraj i dziś, Instytut Historii Poznań 2011, s. 129-141 ISBN 978-83-89407-79-5 vide:


15. Piotr Napierała, „Świat Zachodu”, „Wschód” i idea postępu w XVIII-wiecznej Wielkiej Brytanii", w: Kultura-Historia-Globalizacja Numer 10, rok 2011, s. 133-147.
vide:


16. Piotr Napierała, "Wigowski mit historyczny a historia nowożytna Wielkiej Brytanii", w: T. Błaszczyk, K. Brzechczyn, D. Ciunajcis, M. Kierzkowski (red.), Uwikłania historiografii. Między ideologizacją dziejów a obiektywizmem badawczym (Studia i materiały poznańskiego IPN, t. XVIII). Poznań, IPN, 2011, s. 221-238. ISBN 978-83-932188-9-9


17. Piotr Napierała, "Stosunki brytyjsko-polskie, a zainteresowanie brytyjskimi wzorcami politycznymi w Rzeczpospolitej w XVIII wieku", w: K. Święcicki (red.), Europa Środkowa i Wschodnia jako przestrzeń spotkania. Na szlakach tradycji kultury, Gnieźnieńska Szkoła Wyższa Milenium Gniezno 2012, s. 73-83. ISBN 978-83-61352-52-5


18.Piotr Napierała,„Polityka rządu Roberta Walpole’a wobec Hiszpanii – rola animozji ideologicznych i narodowych w konflikcie z 1739 roku”, w: J. Kudełko, C. Taracha (red.), Polska-Hiszpania. Wczoraj i dziś. Studia poświęcone wybranym zagadnieniom z historii i współczesności, Werset Lublin 2012 ISBN 978-83-60133-94-1


19. Piotr Napierała, "Protosocjalistyczna koncepcja wolności i własności Rousseau a analogiczne teorie polskiego jakobina Hugo Kołłątaja", w: A. Wątor, E. Krasucki, T, Sikorski (red.), Polska Lewica. Koncepcje ludzie działalność. Tom 1-2, Wydawnictwo: Atut Wrocław 2012, t. I, s. 11-26.

20. Piotr Napierała, "Fabularny film historyczny, propaganda, prawda historyczna i prawda esencjonalna".

21. Piotr Napierała, "William Hogarth (1697-1764) a początki europejskiej karykatury politycznej".

23. Piotr Napierała, "Drogi kariery politycznej w Wielkiej Brytanii przed i po wielkiej reformie wyborczej (Reform Act) 1832 roku".

24. Piotr Napierała, „‘Western World’, ‘East’ and the Idea of Progress in eighteenth century Britain” (w druku UJ)

25. Piotr Napierała, "Elie Freron (1718-1776), Charles Palissot (1730-1814) i francuska prasa konserwatywna XVIII stulecia"

26. Piotr Napierała, "Georg Friedrich Händel jako poddany brytyjski"

Brytyjczycy i Skandynawowie




Il. 36. Obraz Christoffera Wilhelma Eckersberga (1783–1853) przedstawiający bombardowanie Kopenhagi w 1807 roku, http://en.wikipedia.org/wiki/File:Natten_mellem_3_og_4_september_1807.jpg

Kontakty brytyjsko-skadynawskie mają, dzięki bliskości geograficznej długą historię. Po wycofaniu się Rzymian. Istnieje legenda o podboju Brytanii przez germanów i o uczcie zorganizowanej ich wodza Hengesta oraz jego brytyjskiego (celtyckiego) przyjaciela Vortigerna. Na umówiony znak Hengesta, każdy Germanin zabił swojego sąsiada, siedzieli bowiem naprzemiennie przy jednym stole. Hengest – mógł być Sasem, Anglem, Fryzem, Jutem lub Duńczykiem i jest postacią półlegendarną . Miał panować nad Kentem od 455 roku. Kronikarz Beda Czcigodny podaje, że król Brytów Vortigern wezwał Hengesta zaraz po odejściu Rzymian (Beda uważał, że był on wodzem Jutów czyli dzisiejszych Duńczyków) na pomoc przeciwko Piktom (plemieniu zamieszkującego dzisiejszą Szkocję), niestety Hengest zbuntował się i pokonał Vortigerna w bitwie.

Z początkiem średniowiecza Anglia podzielona była na kilka królestw takich jak Mercja i Nortumbria, dlatego podatna była na ataki z zewnątrz i długo jeszcze doświadczała łupieżczych ataków skandynawskich zwłaszcza Duńskich. Od 793 roku w kościołach angielskich rozbrzmiewały modlitwy o zbawienie od furii normańskiej: Save us, Lord, from the fury of the Northmen! Wielka armia (Micel Here) pogańskich Duńczyków – Danes (wtedy tej nazwy – pochodzącej od staroangielskiego słowa thegn (wojownik) używano także na określenie północnych Skandynawów czyli ludu mieszkającego tam gdzie dzisiejsi Norwegowie) wylądowała w roku 865 w Anglii Wschodniej, czyli tej w której dotychczas ludność pochodzenia germańskiego była mniej liczna niż na Zachodzie. Wkrótce potem jednak zajęli również największe terytorialnie państwo anglosaskie – Nortumbrię (Anglia Wschodnia) i spustoszyli Mercję (jej król Burgred musiał opuścić swe władztwo). Nowy (od 871 roku) władca Wessex w południowej części wyspy, Alfred pozbierał te anglosaskie terytoria, które nie zostały podbite przez Duńczyków i ogłosił się zwierzchnim władcą całej Anglii (Bretwalda). W 878 roku musiał jednak uznać panowanie Duńczyków w północno-wschodniej części Anglii, którą odtąd nazywano dalelagh – czyli rejonem prawa Duńczyków.Alfred zmarł w 899 roku, ale kolejni władcy z dynastii panującej w Wessex podbili danelagh w latach 912-954 i wikiński York. Wnuk Alfreda, Athelsan panował więc nad całą Anglią zamieszkała przez wikingów/Duńczyków (słowo wiking pochodzi od nazwy morskich, orężnych wypraw) i Anglosasów .

Za panowania Ethelreda II na Anglię ponowie spadły niszczące najazdy Duńczyków i Norwegów. Rozpoczęły się one już w 980 roku napadem na okolice Southampton, ale były to początkowo pojedyncze najazdy łupieżcze. Po 991 roku i ataku króla Norwegii Olafa Tryggvasona, jednak Ethelred musiał płacić skandynawskim najeźdźcom okup, by zachować władzę, a Skandynawowie i tak plądrowali kraj. Powtórnie podbiją Anglię na krótko Swen Widłobrody (1013–1014) i na dłuższy czas jeden z jego synów Kanut zw. Wielkim (1016-1035). Po śmierci tego ostatniego unia między Danią a Anglią uległa zerwaniu, a w samej Anglii do 1037 roku trwały walki o władzę między lokalnymi możnymi. W 1066 roku Anglię podbili – tym razem na stałe – Normanowie osiedleni od ponad wieku w jednej z północnych prowincji Francuskich (która z tego powodu nosi nazwę Normandia). W przeciwieństwie do Duńczyków atakujących Anglię w roku 865, Normanowie AD 1066 nie tylko byli chrześcijanami, ale jeszcze w dodatku wyróżniali się żarliwością typową dla neofitów.

W XIV wieku Skandynawowie znów byli potęgą porównywalną z Anglią, lub może nawet większą, a to dzięki powstaniu w 1397 roku Unii Kalmarskiej z inicjatywy królowej Danii Małgorzaty, która jednoczyła trzy królestwa pod berłem jednego monarchy. Unia została zawarta w Kalmarze w Szwecji przy granicy z Danią. Pierwszym władcą Unii został wybrany wcześniej na króla Norwegii (1389), Danii (1396) i Szwecji (1396) – Eryk Pomorski, który dążył jednak do dobrych stosunków z Anglią, bowiem w 1406 roku w Lund (wówczas Dania, dziś Szwecja) poślubił królewnę angielską Filipę, córkę Henryka IV. Małżeństwo nie było zgodne i pozostało bezdzietne. Królowa Małgorzata rządząca Danią, Szwecją (od XIII wieku Szwedom polegała też Finlandia) i Norwegią aż do 1412 roku (razem z Erykiem), sprzeciwiła się jednak udziałowi Skandynawów w wojnie stuletniej po stronie Anglii, na co Anglicy mieli nadzieję. Duńskie interesy były jednak sprzeczne ze szwedzkimi, więc w 1523 roku Szwecja opuściła Unię łamiąc opór Duńczyków siłą.

Interesy handlowe z Anglią były dla Skandynawów późnego średniowiecza i renesansu mniej istotne niż z Rzeszą Niemiecką. Ale ewolucja polityczna tych czasów przebiegały podobnie. Zarówno Anglia jak i Szwecja i Dania zmierzały w ciągu XVII wieku od rządów szlachty w kierunku absolutyzmu królewskiego, wzorując się na Francji. Szwedzi dopiero w tym okresie rozwinęli bardziej twórczą myśl polityczną, w dużym stopniu dzięki królowej Krystynie, która rządziła tym krajem w latach 1632–1654, po czym abdykowała (trochę była do tego zmuszona, ponieważ wobec jej konwersji obawiano się, ze będzie rekatolicyzować Szwecję) na rzecz niedoszłego męża księcia Zweibrücken Karola Gustawa, a sama resztę życia spędziła w krajach włoskich i Francji, śląc setki ksiąg na północ .

Za rządów ambitnego króla szwedzkiego Karola XII (1697-1718) Szwecja była sojuszniczką Francji już od wielu lat, mimo to zdarzały się przykłady współpracy brytyjsko-szwedzkiej na polu kultury. Szwedzki dyplomata i poeta Christoffer Leijoncrona (1662-1710) , został w 1701 roku fellow of the Royal Society, zanim jeszcze w 1703 roku został stałym przedstawicielem Szwecji w Londynie.
Pod koniec wieku XVII rozwój kultury i polityki skandynawskiej i brytyjskiej zaczął iść różnymi ścieżkami. Podczas gdy pod wpływem absolutyzmu niepopularnych Stuartów, w Anglii wykształciło się liberalno-arystotokratyczno-parlamentarne stronnictwo Wigów, w Danii i Szwecji absolutyzm zwyciężył, choć w ostatnim z tych krajów jego zwycięstwo stanęło pod znakiem zapytania w drugiej dekadzie XVIII wieku. Pewne podobieństwa jednak znajdziemy. Reformacja, którą przeżyły w XVI wieku oba rejony północnoeuropejskie przyniosły ze sobą spory ładunek optymizmu, który i w Anglii i w krajach skandynawskich dał impuls do ekspansji handlowej i kolonialnej, Oliver Cromwell był głęboko przekonany o prawdziwości mitu o posłannictwie Anglików, w obronie wolności. Rozumiany jako „walka z tyranami” o wolność na dobre zakorzenił się w sercach i umysłach Anglików a potem poddanych brytyjskich. Anglicy uważali się za naród szczególnie ukochany przez Boga , (co potem naśladowali Amerykanie), a o Szwecji na początku XVIII wieku jej elity mówiły jako o „nowej Atlantydzie” – kraju wszelkich cnót i nauk. Mimo to wydaje się, że luterańska Skandynawia i anglikańsko-kalwińsko-purytańska Brytania nie stanowiły specjalnej inspiracji dla siebie wzajem. Rozmaite protestanckie sojusze zawierane w XVII wieku przeciw katolikom (znacznie rzadziej kierującym się religijnymi motywami przy zawieraniu sojuszy, m.in. wskutek rywalizacji katolickich Francji i Austrii), dotyczyły przede wszystkim luterańskich północnych Niemiec i luterańskiej Skandynawii, a o wiele rzadziej nie- luterańskich Holandii i Anglii. Luteranie pochodzenia skandynawskiego obecni byli w Anglii już w XVI wieku. Pierwsza oficjalna luterańska kongregacja skandynawsko-niemiecka powstała w Londynie w 1669 roku. Do końca XVII wieku powstały jeszcze dwie; jedna niemiecka i jedna skandynawska .

