Loading...

niedziela, 29 grudnia 2013

Ronald Reagan - ofensywa bigoterii, mizoginii i fałszu



Długo nie mogłem sobie wyrobić zdania o Reaganie, dlatego, że jego image tu w Polsce i Europie jest bardzo niekompletny. Raz słyszy się o nim jako o głupim kowboju czyli powielane opinie propagandy PRL, innym razem peany za skuteczność w zmaganiach z ZSRR. Konserwatyści w USA do dziś noszą koszulki z jego podobizną i napisem: „pamiętasz jak mieliśmy prawdziwego prezydenta”. Podobnie jak w przypadku Jana Pawła II, Reagan był aktorem, który potrafił mówić głupstwa w taki sposób, że masy myślały, że mówi coś mądrego. Fenomen Reagana kłamiącego i fałszującego statystyki do dziś fascynuje Amerykanów, podobnie jak jego wyraźny kowbojski anty-intelektualizm i mizoginizm. Amerykańscy liberałowie zwracają uwagę na wyjątkową bezczelność inspirowanej reaganomiką fundamentalistycznej prawicy amerykańskiej (ewangelikałowie protestanccy) i nie szanowanie przez nich prawa i konstytucji USA.

Barack Obama zauważa, że nowi fundamentaliści chrześcijańscy z GOP nie szanują sądów, kompetencji, prasy, konwencji genewskiej, regulaminu senatu, a właściwie „niczego, co mogłoby spowolnić marsz ku nowej Jerozolimie", uważa, że w DP też nie brakuje tak skrajnych poglądów, ale ich wyznawcy nie mieli nigdy władzy Rove’a czy DeLaya. Obama pisze, że zna bardzo niewiele osób pasujących do karykaturalnego stereotypu liberała, skoro nawet John Kerry jest zwolennikiem utrzymania militarnej przewagi USA w świecie, większość posłów DP wyznaje kult Jezusa, a Hilary Clinton podkreśla zalety wolnego rynku. Obama żałuje, że DP daje się wciągać w manichejskie spory i np. „w odpowiedzi na integryzm religijny", zrównuje tolerancję z sekularyzmem" (?) zamiast podjąć dyskusję religijną , która by wyrwała religię z łap GOP. Agresywni prawicowi autorzy jak Ann Coulter uważają, że wszyscy Demokraci to skryci ateiści, choć liberalny publicysta i ateista Bill Maher, żałuje, że w DP jest tak wielu głęboko wierzących, tak samo jak na ustępliwość Obamy wobec coraz głośniejszych żądań fundamentalistów. Fundamentalizm ma to do siebie, że szanuje wyłącznie własną religię/ideologię, wszystko co pochodzi spoza niej jest potępiane. W przypadku fundamentalistycznego chrześcijaństwa (Reagan czy Rydzyk tak samo) na przykład jest to: konstytucja, liberalizm, sądy, inne religie, buddyzm, filozofia, Halloween itd. itp. Dlatego właśnie Celsus uważał pierwszych chrześcijan ziejących fanatyzmem i gotowością do prowokowania prześladowań i szukania okazji do męczeństwa , za złych obywateli Rzymu.

W jednym z odcinków swego programu: „Real Time”, Bill Maher rozprawia się z mitem propagowanym przez umiarkowanych republikanów takich jak były kandydat GOP na prezydenta Bob Dole, że Reagan nie odnalazłby się wśród dzisiejszych fundamentalistycznych Teabaggers. Maher wykazuje, że był on tak samo anty-związkowy, anty-intelektualny, anty-kobiecy, anty-gejowski, anty-rządowy (tj. zwolennik niezależności stanów od Waszyngtonu), prowojenny, pro-militarny, fundamentalistyczny religijnie jak oni. Tak jak oni nazywał programy zdrowotne rządu socjalizmem (dziś prawica w USA nawet nie zauważyła, że Obama, obniżył podatki, jest Demokratą więc MUSI po prostu być podatkowym wrogiem) , i tak jak oni zmniejszył dwukrotnie podatek płacony przez bogatych. Z tych powodów zmieścił by się idealnie. Maher uważa, że choć Reagan stał się dla wielu kimś w rodzaju drugiego Jezusa, i dlatego nawet DP rzadko wprost go atakuje, trzeba zauważyć, że większość programów dzisiejszej GOP wygląda jakby napisał je Reagan . Stosują oni te same tricki co on, który opowiadał stale o kobiecie mającej 80 adresów, która ssała socjalne pieniądze od rządu, choć owa dama nigdy nie istniała. Tak samo wszystkie inicjatywy rządowe kwitują histerycznym krzykiem: „faszyzm!” lub „socjalizm!”. Maher uważa także, że Reagan „wychował” całe pokolenie ludzi nienawidzących rządu, nawet jeśli rządzi GOP, a co dopiero kiedy rządzi ktoś z DP, i nauczył ludzi pseudowolnościowej histerii, fanatyzmu religijnego i egoistycznej anarchii, która spowodowała osłabienie pozycji USA w świecie. Jednak mimo to wielu Demokratów przyznając, że „Reagan zmienił trajektorię Ameryki”, nie zauważa, że zmienił ją na gorszą, w której skrajna prawica stała się mainstreamem. Bernerd Henri-Levi w swej książce: „American Vertigo”, zauważył, że działacze związani z Democratic Party nie mogą się wyswobodzić z haseł narzuconych i przyniesionych przez Reaganowską „rewolucję konserwatywną” lat 80. Nieliczni, którzy jak Michael Moore, próbują przekonać liderów DP by pisali i mówili tak jakby rewolucja ta nie miała miejsca, nie mogą się przebić. Nawet lewica DP krytykowała Billa Clintona z pozycji bigoteryjnych. Można by też dodać coś z naszego podwórka – Janusz Korwin-Mikke i nie tyko on od lat próbuje nam sprzedawać ową reaganowską bigoterię połączoną z egoizmem bogatych wobec biednych jako … liberalizm, czyli filozofię będącą zaprzeczeniem ksenofobicznej i egoistycznej postawy GOP (Mitt Romney, Reagan, Bush jr. i sr.). Od czasów Reagana i jego pupilków – Bushów, agresywna religia rodem z najgorszych biblijnych koszmarów wdziera się w USA wszędzie tam, gdzie sprawne sądownictwo nie postawi jej tamy; do szkół (kreacjonizm), życia rodzinnego, polityki społecznej (zwalczanie zawodowych aspiracji kobiet), akcji policyjnych (walka z narkotykami jest przeciw-skuteczna a mimo to przecież „grzeszników trzeba karać”), prac rządu (różańcowe nasiadówki w białym domu za Busha juniora). Fundamentaliści są tak jak Reagan przekonani o wyjątkowości USA (on pierwszy zauważył, ze USA są zdecydowanie bardziej religijne od innych bogatych krajów Zachodu i zrobił z tego zaletę, jakby nie zauważając, ze Nowy Jork i Kalifornia – motory rozwoju USA – religijne raczej nie są, w przeciwieństwie do zapomnianych jałowych intelektualnie i niezbyt zamożnych stanów jak Kansas, czy żyjących nie z IQ, lecz z ropy (Texas). Zresztą jest teoria dotycząca świata arabskiego, póki ropa płynie, reformy i nauka nie są potrzebne ich rządom. Owo przekonanie o wyjątkowości USA (American exceptionalism) pozostało jako spadek po Reaganie, choć jest znacznie starsze, bo pochodzi w sumie od Tocqueville’a (lata 30-40 XIX wieku), i zostało zdyskredytowane przez amerykańską humanistykę w ostatnich dekadach. W grudniu 2010 roku jako gość programu Fareeda Zakarii o polityce Maher podawał przykład Marka Rubio, Republikanina, który powiedział, że USA „to jedyny kraj na świecie, gdzie pomysł, która zaczęła istnieć na serwetce koktajlowej, jest potem wykorzystywana na giełdzie” , mimo iż wiele krajów ma przecież serwetki i giełdę…

Przypatrzmy się więc Reaganowi, a konkretniej trzem książkom; Longina Pastusiaka, który skupiał się głównie na relacjach prezydenta z ZSRR, „Mojej wizji Ameryki” , czyli zbioru przemówień Reagana wydanych przez jego prawicowych sympatyków w naszym kraju, i książce „Reakcja” feministki Susan Faludi, a więc książce faktograficznej i dwóm stornom sporu, zwanego (kontr)rewolucją konserwatywną lat 80., która zniweczyła część osiągnięć rewolucji liberalnej lat 60-70, i spowodowała, że świat zaczął bać się Ameryki, czasem nie mniej niż islamskich terrorystów. Przykłady średniowiecznej głupoty w tylu takim, kiedy gub. Teksasu Rick Perry zarządził w połowie 2011 roku, dzień modlitwy przeciw suszy (nieskuteczny zresztą, bo ta rozszalała się jeszcze bardziej) pochodzącej w prostej linii od Reaganowskiej dialektyki „dobrej” Ameryki, wybranej przez boga, pogorszyły image USA za granicą. Stąd powstał nowy europejski anty-amerykanizm ze stereotypem głupiego kowboja z USA. W 2005 roku, gdy USA wyniośle wypięły się na sojuszników z NATO i na ONZ, wielu liberalnych turystów wolało udawać… Kanadyjczyków, by Europejczycy ich lubili. Longin Pastusiak nie stworzył typowej biografii Reagana, lecz raczej zbiór jego opinii i opinii o nim. Reagan pochodził z małego miasteczka Tampico w Illinois, jako syn niemal stereotypowego pijaka o irlandzkim pochodzeniu, i często dostawał w skórę . Studiował w nienajlepszym Eureka College, i chciał zostać sprawozdawcą sportowym w Chicago. Gdy w 1937 i 1938 roku grał już w wielu filmach, identyfikował się z liberałami i Partią Demokratyczną. W 1947 roku komisja ds. działalności antyamerykańskiej przesłuchiwała go. Był gotów wówczas zeznawać jako świadek oskarżenia w tropieniu sympatii komunistycznych w Hollywood, chociaż nie wiedział nic o marksizmie, do czego się zresztą przyznawał. Co ciekawe nie uważał wówczas, że komuniści próbują przejąć kontrolę nad kinem w USA, czy choćby wywierać na nie wpływ , co parę dekad później było już dlań „oczywiste”. W 1984 roku związkowcy z branży odzieży damskiej, puścili na swym zebraniu w Denver przemówienie Reagana z … 1948 roku, kiedy się z nimi zgadzał. Każdy może zmienić zdanie, jednak zmiana zdania Reagana zaistniała mniej więcej w taki sposób jak piłsudczykowska fascynacja Normana Daviesa, wraz z nastaniem znajomości z żoną (Nancy Davis Reagan - 1952) i teściem. Otoczenie zrobiło z niego konserwatystę, popierającego Eisenhowera i Nixona, mimo nadal bycia członkiem PD. To stąd wzięły się jego tezy, że Medicare (1961) oznacza „koniec wolności” w USA i inne histeryczne i przesadne teorie.

Co ciekawe jego konserwatyzm nie manifestował się specjalnie w jego życiu rodzinnym (córka Maureen skarżyła się dziennikarzom ze Łazami w oczach, że nie zna swego ojca lepiej niż oni) . W 1962 roku Reagan przemawiał na spotkaniu sponsorowanym przez General Electric jako typowy lobbysta wielkiego biznesu, który chce niskich podatków i słabego rządu centralnego (stąd dzisiejsze tendencje oligarchiczne w USA), kłamał wówczas, iż rząd USA posiada 19.000 przedsiębiorstw, choć każdy mógł łatwo sprawdzić, że było ich zaledwie kilkaset . W końcu nawet GE przestraszyło się jego konserwatywnej demagogii i zerwało kontrakt. On tymczasem w październiku 1964 roku wygłaszał już łzawe przemówienia poparcia kandydatury ultrakonserwatysty Barry’ego Goldwatera. Straszył ZSRR jako najpotężniejszym zagrożeniem znanym kiedykolwiek ludzkości, dokładając swą cegiełkę do mitu amerykańskiej wyjątkowości . Gafy i kłamstwa nie wprowadziły Goldwatera do Białego Domu, ale spodobały się milionom konserwatywnych Amerykanów. Wtedy został ponownie odkryty przez wielki biznes kalifornijski (Holmes Tuttle, William Wilson), a sam przystał do John Birch Society, nieco faszyzującej konserwatywnej grupy wpływu. Wtedy zaczął rozmyślnie – lub po prostu głupio – przesadzać w przezywaniu swych przeciwników od „ultra lewaków” (jak gub. Kaliforni Edmunda Browna w 1966 r.) , co w warunkach zimnej wojny wywoływało potężne wrażenie. W styczniu 1966 roku kłamał, ze w Kaliforni każdy nowy imigrant dostaje pomoc socjalną z momentem przybycia, choć w rzeczywistości w takich przypadkach musiano czekać na nią pół roku . Starał się mówić jak najprościej, głosząc zresztą, że świat jest czarno-biały i na wszystko istnieje prosta odpowiedź. Jako gubernator Kalifornii od 1966 roku popełniał wiele gaf, np. bagatelizował skalę niedożywienia, mówią, że ci których dotyka, pewnie po prostu przesadzili w … odchudzaniu. W 1967 roku zwolnił wszystkich gejów pracujących w biurze gubernatora – dokonano tego w wielkiej tajemnicy, by nie zaszkodziło to jego image’owi polityka konserwatywno-chrześcijańskiego-wroga gejów . Podobnie było w sprawach protestów studenckich w Berkley. Reagan głosił, że protestujący studenci są zezwierzęconymi lewakami uprawiającymi dzikie orgie, i był mocno wkurzony (zwolnił rektora Clarke’a Kerra i obciął uczelni budżet), gdy śledztwo w tej sprawie nie dowiodło słuszności jego fantazji .

Jako gubernator radził to zniszczyć, to straszyć Wietnam Północny bombami A. W latach 70. straszył, że ZSRR chce zająć Alaskę, podbić USA i narzucić światu „swój śmieszny i niewydolny system”. Obficie szafował fikcyjnymi „cytatami” z Lenina, których nijak się nie da znaleźć w pracach wodza bolszewików. Podobnie zresztą z cytatami z Churchilla i innych polityków, których lubił. Nie rozumiał różnic między faszyzmem, socjalizmem i liberalizmem, co jest typowe dla większości konserwatystów świata od lat 90. Celowe niedbalstwo intelektualne stało się powodem do chwały. Pod tym względem był wiernym uczniem Hegla („tym gorzej dla faktów”). Mówił o wolności jak katarynka, a de facto był po prostu rycerzem wielkiego biznesu; domagał się – jakżeby inaczej – w imię wolności – by znieść wszelkie urzędowe kontrole, co do jakości produktów, lekarstw itd. . Co gorsza kłamał też, na temat „wielkiego społeczeństwa” – programu walki z ubóstwem Lyndona Johnsona, jakoby pogorszył jedynie byt biednych czarnych, choć statystyki mówiły co innego . Nie omieszkał sprzedawać tych głodnych kawałków bezpośrednio na spotkaniach z młodzieżą murzyńską.

W polityce zagranicznej Reagan krytykował swego demokratycznego poprzednika Jimmy Cartera za niedostateczne wspieranie Izraela, handlu z Chinami, i zbrojeń (stwierdzał przewagę ZSRR w arsenale nuklearnym). Publicysta Stephen Kleidman twierdził wówczas, że R. chciałby cofnąć czas do 1945 roku, gdy USA były jedynym mocarstwem świata . Reagan krytykował układ SALT II (VI 1979 Wiedęń), jako rzekomo osłabiający USA, a strategię detente uważał za radziecki wybieg mający zabezpieczyć przewagę ZSRR nad USA. Reagan uważał też, że USA powinny interweniować w Iranie i Pakistanie, tak jakby była to bułka z masłem, strzelał gafy w sprawie historii Wietnamu (jakoby istniał jako dwa narody przez większość dziejów), bagatelizował zbrodnie Somozy w Nikaragui. W 1980 roku wygłosił dwa sprzeczne przemówienia za i przeciw embargo na zboże z ZSRR. W 1978 roku Reagan strojący się w piórka obrońcy praw człowieka, skłonił senat do odrzucenia poprawek ONZ ich dotyczących .

W listopadzie 1980 GOP wygrała wybory. Reagan zawdzięczał zwycięstwo kryzysowi ekonomicznemu, odrodzeniu nacjonalizmu w USA, i temu, że był bardziej medialny od Cartera, który sucho operował faktami, podczas gdy Reagan, jako ignorant zgrywał clowna i miłego pana z sąsiedztwa unikając szczegółów . Retoryka wyborów, była tak agresywna, że Helmut Schmidt myślał – do rozmowy w listopadzie 1980 roku, że Reagan jest daleko bardziej nieostrożny niż był w istocie . Mimo iż otoczył się „parada milionerów”, nadal zrywał swojaka, jednocześnie uważał, że w USA biedny jest tylko ten, który chce być biedny (przemówienie z 31 stycznia 1984 roku) .Nic wiec dziwnego, ze zmieni szał budżety programów zapomogowych, i ustalił budżet faworyzujący bogatych, tak, że liczba ubogich wzrosła o 6 mln . Podobnie jak w przypadku praw człowieka, Reagan lubił przedstawiać się jako wielki obrońca środowiska i szczodry filantrop; przypisywał sobie kalifornijskie ekologiczne akcje swoich poprzedników-demokratów, i 5cio krotnie zawyżał procent ze swych dochodów (był w 1980 roku multimilionerem lecz niechętnie to przyznawał bo groziło to jego image jako Mr. Norm – pana swojaka) jaki niby przeznacza na filantropię. Reagan jako prezydent dalej wymyślał cytaty z Mussoliniego, Churchilla i amerykańskich sędziów Supreme Court (np. Oliviera Holmasa), i kultywował uprzedzenia wobec kobiet. Skrytykował np. decyzję sądu federalnego w Ohio (1978), że uprawianie sportu oddzielnie przez mężczyzn i kobiety jest sprzeczne z prawem, przypominając, że mężczyźni ważący 130 kg nigdy się nie wpasują do kobiecych drużyn, choć chodziło o coś zupełnie innego – o dostęp studentek do sal gimnastycznych, z których wiele było zarezerwowanych dla męskich drużyn . W 1983 roku gender gap między mężczyznami a kobietami popierającymi go wyniosła 17% (51 i 34%), kobiety wyczuwały bowiem jego szowinizm, i krytykowały jego zapędy na forum międzynarodowym jako grożące wojną z ZSRR. 30 marca 1981 miał miejsce zamach na prezydenta, który dobrze wykorzystał PR-owo i politycznie; kiedy już wydobrzał wypowiedział się przeciw kontroli dostępu do broni, która przecież nie powstrzymała Johna Hinckeya; przemilczając fakt, że zamachowiec kupił pistolet nie w Waszyngtonie, lecz w Dallas, gdzie kontroli nie było . Reagan nigdy nie grzeszył nadmiarem wiedzy; uważał, lub kłamał, że podatek progresywny wymyślił Karl Marx, i nie wstydził się rozpowszechniać takich bzdur. Opowiadał, że USA nigdy nikogo nie szantażowały groźbą użycia bomb A, chociaż robiły to nie raz (1946, 1950, 1953, 1954, 1962, 1973).

Reagan ma często opinię rycerza bez skazy, a był wyjątkowo bezczelnym krętaczem; wobec liberałów mówił, iż popiera rozdział religii od państwa, w rzeczywistości jednak przyjaźnił się z fundamentalistycznymi teokratami z Jerry Falwellem na czele . Wielokrotnie podkreślał, że Bóg chciał by Ameryka była wolna, co czasem kwitowano żartami, że zapewne uczyni boga honorowym przewodniczącym kampanii wyborczej. Mimo to osobiście w kościołach bywał rzadko, w przeciwieństwie do np. Jimmy Cartera. Wykręcał się, tym że musiałby pomieścić w kościele wszystkich ochroniarzy, co przeszkadzałoby wiernym … Reagan uważał, że konflikt USA i ZSRR był grą o sumie zerowej, w której ustępstwo jednej siły równa się zyskowi drugiej i odwrotnie. Nie wierzył w istnienie kompromisów czy państw neutralnych. W październiku 1981 roku mówił, że Rosjanie, w przeciwieństwie do Amerykanów, wierzą, ze wojna nuklearna jest możliwa, choć sam mówił stale o tej możliwości . Grał na nosie Chińczykom nazywając Tajwan Wolną Republiką Chin, a jednocześnie rozwijając stosunki z Chinami komunistycznymi . Wstrzymywał inicjatywy wywierania presji na RPA (apartheid), 18 listopadzie 1981 roku oświadczył, ze ZSRR ma przewagę 6:1 w broni sytuowanej w Europie, choć w Londynie oceniano ja na 2:1 . Krytykował ZSRR za poparcie masakr w Kampuczy i przypisywał je ateizmowi, który głosi amoralność (18 mara 1983 r.), zapominając, że ZSRR, w przeciwieństwie do USA NIE UZNAŁ rządu Khmerów. Takie przeinaczenia miały podgrzewać sytuację, i faktycznie do dziś amerykańskie lęki i paranoje nie chcą wygasnąć. Za czasów Regana niektórzy publicyści, jak Anthony Lewis uważali takie podejście za niebezpieczne.

Dalej widzimy te same cechy polityczne jakie miał gabinet George’a Walkera Busha. Do nielicznych krajów spoza Zachodu traktowanych życzliwie i z zainteresowaniem przez administrację Reagana była Japonia, którą zachęcano do większego angażowania się militarnie w sprawy Azji . Tak jak Bush junior, Reagan starał się współpracować z kanadą i Meksykiem, ale już niespecjalnie z reszta Ameryki Łacińskiej. Reagan i jego ludzie fałszowali statystyki by ukryć ogromny deficyt wynikający z wzmożonych zbrojeń i dostosowania systemu podatkowego do gustów bogaczy . Nawet córka Reagana Maureen Reagan nie była zachwycona odrzucaniem idei konstytucyjnej poprawki o równouprawnieniu kobiet w programie II kadencji Reagana jako prezydenta i jego administracji (1984) . Od połowy 1986 roku Reagan wraz z żoną wydali wojnę narkotykom, nawet tym nie powodującym żadnej szkody dla organizmu ludzkiego i przyczynili się do gigantycznego marnotrawstwa funduszy państwa, które trwa do dziś . Głosili też potrzebę walki z alkoholem; nie bez kozery był Reagan wg. Pastusiaka najbardziej konserwatywnym prezydentem Stanów od czasów Herberta Hoovera. W 1987 Reagan zaczął głosić, ze trzeba podatkowo oszczędzać bogaczy, bo są oni „kreatorami miejsc pracy”, i mimo krytyki Galbraitha i innych ekonomistów, wielu ludzi na świecie do dziś wierzy bezkrytycznie w tą spencerowsko-friedmannowską bajkę . W 1986 roku Reagan głosił potrzebę rozpoczęcia ‘wojen gwiezdnych” przeciw ZSRR. W tym roku GOP poniosła porażkę wyborczą i niektórzy mówili nawet o końcu „rewolucji reaganowskiej” , choć w rzeczywistości trwa ona do dziś. W 1985 roku Reagan tworzył już listy „państw terrorystycznych” (Libia, Iran, Korea Płn, Kuba, Nikaragua). Trzy z tych państw oficjalnie protestowały. Castro nazwał Reagana imbecylem. W Genewie w 1985 roku Gorbaczow dziwił się, że z jednej strony USA chcą ugody, a drugiej forsują program gwiezdnych wojen (SDI) , potem wyszła afera Iran -Contras , a w Reykjaviku w 1987 roku Reagan pogrzebał szansę na ugodę z ZSRR nie godząc się na dwustronną umowę zakazującą rozwijania SDI . W biografii Angeli Merkel, Stefan Kornelius wspomina, jak bardzo zawiedziona była ta konserwatywna polityk postawą Reagana, jaką przejawił w Reykjaviku. Mekrel do dziś uznaje to za wielki błąd, uważa bowiem, że prezydent zachowywał się tak jakby chciał, by zimna wojna trwała wiecznie, wtedy miała zwątpić na chwilę, czy USA faktycznie dobrze reprezentują zachodnie ideały. Jednak uznała za równie głupie np. zachowanie Gerharda Schroedera w 5 sierpnia 2002 roku, gdy na placu operowym w Hanowerze, krytykował nieodpowiedzialną amerykańską „przygodę" iracką. Warto zwrócić uwagę, że mamy tu do czynienia z krytyką Reagana przez polityczkę zdecydowanie sprzyjającą mu i USA . Do dziś w Polsce nie rozumie się zaniepokojenia, jakie Reagan wywoływał swoją wojowniczością w krajach NATO. Co najwyżej mamy mu za złe sankcje ekonomiczne jakie nałożył na PRL, a jakich bał się nałożyć na ZSRR.

Podczas spotkania w Rejkiawiku amerykańscy dyplomaci towarzyszący Reaganowi mieli mu za złe nieprzejednaną postawę, lecz musieli się podporządkować, i potem karnie obwiniali Rosjan . Afery 1986 roku i fiasko rozmów z ZSRR podkopały od 1987 notowania prezydenta w USA, i opinię o jego zdolnościach politycznych Europie Zachodniej. Wycieczka do Europy latem 1987 niewiele pomogła. Przy okazji tej wycieczki Reagan puścił też mimo uszu pacyfistyczne apele papieża, i wygłaszał głodne kawałki w Berlinie, znowu zwalając cała winę na Gorbaczowa . Ten ostatni przybył do USA w grudniu 1987, gdzie zafascynował swą osobowością i pacyfistycznym przesłaniem Amerykanów, i podpisał wreszcie umowę z Reaganem. Prezydent USA obronił swoje ukochane dziecko – SDI. Reagan coraz częściej krytykowany za mieszanie fikcji z rzeczywistością był prezydentem USA aż do 20 stycznia 1989 roku. Wielu historyków uważa, że Reagan przyczynił się decydująco do przegranej ZSRR; inni sądzą, że komunistyczne imperium upadło pod własnym ciężarem. System ekonomiczny ZSRR nie mógł już dłużej konkurować w zbrojeniach z USA, ale miał coraz gorsze perspektywy działania ogólnie. Zwlekanie z zakończeniem Zimnej Wojny tłumaczone jest często zależnością Regana od militarystycznych lobbies i od fundamentalistów. Najbardziej charakterystyczna dla Reagana jest pogarda dla faktów, którą odziedziczyli po nim kolejni liderzy Republikanów, których dziś liberalni komentatorzy oskarżają o deklarowani uwielbienia dla prawdy, przy jednoczesnym nieprzyjmowaniu niewygodnych ideologicznie faktów.

Reagan chciał udowodnić, że konserwatyzm może być postrzegany jako nowoczesny, a jednocześnie promował konserwatyzm w najbardziej tradycyjnej formie. W 2004 roku wydawnictwo Prohibita wydało zbiór przemówień Reagana, w których najlepiej widać czarnobiały świat w jakim żył i poruszał się ideologicznie prezydent, oraz jego ignorancję w dziedzinie historii. Przykładowo przemawiając do absolwentów Eureka College (7 czerwca 1957 r.), mówił o tym, że Amerykanie jako naród emigrantów są wytrwalsi od innych narodów, o tym, że „bóg chce by Ameryka była wolna” (cytował Jeffersona), o tym, że w I wojnie światowej żołnierze US Army walczyli o przetrwanie demokracji (ciekawe gdzie ?), i o tym, że w II wojnie światowej różnica między dobrem a złem była zarysowana tak wyraźnie jak nigdy przedtem (taktownie pominął udział ZSRR w zwycięskiej koalicji). Potem mówił o bliżej niesprecyzowanej cenzurze mediów, i o największej w świecie wolności świata nauki. Już wtedy mówił o zimnej wojnie z ZSRR w kontekście walki idei supremacji państwa z ideą wolności jednostki, choć sam jako konserwatysta nieraz ją ograniczał . W przemówieniu telewizyjnym z 27 października 1964 roku, w którym firmował kandydaturę Barry’ego Goldwatera mówił już otwarcie, że ZSRR jest najgorszym wrogiem jakiego kiedykolwiek miała ludzkość, i że wolność przepadnie, jeśli USA przegrają , ze nie ma prawicy i lewicy jest tylko góra (wolność jednostki) i dół (niewola, tyrania państwa), sugerując, że każde zwiększenie aktywności rządu (wyśmiewał zwłaszcza demokratę, senatora Josepha Clarka, który definiował liberalizm jako realizowanie potrzeb materialnych mas przez rząd) to krok w dół – tj. ku tyranii . Nie widział, lub udawał że nie rozumie, różnicy między dobrotliwym rządem demokratycznym, i państwem dobrobytu, a sowieckim łagrem z panoszącymi się oficerami i wywiadem, dlatego nazywał socjalizmem każdą śmielsza próbę walki z ubóstwem. Reklamował Goldwatera, który byłby zdolny powstrzymać postępy „socjalizmu”. Sartre w końcu też nie widział tej różnicy, ale to powodowało, że … kochał ZSRR. Ludzie Zachodu nie rozumieli świata Sołżenicyna. Zabawne, że Reagan mówi nieustannie o rządzie minimum, i cytuje Hamiltona, w kontekście odwagi, jaką musi posiadać naród by nie popaść w niewolę innego . Najzabawniejsze, że Alexander Hamilton, był federalistą – zwolennikiem DUŻEGO rządu, to również Reagan taktownie przemilcza. Na koniec mamy głodne kawałki o odpowiedzialności USA za wolność na świecie, i o tym, że Jezus przecież nie odrzucił krzyża – tj. odpowiedzialności i walki – zupełnie jakby od niego (a nie od Rzymian) należała decyzja o niesieniu krzyża… Dla Reagana polityka sprowadzała się do dobra i zła, żył więc w świecie nie decyzji politycznych, lecz legend i baśni. Takie dziecinne pojmowanie świata jest typowe dla religijnych konserwatystów. Kolejna przemowa wygłoszona 25 stycznia 1974 do delegatów CPAC zawiera kolejne kwiatki. Najpierw Reagan mówił o boskim planie ulokowania USA miedzy dwoma oceanami, tak, by stanowiły schronienie dla wszystkich miłujących wolność, a potem, że dziedzictwo USA stawia Amerykanów przed innymi narodami, bo tylko konstytucja USA gwarantuje, że rodzisz się z pewnymi prawami, a nie, że przyznaje ci je władza , co jest bzdurą i typowym myleniem mitologii z historią i normalną polityką. Dalej mówi o „zdrowym narodzie amerykańskim”, którego to zdrowia dowodem jest to, ze naród ten skonstruował stacje kosmiczne i pojazdy kosmiczne . Zapewne nie zorientował się w swej prostocie umysłowej, że wobec tego najlepszym drugim narodem na świecie jest … demonizowany przezeń naród radziecki. W tym samym przemówieniu skrytykował tzw. progi ubóstwa stosowane przy ankietach ekonomicznych, nie za to jakie są lecz samą ich ideę. W przemówieniu do Kalifornijczyków z 31 marca 1976 roku krytykował swego konkurenta Geralda Forda, głównie za niedostatecznie twardą politykę wobec Chin i Kuby, i niedostateczne wsparcie rebeliantów w Angoli i użył słynnej maksymy, iż rząd nie jest rozwiązaniem lecz problemem . Kadził pokoleniu pamiętającemu II wojnę: „nikt nie zapłacił wyższej ceny za obronę godności człowieka, niż żyjący dziś Amerykanie” , cóż każdy lubi słuchać, że jest najdzielniejszy i najlepszy.

W lutym 1977 Reagan przemawiał znowu na konwencji CPAC reklamując konserwatyzm jako ideologię, nie będącą ideologią tj. abstrakcją, lecz kwintesencją zdrowego rozsądku, podając przykład przyjęcia obserwacji Sołżenicyna (wtedy już znanych) jako dowodu na nieskuteczność rządów sowieckich. Reagan odżegnuje się od konserwatyzmu z dawnych epok sprowadzając konserwatyzm do postawy konserwatywnej, tj. do robienia zmian, tylko jeśli są absolutnie konieczne, czyli do konserwatyzmu w rozumieniu potocznym , sprowadzającym się zwykle do strachliwości i zaściankowości, ale Reagan widzi w tym cnotę nad cnotami. Przy okazji obrywa się inżynierom społecznym („potężnym uczonym z prawa i z lewa”), który chcą przerobić społeczeństwo na własną modłę. Dalej wyrażał nadzieję, że GOP przestanie być klubem dla bogaczy i zjednoczy konserwatywną większość narodu. Jakże fałszywie to brzmi jak przypomnimy sobie, że sam Reagan był już wtedy multimilionerem i lobbystą dla kalifornijskich superbogaczy, a jego przyszły gabinet polityczny zawierał więcej bogaczy niż jakikolwiek inny.