Dzisiejszego historyka, przyzwyczajonego do dzisiejszej dominacji kultury anglosaskiej (także tej politycznej) w świecie, może zaskoczyć, że wczesny szwedzki parlamentaryzm nie inspirował się brytyjskim, choć arystokratyczny parlamentaryzm brytyjski odniósł sukces wcześniej (lata 80. XVII w.) niż szwedzki (lata 20. XVIII w.) w walce z prerogatywami władców. Żyjący na początku XVIII wieku politycy i myśliciele polityczni szwedzcy byli wprawdzie dość dobrze obeznani z myślą Johna Locke’a , w czasach kiedy Szwecja tzw. „okresu wolności” (szw. frihetstiden – 1718-1772 ) była przedmiotem zachwytów wielu francuskich oświeceniowców, co wiązało się z obaleniem absolutyzmu przez szwedzki parlament stanowy. Po tragicznej śmierci króla szwedzkiego Karola XII zastrzelonego przez nieznanego sprawdzę podczas oblegania duńskiej twierdzy obie szwedzkie arystokratyczne „partie” – „Kapelusze” (Hattar) i „Czapki” (Mössor), postawiły sobie za cel utrzymanie szwedzkiej wolności, rozumianej jako odebranie prerogatyw władcy na rzecz parlamentu. Partie te jednak nie różniły się specjalnie składem społecznym ani programem, niemniej jednak były specyficznie szwedzkim tworem jedynie szczątkowo nawiązującym do francuskiej i angielskiej myśli politycznej. Główna różnica polegała na tym; z kim należałoby współpracować na arenie międzynarodowej; z Rosją lub („Czapki”) czy Francją („Kapelusze”). Po traktacie pokojowym w Nystad (1721), którego warunki dyktowała zwycięska (w wojnie północnej rozpoczętej w 1700 roku serią błyskotliwych szwedzkich zwycięstw) Rosja, Szwecja została poważnie osłabiona pod względem terytorialnym, z czym nie wszyscy chcieli się pogodzić. „kapelusze” szukali odwetu na Rosji, co dla swych własnych celów wykorzystywała Francja, anglofilska „partia czapek” była w dużym stopniu utrzymywana przez Rosje, do której zwrócono się, ponieważ Londyn nie płacił nigdy subsydiów na czas pokoju.

W początkach XVIII wieku Szwecja szukała sprzymierzeńców wszędzie gdzie mogła, byleby ograniczyć rozmiary utraty wpływów na północy na rzecz Rosji. Jeden z przywódców partii „Kapeluszy” Carl Gyllenborg (1679-1746), próbował w roku 1716 roku otworzyć Brytyjczykom oczy na problem rosyjskiej dominacji nad Bałtykiem i uświadomić im skalę szwedzkiego strachu przed Rosjanami, publikując w londyńskiej gazecie The Post Boy artykuł pt: The Northern crisis, or, impartial Reflections on The Policie of The Czar, fakt ten obrócił się na jego niekorzyść, gdy wyszły na jaw kontakty holsztyńskiego posła von Görtza z jakobitami (stronnikami obalonej w 1689 roku dynastii Stuartów), o których informował Gyllenborga korespondencyjnie . Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności The Post Boy była periodykiem krypto-jakobickim, co w oczach Brytyjczyków dowodziło winy Szweda. Mimo poselskiego immunitetu Gyllenborg spędził trzy miesiące w londyńskim wiezieniu Poseł hiszpański Isidor de Monteleone protestował wówczas przeciw pogwałceniu immunitetu dyplomatycznego . Orientacja elit szwedzkich w wewnętrznej polityce angielskiej była najwidoczniej słaba. Na aresztowanie Gyllenborga odpowiedzieli aresztowaniem jego brytyjskiego odpowiednika w Sztokholmie Roberta Jacksona. W 1719 roku John Carteret jako nowy poseł brytyjski w Sztokholmie nabył niespotykanej wówczas nad Tamizą głębokiej znajomości spraw północnoeuropejskich, zwłaszcza niemieckich.
W latach dwudziestych XVIII wieku Brytyjczycy wysłali kilka ekspedycji wojskowych na Bałtyk, by – we własnym dobrze pojętym interesie – zmniejszyć rozmiar wpływów rosyjskich w regionie (wymusili też wycofanie się Rosjan z Meklemburgii), lecz trudno powiedzieć, by byli sojusznikami Szwecji. Na początku XIX wieku lord Palmerstone miał powiedzieć, że „Brytania ma stałe interesy, ale nie ma stałych sojuszników”. Długoletni (1721-1742) Premier brytyjski Robert Walpole i szwedzki mąż stanu Avid Horn byli jednak sojusznikami Walpole ufał mu, o czym świadczy liczna korespondencja, przeznaczona „tylko dla oczu Arvida Horna” . Późniejsi liderzy „patrii czapek” – spadkobiercy Horna, tacy jak Mattias Alexander von Ungern-Sternberg (1689-1763), lantmarskalk w latach 1742-1746 czyli się ideowo związani z Anglią. Zasada ta obowiązywała również na całym polu kultury; zaczytywali się oni w pismach Locke’a i Mandeville’a, wielu interesowało się brytyjskimi rozwiązaniami technicznymi, zaś jeden z jej stronników wielki kompozytor szwedzki Johan Helmich Roman (1694-1758) sztuki kompozytorskiej uczył się w Londynie na dziełach Händla . Także szwedzka muzyka ludowa adaptowała angielskie tańce w tych czasach na swe potrzeby . „Kapelusze” byli tak samo „francuscy” jak „angielscy” byli ich przeciwnicy, a nawet bardziej, ponieważ XVIII stulecie cechuje dominacja kultury francuskiej.

Osiemnastowieczny parlamentaryzm szwedzki różnił się dość od brytyjskiego. Przykład Jerzego III i jego arbitralne rządzenie krajem w porozumieniu z Williamem Pittem Młodszym w latach 1783-1788 pokazuje jednak, że w praktyce nie istniał żaden mechanizm, który umożliwiłby związanie rąk królowi, w Szwecji wyraźnie zadekretowano pozbawienie Króla prawa weta . Władca brytyjski dysponował listą pensji dla urzędników, które mógł przyznawać komu chciał, w Szwecji decyzje tego typu należały do wszechwładnego parlamentu nawet w czasach Karola XI i XII. Szwedzki rząd składał się z kolegiów (jak w Hiszpanii do początków XVIII wieku, czy w Austrii) a nie wzorowanych na francuskich departamentów (jak brytyjski), co powodowało, że dziś polityka szwedzka tamtych czasów wydaje się nam mniej klarowna.
Choć elity szwedzkie znały zarys idei Locke’a i jego następców (Hume, Mandevolle), praca Daniela Silviusa z 1719, w której zamieścił postulat by konstytucja państwa była oparta na prawie naturalnym i w której podkreślał znaczenie zwalczania samowoli Króla, jest jedną z niewielu typowo „angielskich” prac napisanych w stylu Locke’a w Szwecji . Było to spowodowane tym, że w Szwecji nie rozwinęła się idea umowy społecznej. Konstytucja w Szwecji była widziana jako przejaw woli Boga, a nie rezultat umowy, a władza Króla była tak dobitnie ograniczona odpowiednimi przepisami, że nie zachodziła potrzeba bronienia narodu przed jego samowolą przez rozwijanie filozofii wolności indywidualnej. Sama konstytucja mogła być przez parlament interpretowana i ulepszana (uszczegóławiana) lecz nie zmieniana. Nie mogło również być mowy o nanoszeniu poprawek w stylu amerykańskim . Sposób podejścia ówczesnych Szwedów do konstytucji był więc zdecydowanie konserwatywny. I choć przyzwyczajeni do brytyjskich wzorców politycznych, oczyma wyobraźni widzimy już atakujących konstytucję frankofilskich członków partii kapeluszy i broniąca jej anglofilską „partię czapek” – jakby według dzisiejszego modelu kanadyjskiego, to trzeba powiedzieć, że pod tym względem „kapelusze” byli tak samo konserwatywni jak ich przeciwnicy. Jeśli zaś przyjrzymy się stosunkowi obu partii do treści niesionych przez Oświecenie – to był on równie przychylny, choć Hattpatriet stawiała bardziej na szkoły i naukę, a Mösspartiet na kopalnie. Można jednak domniemywać o nieco większej zachowawczości społecznej liderów „czapek”.

Przy określaniu obu stronnictw mianem profrancuskiej i probrytyjskiej trzeba pamiętać, że Wielka Brytania nigdy nie próbowała wpływać na przebieg wyborów w Szwecji w tak wielkim stopniu, w jakim czyniła to Francja. Wprawdzie Stephen Poyntz, ambasador brytyjski w Sztokholmie (1724-1728) wiedział dobrze, że przekupstwo jest kluczem do sukcesu wyborczego („…swedish Diet was always corruptible…”), to raczej odstraszyło to Londyn od inwestowania w sojusznika. Gdy rozeszły się w późnych latach trzydziestych drogi Westminsteru i Wersalu, Szwecja grawitowała wyraźnie w stronę Francji. Odmienność zwyczajów dyplomatycznych także nie ułatwiała kontaktów brytyjsko-szwedzkich. W czerwcu 1742 roku Sir Melchior Guy-Dickens (1695-1775) przybył do Sztokholmu jako minister brytyjski przy dworze szwedzkim. W roku 1747 zagrożony w procesem o zdradę stanu rosyjski kupiec Christof Springer schronił się u posła brytyjskiego. Następnego dnia kanclerz Erik Mathias von Nolcken zażądał wydania Springera. Sir Melchior Guy-Dickens poprosił o kilka godzin zwłoki chcąc porozumieć się z posłami innych państw. Kanclerz zjawił się jednak przed wyznaczoną godziną i to z oficerami, którzy siłą wywlekli Sringera z budynku poselstwa. Poseł oświadczył, ze ustępuje tylko przed siłą. W korespondencji ze Szwedami, Guy-Dickens bronił koncepcji azylu, twierdząc jednak, że nie odmówił by wydania przestępcy, ubolewał jednak nad nieposzanowaniem godności poselstwa. strona szwedzka rytykowała ideę azylu, twierdząc, że posłom szwedzkim nigdy nie wolno go udzielać. Guy-Dickens w końcu wyjechał bez pożegnania, nie przyznając racji Szwedom (nie uczynił tego także jego rząd). Według S.E.Nahlika był to bodaj ostatni w Europie spór na tle azylu . Dopiero po 1764 roku, dzięki zwycięstwie wyborczej „partii czapek”, dotąd przegrywającej z finansowanymi przez Francję „kapeluszami”, i dzięki wysiłkom ambasadora Johna Goodricke’a (1708–1789) udało się stworzyć prawdziwie brytyjskie stronnictwo w Szwecji .