W przemówieniu prezydenckim inauguracyjnym (20 stycznia 1981 r.) generalnie powstrzymał się od zwyczajowej demagogii, lecz nie byłby sobą, gdyby nie przedstawił siebie jako obrońcę demokracji przed zakusami elit, które prawią, że rządzenie stało się zbyt skomplikowane by decydowali o nim zwykli obywatele . W ten sposób ten bogacz i rzecznik bogaczy wykorzystywał słynny amerykański antyelitaryzm do własnych elitarnych celów. 20 marca tego roku przedstawiał swoją filozofię rządzenia nawiązując do pomysłów konserwatystów (Kirk, Hazlitt), i wolnorynkowców (Mises, Friedmann), polewając to obficie wiarą w boga, która miała być jego zdaniem odpowiednikiem komunistycznej wiary w człowieka . Tak odtąd wszelcy egoistyczni konserwatyści w USA przedstawiali swoje socjalne skąpstwo jako wierność prawdzie i bogu. Czy przypadkiem dawni królowie nie tłumaczyli swego lenistwa w pracy na rzecz ludu, wiarą w boga. Owszem. Konserwatyzm, choć bardziej masowy niż kiedyś nic się pod tym względem nie zmienił, chodzi w nim nie o wolność jednostki, a o bezpieczeństwo oligarchii finansowej, i wielkie słowa nic tu nie zmieniają. 7 czerwca 1982 roku Reagan i Jan Paweł II wymienili uprzejmości, przy czym, to co powiedział papież było o wiele bardziej wyważone niż słowa Reagana. Prezydent mówił o „siłach zła” nękających świat i o „rozprzestrzenianiu się ucisku ateistycznej tyranii” w Ameryce Łacińskiej , licząc na wsparcie papieża (choć to co się wówczas rozprzestrzeniało w Latynoameryce to nie tyle był ateizm, co teologia wyzwolenia – melanż chrześcijaństwa z socjalizmem ekonomicznym), papież jedynie taktownie wyraził wdzięczność wobec USA za wiarę w boga (jakżeby inaczej) i w uniwersalną solidarność międzyludzką . Europejczyka, jakim był Jan Paweł nie stać było na taki metafizyczny „odlot” jak prezydenta-kowboja. 26 lutego 1982 roku Reagan przemawiał do amerykańskich duchownych chwaląc się przed nimi, iż walczy o likwidację Departamentu Energetyki i Departamentu Edukacji , stypendiów, zasiłków, i w zasadzie wszelkiej państwowej hojności wobec kogokolwiek, a także o „konstytucyjną” (de facto absolutnie niekonstytucyjną) „wolność modlitwy” w państwowych szkołach, czyli przymusu modlitwy w miejscu, które nie jest przecież kościołem, ale w końcu przemawiał do duchownych. Dalej prawił androny o tym, że USA jest w „szczytowym momencie walki o duszę człowieka, w czasie który zadecyduje o przetrwaniu wielkich ideałów cywilizacji: wolności osobistej, demokracji przedstawicielskiej, i rządów prawa w imię boga” . Zabawnie taka tyrada brzmi w uszach Europejczyka, kiedy wiadomo, ze w Europie walka o ideały wolności osobistej, demokracji przedstawicielskiej, i rządów prawa musiała być toczona w XVIII i XIX wieku przeciw kościołom, wspierających od Skandynawii po Italię tyranów-bigotów na tronach. USA jednak nie znają takiej polaryzacji, co nie znaczy, że religia nie nastaje tam na wolność jednostki, co najwyżej wielość religii spowodowała w dziejach USA brak tożsamości ołtarza i tronu. 18 lutego 1983 roku Reagan znów przemawiał do duchownych na konferencji dorocznej CPAC, krytykował liberalną tendencję do upatrywaniu części winy za przestępstwa w społeczeństwie, a nie tylko w samym przestępcy , co w USA nie jest tak oczywistą tendencją jak w Europie. Dalej mówi o tym, że nie ma dowodów na to, że ojcowie założyciele zamierzali oddzielić państwo od religii, i „dowodzi” tego przytaczając Deklarację Niepodległości, w której są aż cztery odwołania do … boga . Nikt mu nie wytłumaczył jak widać, że bóg to jedno, a konkretna religia to zupełnie co innego. Dalej jest mowa o prawach płodu, czy jak mówią konserwatyści od czasów Reagana: nienarodzonego dziecka, w kontekście aborcji. 8 marca 1983 roku Reagan wygłosił przemówienie do Ewangelikałów w Orlando na Florydzie. Uznając za Tocqueville’m, że „Ameryka jest dobra”, nazywa ZSRR „imperium zła”, choć jednocześnie zauważa starania Gorbaczowa w stopniowej demokratyzacji , dlatego można by spytać po co za pięć dwunasta pcha na siłę diabła i zło do polityki, jakby nie była dość pogmatwana bez tego. Dalej następuje fragment dotyczący zupełnie czegoś innego, który wart jest przytoczenia w całości, jako „godny” chrześcijanina z XII wieku:

„…Pewna organizacja obywatelska, szczerze i głęboko zatroskana przyrostem liczby pozamałżeńskich urodzeń oraz aborcji wśród dziewcząt, którym dużo jeszcze brakuje do pełnoletniości, postanowiła w celu złagodzenia problemu, utworzyć siec klinik, niosących pomoc takim dziewczętom. Wierzę w szlachetne intencje organizatorów, jednakże w ramach ich działalności kliniki te postanowiły zaopatrywać nieletnie dziewczęta w pigułki oraz inne środki antykoncepcyjne, a także prowadzić doradztwo seksualne bez wiedzy rodziców. Od wielu lat rząd federalny pomaga takim klik inkom dotując je… Dziewczęta określane mianem aktywnych seksualnie – ich określenie zastępuje bardziej właściwe słowo – rozwiązłe – otrzymują pomoc, by zapobiec nieślubnym urodzeniom i aborcji …”.

Następnie Reagan krytykuje inicjatywę prawiąc o moralności i o tym, że to rodzice powinni doradzać w takich wypadkach, a nie państwo. Abstrahując od tego, że Reagan, jak każdy konserwatysta, nie rozumie, że rodzina nie musi być wyidealizowanym rajem, ale też piekiełkiem, w którym dziewczyna boi się przyznać do czegokolwiek kontrowersyjnego, warto zauważyć, że tak jak według konserwatystów płód należy do państwa, tak dziewczyna powinna należeć do rodziców. Dla liberała dziewczyna jest podmiotem, tj. ma decydować o swoim losie i ciele, a płód przedmiotem, dla konserwatysty odwrotnie. Czy to nie zabawne? Oczywiście podzielam zdanie liberałów, ponieważ już chodząca po ziemi dziewczyna jest ważniejsza od fasolki rosnącej w jej łonie, poza tym niechciane ciąże to nie efekt rozwiązłości, lecz znikomej wiedzy o seksie i zabezpieczaniu się. Dowód? Najwięcej „wypadków” ciążowych jest w biednych (brak dostępu do wiedzy) pobożnych (seks jako temat tabu) rodzinach i tak jest na całym świecie. Oczywiście Reagan nic z tego nie rozumiał, więc spoglądał na pastorów, a ci chcą zachować kontrolę nad umysłami i brzuchami dziewcząt.

11 września 1986 Reagan wziął się za kolejny ”problem” społeczny – narkotyki. Tego dnia wygłosił w Białym Domu mowę o tym jak to „narkotyki są zaprzeczeniem wszystkiego, czym jest Ameryka” . To zdanie jest zbyt głupie na komentarz. Efekt? Dziś milion ludzi siedzi w więzieniu (połowa wszystkich więźniów) za posiadanie marihuany, której szkodliwość dla zdrowia jest żadna, a która popala połowa populacji USA. Aż strach pomyśleć, co jeszcze Reagan mógłby uznać za zaprzeczenie tego czym jest Ameryka. Może podlewanie ogródka? 11 lutego 1994 roku Reagan zauważał, że z jednej strony liberałowie atakowali lata 80. za niepohamowaną chciwość, z drugiej jednak przejmowali hasła GOP , niestety tak jest do dziś.

Dopełnieniem książki: „Moja wizja Ameryki” są zdjęcia przedstawiające m.in. gabinet prezydenta Reagana w składzie z 1981 roku. Na zdjęciu widzimy 20 osób; w tym tylko jednego mulata i tylko jedną kobietę, co prowadzi nas do kolejnego zagadnienia, do wojny administracji Regana z takim zjawiskiem społecznym jak ambitna pracująca kobieta. Wojnę tą najlepiej opisała Susan Faludi. Przy czym nie mamy tu do czynienia z jakimiś feministycznymi bajaniami, lecz z szczegółowym i dobrze udokumentowanym studium tego, jak Reaganowcy starali się cofnąć emancypację kobiet typową dla końca lat 60 i lat 70. Susa Faludi w odniesieniu zarówno do lat 80 jak i wczesnych lat 90. Pisze o typowym dosyć gatunku ambitnych kobiet (neofeministki, pseudofeministki) zajmujących się polityką, które jak np. prawicowa autorka Ann Coulter, same nie podlegają żadnym męskim decyzjom mężczyzn w swoim życiu, natomiast ideowo reprezentują chrześcijański lub świecki konserwatyzm (dzieci, kuchnia i kościół) wrogi idei równouprawnienia kobiet, które prezentują się jako nowoczesne ambitne kobiety, utrudniając jednocześnie aspiracje życiowe i pracownicze innym niewiastom. Wolność i niezależność jest jak widać tylko dla arystokratek. W efekcie nawet rządy demokraty Clintona jedynie na krótko (1992) wpisały hasła równouprawnienia na swoje sztandary, co dało im głosy nawet wielu kobiet-republikanek, lecz potem cała inicjatywa rozmyła się w wobec obojętności polityków-mężczyzn i ataków indywiduów w rodzaju Coulter . Faludi zauważa, że od czasów Regana politycy, kino, i media starają się przemienić kobiety z niezależnych myślowo osób w maszynki do kupowania kolejnych gadżetów, tak by nie miały siły się buntować przeciw ciągle istniejącemu patriarchatowi . Pod naciskiem Zeitgeist nawet ex-feministki jak Betty Friedan zaczęły obwiniać feminizm o wszystkie swoje obecne (Faludi pisze w 1991 roku) kłopoty, zamiast zauważyć, że są ogłupiane przez konserwatywne administracje (Reagana i Busha seniora) . Wymyślane są mity, iż kobiety wyzwolone miotają się bezsilne, nieszczęśliwe i samotne (typowy przykład film: „Fatalne zauroczenie”), że po trzydziestce nie mają szansy na zamążpójście, czy że istnieje jakaś korelacja między wyzwoleniem kobiet a wzrostem liczny gwałtów na nich, głosi się wszem i wobec fałszywe statystyki , nie nagłaśnia natomiast prawdziwych, według których od 75 do 95 % badanych kobiet uważa ruch feministyczny za zjawisko, które zmieniło ich życie na lepsze . Kobiety, wbrew reaganowskim „specjalistom” skarżyły się i nadal skarżą nie na brak szans na małżeństwo lecz na nierówności ekonomiczne i pracownicze.

Demonizowanie feminizmu przez administrację Reagana stanowiło część demonizowania przez nią liberalizmu generalnie, w końcu czym są prawa kobiet jeśli nie prawami człowieka, a te czym jeśli nie hasłem oświeceniowo-liberalnym (Thomas Paine, Immanuel Kant, Voltaire itd.). Faludi zauważa, że reakcja uderza zawsze wtedy, gdy szanse na poprawę sytuacji kobiet rosną, jak np. w 1982 roku kiedy odrzucono Equal Rights Amendment, która uzyskała rekordowe poparcie w sondażach z 1981 roku . Kobiety nigdy nie osiągnęły pełnej równości, np. wiele milionów z nich – tj. tych uzależnionych w sprawach zdrowotnych od rządu (biedne nieubezpieczone i np. żołnierki) nie może korzystać z legalnej aborcji . Jednocześnie słowo „feministka” jest demonizowane jako wyraz jakiegoś nieprawdopodobnego ekstremizmu (słynne „feminazistki” konserwatywnego radiowego publicysty czy też raczej propagandzisty Rusha Limbaugh), choć np. w 1987 roku w sondażu National Women’s Conference Commision 65% czarnych i 56 białych kobiet określiło się jako feministki . Rebecca West, pisała w 1913 roku, że nazywana jest zawsze feministką gdy „wyraża uczucia odróżniające ją od ścierki do podłogi ”. Sama Faludi określa feministkę jako kobietę, która chce sama decydować o swoim życiu i która nie chce być lalką Barbie. W listopadzie 1987 roku „Newsweek” skądinąd dość liberalne zwykle pismo opublikowało „badania” mające wykazać, iż kobiety po 30stce maja znikome szanse na znalezienie męża z powodu rzekomego niedoboru mężczyzn na rynku matrymonialnym, przy czym dr Blotnik nie miał odpowiednich kwalifikacji i metody by przeprowadzić te badania. Mimo to gazety go uwielbiały, gnojąc z kolei badaczy, którzy pokazywali jak Shere Hite, że 4/5 kobiet musi walczyć o równość nawet w domu, jako rzekomych agitatorów. Warto tu przytoczyć przykład społeczeństwa, które faktycznie cierpi na niedobór mężczyzn – jest to dzisiejsza Rosja, gdzie mężczyzn wykańczają alkohol i ekonomiczne frustracje. Problem ten ciekawie opisuje Pamela Druckerman w książce „Dlaczego zdradzamy”. Niedobór mężczyzn powoduje, że kobiety wybaczają mężczyznom zdrady (choć pewna rolę odgrywa także fakt, że w ZSRR, tak samo jak np. w Chinach Mao, seks był jedyną dostępną formą buntu przeciw władzy), bo tak bardzo boją się zostać same. Czy ten sam efekt chcieli uzyskać ministrowie Reagana? We wszystkich patriarchalnych kulturach np. muzułmańskiej czy tej typowej dla USA lat 50. Mężczyźni de facto mogli zdradzać, kobiety – nie.

Najistotniejsze w tej nagonce prasowej i jednoczesnej propagandzie antyfeministycznej (o Hite powtarzano bajkę, ze uderzyła taksówkarza, gdy ten zwrócił się do niej per: darling) jest to, że za Reagana US Census Bureau znalazł się pod silną presją rządu, którego dostojnicy starali się odtworzyć lata 50. tj. czasy swojego dzieciństwa spychając kobiety do kuchni i garnków . Ambitni mężczyźni zatrudnieni w prasie czuli się zagrożeni przez ambitne kobiety i – jeśli nawet nie podzielali fantazji Reaganowców – pomogli im w rozpropagowaniu wyników „badań”, i to, że niedoboru mężczyzn nigdy nie było w niczym tu nie przeszkadzało. Badania uniwersytetu w Illinois z 1985 roku zaprzeczyły, iż ma miejsce jakiś kryzys małżeństwa w skali kraju, oczywiście tych badań nie nagłośniono. Inni badacze, próbujący wykazać istnienie niedoboru, lub kryzys małżeństwa celowo lub z niedbalstwa nie uwzględniali różnic miedzy kobietami z wyższym i niższym wykształceniem, a przecież wiadomo, ze także faceci z wyższym wykształceniem zawierają ślub później. Nastraszone przez media i „naukowców” kobiety czasem poślubiały kogokolwiek, by nie zostać same na starość , i to konserwatystom chodziło. W latach 80. Feministki były atakowane o różne inicjatywy – jak np. wprowadzone w 1970 prawo do rozwodu bez orzekania o winie – z którymi nie miały nic wspólnego . Socjolożka Leonore Weitzman uznała w swych także niezbyt starannych i zwodniczych badaniach, że zmiana w prawie zaszkodziła sytuacji kobiet i opublikowała swe prace w 1985 roku. Wykorzystano je w konserwatywnej walce z prawem z 1970 roku, nigdy nie dodając Weitzman uważała, że prawa sprzed 1970 były „kpiną ze sprawiedliwości” . Jednocześnie w tych samych latach straszono epidemią bezpłodności by zapędzić kobiety do ołtarza, choć płodność stale poprawiała się wraz z lepszym wyżywieniem i poprawą sytuacji ekonomicznej USA lat 70 i 80. Jednocześnie nic nie zrobiono w sprawie prawdziwej epidemii chlamydiozy wśród młodych Afroamerykanek w latach 1965-82 . Ten problem nie był dla Reganowców wystarczająco polityczny. Chociaż poważne badania wskazywały, że samotne kobiety zwykle więcej zarabiają i są bardziej zadowolone z życia, przedstawiano fałszywe „badania” mające przekonać całe USA, że ambitne singiel ki to nieszczęśliwe histeryczki lub osoby z trwałą depresją . Według badań Uniwersyetetu New Hampshire z 1988 roku w żłobkach molestowanie seksualne występuje niezwykle rzadko, lecz „New York Times” i inne gazety nie zauważyły tych badań, prasa zignorowała tez prawdę o tym, ze najczęściej molestowanie zdarza się w rodzinach, kreując konserwatywne bajki o idealnych rodzinach i złej opiece społecznej . Faludi uważa, że nie jest to nic nowego, mass media i marketing to wynalazki epoki wiktoriańskiej, a egalitarne demokratyczne społeczeństwo jak amerykańskie jest z natury rzeczy wyczulone na relację płci z pozycja społeczną . Już wiktoriańscy pismacy złorzeczyli kobietom, ze nie chcą rodzić dzieci i przyczyniają się do „samobójstwa białej Ameryki”, American Legion, Córy Amerykańskie i kościoły, w reakcji na prawa głosu dla kobiet zaczęły oskarżać feministki o komunizm, stąd od lat 20. Firmy zaczęły „chronić” rodziny poprzez NIE zatrudnianie kobiet; w 1910 roku było o wiele więcej kobiet-lekarek niż w 1930 . Lata 40 i wojna dowartościowały kobiety potrzebne przy produkcji wojennej, ale już w 1948 roku rząd USA (jako jedyny rząd w obu Amerykach) nie poparł deklaracji ONZ o równych prawach dla kobiet . W latach 50. Kobiety nadal spychano na stanowiska sekretarek, a kultura przedstawiała ich w postaci chodzących cycków i tyłków . Starano się zrobić z nich na powrót dziewczynki, które można by zagnać znów do domów, nie udało się, więc w latach 80 spróbowano znowu. Kobiety stawiały opór, lecz nie był on słyszalny w prasie i mediach; fala przyrostu konserwatywnej młodzieży lat 80. Była generalnie falą męską, choć starano się to tuszować . Zarówno w latach 1890, jak i 1950 i 1980 starano się przywrócić wyśnioną „męskość” muskularnego Jezusa, kowboja i żołnierza . W latach 80. Zamknięto wiele nierentownych fabryk i nie wszyscy robotnicy znaleźli nową pracę, konserwatyści napuścili tych frustratów na kobiety, których ambicje rzekomo skradły im pracę – Regan mówił o kobietach wprost jako tych, które powodują bezrobocie przez swoje wejście na rynek pracy już w 1982 roku . Tak kobiety stały się kozłem ofiarnym nieuchronnych procesów globalizacyjnych.