Do liberalnych myślicieli osiemnastowiecznej Szwecji możemy zaliczyć Carla Fredrika Scheffera (1715-1786), który próbował stworzyć katalog szwedzkich wolności w obawie przed powrotem absolutyzmu. Używał przy tym nawet terminu: „wolność republikańska” i prawie na pewno inspirował się myślą Locke’a. Inny praliberał szwedzki pastor Anders Chydenius (1729-1803) zajmował się problemem wolności prasy i z jego nazwiskiem wiąże się szwedzka przewaga nad innymi państwami w tej dziedzinie. Chydenius bronił też wolnego rynku przeciw fizjokratyzmowi partii kapeluszy, i udało mu się doprowadzić do uchwalenia edyktu o wolności prasy (1766) kiedy partia czapek, z którą był związany przejęła kontrolę nad parlamentem, w tym także nad izbą duchownych, w której zasiadał . Do wolności nawiązywał też sam Gustaw III by usprawiedliwić dokonany przez siebie w 1772 roku monarchistyczny zamach stanu , jego liberalizm w sprawach takich jak zakaz stosowania tortur, wiązał się m.in. z wpływem Chydeniusa. Liberalne, ponadklasowe rozumienie wolności miało jednak przegrać ze starym arystokratycznym jej pojmowaniem na przełomie XVIII i XIX wieku.
Szwedzki arystokratyczny parlamentaryzm XVIII wieku był więc konserwatywny, a oświeceniowo-liberalne elementy ich działalności, były znacznie lepiej realizowane przez zdolnego króla Gustawa III, który w 1772 roku przeprowadził z pomocą armii i nieszlacheckich posłów parlamentu (dawny parlament szwedzki miał cztery izby: arystokratyczną, duchownych, mieszczan i – co było ewenementem europejskim – chłopów), oraz arystokratów zdolnych, lecz niezbyt majętnych czyli oficerów. Ten sam lud Sztokholmu, który protestował w 1743 roku, przeciw prowadzonej przez szlachecka partię kapeluszy wojnie z Rosją, poparł ten pomysł w 1789 lecz już pod władzą Króla umiejącego docenić ich wsparcie. W jego imieniu Adam Löwenhaupt podziękował 27 kwietnia ludowi i poprosił o rozejście się w spokoju do domów: „…kungen verkligt tillgiven, då han kom med en såden hälsning…” . Oświecenie szybko straciło w Szwecji swą polityczną liberalną treść. Gdy w roku 1821 Lorenzo Hammarsköld (1785-1827) wziął jego dziedzictwo w literacką obronę był to już niemal akt odwagi .

Baron Gustaf Adam von Nolcken (1733-1813), wieloletnim (1764-1793) ambasador szwedzki w Londynie, próbował w 1788 roku przyczynić do zlikwidowania izolacji politycznej Szwecji w Europie negocjując sojusz z Brytyjczykami. William Pitt Młodszy i Francis Osborne, lord Camarthen obawiali sie jednak, że przez sojuszu ze Szwedami popchnąłby Francję prosto w ramiona Rosji. Von Nolckenowi pomagał brytyjski dyplomata Hugh Elliot, zwolennik sojuszu W. Brytanii, Prus, Holandii, Danii i Szwecji przeciw Rosji. O fiasku rozmów z Pittem, Nolcken poinformował władcę Szwecji, lecz Gustaw III zachował te informacje dla siebie, mając ciągle pewne nadzieje na sojusz . 31 lipca 1790 Robet Liston i poseł pruski Adrian Heinrich von Borcke podpisali w Sztokholmie traktat subsydialny z Szwedami, którym Berlin i Londyn zobowiązywały się wesprzeć finansowo szwedzki rząd .

Szybki koniec pierwszego oświecenia szwedzkiego w stylu francuskim i brytyjskim spowodowało, że Szwedzi są bardziej demokratami niż liberałami , co być może powoduje znane nam dziś stałe spory między USA i Wielką Brytanią z jednej strony, a Szwecją z drugiej strony, co dodatkowo potęguje szwedzki pacyfizm coraz bardziej widoczny od końca XVIII i XIX wieku. W wieku XIX Wielka Brytania była głównie źródłem inspiracji technologicznej dla Szwedów. Dyplomata i wynalazca szwedzki Martin von Wahrendorff (1789–1861) obserwował w latach 1818-1820 brytyjskie metody produkcji przemysłowej, tymczasem ówcześni brytyjscy przedstawiciele w Sztokholmie tacy jak William Vesey-FitzGerald (1783-1843), starali się odzyskać od szwedzkiego dworu sumy pożyczone na prowadzenie działań wojennych przeciw Napoleonowi. Po przyjeździe do Sztokholmu w 1872 roku brytyjski dyplomata Edward Erskine (1817-1883) podpisał ze Szwedami pierwszą europejską umowę dotyczącą ekstradycji więźniów.
W 1866 roku zniesiono parlament stanowy (Ståndsriksdagen) głosujący nie indywidualnie, lecz stanami i zastąpiono znanym nam dziś dwuizbowym, według wzoru anglosaskiego, lecz to nie zmieniło demokratyczno-konserwatywnej podstawy szwedzkiego ustroju i sposobu myślenia o polityce. Warto zauważyć, że żadna z dzisiejszych partii szwedzkich nie ma w nazwie słowa „liberalny”. Największymi partiami dzisiejszej Szwecji są Partia Socjaldemokratyczna (Socialdemokraterna), założona w 1899 roku, która z niewielkimi przerwami rządziła od 1932 do 2006 roku, która zbudowała szwedzki model państwa dobrobytu, choć w latach 90. Dokonała prywatyzacji wielu przedsiębiorstw, skupiając się bardziej na walce z dyskryminacją różnych grup społecznych. Główna partią prawicową w Szwecji jest obecnie rządząca Moderaterna, która powstała w 1904 roku jako partia zdecydowanie nacjonalistyczno-konserwatywna, lecz od lat 70. stawała się bardziej liberalno-demokratyczna. Partia faktycznie liberalna mająca dziś poparcie rzędu 7%: Folkpartiet liberalerna, która w 1895 roku powstała jako Partia Ludowa - Folkpartiet z bardziej liberalnego skrzydła feudalnej Starej Partii Szlachty (Gamla Lantmannapartiet) dziś tworzy koalicję pod wodzą szefa Moderatów Fredrika Reinfelda. Folkpartiet liberalerna w niektórych sprawach przypomina amerykańskich neokonserwatystów (nacisk na bezpieczeństwo narodowe, poparcie dla Izraela), ale z drugiej strony jest np. proemigracyjna. Szwedzka Centerpartiet powstała w 1913 roku jako partia chłopska, ale dziś jest raczej typową liberalną partią miejską. Nieco silniejsza powstała w 1964 roku chadecja Kristdemokraterna jest z nią sprzymierzona, a powstała w 1988 roku narodowa, anty-emigrancka i radykalnie prorodzinna (wroga homoseksualistom) Sverigedemokraterna choć uchodzi w Szwecji za skrajną prawicę, jest równoprawnym tamtejszej czynnikiem polityki.

W 1918 roku powstało londyńskie Anglo-Swedish Society , było to jedno z angielskich towarzystw promujących wiedzę z innymi państwami, w celu zminimalizowania ryzyka kolejnej jatki jaką była I wojna światowa. Tuż przed II wojną światową Szwecja balansowała między Wielką Brytanią a Niemcami, głównie dlatego, że ani III Rzesza, ani Wielka Brytania, nie potrafiły samodzielnie zagwarantować dobrych zysków w wymianie gospodarczej. Brytyjczycy biernie reagowali na niemieckie rosnące zainteresowanie Skandynawią przed wojną, mając oczy skierowane w inne rejony. Szwedzki rząd nie poparł bezpośrednio zagrożonej w 1940 roku przez ZSRR Finlandii, lecz dostarczał jej broni (także tej pochodzącej z Francji i Anglii). Po klęsce Francji, Szwecja musiała godzić się na wiele ustępstw handlowych i np. związanych z transportem wojsk wobec Niemiec, m.in. zapewniając forum do rozmów dyplomatycznych z Londynem, z czasem Niemcy coraz bardziej uzależniały Szwedów od siebie, dopiero latem 1943 roku Szwecja zaczęła rozluźniać współpracę z Niemcami . Przez całą wojnę Szwedzi utrzymywali na wszelki wypadek wielką armię. Po demilitaryzacji zaoszczędzone pieniądze wydali w latach 50. 60 i 70. na stworzenie najsprawniejszego jak dotąd modelu państwa opiekuńczego. Czasami byłe państwa alianckie wytykają Szwedom ten okres neutralności, i najwyraźniej drażni ich to, że Szwecja wybrała bezpieczeństwo i dobrobyt, zamiast bitewnej „chwały” i zniszczenia. Szwedzki poseł w Londynie (w l. 1948–1967), Gunnar Hägglöf (1904–1994), w czasie wojny krytykował idealistycznych zwolenników aktywnego wmieszania się Szwecji w wojnę radziecko-fińską, po wojnie zaś krytykował aliancki brak szacunku dla neutralności Szwecji w czasie działań wojennych.

Mimo widocznego zróżnicowania szwedzkiej sceny politycznej anglosasów dziwi często, że to co u nich uchodziłoby za socjalliberalne w Szwecji często występuje jako prawica . Przesunięcie to powoduje czasem reakcję odwrotną – Anglosasi traktują często Szwecję jako kraj jednoznacznie liberalny (nie tylko w USA, gdzie słowo: liberal oznacza socjaliberała lub nawet socjaldemokratę, ale i w Wielkiej Brytanii), stąd na szwedzkim angojęzycznym forum informacyjnym widzimy pytanie: ”
„..Szwecja zwalcza prostytucję, zażywający miękkie narkotyki są tam postrzegani jako podejrzani moralnie, nie można tam kupić alkoholu po 19:00, ani pic w wielu parkach, a coraz więcej hoteli odmawia udostępniania kanałów pornograficznych. Dlaczego szwecje postrzega się jako kraj liberalny? Sweden is tough on prostitution, users of soft drugs are considered morally suspect, you can't buy alcohol after 7pm or drink in many parks, and more and more hotels refuse to show porn. Why is Sweden considered liberal?... ”.

Liberalny potencjał w Szwecji dostrzega jednak choćby brytyjska partia liberalnych demokratów , jednak podziwia ona przede wszystkim sprawność szwedzkiego państwa. Jest to dość typowe u bardziej lewicowych liberałów europejskich, którzy Szwecję postrzegają jako idealne połączenie wolnego rynku i państwa opiekuńczego. Konserwatywni liberałowie są już wobec Szwecji bardziej podejrzliwi, bowiem nad Szwecją ciąży przede wszystkim tradycja socjaldemokracji, a więc lewicy. Liberałowie jednak zazdroszczą potężnemu w Szwecji państwu możności pilnowania przestrzegania pewnych liberalnych standardów, nawet jeśli czasem państwo zbacza w retorykę konserwatywną lub socjalistyczną. Odmienność politycznego klimatu Szwecji sprawia, że świat, a zwłaszcza przywiązany do dwupartyjności i ideologicznych podziałów w ramach skrzydeł dwóch dominujących partii, a nie wielu oddzielnych partii, świat anglosaski, ma kłopoty z rozgryzieniem szwedzkiej polityki. Dotyczy to zarówno Wielkiej Brytanii, jak i USA. W obu tych ostatnich krajach stale pojawiają się głosy o rzekomym zagrożeniu europeizacją anglosaskich scen politycznych, które maja skutkować wyłonieniem się kilku bardzo różnych ideologicznie partii, które nie będą już mówiły jednym brytyjskim czy amerykańskim językiem.

Podejście do Szwecji jako kraju, który może być wzorem dla innych ze względu na swoje umiejętne połączenie tego socjalne z tym co wolnorynkowe ma kilkadziesiąt lat. Wcześniej kraj ten kojarzył się, nie tylko zresztą w świecie anglosaskim, z zimnym, biednym i agresywnym krajem żołdaków. Jak pisze Tomasz Walat:

„…Siedemdziesiąt lat temu amerykański dziennikarz Marquis Childs napisał książkę pt. „Szwecja – trzecia droga”. Kraj był dla niego „konstruktywnym kompromisem między kapitalizmem i socjalizmem”. Chociaż wiele się zmieniło, to ten wizerunek jest nadal atrakcyjny. Szwecja przoduje prawie we wszystkich międzynarodowych rankingach niezależnie od tego, czy dotyczą one jakości życia, poziomu demokracji, zwalczania korupcji czy bezpieczeństwa na drogach… Nie zawsze jednak tak było. Szwecja wypiękniała w ciągu wieku. Historycznie miała bardzo zaszarganą opinię w Europie… Był to również kraj biedny, którego duże grupy ludności emigrowały za chlebem jeszcze w XX w… ”.

Obecnie wygląda to zupełnie inaczej, Szwecja jest wzorem dla wielu w Londynie i Waszyngtonie:

„…Amerykański ekonomista Paul Samuelson, laureat Nagrody Nobla, pisał o Szwecji entuzjastycznie: „Jeśliby nie istniała, świat byłby zmuszony wynaleźć Szwecję – w której rząd odgrywa główną rolę, lecz jednak jest do niej stworzony przez naród”. Były francuski prezydent George Pompidou, zapytany o jego ideał systemu społecznego, odpowiedział: „Szwecja z odrobinę większą porcją słońca”. .. W Sztokholmie jest Instytut Szwedzki, który odpowiada za kształtowanie wizerunku. Obraz kraju za granicą to ważny element polityki wewnętrznej. Szwedzi doskonale to wiedzą i od lat budują na tym swoją międzynarodową pozycję. Gdzie tkwi sekret ich powodzenia? Ze wszystkich możliwych wyjaśnień najbardziej przemawia do mnie wersja angielskiego trawnika, który, odpowiednio podlewany i strzyżony, staje się piękny już po paru stuleciach. Poza tym sami Szwedzi mają bardzo wysokie mniemanie o swoim kraju i jego organizacji. „Szwecja to najlepsze, co Bóg stworzył” –- kończył swoje wystąpienia szwedzki miliarder Jacob Wallenberg. Zamordowany przez nieznanego do dziś sprawcę premier Olof Palme zwykł mawiać o Szwedach jako najbardziej cywilizowanym narodzie świata. Parafrazując te słowa szwedzka telewizja nadawała ostatnio serię reportaży o „najbardziej nowoczesnym kraju” z udziałem … członka Akademii Szwedzkiej Petera Englunda... Mimo dużej porcji samoironii i wielu znaków zapytania, ocena została ostatecznie potwierdzona. Duńska badaczka ze szwedzkiego uniwersytetu w Lund Hanne Sanders uznała po tym programie, że szwedzka tożsamość ma nieco imperialny rys: „Szwedzi uważają, podobnie jak Amerykanie o USA, że wynaleźli najlepszy system społeczny i reszta świata powinna być bardziej szwedzka”. Szwedzi odnotowują wszystkie negatywne głosy na swój temat, jakie pojawiają się w świecie. Kiedy południowoafrykański dziennikarz Roland Huntford napisał w latach 70. książkę „The New Totalitarians”, przedstawiającą ten kraj jako urzeczywistnienie koszmarnych wizji George’a Orwella („Rok 1984”) czy Aldousa Huxleya („Nowy wspaniały świat”), natychmiast przetłumaczono ją na szwedzki i wydano. Od kilkudziesięciu lat odnotowuje się wszystkie proroctwa wieszczące koniec tzw. szwedzkiego modelu i upadek państwa dobrobytu. W powszechnym obiegu funkcjonuje pojęcie trzech „s” (seks, samobójstwa i socjalizm), jakie zdaniem krytyków cechować ma rzekomo życie w Szwecji. Olleg Waestereberg, szef Instytutu Szwedzkiego, pytany, co mu się nie podoba w obrazie Szwecji za granicą, zazwyczaj odpowiada: „Najbardziej chyba to, że ciągle zbyt często traktuje się nas jako kraj socjalistyczny. Mimo powoływania się na Karola Marksa i podejmowanych w przeszłości eksperymentów z socjalizacją sektora prywatnego w imię ekonomicznej demokracji (na szczęście odrzucone), jesteśmy społeczeństwem o ugruntowanej gospodarce rynkowej, na wskroś demokratycznym”. Prywatne przedsiębiorstwa bardzo się zresztą przyczyniają do pozytywnego wizerunku Szwecji za granicą. Chyba nie ma drugiego kraju tej wielkości (9 mln ludności), który miałby tak dużo firm o tak znanej marce w świecie jak Volvo czy IKEA. Szwedzki premier, składając wizytę w waszyngtońskim Białym Domu, przywozi ze sobą piłę mechaniczną marki Husqvarna (za którą dostaje potem specjalne podziękowanie odnotowywane w amerykańskich mediach), a nie podanie o zniesienie wiz. Również szwedzki wkład w światową kulturę jest, jak na rozmiary kraju, wyjątkowo duży…”.

Czy dzisiejsze brytyjskie podejście do Szwedów i ich kraju odróżnia się czymś w ramach ogólno-zachodniej opinii o nich? Wydaje się, że raczej nie. Brytyjczycy często robią badania porównawcze dotyczące zabezpieczeń socjalnych i edukacji w ich kraju i w Szwecji, co potwierdza tezę, iż traktują Szwecję jako punkt odniesienia, często Brytyjczycy są pod wrażeniem szwedzkiego modelu państwa opiekuńczego opartego nie tylko na samej walce z bieda, ale też na wyrównywaniu poziomu zamożności równych warstw społecznych . Nie brak Brytyjczyków, zwłaszcza młodych mieszkających w Szwecji .

Ciekawe jest częste porównywanie urody mieszkańców, a zwłaszcza mieszkanek Szwecji i Wielkiej Brytanii, przez przedstawicieli obu nacji, oraz reszty Zachodu. Amerykański użytkownik Youtube udostępnił w sieci zdjęcia z sztokholmskiego nocnego klubu „Sthlm VIP” i nocnego klubu „New Pig & Whistle” w brytyjskim Newcastl-upon-Tyne. Na zdjęciach widzimy atrakcyjne szwedzkie dziewczyny, a potem mało zadbane i często otyłe brytyjskie . Inny Amerykanin poparł tezę swojego rodaka, iż Brytyjki nie dorównują uroda ani koleżankom ze Skandynawii, Anie krajów latynoskich, ani nawet z krajów słowiańskich. Szwedzki użytkownik o nicku: dracopticon uznał jednak, że brytyjskie kluby nocne są o wiele bardziej cywilizowane od szwedzkich jeśli chodzi o maniery (The British pubs outank the Swedish 99 to 1 in general nicety! That's what counts). Duńczyk mieszkający w Szwecji napisał z kolei, że brytyjskie puby w Reading mają o wiele lepszą atmosferę niż sztokholmskie, m.in. dlatego, że ludzie zachowują się tam mniej formalnie. Dalej kolejny Amerykanin stwierdził, że trudno porównywać urodę dziewcząt w stolicy kraju i w mieście bardziej prowincjonalnym (Newcastle), kolejny jego rodak idealizował Szwedki uważając je za najpiękniejsze w wszystkich kobiet. Z kolei mieszkający w Danii, Szwed ze Sztokholmu uznał Szwedki za piękne, ale dumne i niedostępne (być może jako ciekawemu cudzoziemcowi, szło mu łatwiej z cudzoziemkami?). Dalej możemy przeczytać, że Meksykanin uznał Brytyjczyków za bardziej wyluzowanych i towarzyskich od Szwedów, Francuz stwierdza, że Szwedki są piękne za młodu, ale paskudnie się starzeją, a dwaj Brytyjczycy przyznają pierwszeństwo pięknym Szwedkom narzekając na dziewczyny w Anglii. Inny Anglik jednak wyraża przekonanie, że w Manchesterze czy Londynie dziewczyny byłyby równie piękne jak mieszkanki Sztokholmu, jednocześnie zakłada, że brzydule na filmie muszą być z robotniczego Bradford, co jak wiadomo jest nieprawdą, bo jak napisał sam autor są one mieszkankami Newcastle . Zastanawiające jest to, że większość zarówno skandynawskich jak brytyjskich i amerykańskich „obrońców” Brytyjek, broni głównie brytyjskiej towarzyskości skonfrontowanej z wyniosłością i chłodem Szwedek, nie podając w wątpliwość piękności mieszkanek Sztokholmu. Wskazuje to na kompleksy brytyjskie i szerzej anglosaskie wobec Szwecji jeśli chodzi o urodę lokalnych dziewczyn, i na pewną tęsknotę Skandynawów za brytyjską towarzyskością i poczuciem humoru. Brytyjczycy znów poczuli się brzydsi od Szwedów, gdy okazało się, że założona w 2002 roku w Danii strona internetowa BeautifulPeople.com zgodnie ze swą nazwą za serwis Radkowy dla ludzi o ponadprzeciętnej urodzie przyjęła z 295,000 brytyjskich aplikantów zaledwie 35.000 osób (co ciekawe Brytyjki uchodzące przecież za „brzydkie” i mało zadbane uzyskały nieco lepszy wynik – 15% od aplikantów męskich, których przyjęto jedynie 12 % - mimo stereotypu przystojnego posągowego Brytyjczyka). Generalnie strona przyjęła podanie 360,000 osób z 190 krajów, podczas gdy chętnych było 1.8 miliona (średnia przyjęć wyniosła więc 17%). Najlepsze wyniki uzyskali Szwedzi, Brazylijczycy i Norwegowie, najgorsze zaś Brytyjczycy i Niemcy. Sprawą zainteresował się The Telegraph, gdyż jak widać obudziła ona brytyjskie kompleksy . Dziennikarze nie wnikali specjalnie w przyczyny kiepskiego wyniku brytyjskich aplikantów. Być może chodzi tu o to, że decydentami byli głównie Skandynawowie, którzy woleli urodę znaną im najlepiej czyli czysto germańsko-skandynawską (jak w Polsce uparcie powtarza się, że Słowianki są najpiękniejsze, co może wynikać z tego, że Polacy do niedawna mało podróżowali za granicę) lub zupełną egzotykę (np. brazylijską) od mieszanki germańsko-celtycko-francuskiej (Brytyjczycy) lub germańsko-słowiańsko-francusko-włoskiej (Niemcy). Czy piękniejsze są narody bardziej „czyste” rasowo? Trudno odpowiedzieć na to pytanie, w końcu nie brak miłośników „ciekawych” mieszanek.