W czasach Regana kobiety ambitne zaczęto ośmieszać jako gniewne furiatki, a lata 70te przedstawiano jako epokę palenia staników, choć nikt ich nigdy publicznie nie palił . Kiedy straszenie zegarem biologicznym nie poskutkowało, konserwatyści zaczęli przypodchlebiać się kobietom, formując wzór nowej tradycjonalistki, na przekór spadkowi liczby czytelniczek tradycyjnej prasy kobiecej (kuchnia, zdrowie, rodzina) , przy jednoczesnym wzroście sprzedanych egzemplarzy „Working Woman”, jedynym piśmie z lat 80. Zajmującej się kobietą w innym kontekście niż kuchennym. Owa „nowa tradycjonalistka” niby świadomie wybierać miała zajmowanie się domem. W latach 70. „Newsweek” przedstawiał singielki jako boginie, dziesięć lat później jako nierozsądne pracoholiczki, które nie chcą wyjść za mąż. Pisano o wyimaginowanej „izolacji” społecznej pracujących niezamężnych kobiet, choć ta izolacja bywała efektem wrogości konserwatywnych dziennikarzy i innych trendsetterów, niż rzeczywistości . Stworzono wiec nieistniejący problem społeczny by zagnać kobiety do domów. Zabawne, że konserwatyści zawsze publicznie odżegnują się od inżynierii społecznej, a czymże jak nie taką inżynierią były owe trendy.

Hollywood lat 80. Pełniło ważną funkcję w ramach reakcji konserwatywnej. Weźmy np. „Fatalne zauroczenie” (1987) – samotna kobieta sukcesu uwodząca żonatego mężczyznę . Studia filmowe zagrożone przez inwazję kaset VHS stały się bardziej konformistyczne, co ułatwiło nacisk Reaganowców na kino. Kino ze swoją licencją artystyczną mogło bardziej gmatwać rzeczywistość niż prasa. Już w 1934 roku Hollywood poddało się naciskom konserwatystów czego wyrazem był tzw. Kodeks Hayesa. Ostre słowa jakie wypowiadała pod adresem ekranowych mężczyzn Mae West, skłoniły konserwatywnego Williama Randolfa Hearsta do uznania aktorki za: „zagrożenie dla świętej instytucji jaką jest amerykańska rodzina ”. Kłopoty od 1934 miały też inne niezależna gwiazdy jak M. Dietrich, K. Hepburn, Joan Crawford, czy Greta Garbo. Promować zaczęto słodkie kobietki-brzdące typu Shirley Temple. Lata 50. To już lata reakcji w kinie; szepcząca MM z dekoltem z jednej strony i kowboje z westernów z drugiej. Podobnie w latach 80; łagodne gospodynie i złe kobiety niezależne (uwodzicielki, gangsterki itd.), szczególnie jest to widoczne gdy porównać to z latami 70., gdzie nie brakowało ról silnych i niezależnych a mimo to dobrych kobiet („Niezamężna kobieta”, „Szeregowiec Benjamin”, „Punkt zwrotny”, „Alicja już tu nie mieszka”) . W latach 80. Kobiety przemysłu filmowego, i w ogóle ambitne kobiety w USA, przestawały być aktywistkami, zostawały konsultantkami, stad często zmieniały front i starały się wraz z konserwatystami zamknąć drzwi do kariery, przez które same przeszły w latach 60 i 70. Na fali buntu przeciw wszechobecnemu konserwatyzmowi . Stąd przybyło w filmach postaci feministek, które żałują swojego feminizmu (np. „Inna kobieta”, ambitnych kobiet, których ambicja powoduje problemy małżeńskie (np. „wojna państwa Rose”) kobiet które tylko leżą i pachną („Pretty Woman”) przybyło też obrazów wyidealizowanego życia rodzinnego, czego wyrazem były nigdy nie płaczące dzieci kina lat 80 . W 1987 i 1988 roku, gdy w serialach TV widać było tylko omdlewające słabe kobietki i zadufanych macho (nawet „Bill Cosby Show” – jedyny serial, który był faktycznie popularny - wpisuje się w ten schemat), większość kobiet przestała w ogóle jej oglądać . W realnym świecie kobiety stanowiły 8% ofiar AIDS, w operach mydlanych lat 80. – większość . Podobnie w świecie mody; w latach 70. Był szał na damskie garnitury – symbol wyzwolenia kobiet, w 1987 roku Dior wbijał kobiety w krynoliny, by znowu stały się wiktoriańskimi kobietami-dziećmi . Zabawne, że feministki oskarżano o seksualizację i demoralizację, życia społecznego, a jednocześnie starano się o seksualizację („High Feminity”, gorsety, miniówki, 1987 jako „rok pupy” – wszechobecnego atrybutu reklamowego) kobiet w dziedzinie mody, bo zamienione w kociaki traciły dużo ze swej powagi. Chociaż w 1986 roku wszyscy producenci mody zmniejszyli produkcję damskich garniturów, popyt na nie wzrósł , z kolej na miniówki był nadal niewielki, po raz kolejny konserwatywna kultura nie odpowiadała rzeczywistości. Opalenizna i wysportowana sylwetka a la Coco Chanel była wypierana przez nawałnicę kremów i innych zabiegów upiększających z implantami włącznie, byleby tylko odciągnąć kobiety od pracy . Konserwatywne instytucje jak Heritage Foundation nie urywały, że chcą cofnąć USA do 1954 roku , wtedy właśnie w latach 80. Wymyślono słowa takie jak: „pro-life”, pro-chastity, pro-family, pro-motherhood, by ukryć, że są one przede wszystkim ANTY-kobiece, anty-równościowe itd . Phyllis Schlafly i Connie Marshner wykorzystywały zdobycze feminizmu, by stać się często osobiście wyzwolonymi (one rządza swymi mężami a nie odwrotnie) konserwatywnymi publicystkami i działaczkami walczącymi z innymi wyzwolonymi kobietami . Co ciekawe Marshner nigdy nie mówi o kobietach tak jakby uważała się za jedną z nich – używa jedynie 2 i 3 osoby . Inna taka autorka Beverly La Haye krytykowała kobiety za przedkładanie kariery nad rodzinę, choć sama udzielała po 6 wywiadów dziennie robiąc na swej antyfeministycznej krucjacie świetną karierę . Jednocześnie kobiety za czasów Regana znikały z ministerstw, a organizacje takie jak Federal Women’s Program (zał. 1967 by werbować kobiety do agencji rządowych) miały stale obcinany budżet . Administracja Regana zbywała pytania o wrogość wobec aspiracji kobiet, bajaniami o staraniach, by mężczyźni zarabiali większe „rodzinne” pensje . Gdy Demokraci wytypowali na wiceprezydenta Geraldine Ferraro, czym poprawili swe notowania u kobiet, Republikanie i inni Reaganowcy zaczęli kłamać o jej rzekomych aborcjach, lesbijstwie, a jak to nie pomogło, za jakieś nie do końca zgodne z prawem interesy męża, z którymi Ferraro nie miała nic wspólnego . Luka płciowa dała Demokratom kontrolę nad senatem w 1986 roku, ale ich nieśmiały feminizm został zakrzyczany przez Republikanów. W 1988 roku Demokraci unikają już podnoszenia feministycznej karty , by uniknąć konserwatywnych krzykaczy. Dukakis przegrał przez to wybory, a „feministki” tj. kobiety pracujące stworzyły w ramach National Organisation for Women starania o własną partię . Konserwatywni dziennikarze faryzejsko oskarżały NOW o sprowadzanie ryzyka na dotychczasowe osiągnięcia ruchu kobiecego. Sylvia Ann Hewett porównywała feministki z USA z socjal-feministkami z Europy Zachodniej, które nie „rozbijały rodzin”, lecz skłaniały państwa do dawania więcej pieniędzy na cele rodzinne i wychowawcze, myląc świadomi lub nie – motywowaną ekonomicznie działalność rządów europejskich po 1945 roku z europejskimi ruchami kobiecymi, które zajmowały się tym samym co feministki z USA – dopilnowywaniem, by kobiety mogły robić karierę, i nie były dyskryminowane w miejscach pracy . Od 1973 roku aborcja jest legalna w USA, choć co bardziej konserwatywne stany stosują rozmaite kruczki prawne by uniemożliwić korzystanie z tego prawa, co oczywiście nie zmniejsza liczby aborcji, a jedynie bezpiecznie przeprowadzonych aborcji.

Konserwatyści ignorują fakt, że większość obywateli USA popiera ustawę z 1973 roku i nieustannie ją atakują . Warto pamiętać, że aborcja była legalna w całych USA w … 1800 roku (sic!), co zaczęło być kwestionowane dopiero wówczas, powstał ruch feministyczny, i gdy prawa płodu można było wykorzystać jako broń przeciw prawom kobiet . Duchowni uznali aborcję za ciężki grzech dopiero kilka dekad temu. Do 1970 roku prezbiterianie w USA popierali prawo do aborcji . Od lat 80. Zaczęto nazywać zygotę i płód określeniami typu: „mały facecik” czy „mały nurek” . Rząd Reagana odmawiając dania pieniędzy na zabiegi doprowadził do wzrostu śmiertelności niemowląt, które rzekomo zamierzał chronić . Zablokowano dostęp kobiet do innych zawodów, by nie uszkodziły ewentualnych płodów . Kobiety postanowiły jednak dać odpór konserwatystom, czego wyrazem był największy w historii marsz na Kapitol 9 kwietnia 1989 roku . W sprawie aborcji mamy do czynienia z konfliktem praw potomka i praw kobiety, i choć trudno mi pojąć jak pierwsze traktować na równi z drugim, skoro płód jest de facto częścią ciała kobiety, to jednak ten artykuł ma na celu wykazanie czego innego – tendencji konserwatystów w USA i na całym świecie do zupełnego lekceważenia rzeczywistości i faktów, oraz badań i woli większości, w imię własnych osobistych ideałów. O ile w latach 60. Mimo wszystko USA miały do czynienia z racjonalną prawicą, która interesowała się realnymi problemami społecznymi, o tyle Reagan wykreował nową prawicę, która kłamie, fałszuje statystyki, straszy i uprawia wyrafinowaną i brutalną inżynierię społeczną, wykorzystując ludzkie strachy, religijność, frustracje i ignorancję, a wszystko to m.in. po to by zapędzić kobiety do garnków.

Reagan realizował swoją wizję świata; świata czarno-białego dużych dzieci, fanatyków i bigotów. By zrealizować swe konserwatywne marzenie, uznał, że nie grzechem jest kłamstwo, przeinaczenie, pomówienie, stad jest bezsprzecznie najbardziej kłamliwym prezydentem w historii USA, a mimo to uważa się go za człowieka moralnego. Jak powiedział raz liberalny komentator Bill Maher o amerykańskiej skrajnej prawicy: „ci ludzie kochają prawdę, nienawidzą tylko faktów”. Nie szanują oni poza kościołami żadnych instytucji w USA. Co gorsza od czasów Regana doszło do intelektualnego, czy też może raczej sentymentalnego połączenia amerykańskiego pseudokonserwatyzmu ekipy prezydenta z częścią prawicy w Europie (Thatcher), i Reaganowskie mity zaczęły żyć własnym życiem także na wschodniej półkuli. Co prawda jak mówi Maher, konserwatyści np. brytyjscy mogą jeszcze być zdrowi na umyśle, tzn. wiedzieć o odcieniach szarości w ludzkiej egzystencji, lecz ziarno sekciarstwa zostało zasiane, uniemożliwiając jakiekolwiek porozumienie. Każdy fakt przytaczany przez liberałów i lewicę bierze się za diabelską propagandę, nawet jeśli jego prawdziwość jest sprawdzalna w świecie realnym. Jednocześnie konserwatyzm amerykański ukradł część liberalnego programu ideowego tj. ideę wolnego rynku i hasło indywidualizmu (Friedrich von Hayek pisał o tym już w latach 50. Tłumacząc, że programowa anty-ideologiczność konserwatyzmu skazuje tą ideologię na czerpanie z innych), oddzielając go od innych części składowych liberalizmu; idei postępu społecznego i odpowiedzialności instytucyjnej ora praw człowieka, w ten sposób konserwatyści z ludzi państwa stali się moralizującymi anarchistami i ekonomicznymi egositami. Roger Scruton dziś na stronach swych książek krytykuje liberalizm z perspektywy prawicowego liberała, myśląc, ze reprezentuje konserwatyzm. To Reagan spłodził ten światowy, pseudonowoczesny konserwatyzm, nielubiany wśród „starych” konserwatystów racji stanu w wielu krajach nie-anglosaskich (np. przez Adama Wielomskiego, który anglosaskiego konserwatyzmu, w ogól nie uznaje z konserwatyzm). Skąd się wziął ten romantyczny anty-intelektualny, oderwany od życia Reaganizm? Czyżby konserwatyści w USA podczas zimnej wojny uznali, że muszą być równie zakłamani jak sowieci by ich pokonać? Wszystko na to wskazuje i wyjaśnia jednocześnie fenomen upartego antykomunizmu, który nie ustępuje choć komunizm zniknął z ideologicznego radaru. Dla uzbrojonej prawicy Reaganowskiego typu zimna wojna się nie skończyła, stąd ta obsesja propagandy – widzą ją wszędzie i zawsze mówią o ZSRR, a jednocześnie chwalą Putina z konserwatyzm, choć metody Putina i sowietów wiele się nie różnią.

wtorek, 17 grudnia 2013

Skąd holocaust czyli o propagandzie "Frondy"

Ostatnio na konferencji socjologicznej natknąłem się na wypowiedź wrocławskiego kolegi, który w jednej kwestii nie umiał odróżnić prawdy naukowej od propagandy politycznej. Proponował on, by europejscy humaniści wzorowali się na konfucjańskich zasadach Chin, ponieważ, jego zdaniem oświeceniowo-liberalne zasady społeczne się nie sprawdzają, a nawet doprowadzają do rozmaitych nadużyć, z … holocaustem włącznie. Swoją drogą to sami oświeceniowcy interesowali się bardzo konfucjanizmem, zwłaszcza zanim monarchowie nie stanęli – zaalarmowani rewolucją francuską - murem po stronie sojuszu tronu i ołtarza, a przeciw nim. Wcześniej bowiem niejeden monarcha (np. król Prus Fryderyk II, cesarz Józef II, król Hiszpanii Karol III i kilku innych) upatrywał w oświeceniowych zasadach szansy na lepszy, sprawniejszy i sprawiedliwszy rząd, lub przynajmniej udawał, że tak uważa (caryca Katarzyna II). Tak więc pomysł wykorzystania konfucjańskiej filozofii nie jest nowy. Natomiast wróćmy do holocaustu.

Od dawna religijni fundamentaliści, lub tylko ultra klerykałowie (ciężko rozgryźć, bo w sumie najpilniejsza dla nich sprawa do przywrócenie władzy Kościoła także w polityce i sprawach społecznych świeckich) z „Frondy” i co bardziej klerykalnych towarzystw prawicowych (np. konserwatyzm.pl), karmią nas bzdurą głoszącą, że oświecenie głosząc utylitaryzm niejako nauczyło nas bezpardonowego wytrzebiania wrogów, czego przykładem bolszewizm i nazizm. Tymczasem holocaust zdarzył się w krajach ledwo liźniętych oświeceniem, mocno chrześcijańskich takich jak Niemcy i Austria, w których oświecenie brano często za francuski niepożądany wpływ kulturowy (por. np. pisma Adama Müllera z XIX w.), zaś te gdzie, od XVIII wieku konsekwentnie rozwijano tolerancyjną oświeceniową opinię społeczną, jak UK czy USA stanęły po stronie anty-nazistowskiej.

Voltaire i inni mieli swe antyżydowskie uprzedzenia, tak samo jak mieli je np. Martin Luther czy jezuici (zresztą w jezuickich szkołach kształcili się i Voltaire i np. Mercier), z drugiej strony wśród oświeceniowców zdarzyło się też kilku Żydów: Spinoza, Mendelssohn, choć niewielu. Przeważali myśliciele starający się godzić religię z nauką i racjonalizmem (np. Lessing, Jovellanos, Feijoo, Krasicki, Defoe, Swift), jak widzimy wśród nich nie brakowało księży (Feijoo, Swift, Krasicki), i ekumenistów (Lessing), mniej liczni trzymali się tylko samej wiary w Boga bez udziału religijnych dogmatów (czyli deiści; np. Bayle, Voltaire,. Bolingbroke, Pope), a tylko nieliczni głosili ateizm (Diderot, Holbach, Meslier, i ewentualnie Hume zamykają w zasadzie listę). Jak widać oświecenie było nie tyle jakimś wąskim ruchem, lecz wielokierunkową myślowo epoką, zresztą nie tylko w sprawach wiary i religii.