Dwaj projektanci wnętrz Brytyjczyk Simon Davies i Szwed Tomas Cederlund są częstymi gośćmi w szwedzkiej telewizji. Pytany w jednym z programów przez redaktora Simon Davis o szwedzką wizję Anglii, mówi o szwedzkim przekonaniu, że Anglicy są pomocni i bardzo grzeczni, co go bardzo cieszy, jednocześnie dodając, że Anglicy są zdystansowani i nie otwierają się tak łatwo jak np. Amerykanie. Na sugestię Cederlunda, że podobnie jest ze Szwedami, Davies od razu zaprzecza twierdząc, że w porównaniu z Anglikami Szwedzi są bardzo gashing (ostrzy, bezpośredni). I Davies i Cederlund zgadzają się, że Brytyjczycy lubią kiedy ich domy oddają ich osobowość, podczas gdy Szwedzi lubią standard. Cederlund stwierdza, że każdy Szwed wie dokładnie ile cm szerokości powinna mieć np. zmywarka, Davies zaś twierdzi, że Szwedzi są podobnie jak Anglicy narodem indywidualistów, z tym, że ten indywidualizm nie manifestuje się przy projektowaniu domu (lecz raczej przy obmyślaniu planów urlopowych) . Brytyjski designer twierdził, ze siłą Anglii w jego fachu są liczne małe rynki i domy aukcyjne na których można znaleźć wiele oryginalnych dziwnych rzeczy. Poproszony o opisanie Szwedów w jednym zdaniu Davies powiedział, że Szwedzi wolno się zaprzyjaźniają, ale potem są bardzo lojalni jako przyjaciele. Cederlund o Brytyjczykach powiedział, że są very socially competent - że odnajdują się w każdej sytuacji, czy to wesele, przyjęcie czy stypa, w odróżnieniu od często zakłopotanych Szwedów. Jeśli chodzi o idealne angielskie plany wakacyjne, Davies tęsknił do Kornwalii, gdzie można przewentylować płuca i umysł zostawiając za sobą cały emocjonalny balast nagromadzony w ciągu roku, podczas gdy Cederlund rozpływał się nad wspaniałym wielkomiejskim zgiełkiem Londynu, który może chłonąć godzinami, podczas gdy Sztokholm jest dla niego „o wiele za spokojny” . Wynikałoby z tego, że Szwedów pociąga w Anglii jej światowy polot, do którego Brytyjczycy już przywykli.

Ciekawe są też brytyjskie porównania ich podejścia do wczesnej edukacji z podejściem szwedzkim. Brytyjscy (a także amerykańscy) rodzice kładą nacisk na jak najszybsze nauczenie swych pociech czytania i pisania. Wybierają przedszkola, które mają zapewnić im dobrą, tj. szybka edukację. Jednak jednym rezultatem najczęściej jest skrajne zestresowanie dzieci i nauczycieli. Sześciolatki w Szwecji często nie umieją pisać i czytać, ale są wychowywane w mniejszym stresie i już wkrótce w szkole zaczynają górować nad anglosaskimi w rozmaitych testach edukacyjnych. Szwedzkie przedszkola mają wiele małych grup, dzięki czemu klasy przypominają bardziej pokoje w domu rodzinnym niż szkołę, dzieci zaczynają dzień piosenką, a nauczyciele interesują się nie tylko programem nauczania, ale też tym co same dzieci chciałyby robić. W Szwecji ocenia się mniej same dzieci, lecz przede wszystkim programy nauczania, uczyć ma szkoła, a przedszkole ma być dla dzieci przyjemne i dostarczyć im przydatnych w życiu umiejętności społecznych .

Gdy w 2010 roku Konserwatyści Davida Camerona wygrali wybory, politycy szwedzcy byli dość niespokojni co do dalszych stosunków z Londynem. Szwedzka minister od spraw UE Brigitta Ohlsson obawiała się euro sceptycyzmu tej partii, jednak wkrótce potem zaczęła mówić o możliwości współpracy po spotkaniu ze swym odpowiednikiem z nowego brytyjskiego rządu; Davidem Lidingtonem i polskim: Mikołajem Dowgielewiczem w Sztokholmie. Dziennikarzom Ohlsson mówiła potem o możliwościach wspólnego reformowania budżetu UE, europejskiej polityki rolnej i promowania wolnego rynku, a także na polu ekologii. Mówiła też, że jej zdaniem to właśnie Brytyjczycy i Szwedzi w całej europie najbardziej przejmują się degradacją środowiska naturalnego . Relacja szwedzkiej minister pokazuje jak bardzo manicheistyczne myślenie o konserwatywno-liberalnej Brytanii i socjalistycznej Skandynawii zawodzi w praktyce politycznej.

Karykaturalne przedstawienie Szweda napotkamy w jednym z odcinków (zazon 5 odcinek 21) serialu : 'Allo 'Allo! w postaci eksperta od dział malarskich, handlującego kradzionymi obrazami. Nosi on nazwisko: Joop Hoop de Hoop, które wymawiane jest na skoczny sposób mający naśladować unoszące się i opadające tony w wyrazach, co jest charakterystyczne dla języka szwedzkiego (na podobnej zasadzie Szweda zagrał zaopatrzony w wielką blond perukę John Cleese w serialu: Whoops apocalypse gdzie upuszcza kluczyki od Volvo (w polskiej wersji tytuł serialu brzmiał: „Spokojnie to tylko koniec świata”), stanowiącym satyrę na zimnowojenną politykę). Joop Hoop de Hoop mówi przeciągle np.: I preeefeeer to keeep it in my pooocket. W innej scenie de Hoop wymawia "Heil Hitler!" jako: "Oil Jesus!" . W amerykańskim serialu animowanym Family Guy mamy postać szwedzkiego piekarza Bjoerna, która najprawdopodobniej powstała z połączenia kaleczenia języka przez żandarma Crabtree (często wychodzą z tego nieprzyzwoite wyrazy, podobnie jak u Bjoerna) i sposobu wymawiania charakterystycznego dla de Hoopa. Słynniejszą postacią fikcyjną jest szwedzki kucharz, mówiący po pseudo-szwedzku w każdym odcinku Muppet Show, który przygotowuje potrawy w bardzo nietypowy sposób, np. fabrykuje brukselki strzelając z pistoletu do podrzuconych w górę główek kapusty, lub fabrykuje mus czekoladowy nacierając nos łosia płynną czekoladą (po angielsku słowo mus i łoś wymawia się tak samo). Swedish chef każde swój występ rozpoczyna piosenką w języku pseudo-szwedzkim, po czym wyrzuca z rozmachem chochle za siebie i odwraca się patrząc czy nie zdemolował czegoś w kuchni.

W Internecie znalazłem zabawną listę „dowodów na to, że jesteś Szwedem”: You know you're swedish when..., z których wiele odnosi się do spotkań z Brytyjczykami. Szwedem jesteś np. wtedy, gdy: dziwisz się, że inne języki nie mają czasowników dotyczących picia konkretnych napojów (np. fika – pić kawę), chętnie mówisz, że cała Skandynawia rozumie największy język skandynawski czyli szwedzki, wymawiasz Mtv – mtweee, zawsze przepraszasz za swój niedoskonały angielki, nawet gdy jest bliski doskonałości, twoi rodacy zgromadzeni w pokoju chętnie przestawiają się ze szwedzkiego na angielski, gdy pojawi się jakiś nie-Szwed, a po jego wyjściu spoglądają na siebie z nerwowymi uśmiechami, nie wiedząc w jakim języku mówić dalej, myślisz, że V i W wymawia się w angielskim tak samo, uważasz szybki niemy wdech za synonim słowa yes, chętnie robisz szwedzkie czasowniki a angielskich rzeczowników i uważasz to za zupełnie poprawne szwedzkie wyrazy, lubisz jak rzeczy są: lagom (umiarkowane), chociaż Szwecja jest dla ciebie zbyt: lagom, myślisz, że słowo: lagom jest nieprzetłumaczalne na inne języki i doznajesz bólu, kiedy okazuje się, że są, lubisz rozmawiać po „szwangielsku” z przyjaciółmi, dlatego, że to zabawnie brzmi (Joo lajk to talk svänglish witt jår fränds jöst bekåse itts såunds såh riddkiulös) i czasem nawet nie wiesz, że mówisz svänglish jak rozmawiasz ze Szwedami, lub coś dla nich piszesz, uważasz, że mila to 10 km, kończysz każdą rozmowę telefoniczną słowami: puss puss, i nie rozumiesz czemu cudzoziemcy uważają to za zabawne, uważasz, za szokujące, że na słowa: puss i kyss w angielskim jest tylko jedno słowo, wiesz jak wymówić: smörgåsbord („szwedzki stół”, dosł.: stół kanapkowy), wiele rozmów kończysz słowami typu: japp....så är det det...mmm, grzebiąc butem w śniegu i patrząc się w ziemię, podajesz prostsze lokalne nazwisko w restauracji za granicą, wiedząc, że twoje prawdziwe jest zbyt trudne do wymówienia dla nie-Szweda, używasz pseudo-angielksich zwrotów nieznanych poza Szwecją typu: shit the same, zamawiasz pizzę ze znakomitym włoskim akcentem w słowie: Capricciosa, tak samo znakomicie hiszpańsko wymawiasz słowo: Barcelona, mówisz: oj przed: sorry, nie rozumiesz dlaczego nieładnie nie powiedzieć: please, ponieważ to słowo nie ma szwedzkiego odpowiednika, nie wiesz kiedy powiedzieć: is, a kiedy are (po szwedzku zarówno jedna osoba jak i wiele: är), mówisz: Yes, thanks, zamiast, Yes, please, uważasz, że „tak” i „nie” są dobrą odpowiedzią na prawie każde pytanie, odpowiadasz na wiele pytań mruknięciem: mhm, majac na mysli „tak”, a wtedy Anglikom wydaje się, że nie zrozumiałeś pytania, więc drażnią cię pytając ciągle o to samo, kiedy według ciebie już odpowiedziałeś, uważasz, że: garden and garden to normalna i naturalna odpowiedź na pytanie: Do you have a garden?, myślisz, że jak powiesz coś dwa razy, to zabrzmi to przyjaźniej (Hej Hej!, Nej men Nej men), mówisz raczej z amerykańskim , niż brytyjskim akcentem, choć mieszasz nieustannie słownictwo amerykańskie i brytyjskie, myślisz, że resortom (WC), to pomieszczenia służące do relaksu, mówisz: fuck bardzo niewinnym tonem w zupełnie nieodpowiednich momentach, tłumaczyłeś przynajmniej raz cudzoziemcom, czemu czasem K wymawia się jak Sz lub H (kärlek, kök – miłość, kuchnia), wkurzasz się, jak ludzie myślą, że szwedzki kucharz z Muppet Show, mówi po szwedzku. Pod koniec wyliczanki osób, która ją udostępniła w sieci (Szwedka imieniem Heidi) wspomina o panu Joop Hoop de Hoop, jako jedynej znanej jej postaci Szweda w kinie nie-Szwedzkim, której nie grał Szwed był Joop Hoop de Hoop, swoją drogą noszący bardzo holenderskie w charakterze nazwisko .

Dania pod wieloma względami bardziej przypomina kraje anglosaskie niż Szwecję, z którą wojowała przez stulecia. Z jednej strony Dania jest krajem o liberalnej gospodarce, podobnie jak Wielka Brytania i bardzo zaangażowana – w ramach swych możliwości - w misje wojskowe i stabilizacyjne, w odróżnieniu od socjaldemokratycznej, pacyfistycznej Szwecji, z drugiej jednak strony doznała ze strony brytyjskiej daleko więcej krzywd. Można powiedzieć, że w 1807 roku Brytyjczycy zemścili się na niej za średniowieczne najazdy na Anglię.
Rozwój polityczny nowożytnej Danii przebiegał inną drogą niż w Anglii. W 1660 roku król Danii Fryderyk III w roku 1660 w wyniku zamachu stanu zniósł tron elekcyjny, wprowadzając monarchię dziedziczną, po czym nawet nadał krajowi absolutystyczną konstytucję, podczas, gdy w Anglii wszelkie próby jego wprowadzenia skończyły się definitywnie w 1688 roku, wprawdzie zachowano tam dziedziczność tronu (modyfikowaną przez akcje parlamentu jak w 1689 czy 1701 roku), ale ważne jest, że Anglia była przez trzy ostatnie stulecia krajem rządzonym przez parlament, a Dania długo pozostawała monarchią z bożej łaski. Pewne podobieństwa jednak możemy zauważyć. Wielka Brytania była krajem kilkunarodowym, w którym dominowali Anglicy, a Królestwo Danii było krajem dwunarodowym; skandynawsko-niemieckim, gdzie Niemcy zarówno z duńskiego Holsztynu, jak i reszty północnych protestanckich Niemiec dominowali w królewskiej administracji. Po roku 1814 roku, kiedy to Dania musiała oddać Szwecji Norwegię, Niemcy stanowili tak znaczny procent ludności kraju, że Kopenhaga utrzymała niemieckojęzyczne prowincje już tylko przez parę dekad. Być może to współegzystowanie wielu narodów wywołało charakterystyczny zarówno dla Duńczyków i Brytyjczyków jest wcześnie rozbudzony nacjonalizm, i to w epoce, w której dominował kosmopolityczny arystokratyzm.

Na większości dworów osiemnastowiecznej Europy narodowość urzędnika czy dworzanina nie specjalnego znaczenia, liczyły się umiejętności i poparcie. Nacjonalizmu jako ideologii nie znano, choć zdarzały się przypadki ksenofobii (zwłaszcza w Wielkiej Brytanii i Polsce) wobec cudzoziemców. Ale to nie dotyczyło nigdy elit politycznych . Ernest Renan wspominał w swym wykładzie: Qu'est-ce qu'une nation („Czym jest Naród”) wygłoszonym na Sorbonie w 1882 roku, że każdy członek narodu – wspólnoty kulturowo-etnicznej codziennie potwierdza swa przynależność do tego narodu. W XVIII wieku o przynależności narodowej mieszkańców decydowali władcy; Alzatczyk mógł zostać Francuzem w jeden dzień. Dlatego tak łatwo władcy wymieniali się prowincjami (wymiana Toskanii za Lotaryngię w roku 1738, projekty wymiany Belgii na Bawarię w 1714 i po 1790 roku). Nie uważano, ze czyni się w ten sposób bezpośrednio zainteresowanej ludności jakąś krzywdę. Na większości dworów pełno było cudzoziemców, sprawujących nawet najważniejsze funkcje państwowe. W Madrycie roiło się od polityków i wojskowych z Włoch i Irlandii, a nawet Holandii, w Wiedniu poza wielka liczbą Włochów byli też Węgrzy, Belgowie, Francuzi i Holendrzy. W Królestwie Neapolu w 1779 roku ministrem floty został Anglik John Acton, 6. baronet Acton (1736-1811). W Danii długo dominowali Niemcy luterańscy, podobnie zresztą jak w Rosji. Jedynie Brytyjczycy w obawie przed wpływem hanowerskich ministrów uchwalili w 1713 roku ustawę Enlistment in Foreign Service Act (inaczej: Foreign Act), która stwierdzała, że ministrem w Wielkiej Brytanii może być tylko Brytyjczyk. Podobnie zarządzenia wydał w 1772 roku duński minister, rodowity Duńczyk, Ove Høegh-Guldberg (1731-1808) po obaleniu Niemca z Halle Johanna Friedricha Struensee’go (ur. 5 sierpnia 1737-1772) faktycznego dyktatora Danii przez dwa lata (1770-1772). Dodatkowo Brytyjczycy niechętnie widzieli także werbowanie poddanych brytyjskich do służby dyplomatycznej innych krajów , co nie było żadnym problemem w innych państwach, a w Austrii, Polsce, Rosji i Hiszpanii było normalną praktyką .
Jakby wbrew tym podobieństwom Duńczyków i Brytyjczyków, nie sposób dopatrzyć się jakichś specjalnych sympatii politycznych między obu ich krajami w przeszłości, chociaż na przykład Christian Siegfried von Plessen (1646-1723), poseł duński w Londynie w latach 1702-1703 był mężem zaufania angielskiej królowej Anny. Być może pewne znaczenie miał fakt, że od 1683 roku, Anna była szczęśliwą żoną duńskiego księcia Jerzego Oldenburga (1653-1708). Inny poseł duński w Londynie baron Henrik Frederik Sohlenthal (W latach 1714-1751 z kilkoma przerwami) brał aktywny udział w życiu kulturalnym Londynu.

W latach 20. XVIII wieku Brytyjczycy utworzyli sojusz północny, w którym znalazły się oba skandynawskie królestwa, co było czymś wyjątkowym w nowożytnej historii Skandynawii. Szwecja i Dania w 1727 roku przystąpiły do tzw. Sojuszu Hanowerskiego (Francja, Hanower, Wielka Brytania, Holandia) wymierzonego przeciw Sojuszowi Wiedeńskiemu (Hiszpania, Austria, Rosja, Prusy) , jednak sojusz ten rozpadł się, jak niemal wszystkie sojusze tych czasów, po kilku latach . W latach 20. XVIII wieku oba rządy; brytyjski i duński były zdecydowane przeciwdziałać wzrostowi wpływów Rosji, której ramie zbrojne sięgnęło Meklemburgii i (co gorsza ) księstwo Holsztynu, czego rezultatem było powinowactwo lokalnych dynastii z Romanowami. W 1726 roku demonstracja siły brytyjskiej floty w cieśninie Sund spowodowała jednak, że Katarzyna I (caryca od 1723 roku) zaniechała kroków zaczepnych wobec Danii. Gdy na tronie Rosji zasiadła mniej zainteresowana Holsztynem Anna Iwanowna (1730) Dania zawarła (1732) przymierze z nią i jej austriackim (od 1720 roku) sprzymierzeńcem, nie porzucając jednak relacji z Brytyjczykami (wrzesień 1734). Po śmierci (1730) energicznego i pro-brytyjsko nastawionego króla Fryderyk IV, Dania wykazywała tendencję do ostrożnego stawiania kroków w polityce zagranicznej i do unikania za wszelka cenę izolacji. Samoograniczenie celów i horyzontów politycznych było dla tego państwa tym łatwiejsze, że jego mieszkańcy nie przegrali wojny jak Szwedzi, a wiec nie byli sfrustrowani rządzą odwetu . Dania zachowała neutralność w wojnie siedmioletniej (1756-1763), w która zaangażowała się prawie cała Europa.
Najbardziej chyba serdecznym momentem w relacjach duńsko-brytyjskich w XVIII wieku była misja dyplomatyczna Waltera Titley’a (zm.1768), który był przez wiele lat (1730-1768) brytyjskim posłem nadzwyczajnym w Kopenhadze. Prowadził zakulisowe rozmowy w swej małej rezydencji wiejskiej Titley’s Gaard w Lyngby na temat królewskiego mariażu między członkami duńskiej i brytyjskiej dynastii panującej. Dzięki jego staraniom Fryderyk V Oldenburg pojął w 1744 roku za żonę córkę Jerzego II Luizę. Król Fryderyk i królowa bardzo lubili i cenili ambasadora i często odwiedzali go w Lyngby. W roku 1751 odbyła się tam wielka gala. Titley starał się ochłodzić agresywne zamiary Rosji wobec Danii, gdy (1762) tron Rosji objął Piotr Holsztyński. Kolejnym mariażem zaplanowanym przez Titleya było małżeństwo 16-letniego króla Chrystiana VII (panował od 1766 roku) z Karoliną Matyldą, siostrą króla Wielkiej Brytanii Jerzego III. Szczęśliwie Titley nie dożył finału. Król Danii oszalał i był okrutny wobec Karoliny Matyldy, której serce zdobył w końcu ambitny lekarz Johann Friedrich Struensee . Następca Titleya (1765-1771) sir Robert Gunning (1731-1816) tez zrobił dobre wrażenie w Kopenhadze. Kolejny brytyjski reprezentant Robert Murray Keith (1730-1795) musiał zagrozić Duńczykom wojną jeśli nie uwolnią obalonej przez jedno ze stronnictw dworskich królowej duńskiej Karoliny Matyldy, siostry Jerzego III władcy Wielkiej Brytanii, zamkniętej w areszcie w zamku Kronenburg, po obaleniu przez Duńczyków jej rzekomego kochanka – cudzoziemskiego doradcy Johanna Friedricha Struensee) . Cała sprawa oczywiście popsuła stosunki miedzy obu krajami, więc jeszcze w 1772 roku Keitha zastapił Sir Ralph Woodford (zm. 1791). W swej książce o nowożytnej Danii, Władysław Czapliński podaje ciekawą wypowiedź ambasadora na temat duńskiego ministra Ove Guldberga (1731-1808); "...Jest uczonym i napisał doskonałą historię powszechną, zna jednak świat i sprawy państwowe z książek... ".

Podobnie jak w przypadku Londynu i Sztokholmu dawało się wyczuć w historii relacji duńsko-brytyjskich wagę wielkomiejskości Londynu i brak odpowiednika wielkomiejskiego ducha w świecie skandynawskim. Angielskie księżniczki wydane za duńskich książąt bardzo nudziły się na kopenhaskim dworze nawet w czasie wesołych rządów rozrywkowego Fryderyka IV (1699-1730), który zainteresował artystów Danią. Za czasów Szekspira różnica między świeżo narodzoną angielską potęgą i ruchliwym Londynem, a ojczyzną Hamleta nie była jeszcze tak wielka. Na dworze Christiana IV obok kompozytorów-Duńczyków takich jak Jacob Ørn (zm. 1654) pracowali także muzycy angielscy, potem jednak Dania stopniowo traciła artystyczny polot na tle innych państw. Lepsi muzycy skandynawscy w XVIII wieku szukali zwykle zatrudnienia w Niemczech.