Europa nie potrzebowała oświecenia, by już w średniowieczu dokonywać mordów na Żydach za rzekome niszczenie hostii (wierzono, że naruszanie jest rodzajem tortury na Jezusie, skoro to jego ciało – tak uznano na soborze laterańskim w 1215 r.), i kradzież krwi chrześcijańskiej rzekomo potrzebnej Żydom do obrzędów (wierzono, że wszyscy Żydzi miesiączkują i tracą wiele krwi). Pamiętam moją wizytę w Norymberdze w kościele, który powstał po pogromie Żydów na miejscu dawnej synagogi. Jeden z tych „cudów” związanych z Hostiami zdarzył się w moim mieście w Poznaniu, i brany jest do dziś zupełnie na poważnie przez redaktorów „Frondy”, w końcu wszystko co chrześcijańskie MUSI być dobre – definicja fanatyzmu. Oto fragment:

„…Karmelita podkreśla, że Żydzi będący świadkami, tych cudownych a rozgrywających się na ich oczach wydarzeń „aby nie mieć trudności z miastem” postanowili pozbyć się za wszelką cenę Hostii. „A tak, szukając rozmaitych fortelów, tak w ogień kładąc, w błoto depcąc, w studnię wrzucając, żadnym obyczajem onych trzech Hostyj nie mogli zagubić”. Co więcej, ku ich zdumieniu, na Hostii nie widniały jakiekolwiek ślady przypalenia, zawilgocenia lub zabrudzenia. W wigilię Wniebowzięcia Maryi Panny wynieśli więc posiadany przez siebie Najświętszy Sakrament poza miasto i w miejscu, gdzie znajdowały się ówcześnie „trzęsawiska a pastwiska miejskie” wrzucili Hostie w bagna, opuszczając w pośpiechu to miejsce. Kilkadziesiąt godzin później miejski pasterz, wypasający bydło na owych błoniach ujrzał coś niebywałego – jego zwierzęta, w postawie półklęczącej zdawały się adorować Hostie unoszące się nad bagnami. Zostawiwszy trzodę, prędko udał się do miasta zdając relację burmistrzowi z wszystkiego, czego był świadkiem. Ten początkowo nie dał wiary opowieściom pasterza, w końcu jednak zawiadomiono również Biskupa, który wraz z duchowieństwem udał się na błonia. Najświętszy Sakrament unoszący się cudownie nad bagnami został uroczyście przeniesiony do ówczesnego kościoła farnego (nieistniejącego już, a znajdującego się w bliskim sąsiedztwie dzisiejszej poznańskiej Fary). Jednak, gdy w sposób niewytłumaczalny sam powracał kilkukrotnie na podmiejskie Piaski, pobożny lud Poznania odczytał to, jako znak z Nieba, mówiący o tym, że Bóg pragnie na tym właśnie miejscu, porzucenia przez Żydów, a odnalezienia przez pasterza Hostii, być czczony w sposób szczególny. Najpierw księżna Jadwiga stawia tu małą kapliczkę, w której umieszczone zostaje i odbiera cześć profanowane w mieście, a cudownie odnalezione poza miastem, Ciało Chrystusa. A następnie król Władysław Jagiełło, w 1406 roku, funduje kościół Bożego Ciała wraz z klasztorem opiekujących się świątynią Karmelitów (dzisiejszych Karmelitów Trzewiczkowych). Inne źródło o poznańskich wydarzeniach z 1399 roku (Jan Chryzostom Sikorski „O cudzie trzech hostii w Poznaniu”) dodaje, że Żydzi oraz kobieta, która wykradła Hostie, zostali przez polskiego króla osądzeni i surowo ukarani. Za to, że „ośmielili się popełnić tak straszne świętokradztwo”, przywiązani do pala „spłonęli żywcem” „ponosząc zasłużoną karę bezbożności”…”.

http://www.fronda.pl/blogi/prog-nadziei/poznanski-cud-eucharystyczny-1,21046.html

Tyle „Fronda”. Owa „zasłużona kara” to po prostu pogrom na Żydach, którego panowie redaktorzy absolutnie się nie wstydzą. Kradzież ciasteczek to faktycznie strrrrrraszliwa zbrodnia. W komentarzach czytelników też żadnej skruchy czy namysłu nie znajdziemy, przeciwnie, oto dwa z kilku tam zamieszczonych:

„…Bóg zapłać za tą opowieść.

I pomyśleć jak nam się dziś ateiści rozbestwili :)…”.

„…Niesamowita historia- Bardzo dziękuję! Zdumiewa mnie zanik pamięci o tej cudownej historii, nawet w Poznaniu. Zdumiewa nade wszystko ukrycie świętych Hostii przed oczyma wiernych i skazanie ich na zapomnienie! Moim skromnym zdaniem, powinny znajdować sie w widocznym miejscu i odbierać należną im cześć i hołd. Gdyby Hostie te nadal były wystawione na widok publiczny mielibyśmy bez wątpienia jeszcze jedno wspaniałe miejsce kultu i pielgrzymek. Miejsce to tętniło by sławą, oraz dziejącymi się tu cudami i łaskami, jaka wielka szkoda!!!! Biskupi poznańscy powinni coś z tym zrobić...a tak mało kto już o tym wie…”.

Ten pierwszy niby żart, ale jakiś taki mroźny. Drugi koncentruje się wyłącznie na reklamie jaki wydarzenie i miejsce powinny stanowić dla religii chrześcijańskiej, a może tylko katolickiej. Widać wyraźną tęsknotę za czasami katolickiego tryumfalizmu i władzy kościoła nad duszami. (Biskupi politycznie nie rozgłaszają tego wydarzenia, bo pachnie ono wojnami religijnymi i nietolerancją na milę, ale wierni w to nie wnikają). Czemu miało więc być inaczej w 1939 czy 1940 roku? Warto pamiętać kilka rzeczy. Po pierwsze sceptyków religijnych w tym czasie w Niemczech było tyle co na lekarstwo, po drugie, Hitler zakazał działalności masonów i innych wolnomyślicieli, m.in. dlatego, że miały połączenie z Londynem. Po trzecie kościoły chrześcijańskie Niemiec trochę ze strachu , a trochę z podziwu poparły hitlerowców, o czym świadczy wiele wypowiedzi ówczesnych dostojników duchownych. Po czwarte – jeszcze w 1914 roku watykańskie gazety serio pisały o bezczeszczeniu hostii przez Żydów, zresztą „Fronda’ jak widzimy pisze o tym serio do dziś… Po piąte wreszcie – nijak nie da się uznać hitlerowców zainspirowanych oświeceniem sceptyków. Ich przekonania stanowiły połączenie chrześcijaństwa może nieco heretyckiego wobec papieskiej wykładni, ale jednak (wystarczy poczytać „Mein Kampf” by przekonać się jak bardzo Hitler cenił Chrystusa), z rozmaitymi elementami hinduizmu i buddyzmu (Eichmann i Himmler wierzyli w reinkarnację, zaś Hitler w przeznaczenie). Sam zaś nazizm stanowił religijną mutację i jego metody i rytuały były mocno sekciarskie. Reinkarnacja i wiara w opatrzność stanowią przeciwieństwo racjonalizmu oświeceniowego. Chrześcijanie zawsze postulują, by ateiści uznali część swej winy za system sowiecki (chociaż ten sowiecki „ateizm” był bardziej świecką religią marksistowską, ale ok.), sami zaś nieustannie wykręcają się od rachunku sumienia za zbrodnie na Żydach inspirowane chrześcijańskim antyjudaizmem. Wiemy, że jest on chrześcijański, ponieważ a) poprzedza oświecenie, b) w pogańskim Rzymie, Żydzi byli tolerowani, choć czasem wyśmiewani, ale nie mordowano ich, wrogami stali się dopiero, gdy Konstantyn uczynił chrystianizm religią i ideologią państwową.

czwartek, 7 listopada 2013

Bernard-Henri Lévy - Francuz o USA



B.H. Lévy, American Vertigo, przeł. Anna Garycka-Balmitgère, Wydawnictwo Sic! Warszawa 2007.

Książka Bernarda-Henri’ego Lévy „American Vertigo” jest już kolejną książką Francuza o USA jaką czytałem – po dziełach Tocqueville’a, którego śladem Lévy podróżował po tym kraju, oraz książki Guy Sormana: „Made in USA”, którą raz nawet Lévy cytuje. Postanowiłem nieco przybliżyć książkę Lévy’ego, tak samo jak to robiłem z książką Sormana, podkreślając też różnice między nimi.

Lévy zaczyna od wyznania, że z dziełami Tocqueville’a zetknął się dość późno, bowiem francuski świat intelektualny w czasach jego młodości zajmował się głównie progresywizmem Comte’a i Marxa, zaś Tocqueville długo był uważany z autora drugorzędnego (s. 8), zwłaszcza, ze słowo „liberalizm” jakie ten autor reprezentował zyskało we Francji niezasłużenie złą sławę. Zmierzył się w końcu jednak z tym pisarzem i jego chłostaniem amerykańskiej tyranii egalitarnej opinii publicznej, zwł. w kontekście niemal odwiecznego francuskiego i europejskiego anty-amerykanizmu (już w XVIII wieku Buffon łączył zepsucie Amerykanów z wilgotnym klimatem Ameryki, 200 lat później Heidegger uznał powstanie USA za potworność), i równoległego amerykańskiego anty-europeizmu (szafowanie słowami Hegla o „starej Europie”, która nudzi – s. 13-15).

Lévy pisze o swej misji sprawdzenia jak się ma zdradzająca obawy zmęczenia amerykańska demokracja. Podobnie jak Sorman, pisze Lévy o niezrozumiałej obsesji flagi w Ameryce (s. 26). Zaś podobnie jak Tocqueville zaczyna zwiedzanie od więzienia – a ściślej od więzienia Rikers Island (s. 27-29), które zaskakuje go dzikością więźniów i stopniem oddzielenia od świata zewnętrznego, mimo iż jest to tylko jail , a nie prawdziwe więzienie, tj. areszt dla oczekujących na wyrok i dla tych skazanych maksymalnie na rok pozbawienia wolności. Dalej Lévy jedzie do Cooperstown na samym południu stanu NY, gdzie pokazują mu pseudostare budynki (s. 30), i ogląda pseudomuzeum baseballu w tym mieście, które rości sobie pretensje do miana kolebki tego sportu, chociaż w roku 1839 roku, gdzie gen. Abner Doubleday miał wymyślić tam zasady owej gry, był w West Point, a baseball znany już jest na stronicy książki Jane Austen z 1815 roku, a także na kratach pism znalezionych na strychu w Anglii pochodzących z roku… 1748. Amerykanie uwielbiają brnąć w mity i traktować pseudomuzea jako rodzaj kościołów – stwierdza Lévy (s. 32), a także wolą artefakty od zabytków, np. sprzęt farmerski z 2000 roku udający taki z XVII niż autentyk z XVII wieku. Kolejna różnica z Europą wychwycona przez Lévy’ego – pogodna akceptacja dla śmierci dzielnic i całych miast takich jak Buffalo, Lackawanna, Cleveland czy Detroit z powodów ekonomiczno-migracyjnych (s. 33-37). Dalej w Dearborne (Michigan) spotyka Lévy amerykańskich Arabów, którzy czują się przede wszystkim Amerykanami, i tak są traktowani przez sąsiadów, zamiast się oburzać na wykluczenie społeczne starają się budować obywatelskie lobby podobne do żydowskiego (s. 40-41). Następnie mowa o egalitarnej prędkości na autostradach i zakazie sikania na ich poboczu w ramach kultury: keep moving. Z opresji policyjnej ratuje Lévy’ego nazwisko Tocqueville’a, którego znają i szanują nawet gliniarze. Burmistrz Chicago Richard Daley, stara się przed Lévy’m reklamować miasto jako centrum nie gangsterki, a myśli architektonicznej (s. 44). Delej nieco spostrzeżeń o religii, o bezwyznaniowych i wielowyznaniowych kościołach-centrach dyfuzji positive thinking i propagandy sukcesu Lee Strobela gdzie wszytko kręci się wokół potrzeb codziennych wiernych, a nie wokół Jezusa czy apostołów (s. 49). Potem Lévy spotyka się z Obamą na konwencji, na której powtarzał, że Ameryka jest „krajem religijnym”, ale i dystansował się wobec „czarnej historii USA” i poczucia winy za rasizm, na jakim jeżdżą zwykle czarni politycy jak Al. Sharpton – Lévy przepowiada mu wielką przyszłość (s. 53-54) i jak już dziś wiemy - słusznie. Dalej mowa o USA jako kraju obrazów i kultu miejsc takich jak np. gabinet owalny, podczas gdy np. Francja to kraj słowa, gdzie ludzie ważniejsi są od miejsc traktowanych niemal wyłącznie utylitarnie (s. 57) – chyba jednak trochę tu Lévy przesadza.

Potem Lévy rozważa status 200.000 Amiszów, którzy uważają USA za abstrakcję (mówią o Amerykanach – „Anglicy” – s. 60) i podziwia głównie tolerancję wobec nich. Następnie Lévy odwiedza gigantyczny Mall of America w Minneapolis, w którym można by w zasadzie spędzić całe życie, bo wszystko tam jest. Na świecie większe jest tylko centrum handlowe w Edmonton. Amerykanie kochają utopie jak stwierdza Lévy. Dalej Lévy wprawia w zakłopotanie pracownicę kliniki Mayo, w którym leczył się Hemingway, i które według jednej z żon pisarza wykończono go z powodu jego komunistycznych sympatii (s. 64). Jednocześnie jak pisze Lévy, samofinansująca się i prowadząca własne badania klinika to nadzieja dla USA. Jeszcze dalej Lévy porównuje rozczarowanie Tocqueville’a nędzną posturą i niskim morale Indian z Buffalo, z własnym doświadczeniem w tym względzie – widokiem Indian dających się urabiać tanimi sztuczkami senatora Toma Daschle’a (s. 68), rozmową z Russelem Meansem, Indianinem-antysemitą wkurzonym na Żydów za zdominowanie dyskursu ofiary (s. 72-73), co Lévy’ego jako Żyda-sympatyka Indian dotyka niczym zimny prysznic. Kilka stron dalej pisze Lévy o konwencji GOP na Brooklynie i podlizywaniu się Norma Colemana i Ricka Santoruma miejscowym bogatym Żydom perorowaniem o sile wiary chrześcijan i Żydów (s. 78). Następnie Lévy poświęca parę stron polityce amerykańskiej znajdującej się w okowach nie kalkulacji i interesów jak w UE, lecz – gorących ideologii, często nie pokrywających się z programem partii, jaką ideologowie reprezentują (s. 82).

Ulubionym miastem Lévy’ego w USA jest Seattle, a zwłaszcza tamtejsze; dynamizm i atmosfera wolności, luz hippisowski połączony z fantastyczną fachowością pracowników Boeinga, pomysłowość informatyków i spokój bulwarów (s. 82-85). W Berkeley Lévy rozmawia z adwokatką Joan Blades, jednej z przywódczyń ruchu Move On – wymierzonego przeciw konserwatystom atakującym prezydenta Clintona z powodów politycznych, ale na gruncie życia prywatnego. Lévy przyklaskuje tej opcji, ale dziwi się, że nawet ta skrajna jak na amerykańskie warunki lewica również atakuje Clintona z pozycji konserwatywnych – wniosek libertynów w USA brak, choć kiedyś w polityce byli widoczni zwł. w Kalifornii (s. 90). Dalej Lévy dziwi się tonowi w jakim rozmawia się w USA o Alcatraz i innych więzieniach; Amerykanów nie interesuje resocjalizacja, czy współmierność kary z czynem, lecz radykalizm izolacji więźniów i ich quasi-biblijne potępienie (s. 93). O większe mdłości Lévy’ego przyprawia jednak zamek Hearsta – który uważał Europejczyków za podludzi i zamierzał wykupić z Europy wszystkie dzieła sztuki (s. 96). LA uważa Lévy za miasto bez granic, bez kolebki, bez centrum i bez historii – miasto posthistoryczne (s. 99) i wróży mu kiedyś status miasta opuszczonego, choć w USA opuszczone może być także miasto mające te atuty, których LA nie ma. Lévy podobnie przewiduje falę prześladowań grubasów, ponieważ ruch zdrowego żywienia posiada już wpływy porównywane z biznesem junk food. Ale wcale się z tego nie cieszy; uważa, że amerykańskie władze zbyt łatwo wchodzą w rolę wszystkowiedzącego-lekarza (s. 102). Z Sharon Stone rozmawia Lévy o GW Bushu, którego gwiazda uważa za gatunek dzieciaka bez talentu zmuszonego do wejścia w ślady ojca i całej politycznej rodziny (s. 104).

Lévy, jak to „złośliwy” Francuz, bada wszystkie amerykańskie tabu po kolej, więc w końcu dochodzi do kwestii granicy na linii Tijuana-San Diego, po czym dochodzi do wniosku, że USA wcale nie chce rozwiązać problemu szczelności granicy, bo odpowiada im gra w kotka i myszkę z uciekinierami z Meksyku. Dawanie ryzykownej szansy – jakie to amerykańskie (s. 107). Dalej mowa o innym tabu – seksualnym, o komedii purytańskiej w Vegas jakim jest słynny leap dance – bezdotykowa ekscytacja wyginającymi się paniami, i o tym, że żeby znaleźć normalny brothel, trzeba wyjechać poza LA i Clark County (s. 111-117). Dalej poruszany jest problem prywatyzacji więzień; w prywatnych króluje nonszalancja, co daje więźniom pewną wolność i możność trzymania w celach różnych przynoszonych z zewnątrz przedmiotów, lecz z drugiej strony króluje szprycowanie lekami i porzuca się wszelkie marzenia resocjalizacyjne (s. 119). Następnie Lévy rozprawia się z przeświadczeniem, że w USA nie ma ubezpieczenia społecznego; jest, ale niejasne i chaotyczne; czasem emerytura od pracodawcy wynosi 60% a czasem 75% ostatniej pensji, nawet w tym samym zawodzie, i nikt nie wie dlaczego, niektórych ubezpieczają kościoły, poza tym są jeszcze medyczne i żywnościowe programy federalne (Madicaid, Medicaire, food stamps itd. – s. 126-127). Ta nieufność do polegania wyłącznie na tym co rządowe jest znamienna. Dalej czytamy o Sun City – mieście dla starców, zbudowanym przez Del Webba, który doświadczenie zebrał budując obozy internowania dla Japończyków (s. 136). Następnie Lévy wraca do polityki, podkreślając, ze kandydat taki jak Bush w USA nie musi wypaść gorzej od Kerry’ego, ponieważ debaty nie mają w zasadzie sensu, liczą się targi z większościami i mniejszościami interesu w poszczególnych stanach, podczas debat kandydaci starają się raczej ukazać swoją przyjazną naturę i oddane rodziny (s. 138), może chodzi o ukazanie swej elastyczności potrzebnej do targów. Kerry, którego oskarżano o bycie zbyt „francuskim” (jak pisał Piotr Kraśko, nieopatrznie wyznał, ze rozmawia w języku francuskim z żoną przy kolacji, co w opinii Teksańczyków uchodzi co najwyżej gejowskim projektantom mody z NY), nie chciał spotkać się z Francuzem na 8 dni przed wyborami, ale w końcu dał się przekonać (spławiali Lévy’ego, gadką o tym, że Kerry jest zmęczony, więc zagroził, ze rozpowie, iż kandydat Demokratów większość czasu śpi – s. 141). Lévy dotarł w końcu do Kerry’ego, uznał go za racjonalistycznego człowieka oświecenia, być może zbyt racjonalnego na to targowisko emocji jakim są wybory prezydenckie w USA (s. 143). Nieco uwagi poświęca Lévy rodowi Kennedych i ich mitowi, uznaje co ciekawe, że nie są oni amerykańskim odpowiednikiem rodziny królewskiej, lecz tragicznymi bohaterami mitologii amerykańskiej, na podobieństwo Edypa czy Tezeusza (s. 151).

Nowy Orlean jawi się Lévy’emu niczym upragniona oaza libertynizmu na purytańskiej pustyni, a także miejsce gdzie mieszanie się ras jest dużo częstsze niż w reszcie USA (tłumy metysów i mulatów – s. 154). Jako Europejczykowi podoba mu się zdecydowana obecność historii na ulicach NO. W Memphis (Tennesee) uderza go żarliwość czarnych chodzących do kościołów we frakach, kontrastująca z handlowym podejściem i zacięciem megachurches Północy (s. 171). Floryda wywołuje u Lévy’ego refleksję o tym, że Amerykanie w porównaniu z Europejczykami, nie starają się całkowicie panować nad przyrodą, ani od niej zupełnie się oddzielać, co jego zdaniem wnika z pionierskiej kultury ryzyka (s. 183), jednak czytając ten fragment zastanawiałem się ile wynika po prostu z geografii, naszego euro-tłoku, i pustej przestrzeni w USA, tej połowie wielkiego kontynentu. Savannah zachwyca Lévy’go, który cieszy się, że w 1864 roku mieszkańcy woleli poddać się jankesom niż doprowadzić je do zniszczenia (s. 185), wyczuwa tu iście europejską dbałość o miasto tak kontrastującą z nonszalancją mieszkańców Buffalo. W Karolinie Płd. – wszystko wraca do „normy”; w Asheville nie pamięta o dandysie imieniem Scott Fitzgerald. Lévy zwiedzał Norfolk (Wirginia), a ściślej tamtejsza bazę floty, największą pod tej w San Diego, i zastanawia się nad bardzo demokratycznym łatwym dostępem turystycznym do owych baz; tak jakby USA uwielbiały paradować ze sowimi zabawkami (atomowymi łodziami podwodnymi) przed sojusznikami (s. 195).

Potem następują opisy trzech wywiadów z neokonserwatywnymi jastrzębiami, których według Amerykanów, przecenia się w Europie (we Francji pisze się o „książętach ciemności” lub po prostu neo-cons – przy czym po francusku con znaczy dureń) co do siły oddziaływania na rząd. Pierwszy to Richard Perle, z którym Lévy czasem się zgadza, ale uważa np. że ma on zbyt frywolne podejście do prawdy o BMR w Iraku, czy zbyt łatwo żartuje z Kerry’ego i jego żony (s. 197). Billa Kristola uważa Lévy za urodzonego doradcę książąt, dla którego inwazja na Irak jest tak ważna, że sojusz z moralnymi religijnymi oszołomami wydaje mu się znośny (s. 200). U Fukuyamy, dziwi go demokratyczny mesjanizm, tego odwiecznego wroga inżynierii społecznej (s. 203). W Heinz Hall w NY widzi jak Hitchens pokrzykuje na Kissingera (który półgębkiem chwali pomysł wojny w Iraku, a w następnym zdaniu powołuje się na rozprawę Kanta o wiecznym pokoju) za Wietnam, a potem już w innym przybytku sam popiera wojnę w Iraku, ale to dlatego, że tyrania Saddama jest dlań dużo większa, zarzuca on bowiem rządowi i jego doradcom (takim jak Kissinger) niedocenianie skali zagrożenia ze strony fundamentalizmu religijnego (s. 207). Według Lévy’ego Hitchens widzi USA jako broń demokracji, a Kissinger akceptuje dyktatury łajdackich tyranów współpracujących z Waszyngtonem, więc jest to kłótnia wilsonisty z jacksonistą, gołębi w tym sporze nie ma.

W siedzibie AFL-CIO rozmawiał Lévy z Demokratami, których znalazł, podobnie jak Guy Sorman, w słabszym wigorze. Odnotował, że np. Michael Moore nie może się przebić do ogólnego ich nurtu z wezwaniem, by amerykańska „lewica” nie ulegała naciskowi rewolucji konserwatywnej, i nie tłumaczyła się przed konserwatystami przypominając np., że to w stanach rządzonych przez DP („niebieskich”) jest mniej rozwodów i dzieci ze związków pozamałżeńskich, lecz prosu szali się we własnej perspektywie. Lévy, inaczej niż Sorman, sprzyja demokratom więc martwi go to, że John Podesta zamiast bronić prywatności Clintona, czerwieni się jak chłopczyk i przyznaje, że Clinton zrobił głupstwo, jak również to, że jedyną ideą silną wśród DP jest „trzecia droga”, ale w wersji niezmienionej od 20 lat, oraz, że Demokraci w swej masie umieją dogadać się tylko w sprawach finansowych, choć chcieliby pokonać GOP doktrynalnie, że w partii za dużo mają do powiedzenia związkowcy nie pierwszej już młodości itp. (s. 207-209). Warren Beatty, zdaniem Lévy’ego, wie o purytanizmie i nie chce zostać demokratycznym Schwarzeneggerem, bo wtedy brukowce zbrukają jego życie prywatne (s. 215). Potem rozmawia Lévy z Davidem Brockiem, który wymyślał kłamstwa, by oczernić Clintona, a potem przyszedł skruszony do Demokratów, którzy przyjęli go zamiast zniszczyć (s. 220). Stanowi to dowód na kryzys dziennikarstwa w USA, i z Woodym Allenem, który wyjawia mu, że nie angażuje się w politykę, bo uważa, ze sam uosabia wszystko co ten kraj nienawidzi, więc raczej zaszkodziłby tym, których by poparł (s. 228). Lévy, choć lubi Allena, bierze to za pychę, ale w sumie faktycznie; racjonalizm, ateizm, żydowskość, intelektualizm, czyż Sorman nie pisał, że to wszystko podoba się raczej w Europie niż w USA…

W Bostonie rozmawia z Huntingtonem, pełen krytycyzmu wobec jego teorii, że dwujęzyczni a przy tym leniwi Latynosi odbierają Ameryce jej esencję. Z kolej wniosek Lévy’ego, że USA, Francja i Izrael powstały w oparciu nie o etniczność, ale o credo, napotyka krytykę Huntingtona (s. 237). Nie lubię Huntingtona i uważam jego teorię o nieprzekraczalnych barierach cywilizacji za szkodliwy rak intelektualnego multikulturalizmu i skretyniałego konserwatyzmu, lecz w tej materii ma on rację. Izrael to etniczność w najczystszym wydaniu, znacznie lepszym przykładem byłaby choćby Kanada, Brazylia, Singapur, albo Argentyna. Lévy uważa jednak USA za wyjątkowe (i tu można się tylko zgodzić), ponieważ tam nigdy państwo i naród nie przekładały się na siebie, stąd USA tak dobrze asymilują imigrantów (s. 251), stąd uważa obawy Huntintona za równie nieuzasadnione jak obawy z początku XX wieku przed „słowiano-latynosami” i „Żydami orientalnymi”. Lévy uważa Amerykę głównie za uniwersalną ideę emancypacyjną o nieprzemijającym uroku.

Lévy broni przed atakami europejskich anty-amerykanistów, amerykańskiej political corectness, uważając, że francuscy intelektualiści mający język za „faszystowski”, nie doceniają Amerykanów, którzy nie poprzestają na gadaniu, ale starają się coś z tym zrobić (s. 255). Przypomina to trochę zarzuty Sormana, o to, że Francuzi uważają Amerykanów za rasistów, ponieważ nie są oni ślepi na rasy i wdrożyli akcję afirmacyjną, właśnie dlatego, by podstawa rasizmu – wykluczenie i różnice majątkowe nieco zmniejszyć. Lévy zauważa pewną pułapkę myślową u Huntngtona i Fukuyamy, ale też u Roberta Nozicka i Michalea Walzera, że w pewnych okolicznościach cywilizowani przywódcy walcząc z terroryzmem, będą mogli i powinni móc sięgnąć po tortury. Lévy pisze, ze rozumie ten intelektualny zwrot po 11.09.2011, ale uważa, że grozi on popadnięciem w kazuistykę, która osłabia humanistyczne przesłanie liberalnej demokracji (s. 279-280). Lévy kończy swą książkę podkreślając kilka różnic w jej historycznym rozwojem z Europą np. tą, że wolność i religia nie były tam skierowane przeciw sobie (tu można by zastrzec – „politycznie”, bo społecznie religia zawsze tłamsi życie osobiste wyznawców), na co zwracał uwagę też Sorman. W amerykańskich warunkach, jak uważa Lévy, żarliwa religijność nie jest objawem politycznej skrajności, jak byłoby w Europie (s. 284). W ten sposób Lévy zapewne chce uspokoić nieco Europę przed amerykańską nieobliczalnością. W tą stronę też zmierzają jego zapewnienia, że laickość w USA ma się dobrze.

Neokonserwatystów podejrzewa o bycie skrytymi tradycyjnymi konserwatystami, tj. miłośnikami Realpolitik, chcącymi po prostu dokopać wrogom USA, ale z musu ubierającym to w piękne filozofie (s. 291), jak radzili zwolennicy Hamiltona w XVIII wieku (wojna w obronie handlu), czy Jacksona (wojna w obronie strategicznych interesów USA), wbrew izolacjonistom typu jeffersonowskiego (dziś np. Pat Buchanan, oskarżający Busha o wilsonowskie zboczenie i zdradę ideałów starej GOP – niedawno Buchanan ostrzegał USA, że nie mogą być jedynym policjantem świata). Neokonserwatysci są to więc, zdaniem Lévy’ego hamiltończycy (są dziś prawdziwi hamiltończycy; Condoleezza Rice czy Colin Powell) lub jacksończycy (dziś są takimi Rumsfeld i Cheney) udający wilsonowskich misjonarzy wolności i demokracji. Lévy uważa, że pod kątem tych czterech grup powinno się pojmować politykę zagraniczną USA, a niestety rzadko się to w Europie robi (s. 294). Ze swej strony mogę dodać, ze pamiętam ustęp działa Fukuyamy, gdzie dzielił wszystkich strategów właśnie na te 4 grupy. Powinniśmy chyba używać podziałów uznanych lokalnie, wszak europejskie reguły nie aplikują się do USA, dlatego np. Angela Merkel skarży się na amerykańską nieprzewidywalność. Błędem Europy jest zdaniem Lévy’ego, branie tego wszystkiego za „prawicowość” (s. 296), zwłaszcza tej skłonności do grania roli policjanta świata, co wynika nie tylko z idei, a z historii i wyjątkowej pozycji USA w świecie. Lévy podpisuje się pod stwierdzeniem Raymonda Arona, które ten zapożyczył od Paula Moranda o USA jako „imperium mimowolnym”, i uważa, że właśnie z powodu tej mimowolności USA są czasem tak niezgrabne, że np. utworzywszy ONZ same łamią jego zasady (s. 300-301), nie sądzi jednak by ta tendencja była trwała. Nie podzielam tego optymizmu, bardziej mnie przekonują słowa Obamy z „Odwagi nadziei”, o fundamentalistach religijnych, którzy nie szanują nawet konstytucji USA, nie mówiąc już o ONZ. Cenne sa jednak uwagi Lévy’ego o innej dynamice sporów politycznych w USA (nie na „ekonomicznej” linii prawica-lewica jak w UE, lecz na linii anarchia Jeffersona- centralizm Hamiltona), i o tym, ze religia w USA przetrwała, bo nie stawała okoniem wolności w tym stopniu co w Europie czy Ameryce Południowej. Może faktycznie religia jest silna siłą uwielbienia wolności, jaką pożycza od narodu indywidualistów, ale czy Amerykanie są narodem indywidualistów? Tocqueville i Sorman uważają, że raczej nie, zważywszy na daleko posunięty egalitaryzm, który pewnie mógłby zbliżać USA bardziej do Australii niż elitarnej Europy.

Opisują USA Sorman więcej niż Lévy uwagi poświęcił temu amerykańskiemu egalitaryzmowi, i opisał niechęć, jaką arystokratyczne elity partyjne w UE budzą w USA. Może wynika to stąd, że Sorman, choć nie nawiązuje bezpośrednio do arystokratycznego liberalizmu Tocqueville’a, jes mu intelektualnie bliższy niż Lévy. Lévy wspiera w USA racjonalizm, Demokratów i to co zostało z opieki społecznej, Sorman zaś – liberatariańskie projekty M. Friedmanna i nowe teorie racjonalności, każące w USA zupełnie porzucić korelację między winą przestępcy, a niedociągnięciami społeczeństwa. Ciekawe, że Lévy nie porusza tego tematu, choć jako sojalliberałowi powinien mu być bliższy nawet niż Sormanowi. Sorman liczy, że USA wpłyną na Europę, Lévy raczej tłumaczy Europie, że USA nie są tak szalone jak się wydaje, ale nie ma u niego – poza sferą asymilacji imigrantów – chęci uczenia się od USA. Sorman uważa USA za kulturę orficką, a Lévy za typowo purytańską, obaj jednak zgadzają się, że religie w USA profitują ze swej demokratycznej bliskości do problemów zwykłych ludzi.

Polecam obie książki wszystkim amerykanofilom i – fobom.

poniedziałek, 14 października 2013

Czy religia jest potrzebna dla rozwoju cywilizacji?

Podobnie jak wiele innych moich tekstów, ten tekst powstał z „negatywnej" inspiracji. Tym razem zdenerwowała mnie lektura: „Cywilizacji" Nialla Fergusona. Ferguson, konserwatywny brytyjski historyk, prywatnie ateista, publicznie wspiera tezę o przydatności religii dla trwania cywilizacji. Już David Hume udowodnił, że moralność jest produktem historii, a nie religii, zaś historia to nic innego jak jeden wielki eksperyment naukowy przeprowadzany na sobie samej przez daną cywilizację, czy kulturę. Tak więc nie da się poważnie i naukowo twierdzić, że religia jest podstawą cywilizacji, i podstawą moralność, ale ponieważ religia zawiera „jakiś" przekaz moralny ma obrońców wśród niektórych etyków i intelektualistów świeckich jak właśnie Niall Ferguson.

Ferguson jest, jak samo nazwisko wskazuje, Szkotem, wychowanym po ateistycznemu, ale — jak sam twierdzi — w protestanckiej etyce pracy. Thatcherysta i radykalny wolnorynkowiec (znana debata z keynsistą Paulem Krugmanem), związany jest z Oxfordem, Uniwersytetem Stanforda, sztabem wyborczym McCaina w wyborach w USA, zwolennikami Romneya, oraz „Newsweekiem". Jest bardzo cenionym intelektualistą, autorem ciekawej książki o Imperium Brytyjskim, więc tym bardziej denerwują bzdury jakie opowiada o religii. Powiela multum stereotypów też w wielu innych dziedzinach, jak np. przekonanie, że „XX stulecie okazało się być najbardziej ponurym i dzikim w dziejach ludzkości", choć nie było, wręcz przeciwnie nazizm i faszyzm oraz stalinizm dały nam wreszcie do myślenia w drugiej jego połowie. W analizie historycznej opublikowanej w 2009 roku w „The Guardian" (w związku z siedemdziesięcioleciem wybuchu II Wojny Światowej) pozwolił sobie na kontrowersyjne zestawienie sytuacji polityczno-społecznej w Polsce i w hitlerowskich Niemczech twierdząc, że „z punktu widzenia politycznych wolności i praw obywatelskich Polska była niewiele lepsza od Niemiec z 1939 roku". Wywołał tą opinią powszechną krytykę. Ferguson krytykował też Keynesa, za to, że „jako homoseksualista nie miał dzieci i nie myślał o przyszłości (gdyby prawacy i chrześcijanie nie uważali bycia gejem za przestępstwo to może by adoptował...), co wywołało pewne oburzenie. Generalnie jednak jak na kogoś kto ma za żonę Ayaan Hirsi Ali , Ferguson jest bardzo przewidywalny i nudny. Po prostu zawsze można liczyć na to, że powieli jakiś stereotyp i płytko przedstawi sprawy. Choć np. Fareed Zakaria pięknie wytłumaczył, że straszenie Eurarabią to nieporozumienie i prawicowe ujadanie, Ferguson toczy pianę o islamskim zagrożeniu, i postuluje — jakżeby inaczej — powrót do chrześcijaństwa. Nie wiem co mam myśleć o tym człowieku bo z jednej strony wydaje się bliski Hitchensowi i jego obronie wolności przed terroryzmem z drugiej powiela najbardziej paskudne stereotypy o gejach, religii, ateizmie itd. Ateistyczni konserwatyści są wyjątkowo denerwujący ponieważ jak pisał Daniel Dennett "wierzą w wiarę", czyli zalecają religię, tym którzy mogą ja wyznawać. (Roger Scruton przynajmniej jest chrześcjaninem). Ferguson jak na wpływowego analityka i cenionego intelektualistę jest niesamowicie płytkim myślicielem i często też nieuczciwym intelektualnie. Co ma bycie gejem do myślenia o przyszłości? Ferguson powiela mit protestanckiego etosu pracy i wpływu na powstanie kapitalizmu, choć już dawno w protestanckim holenderskim Groningen obalono te weberowskie brednie. Nawet mit protestanckiej innowacyjności gospodarczej XIX wieku trzeszczy w zderzeniu z faktami; Niemcy (pół narodu to katolicy) innowacyjny byli, Brytyjczycy dali się wyprzedzić, bo nie powiązali przemysłu dostatecznie z nauką, i nie zrobili koncentracji banków. Krótko mówiąc pietyzm może był stymulujący, ale anglikanizm już mniej. Szanujący się naukowiec powinien zwrócić uwagę na te rzeczy. Pisze Ferguson o korelacji religijności z pracowitości, i podaje przykład buddyjskiej Korei Płd., ale nie eksponuje już równie dobrego przykładu Japonii, czy Chin — społeczeństw ateistycznych (przynajmniej nie robi z Chińczyków bogobojnych jak jeszcze gorszy konserwatywny przeinaczacz — Samuel Huntington).