Na przełomie 1800 i 1801 roku Rosyjski car Paweł I, który poprzednio był sprzymierzeńcem Anglików, utworzył ligę państw neutralnych, obejmującą kraje skandynawskie, Prusy oraz Rosję, której celem było umożliwienie państwom neutralnym handlu z Francją. Wielka Brytania uznała tworzącą się ligę za bardzo poważne zagrożenie. Brytyjski admirał Parker, którego zastępca był Nelson, miał skłonić Duńczyków do wycofania się z ligi. Admirał chciał początkowo jedynie zamknąć cieśniny bałtyckie, jednak nelson namówił go na atak na flotę duńską. 2 kwietnia 1801 roku wywiązała się bitwa morska, którą Brytyjczycy w końcu wygrali, choć – co znamienne – wielu duńskich historyków twierdzi, że jego chęć pertraktacji wynikała z przekonania o niemożliwości całkowitego zwycięstwa. 3 kwietnia w Kopenhadze Nelson obiecał Duńczykom brytyjską ochronę przed Rosją. Pod koniec negocjacji Duńczycy (lecz nie Brytyjczycy) otrzymali wiadomość o zabójstwie cara Pawła, co oznaczało koniec ligi i duńskiego strachu przed zdradzeniem Rosja. Dalsze negocjacje poszły już więc gładko (traktat pokojowy podpisano 23 października 1801 roku) . W 1807 roku Napoleon skłonił, czy też właściwie zmusił Danię do przystąpienia do blokady kontynentalnej Wielkiej Brytanii, co podkopało duński i norweski handel i doprowadziło do kolejnego duńsko-brytyjskiego starcia na morzu i nie tylko na morzu. Brytyjczycy bali się, że Napoleon użyje nadal silnej floty duńskiej przeciw Anglii, dlatego dążyli do jej unieszkodliwienia, przejęcia lub zniszczenia. Ponieważ po przegranej bitwie pod Køge z wojskami desantowymi, Duńczycy odmówili poddania stolicy, Brytyjczycy ostrzelali miasto w dniach 2-5 września zabijając 2.000 cywilów i niszcząc 30% zabudowań. Użycie rakiet spowodowało też szalejące pożary. Zniszczenie miasta w imię obrony mocarstwowych interesów (Brytyjczycy nie poczekali nawet, aż Napoleon podbije Danię, lecz urządzili wyprawę uprzedzającą), do dziś powoduje antyangielskie resentymenty u Duńczyków, którzy poza tym traktują Brytyjczyków jako cos w rodzaju silniejszych kuzynów, podczas gdy ci ostatni raczej lekceważą naród po drugiej stronie Morza Północnego, który dwunastokrotnie przewyższają liczebnością i którego przedstawiciele tak często mówią dobrze po angielsku, że wydają się angielską kolonią. Motyw zniszczenia Kopenhagi pojawia się dość często w literaturze brytyjskiej, m.in. dostarczył natchnienia dla jednego z lepszych odcinków Bernarda Cornwella z jego serii książek o przygodach oficera Richarda Sharpe’a: Sharpe's Prey- Richard Sharpe and the Expedition to Copenhagen, 1807.


Książka Cornwella stanowi ciekawe źródło o dawnych i współczesnych brytyjskich stereotypach Duńczyków. Powieściowi Duńczycy, zwłaszcza teoretycznie probrytyjski kupiec Ole Skovgaard, którego wielka pobożność (częściowo odpowiada za nią to, ze w ciągu roku pochował żonę i syna) doprowadza racjonalistycznych brytyjskich oficerów do rozpaczy, podobnie jak pobożność połączona głupiego, a ambitnego Aksela Banga, pisarczyka pracującego dla Skovgaarda. Co ciekawe opinie o Duńczykach jako beznadziejnie poważnych i przesadnie religijnych wyrażają zarówno szwarccharakter major Lavisser, jak i główny bohater powieści Richard Sharpe. W jednej ze scen Lavisser mówi: „…to smutny kraj Richardzie. Duńczycy są nieciekawi, religijni, skryci, ostrożni. Mieszkają tu szarzy ludzie wiodący proste życie…”. Sharpe zrzuca tą opinię częściowo na karb arystokratycznego pochodzenia Lavissera, lecz zgadza się, właściwie ze wszystkim co major rzekł w pierwszym zdaniu , i sam wypowiada podobne opinie, choć może mniej autorytatywnie. Sharpe podkpiwa z nadmiernej wiary w pomoc niebios widoczną u Banga i innych bohaterów powieści (a propos jego ochrony córki Skovgaarda, Astrid, pyta Aksela Banga: „co zrobisz, jak ją zaatakują, będziesz się modlić?” ). Bang denerwuje Sharpe’a swymi błahychymi odpowiedziami na pytania, które człowiekowi nie będącemu ultra religijnymi nic nie mówią: „chciał się czegoś dowiedzieć o panu Skovgaardzie, więc powiedziałem mu, że mój pan jest dobrym kupcem i praktyk chrześcijaninem ”. Bang deklaruje się jako wróg alkoholu , choć raz tak się spija, że naraża swego pana na poważne niebezpieczeństwo, nawet jednak jako pijany zaprzecza iż jest pijany. Skovgaard uczy się angielskiego oczywiście z Biblii , a odkrywszy, że Sharpe nie wierzy w zbawienie chrystusowe, każe mu opuścić „ten pobożny dom” , mimo, iż znajduje się w zupełnie konkretnym ziemskim niebezpieczeństwie, a obecność prawdziwego żołnierza w domu mogłaby je zmniejszyć. Drogo płaci Skovgaard za swój pryncypializm i brak trzeźwego spojrzenia, gdy zostaje porwany (zawinił to naiwny bigot Bang, który wydał swego szefa tym których uznał za władze duńskie) i torturowany przez francuskich wywiadowców.

Kopenhaga sprawia dobre wrażenie na głównym bohaterze książki. Ruch panował tam jak w Londynie, lecz była znacznie czystsza od Londynu. Przed mieszkańcami Sharpe udaje Amerykanina, co jest przywilejem narodów anglosaskich, które nie muszą uczyć się języków obcych, by dobrze działać jako wywiadowcy. Kopenhascy rozmówcy Sharpe’a są oczywiście skoncentrowani na religijnym wymiarze życia, jeden z nich pyta Sharpe’a – „Amerykanina”, czy w Ameryce są luteranie i cieszy się, kiedy Sharpe odpowiada twierdzącą (mimo, iż nie ma pojęcia co to za jedni) . Wychowany w sierocińcu w plugawej londyńskiej dzielnicy Wapping przez sadystycznych „wychowawców”, Sharpe jest jednocześnie zafascynowany i skonfudowany perspektywą odwiedzenia kopenhaskiego sierocińca z Astrid Skovgaard. Astrid jest dumna z ojca, który wychował się w ubogiej dzielnicy marynarskiej Nyborder, przy ulicy Svanegaden, dla Sharpe’a te okolice są jednak rajem w porównaniu z Wapping. Zauważywszy kraty w górnych oknach sierocińca, Sharpe myśli, że dzieciom nie wolno wychodzić z budynku, ponieważ są de facto więźniami. Taka interpretacja rozśmiesza Astrid, która tłumaczy, że kraty są po to, by rozbrykane dzieciaki nie weszły na dach. Dzieci z Nyborder dotawały kije, gdy coś ukradły, podczas gdy brytyjskie sieroty w Wapping, z byle powodu bite były batem do krwi. Astrid, zszokowana taką informacją mówi: „Moja mama zawsze twierdz że Anglicy są okrutni”, na co Sharpe odpowiada: „..świat jest okrutny…” . Jest to ciekawe porównanie, jakie Cornwell przeprowadza między dickensowskimi mrokami XIX-wiecznego Londynu, a łagodnym i na swój sposób szlachetnym ubóstwem mieszczańskiej, luterańskiej Kopenhagi. Pobożność Duńczyków miałaby stanowić efekt tego, że Duńczycy nie zapomnieli o zaletach miłosierdzia, stąd zapewne wynosili, ze chrześcijański system społeczny działa. Dość bezbarwny anglikanizm brytyjski łączący w sobie bezduszny post-katolicki hierarchizm i pychę, ze zbytnim skojarzeniem władzy duchownej ze świecką, zapewne nie mógł dać takiego chrześcijańskiego zadowolenia . Ciekawe, że wyraźny zmysł opiekuńczy kraje skandynawskie zachowały mimo utraty wiary w naszych czasach. Z tym luterańskim humanitaryzmem w powieści zderza się stale imperialny i nieco „piracki” duch brytyjski. Nawet Sharpe uważa Duńczyków za naiwnych, i dziwi się, że są oni, aż tak cywilizowani, że nikt go nie aresztuje po rozpoczęciu działań wojennych, choć to, że jest Anglikiem, jest faktem znanym kilku osobom . Duńczycy, przynajmniej ci powieściowi, uważają jednak, że jeden Anglik, to jeszcze nie zagrożenie szpiegostwem, w tych sprawach zresztą są zdecydowanie zbyt naiwni i mało skuteczni.

Mieszkańcy Kopenhagi wiedzą, że grozi im atak brytyjski, nie wierzą jednak w bombardowanie samego miasta i celów cywilnych, bo nie uważają Brytyjczyków za barbarzyńców. Nie ma takich złudzeń Ole Skovgaard: „…widziałem atak Nelsona na miasto i wiem na czym polega brytyjska sprawiedliwość; odmówiliśmy im handlu i wtedy ludzka krew stała się towarem …”. Imperialnie myślący Brytyjczycy mocno tu kontrastują z poczciwymi Duńczykami. Lavisser w jednej ze scen mówi:
„Dania to mały kraj, zawsze będzie jej grozić, że posiądą ja Anglicy lub Francuzi… Ten nasz Ole , to potwornie nudny człowiek. Wyjątkowo nie znoszę takich ludzi. Jest praworządny, pracowity i obrzydliwie pobożny. Obraza mnie swa obecnością…”.