Argumenty Fergusona na rzecz rzekomej zależności między religijnością a pracowitością, i myśleniem o następnych pokoleniach są kiepskie, i myślę, że dostatecznie rozbijam je w moich dalszych rozważaniach dostępnych w postaci filmu:

wtorek, 11 czerwca 2013

Mali i wielcy tytani

Napoleon Bonaparte (157-168, raczej 168 cm)

Henri Toulouse-Lautrec miał 150 cm

Immanuel Kant - 152 cm

Honore de Balzac - 157 cm

Voltaire - 160 cm

Mahatma Ghandi - 160 cm

Jeżow - 150 cm

Jadwiga Andegaweńska - ok. 180 cm ?

David Ben Gurion - 152 cm

Gustav Mahler - 163 cm

Józef Stalin - 167 cm

minimalny wzrost rekruta armii pruskiej 1756-1763 - 169 cm

średni wzrost mężczyzn we Francji czasów Napoleona (1804-1815) - 170 (żołnierze byli wyżsi)

średni wzrost mężczyzn we Francji dziś - 176

Charlemagne - 192 cm

Roman Dmowski 179

Kazimierz Jagiellończyk 174

Adolf Hitler 173-176

Józef Piłsudski - 175

George Patton - 185

Dwight Eisenhower - 179

Franklin Delano Roosvelt - 188

Winston Churchill - 173

Joseph Goebbels - 167

Charles de Gaulle - 196

Immanuel Kant - 1.52

Henri de Toulouse-Lautrec - 150

Wiktor Emanuel III - 150

król Jordanii Husajn I - 160

Włodzimierz Lenin - 164

Nikita Chruszczow - 160-166

Borys Jelcyn - 188

Leonid Breżniew - 176

Mikołaj II - 174

Michaił Gorbaczow - 175

Abraham Lincoln - 193

Jassir Arafat - 157

Fidel Castro - 191

Miedwiediew - 162

Deng Xiaoping - 162

Borys Jelcyn - 189

Donald Tusk - 174

Nicolas Sarkozy - 165-169

Jassir Arafat - 157

Kim Dzong Il - 162

Piotr I Wielki - 190-204

August II Mocny - 202

Rasputin - nieco ponad 200

Robert Wadlow (1918-1940) - 272

Hannibal - 152

Roman Giertych - 196

Wiktoria I - 153

Władysław łokietek - ok. 145

Ramzes II - 192

Książę Jeremi Wiśniowiecki - ok 160-163

Carl Gustaf Mannerheim - 187

Claus von Stauffenberg - 191

Otto Skorzeny - 194

Ernst Kaltenbrunner - 194

Pepin Mały - ok 137

Adam Małysz - 168 cm

cesarz Japonii Hirohito - 165 cm

Silvio Berlusconi 164-171cm

Wladimir Putin - 167 cm

Slobodan Milosevic - 186 cm

Barack Obama - 187 cm

G. W. Bush - 182 cm

Bill Clinton - 188 cm

Leonid Breżniew - 176 cm

Michaił Gorbaczow - 175 cm

Abraham Lincoln - 193 cm

Lech Wałęsa - 167-170 cm

Norman Davies - 167

Lech Kaczyński - 167

Angela Merkel 172 cm

Tony Blair 183 cm

Slobodan Milosevic 186 cm

Andrzej Olechowski 198 cm

Ludwik Dorn 188 cm

Adam Lipiński 170 cm

Kazimierz Marcinkiewicz 175 cm

Kazimierz Ujazdowski 175 cm

Radosław Sikorski 180-181 cm

Paweł Zalewski 182 cm

Aleksander Szczygło 170 cm

Przemysław Gosiewski 164-167 cm

Zbigniew Ziobro 174 cm

Włodzimierz Cimoszewicz 176 cm

Marek Borowski 168 cm

Aleksander Kwaśniewski 169- 172 cm

Wojciech Olejniczak 175 cm

Andrzej Lepper 170- 171 cm

Roman Giertych 196 cm

Bronisław Komorowski 174 cm

Donald Tusk 174 cm

Bogdan Zdrojewski 177 cm

Jan Rokita 170 cm

Władysław Stasiak 188 cm

Jarosław Gowin 185 cm

Penn Jillette - 198 cm

Claudia Schiffer - 181

Cindy Crawford - 175

http://www.historycy.org/index.php?showtopic=50123&st=0 http://surrealizm.wordpress.com/2009/08/10/wzrost-politykow-prezydent-lech-kaczynski-nicolas-sarkozy-dmitrij-miedwiediew-wladimir-putin-silvio-berlusconi-cm/

środa, 5 czerwca 2013

Liberalizm w Polsce według Wojciecha Sadurskiego

Tytuł książki Sadurskiego z 2007 roku: „Liberał po przejściach” nawiązuje do marnej, zdaniem autora, kondycji liberalizmu w Rzeczpospolitej. Sadurski - prawnik, filozof, politolog, profesor Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji, jest liberałem głównego nurtu zdystansowanym wobec neoliberalnej i neokonserwatywnej religii wolnego rynku i państwa minimum, i dostrzegającym potrzebę liberalnych rozwiązań także w życiu codziennym i stosunkach społecznych, dlatego przez środowiska bliskie UPR i KNP określany jest często jako liberał „salonowy”, o ile nie gorzej.



Książka Sadurskiego powstała z jego liberalnych obaw jakie wznieciły trzyletnie rządy PiS (2005-2007). Sadurski w przedmowie pisze, iż zamierzał przede wszystkim zareagować na powszechne czynienie w RP epitetu ze słowa „liberalizm”, i zastanowić się jaki liberalizm byłby dla polski najlepszy (s. 5). Uważa za bezpłodne długie dyskusje nad tym czym liberalizm „prawdziwy” musiałby być, uznając de facto, że w ramach liberalizmu są rozmaite nurty. Książka powstała przed paru laty jest nadal aktualna, bo opanowanie dyskursu politycznego przez, jak to nazywa autor, „moralizatorski konserwatyzm” (s. 9) jest nadal obecne, skutek czego wolności np. słowa i zgromadzeń są poddawane w wątpliwość tak samo w roku 2007 jak 2013. W 2007 roku jednak zanosiło się na dalsze „genialne” endecko-katolickie nowinki. Przewagę liberalizmu nad innymi ideologiami, Sadurski widzi m.in. w tym, że liberalizm nie uznaje za klęskę sytuacji w której podglądy liberalne wciąż silnie są reprezentowane w społeczeństwie, podczas gdy np. konserwatyzm zadowoli dopiero totalne nawrócenie wszystkich, liberałowi wystarczy neutralność światopoglądowa i wolna dyskusja (s. 10). Dlatego liberał jest w stanie rozmawiać z konserwatystą jego językiem. Prawa obywatelskie i tolerancja, są odbijane przez konserwę przeciw liberałom, za pomocą innych praw – ważnych dla konserwatystów, oraz utożsamianego przez prawicę z moralnym relatywizmem (choć jak pisze Sadurski absolutna tolerancja jest sprzeczna z relatywnym sprzeciwem wobec absolutnych wartości) „tolerancjonizmu”. Sadurski sięga po język Rawlsa – język umowy między ludzi nie znających swojej pozycji społecznej, by zaproponować konserwatystom zasadę, że tylko te reguły prawne są uprawnione, które można uzasadnić wobec wszystkich, co oznacza, że np. argumentacja religijna jest tu chybiona, nie dlatego, że religia jest paskudna, ale dlatego, że racje religijne nie przemówią do sceptyków. Sadurski, podobnie jak Obama w „Odwadze nadziei” proponuje uznać wzajem swoje racje jako godne podstawowego szacunku i przemawiać językiem równych praw dla wszystkich, unikać natomiast w rozmowie z konserwatystami tych argumentów jakie do nich nie przemówią – jak np. neutralność światopoglądowa państwa.

Dalej Sadurski zauważa, że zarówno PO jak i (bardziej) PiS odżegnywały się od liberalizmu (s. 15), co jednak nie oznacza, że wielu Polaków nie ma liberalnej wizji ładu społecznego i zapatrywań społecznych. Indywidualizm większości Polaków daje solidne podstawy pod jakiś zorganizowany społeczny liberalizm. PO, odwrotnie niż w zachodnim nowoczesnym liberalizmie, zredukowała swój liberalizm jedynie do zagadnień ekonomicznych (s. 16). Co ciekawe Sadurski nie dostrzega wieloskrzydłowości PO na wzór amerykański – widocznej teraz może bardziej, odkąd Adam Szejnfeld i Jarosław Gowin znaleźli się na przeciwnych biegunach kwestii związków partnerskich. Zdaniem Sadurskiego polscy liberałowie w 2005 roku nie mieli na kogo głosować, więc zwykle w ogóle nie poszli do urn (s. 17). Odżegnanie się od liberalizmu, uważa Sadurski za jedną z przyczyn ówczesnej porażki Tuska. Sadurski wyraźnie stwierdza, że dogmatyzm wolnorynkowy powodujący kastowość społeczną nie jest żadnym liberalizmem, a oświeceniowym konceptem traktującym ludzi jako dorosłe wolne, równe i odpowiedzialne jednostki.

Słabość polskiego liberalizmu, Sadurski uważa za efekt sporadycznych jedynie kontaktów zachodnich myślicieli (Steven Lukes, John Gray) z naszym krajem. Do wyjątków należy też cytowany przez Sadurskiego Ira Katzelson interesujący się fenomenem Michnika, krytykował go za zbyt dosłowne rozstanie się z socjalizmem, uważał bowiem socjalizm za moralne dopełnienie liberalizmu, i jego wzmocnienie przeciw atakom skrajnej lewicy (s. s. 20-21), Sadurski uważa jednak taki sojusz za możliwy jedynie w USA, gdzie tradycja socjalistyczna praktycznie nie istnieje realnie, a jedynie w hasłach. Socjalista widzi środki na zaradzenie złu społecznemu, z tym, ze zdaniem Sadurskiego, propozycje socjalistyczne są zwykle karykaturalnie anachroniczne. Liberał jest o wiele mniej dogmatyczny co do środków, natomiast nieustępliwy co do celów (s. 23). Sadurski krytykuje Katzelsona za jego obronę multikulturalizmu przeciw liberalnemu uniwersalizmowi i indywidualizmowi. Wspierając multikulturalizm, pisze Sadurski, liberałowie pozbawiają się możliwości krytyki nieliberalnych grup etnicznych i kulturowych (s. 24). Czytając te zdania poczułem ulgę, że ktoś w Polsce dostrzega ten ukryty w multikulturalizmie konserwatywno-socjalistyczny paradoks gry interesów grupowych. Sadurski uważa, że to pozbawianie się możliwości krytyki nieliberalnych grup etnicznych i kulturowych, stawowi większy problem w USA i Australii, gdzie funkcjonują skupiska ludności rdzennej kontynentów (s. 25), choć moim zdaniem problem z imigracją islamską jest de facto bardzo podobny, stąd w tej kwestii przychylam się raczej do stanowiska Melanie Philips i Billa Mahera, by muzułmanów nieco do wolności „wychować”, a nie np. Iana Burumy, który uważa, że liberalne społeczeństwo Zachodu może sobie pozwolić na enklawy nieliberalne (o tych kwestiach pisałem w innych artykułach dostępnych na racjonaliście.pl).

Za największego wroga liberalizmu, uważa Sadurski „pokusę absolutu” (s. 31), oraz pokusę spokoju i cytuje Rousseau, który pisał o spokoju, który da się pogodzić z tyranią, ale nie z wolnością. Bardziej trafny byłby chyba jednak cytat z Jeffersona: „ceną wolności jest nieustanna czujność”, ale i Rousseau jest niezły, choć jego pra-socjaldemokratyczne wizje z liberalizmem niewiele miały wspólnego, co znakomicie wychwycił liberał francuski Pierre Manent. Sadurski krytykuje profesora Russella Hittingera, który zarzucał liberalizmowi stosowanie jedynie „negatywnej antropologii”, stanowiącej czym człowiek i prawa człowieka nie powinny być, ale nie czym być powinny. Dla Sadurskiego ta nieokreśloność jest dobrą zaporą dla „jednomyślnej” tyranii. Sadurski broni też liberalnych wizji przeciw atakom Zdzisława Krasnodębskiego, który zarzucał liberałom w Polsce wtórność i zbytni elitaryzm, stwierdzając, że to normalne że liberałowie lewicowi w zbitce” „demokracja liberalna” chcą widzieć więcej demokracji, a prawicowi – więcej liberalizmu. Takie podejście pozwala Sadurskiemu określić gdańskie zaplecze PO mianem liberałów umiarkowanych, a środowisko UPR – liberałów „kabaretowo-ekscentrycznych” (s. 33), choć moim zdaniem UPR nie zasługuje nawet na to – jest to środowisko konserwatystów wolnorynkowych, prawicowym liberałem zaś jest raczej np. Adam Szejnfed – czyli liberał społeczny i ekonomiczny, niezbyt chętny interwencjonizmowi. Takim prawicowym liberałem mógłby być jeszcze np. Balcerowicz, lewicowym zaś np. Palikot. Zbyt łatwo moim zdaniem Sadurski uznale deklarowany liberalizm UPR-owców. Sadurski przyznaje Krasnodębskiemu, że liberalizm polski jest często wtórny (cytuje tu Clausa Offe), ale w przypadku anty-kontekstowej uniwersalistycznej ideologii jaką jest liberalizm, nie jest to wadą (s. 35). Tu autor cytuje Briana Barry’ego który krytykował próby naginania liberalizmu do kultury lokalnej i jej ceremoniałów. Sadurski uważa, że Krasnodębski się myli, gdy pisze, że liberalizm ogranicza debatę publiczną, wyrzucając z niej np. treści religijne, twierdząc, że liberałowie jedynie uważają, że treści te są nieuprawnione w ramach języka prawa i ustawodawstwa, jako zbyt mało uniwersalne (s. 37). Dlatego powinno się ich unikać w poważnych dyskusjach, mających jakiś skutek dla wszystkich. Tak samo Sadurski uważa za słuszną pewne ograniczanie wolności słowa i działania w przypadkach skrajnych, gdy np. jakaś partia chce obalić system demokratyczny. Popiera więc tzw. „walczącą demokrację” (militant democracy) Karla Loewensteina, i delegalizację partii Refah przez władze tureckie, która to decyzję poparł Strasburg (2001). Sadurski zauważa, że w USA władze pozwalają na dużo dalej posunięte ekscesy antydemokratyczne, bo USA nie przeżyła jak Europa okupacji nazizmu, faszyzmu i komunizmu (s. 44). Czytając ten fragment przyszło mi do głowy, że ta różnica jest świetnym argumentem z rozmowie z korwinistą marudzącym na europejski „bolszewizm”, a także na amerykański „faszyzm” kontroli obywateli po 11 września 2001 roku. Atak terrorystyczny na WTC, zdaniem Sadurskiego nieco wyrównał równicę między europejską czujnością, a amerykańskim permisywizmem wobec ekstremistów.

Ciekawe są rozważania Sadurskiego na temat książki Johna Dunna: „Setting the people free”, w której Brytyjczyk wyjaśnia sukces demokracji, jako proces oswajania się elit XIX wieku z równością. Demokracja powstała w Atenach jako lokalny folklor, a jako idea pojawiła się w XVII wieku. Amerykanie w 1776 roku o demokracji nie pisali, lecz o republice, zaś Francuzi w 1789 roku demokrację utożsamiali z równością praw dla wszystkich. W XIX wieku elity dostrzegły, że ich „porządek egoizmu” da się pogodzić z „porządkiem równości” (hasła Babeufa). Dunn nie uważa, że demokracja głoszona przez Busha i Blaira jest jakąkolwiek receptą na terroryzm.