Najwięcej pochwał brytyjskich zyskują dońskie kanonierki, które ci uważają za lepsze od brytyjskich . Każda inność Danii wzbudza podejrzenia brytyjskich szeregowców i podoficerów. Jeden sierżant dzieli się z żołnierzami taką uwagą: „…nie pijcie okowity - to warzy diabeł a Duńczycy piją. Bóg jeden wie jak oni to robią, wygląda jak woda… ”. Jednocześnie jednak czytamy, że gdyby dachy miasteczka Køge nie były takie czerwone (chyba tylko szpital Króla Fryderyka ma czarny dach ), wielu brytyjskich żołnierzy mogłoby pomyśleć, że są u siebie w domu. Egzotyka ciągle przeplata się ze swojskością w kontaktach brytyjsko-duńskich .
Jedynymi głosami duńskiego rozsądku są w powieści duńscy generałowie, postacie historyczne: Joachim Castenschiold (1743-1817) i Heinrich Ernst Peymann (1737–1823). W powieści widzimy jak Castenhiold odpowiada na uwagi swego adiutanta, który dowiedział się, że wódz ich wrogów gen Arthur Wellesley (późniejszy książę Wellington), który też występuje w powieści odniósł wiele zwycięstw w Indiach („sądzę, że nietrudno pokonać Hindusów”) , że ma nadzieję, że Brytyjczycy lekceważą ich tak samo jak jego adiutant egzotyczne brytyjskie wiktorie . Nawet Castenhiolda jednak zamęcza własny pastor zwracając się do niego: „masz czas na modlitwę? ...”. Oczywiście zatroskany generał nie ma czasu na modły zostawiając je pastorowi. Generał Peymann rozsądnie przegotowuje miasto do obrony, nie wierząc jednak, by Brytyjczycy mieli bombardować ulice, podczas kolacji (przysmakiem głównym są sardynki), przekonuje, że wiedzą oni na pewno, że są pewne zasady wojenne, liczy więc, że: „zdrowy rozsadek i humanitaryzm zwyciężą. Muszą zwyciężyć”, na to kapelan uniwersytecki dodaje: „chrześcijaństwo musi zwyciężyć”, jak to duchowny utożsamiając całą ludzką dobroć z religijnością, a zło z pierwiastkiem pogańskim . Cornwell nie mógł się oprzeć pokusie opisania lotu pierwszych pocisków zaraz po tych butnych słowach. Pociski te kapelan bierze zrazu za pioruny.

Podczas bombardowań i wkrótce po nich powieściowi Duńczycy zachowują się zgodnie ze swym stylem życia; chowają po kościołach, licząc naiwnie, że poświęcone mury są odporniejsze na grad pocisków, Skovgaard i Bang idą na spotkanie religijne , po którym, jak się potem dowiadujemy Bang wydaje swego szefa. Astrid wyjątkowo przeklina, co zdumiewa Sharpe’a, który uważał dotąd, że ugrzecznieni Duńczycy są niezdolni przeklinać . Reakcja Duńczyków powoduje nową falę drwin Brytyjczyków. Generał Baird widzi atak na Danię jako całkowicie usprawiedliwiony w obliczu zagrożenia napoleońską awanturą w Europie. Zdrajca Lavisser (opuszcza on oficerów brytyjskich, by doradzać Duńczykom, a tak naprawdę współpracuje z wywiadem Napoleona) znów rzeknie: „…wszyscy w Danii są nudni nie do zniesienia to grozi tym, że niedługo ich kraj stanie się najbardziej pobożny na świecie… ”, namawiając Sharpe’a, że, by również dołączył do Francuzów i by, żyli razem w napoleońskiej Danii, „niczym wilki wśród wełnistych owieczek” .

Dziś Brytyjczycy całkiem dobrze pamiętają pierwszą bitwę pod Kopenhagą z 1801 roku, kiedy to Nelson przyłożył specjalnie lunetę do ślepego oka twierdząc, ze nie widzi sygnałów poddania się wrogiego okrętu”, by dalej móc walić doń z armat, natomiast rok 1807 nic im nie mówi (choć zostawili tam 259 zabitych). Dla Duńczyków ważny jest przede wszystkim ten drugi niszczycielski atak, kiedy to bomby brytyjskie zabiły w mieście 1600 , a pospiesznie zebrane milicje („bitwa chodaków” – jak nazywa bitwę pod Køge duńska historiografia) próbowały zatrzymać lądowy atak pod miastem. Choć Brytyjczycy uwielbiali mówić o „małej Danii”, trzeba pamiętać, że z Holsztynem i Norwegią nie była ona wcale taka mała, zwłaszcza terytorialnie, a także o tym, że jej flota handlowa była w 1807 roku drugą największą w Europie, podobnie jak strzegąca jej flota wojenna. Brytyjczycy wyprowadziwszy flotę duńską ze zdobytej Kopenhagi pozostawili duńskiemu dworowi na „pociechę” fregatę – dar Jerzego III, w 1808 roku Duńczycy odesłali ją do Anglii z angielskimi jeńcami na pokładzie dodając w depeszy: „zapomnieliście jeszcze jednego statku”. Upokorzona Dania odbudowywała miasto przez kilka dekad. W 1809 roku Dania, pomagała Napoleonowi zwalczyć niemieckie powstanie kierowane przez Ferdinanda von Schilla. W 1813 roku państwo duńskie zbankrutowało.

W styczniu 1814 roku rząd duński musiał na podstawie traktatu kilońskiego zawartego z Szwecją i Wielką Brytanią, przekazać Szwecji Norwegię (z wyjątkiem norweskich posiadłości zamorskich). Norwegowie próbowali w maju 1814 roku wywalczyć pełną niezależność, Szwedzi jednak zwalczyli powstanie i zgodzili się jedynie na unię personalną zamiast aneksji. Unia norwesko-szwedzka przetrwała do 1905 roku. Brytyjczycy w 1814 roku dostali Heligoland (dziś niemiecka wyspa Helgoland).
Dania w głębokim XIX wieku i na przełomie XIX i XX wieku niewiele interesowała Brytyjczyków. Dyplomata Edward Goschen, syn Sasa i Angielki był roczarowany, gdy w 1900 roku dostał posadę ambasadora w Kopenhadze: Oh dear, oh dear! I am not thrilled and later accepted but with misgivings . W 1924 roku w Londynie powstało Anglo-Danish Society , bliźniacza wobec Anglo-Swedish Society. Podczas II wojny światowej w przeciwieństwie do władców Norwegii i Holandii, którzy opuścili swoje kraje podczas niemieckiej okupacji, Chrystian X Glücksburg pozostał w tym czasie w kraju, stając się widocznym symbolem narodowej sprawy.

Pamiętając o tak bolesnych przeżyciach jak te 1807 roku, a później dość wyraźnej obojętności brytyjskiej wobec Danii, aż trudno uwierzyć, że dziś Brytyjczycy I Duńczycy utrzymują dobre stosunki dyplomatyczne, współdziałając na Bliskim Wschodzie i w wojnie z terroryzmem. Obecne władczynie obu krajów wizytowały się dwukrotnie (królowa Małgorzata II była w Wielkiej Brytanii w 1974 i 2000 roku, a Elżbieta II odwiedziła Danię w 1957 i 1979 roku) . 19 sierpnia 2010 roku premier Danii (w l. 2009–2011) liberał Lars Lokke Rasmussen odwiedził premiera Davida Camerona w Londynie.

Totalna niewiedza wielu Brytyjczyków o Danii została zabawnie skarykaturyzowana w jednym z odcinków serialu: „Co ludzie powiedzą?” (Keeping Up Appearances, 1990-1995), kiedy główna bohaterka snobka Hyacinth Bucket i jej mąż Richard odwiedzają Danię. Wysiadając z taksówki, całkiem poważnie Hiacinth mówi do taksówkarza: gracias Señor, wie bowiem dobrze, że jest za granicą, ale nie wie nic o tym konkretnym kraju. Jednak minutę potem zastyga w przestrachu pytając Richarda: „..Czy to przypadkiem nie ci Duńczycy, którzy napadli nas w średniowieczu?..
Jako w pełni samodzielny kraj Norwegia funkcjonuje dopiero od 1905 roku, siłą rzeczy więc kontakty brytyjsko-norweskie są mniej rozbudowane kulturowo. Jeszcze późniejsza jest niepodległość Finlandii (1917). Powstała wtedy oczywiście Anglo-Finnish Society . Wcześniej Norwegowie i Finowie kontaktowali się z Brytyjczykami jako poddani korony duńskiej lub szwedzkiej (np. z Finlandii pochodził choćby Anders Chydenius, czy Arvid Horn, a z Norwegii dramaturg kopenhaski Ludvig Holberg). Podczas I wojny światowej Norwegia była neutralna, ale handlowo pomagała Brytyjczykom, ci zresztą zmusili zimą wystosowując odpowiednie ultimatum Norwegów do zaprzestania wszelkiego handlu z Niemcami, dlatego w latach 60, norweski historyk Olav Riste (ur. 1933) nazwał Norewgię tych lat „neutralnym aliantem”. Niemiecki łodzie podwodne zatopiły podczas wojny ponad 600 norweskich jednostek. Podczas II wojny światowej, gdy Niemcy zajęły Norwegię, w Anglii solidaryzowano się z norwegami drukując plakaty z farmerami norweskimi o szlachetnych obliczach, oraz szkolono norweskich komandosów. Od kwietnia do czerwca 1940 roku alianci francuscy, brytyjscy i polscy wspierali Norwegów w walce o Narvik . Podczas akcji niszczenia nazistowskich fabryk ciężkiej wody, komandosi używali tylko brytyjskiego sprzętu i mundurów, by nie prowokować niemieckiej zemsty na ludności cywilnej, w razie utraty sprzętu czy jednego z ludzi. Akcja udała się jednak znakomicie .
Dziś ok. 14 tysięcy Brytyjczyków mieszka w Norwegii, i tyluż Norwegów w Wielkiej Brytanii .

Narody skandynawskie należą do tych niewielu narodów, których przedstawiciele lubią przyznawać rację stereotypom, zwłaszcza tym dotyczącym ogólno-skandynawskiego charakteru. Czyni to na przykład Bent Hamer (ur. 1956) – norweski reżyser, scenarzysta i producent filmowy, studia ukończył w Szwecji, mówiąc:

„…Nie jestem do końca pewny, które to są te szwedzkie cechy charakteru, ale w pracy przede wszystkim przydaje mi się cierpliwość… My, Szwedzi, jesteśmy chyba tacy zahartowani i twardzi dzięki surowym warunkom naturalnym, w których żyjemy. Co jeszcze? Opanowanie i chłód emocjonalny; rzadko kiedy tracimy głowę i wpadamy w panikę. Jesteśmy rozsądnym narodem, który rzadko kieruje się emocjami… Strasznie lubimy też poczucie wolności i niezależności. Kiedy kręcę film oparty nie bezpośrednio na własnym scenariuszu, tylko, tak, jak to miało miejsce w przypadku "Factotum", na twórczości kogoś innego, świadomość, że to ode mnie zależy, co z tej twórczości pokażę, co zostawię, a co usunę z mojego projektu, to bardzo miłe uczucie. Wierzymy, że każdemu przysługuje prawo do bycia sobą, z którego osobiście zawsze korzystam. Wydaje mi się, że ludzie lubią, kiedy ktoś jest wierny sobie. Ja bardzo to u siebie w każdym razie cenię. Strasznie się cieszę, że w moich filmach nie muszę iść na kompromisy, które by coś takiego wykluczały …”.

Południowi Germanie, ani Słowianie nie znajdują tak często wspólnych stereotypów, ani ich też tak chętnie nie szukają, jak Skandynawowie, właściwie najbliżej takiemu stylowi widzenia i przedstawienia samych siebie czy też identyfikacji kulturowej byliby właśnie Brytyjczycy, tj. te cztery narody jakie się na Brytyjczyków składają.