Dalej autor analizuje przypadki Rocco Buttiglione, katolickiego polityka, który został odwołany z pełnionych funkcji przez Komisję Praw Obywatelskich UE za to iż, ogłosił, że uważa bycie gejem za grzech, i Magdaleny Środy, która jako minister RP wygłosiła na konferencji zagranicznej uwagę o związku między katolicyzmem a przemocą w rodzinie. W pierwszym przypadku, zdaniem Sadurskiego sytuacja była znacznie poważniejsza, ponieważ Buttoglione miał objąć resort sprawiedliwości, podczas gdy funkcja Środy nie dawałaby jej szansy na stronnicze traktowanie katolików (s. 54). Następnie Sadurski rozprawia się, choć bardzo oględnie z i pełnym szacunkiem, ze stwierdzeniem JP II, że demokracja nie może działać bez wartości etycznych, twierdząc jak najsłuszniej, że nawet Benthamowska demokracja interesów, jest nie do wyobrażenia bez wartości, bowiem ciężko czasem rozgraniczyć między interesem a ideałem (s. 60). Dalej mamy krytykę nachalnego klerykalizmu zawartego w PiS-owskim projekcie konstytucji; Sadurskie przewidywał, że nawet KrK skrytykuje próbę pisowców, stania się bardziej papieskimi od papieża (s. 68). Znając obecne brednie Michalika i innych chamów w purpurze wcale nie byłbym tego taki pewien. Krytykuje Sadurski nie tylko klerykalizm projektu, ale np. pominięcie praw sumienia i wyznania dzieci w passusie dotyczącym swobody wychowania dzieci zgodnie ze swymi przekonaniami, a także zupełny brak jakiegokolwiek nawiązania do relacji RP-UE. Tak samo krytykuje punitywność PiSu zaostrzającego nieustannie kodeks karny, choć już w 2005 roku kodeks ten był jednym z najsroższych w UE (po UK i Irlandii), i choć liczba przestępstw w tym okresie nie odbiegała od średniej kontynentalnej, ani nie rosła w jakimś niepokojącym tempie (s.75). Sadurski daje wyraz swemu zaniepokojeniu wobec „wypłukania” funkcji karania z humanitaryzmu.

Ciekawie pisze Sadurski o wolności prasy, w kontekście zapowiadanych przez Giertycha projektu kar za podanie nieprawdziwej informacji w gazecie. Zdaniem Sadurskiego takie kary spowodowałyby dławiącą autocenzurę, bowiem gazety nie dysponując technikami śledczymi np. policji, nie mogą się całkowicie ustrzec pomyłek (s. 83). Autor cytuje J.S. Milla, który w starciach przeciwstawnych opinii widział podglebie postępu społecznego. O wolności demonstracji i zgromadzeń pisze z kolei w kontekście blokowania parad gejów. Na pisowskie „argumenty” o niechęci większości społeczeństwa do opłacania z ich podatków ochrony parad, odpowiada przywołując komunikat amerykańskiego Supreme Court z 1972 roku, o tym, że wszelkie regulacje wypowiedzi publicznych muszą być niezależne od ich treści (s. 88). Tu widać przepaść między Polską a Zachodem, jak podkreśla Sadurski. Jeszcze mocniej krytykuje Sadurski bzdurną ustawę lustracyjną uznającą za przestępstwo publiczne posądzanie narodu polskiego o zbrodniczą działalność, jako szkodliwą dla wolności słowa, badań i przejrzystości prawa (czy np. masowe szmalcownictwo liczy się czy nie?).

Sadurski zauważa podobne przegięcie w polskich reakcjach na kwestie związane z karykaturami Mahometa zamieszczonymi w jednej z prawicowych duńskich gazet. Choć muzułmanie chcieli de facto wymusić autocenzurę mediów, w Polsce zwyciężyła międzyreligijna solidarność, czego wyrazem były np. wypowiedzi Kazia Marcinkiewicza (s. 99). Zupełnie odwrotnie było w przypadku wykładu Benedykta XVI w Ratyzbonie, kiedy wziął górę język starcia cywilizacji, co zawierało, zdaniem Sadurskiego, ten nieco komiczny element, że gdy papież zdał sobie już sprawę z gafy, jego „obrońcy” nie wiedzieli co mają ze sobą począć (s. 103-106). Sadurski celnie porównuje zacietrzewienie w obronie papieskiej gafy z niemrawą reakcją Polaków na poparty aktami przemocy szantaż wobec duńskiej i europejskiej prasy, lecz w jednej kwestii wydaje się iść w niewłaściwą – w mojej ocenie stronę. Próbuje bowiem zawstydzić „obrońców” gafy takich jak Terlikowski, zalecając wzorowane na polityce JP II wyciszanie sporów międzyreligijnych, i sprowadzanie ich z pola doktryn i wartości na pole czystej polityki. Nie jestem pewien czy to właściwa droga, ponieważ zdejmuje ona z religii słuszne odium siły, która dzieli i skłóca narody. Bill Maher pokazywał w swym filmie „Religulous”, jak imamowie całą dyskusję o opresyjności religii zorganizowanej zbywają parsknięciem: „to tylko polityka”, zaś Hitchens krytykował określanie wojny chorwacko-serbskiej jako międzyetnicznej, jako, że Serb to etnicznie prawosławny Chorwat, a ten zaś to taki katolicki Serb. Zresztą etniczność jest w przeciwieństwie do religii zorganizowanej czymś bardzo nieokreślonym, obawiam się jednak, że Sadurski należy do tych liberałów, którzy są skłonni poświęcić nieco świeckości, na ołtarzu harmonii między reprezentantami różnych poglądów. A i tak korwinowcy uważają go za tego, który „zmusza” innych do liberalizmu. Mylą oni bowiem liberalizm z permisywizmem, a neutralność światopoglądową za znak równości między liberalnymi i nieliberalnymi treściami. Trzeba było całego XIX wieku by wyplenić raka klerykalizmu, zanim można było poprzestać na neutralności światopoglądowej. Oto co pisał w 2008 roku anonimowy korwinista, który nie wie, że wyznaje zwykły neokonserwatywny multikulturalizm zamiast liberalizmu:

„…Prof. Sadurski nastraszył dziś mocno sam siebie wizją zakazu rozwodów. Zakaz wprowadzić mają wychowani na „Frondzie” wyrośnięci chłopcy o twarzach ukontentowanych aniołków. Dlaczego? By oblec w prawo swoje dogmaty, przesądy i obsesje (zwłaszcza) seksualne… Otóż, najważniejsze wydaje się tu pytanie: czy ludzie mają prawo tworzyć społeczności rządzące się regułami innymi, niż liberalne (w wersji prof. Sadurskiego)? Przypuszczam, że na tak postawione pytanie prof. Sadurski odpowie: „tak, byle nie zmuszali do funkcjonowania według owych reguł tych wszystkich, którzy sobie tego nie życzą”. Gdyby więc red. Terlikowski z przyjaciółmi (czytam prof. Sadurskiego wystarczająco uważnie, by wiedzieć kto kryje się za malowniczym „określeniem wyrośnięci chłopcy o twarzach ukontentowanych aniołków”) chcieli założyć sobie kolonię „Christianitas” i żyć według wzorów z XIII wieku – prof. Sadurski nie miałby nic przeciw temu. Chyba, żeby kogoś w kolonii trzymano gwałtem. A czy taką kolonię można przekształcić w państwo? Właściwie – dlaczego nie? Liberał nie powinien mieć nic przeciwko temu, o ile – powtórzmy – w państwie tym mieszkali by ci, którzy by tego chcieli ... może Malta mogłaby być azylem dla wychowanków „Frondy”? Niezupełnie... Bo gdyby zapytać prof. Sadurskiego, czy Malta powinna zliberalizować swoje prawa, ten niezawodnie odpowie: „powinna”… Czy wobec tego prof. Sadurski jest liberałem? Jest – do pewnego stopnia. Mógłby – zapewne – zaakceptować istnienie ortodoksyjnie katolickiej dzielnicy w „neutralnym światopoglądowo” mieście, czy istnienie ortodoksyjnych kolonii w ramach „neutralnego światopoglądowego państwa”, nie jest jednak w stanie pogodzić się z istnieniem „państwa wyznaniowego”, nawet gdyby było to państwo otwarte na swobodne przepływy obywateli... Skąd wiem, że tak właśnie jest? Wynika to z tego, co prof. Sadurski napisał. „Skansen” przeraża go, choć przyznaje, że ci, którzy nie będą mieć ochoty na życie w „skansenie” będą mogli go opuścić... Wydaje mi się, że to nie jest konsekwentny liberalizm. Jest to – bo ja wiem? – rodzaj ideologicznego mesjanizmu? W każdym bądź razie jest to postawa wroga realnej różnorodności. Jak bowiem zauważa Hans Hoppe w dziełku „Demokracja – bóg, który zawiódł” świat funkcjonujący według zasad konsekwentnie liberalnych nie byłby bynajmniej światem zamieszkałym przez liberałów. Byłby to świat różnorodny – obok miejsc zamieszkałych wyłącznie przez homoseksualistów, byłyby obszary, gdzie za pederastię szło by się do kryminału, obok ateistycznych polis, kwitłyby „państwa wyznaniowe”. Prof. Sadurski nie chce liberalnego świata. Chce zmuszać ludzi do liberalizmu... A to pewna różnica ...”.

No cóż czytając takie ustępy cieszę się, ze poza mrowiem liberatariańsko-konserwatywnych „liberałowie”, są też w RP liberałowie tacy jak Sadurski. Libertarianie próbują pozbawić liberałów możliwości głoszenia swych ideałów, wymagając od nich permisywizmu, który notorycznie im się z liberalizmem myli. Co ciekawe czytając Michalkiewicza i Mikkego można się dowiedzieć, że ich zdaniem to socjalliberałowie popełniają tą pomyłkę, uważając, że liberalizm zwalnia od odpowiedzialności za państwo i instytucje. Zabawnie to brzmi w ustach konserwatystów, którzy zwalczają prawa gejów, i wszystkie nie dość sakralne instytucje.

Sadurski pisze też o kuriozalnym wyrażeniu „zwolennicy aborcji”, jaki Terlikowski i jego koledzy wymyślili dla określenia liberałów (s. 110), tak jakby ci lubili po prostu aportować płody dla rozrywki. Poleca Sadurki liberałom by podkreślali, że aborcja jest co najwyżej złem koniecznym i nie bagatelizowali problemów, Kato-konserwatystów z kolei oskarża o hipokryzję pisząc, że gdyby na serio uważali aborcję za morderstwo powinni głosić potrzebę karania więzieniem kobiet, które aborcji dokonują, ale są za cwani by to zrobić, bo to odsłoniło by ich ekstremizm. Pod względem moralnym Sadurski określa aborcję jako problem nierozwiązywalny, lecz stan ustawowy w RP uważa za prawicową skrajność. Przytacza przykład baptystów i Żydów, którzy mają liberalniejsze podejście, a także katolików do czasu Piusa IX, którzy nie uważali, że dusza wstępuje w ciało w chwili poczęcia, by pokazać względność kulturową katolickiego fanatyzmu antyaborcyjnego (s. 115). Pisze dalej też o tym, że ochrona życia zapisana w konstytucji nie oznacza, że należy zapomnieć np. o prawie do zachowania i ochrony zdrowia. Zapomniał dodać tylko, że zakazy aborcji tylko spychają skrobanki do podziemia i niepotrzebnie penalizują dobrych obywateli.

Kolejne rozdziały książki Sadurskiego poświęcone są UE, która kłopocze opinię w krajach europejskich, ponieważ, nie jest ani suwerennym państwem (jedynie od dołu przypomina państwo), ani organizacją międzynarodową (bo państwa UE o wiele ściślej współpracują niż klasyczni sojusznicy). Chwali pomysł patriotyzmu „konstytucyjnego” (idea Habermasa – s. 128) opierającego się o zaufanie obywateli UE do instytucji UE, nie kolidującego z historycznym patriotyzmem lokalnym. Pisze o kontekście jaki dla projektu UE stanowią USA, i o kłamstwach karykaturalnie proamerykańskiego „Wprostu” na temat liczy urzędników UE – dziennikarze pisali o 400 tysiącach, choć jest ich mniej niż 30 tysięcy (s. 136). Nie znaczy to jednak, że Sadurski jest wrogiem wartości reprezentowanych przez USA; niektóre amerykańskie rozwiązania uważa za lepsze. Pokazuje różnice, między amerykańską demokracją indywidualistyczną, laicką, ale na co dzień religiancką, a świecką de facto UE (choć nie zawsze de iure), demokracją walczącą, która zakłada, że państwo nie tylko kradnie wolność, ale też ją potrafi zapewnić (s. 141, 151-153). Dalej przechodzi nasz autor do kwestii nieszczęsnej niedostatecznie chrześcijańskiej preambuły do konstytucji i o dramatycznych apelach katolika Aleksandra Halla (czerwiec 2003), o nieustępowanie w tej kwestii (s. 155). Sadurski uważa, że te apele były chybione, nie tylko dlatego, że uznano je w Brukseli za obciachowe, ale także dlatego, że preambuła 1) nie stanowi zapisu o historii Europy 2) miała zawierać tak uniwersalne wartości jak to tylko możliwe; by wytłumaczyć po co UE jest zakładana. Dalej pisze Sadurski o UE jako o organizacji powstałej dla i z celów politycznych a nie gospodarczych; chodziło o modernizację i poszerzanie strefy dobrobytu i pokoju (zob. cytowaną wypowiedź Christophera Hilla z 2002 roku – s. 178), i zastanawia się nad jej skutecznością w kontekście demokracji walczącej i wybryków np. Heidera. Przyjęcie Turcji do UE, w przypadku, gdy Turcy faktycznie się starają sprostać wygórowanym wymaganiom prawnym, uznaje Sadurski za sprawdzian liberalizmu i uniwersalizmu UE (s. 197-198). Kwestionuje dalej określanie UE jako mniej chrześcijańskiej od USA, przypominając, że mieszkańcy UE miłosiernie dają krajom najbiedniejszym 3 razy tyle co USA (s. 203), krytykując wynurzenia Halla o rzekomym „kryzysie duchowym Europy”, jej hedonizmie itd.

Ciekawie podchodzi Sadurski do problemu rozpanoszonego w RP manii prawdziwego polactwa i nacjonalizmu, poszukując ich źródeł w wynurzeniach Dmowskiego o kolaborantach i konformistach czasów zaborów, jako o „pół-Polakach”, których „prawdziwi” patrioci musieli nijako zbawiać (s. 209). Co się tyczy liberalnego patriotyzmu, Sadurski przypomina o dwóch nurtach liberalizmu; kosmopolitycznym (David Held, Jeremy Waldron – s. 217), i patriotycznym (Yael Tamir, David Miller, Neil MacCormick), z których pierwsi bardziej boją się nacjonalizmu i szowinizmu, a drudzy kolonializmu i imperializmu (s. 220). Ja – Piotr Napierała – kompletnie nie pojmuję tych drugich,… ale cóż. Zgadzam się natomiast z Sadurskim, że dla konserwatysty z jego sztywnym przywiązaniem do tradycji lokalnej, to w sumie żadna sztuka być patriotą, dopiero uniwersalizm np. liberalny czyni patriotyzm wartościowym. W rzeczy samej czyż nie więcej wart człowiek, który stara się pogodzić swe motywy ogólnoludzkie z ojczystymi, od jednowymiarowego człowieka, który mechanicznie wyznaje i wielbi to co zna? Swoje chwalicie, cudzego nie znacie, chciałoby się takim powiedzieć. Mam nadzieję, że takich Sadurskich będzie w końcu w Polsce więcej (sam się za takiego uważam zresztą, więc mogę powiedzieć, że „nas” będzie więcej), i da to przynajmniej asumpt do tego, by premier Tusk wywalił na zbity jezuicki pysk gowinowców, czyniąc z PO partię godną „Przeglądu politycznego”, znakomitego pisma gdańskich liberałów (już Montesquieu zauważył, że kupieckie miasta portowe są najbardziej liberalne, i faktycznie były takimi według moich informacji w XVIII wieku przynajmniej Hamburg, Londyn i Bordeaux). „Przegląd” też musi się, jak pisał w 2002 roku Andrzej Walicki, czasem borykać z „zawłaszczaniem słowa: „liberalizm” przez wolnorynkowych radykałów, co jest jednocześnie jedną z przyczyn wzrastającej niechęci do liberalizmu w szerokich kręgach społecznych - Margaret Thatcher i Ronald Reagan reprezentowali skrajnie wolnorynkową odmianę konserwatyzmu i kojarzeni są na Zachodzie nie z liberalizmem, lecz z "nową prawicą" ). Przy okazji warto wspomnieć, że Polska generalnie przespała epokę narodzin liberalizmu jako idei, o czym pisze Gabriela Strączyńska w swoim artykule: „Gdanski liberalizm – ten który powstal z niczego:

„…Środowisko gdańskich liberałów rodziło się w oderwaniu od ideologii liberalizmów tych polskich, jak i światowych. To jeden z najciekawszych przypadków w historii polskiej myśli politycznej, bowiem liberalni gdańszczanie w zasadzie pojawili się znikąd… Stan wojenny nie przeszkodził tym młodym wówczas ludziom pracować na dorobek intelektualny Polski. Zaczynali praktycznie jak każdy, kto chciał coś robić lub dokonać jakiejś zmiany. Zbierali się w starej kamienicy i przy żywych dyskusjach, wymianie poglądów, uśmiechów i obowiązkowym winie zaczęli tworzyć Przegląd polityczny. Jego pierwszy numer ukazał się w 1983r. nakładem zaledwie 500 egzemplarzy! Zrobili go razem: Donald Tusk i Wojciech Duda… Jak sami potem przyznali nazwę pisemka wymyślili na poczekaniu. Miała ona właściwie nawiązywać do tradycji piłsudczyków, ale ciężko ją tam było w końcu dostrzec. Mimo tego, wraz z Przeglądem zrodził się gdański ruch liberałów… Tradycje liberalne w Polsce prawie nie istniały. Odwoływali się do nich kaliszanie, a także publicyści i intelektualiści, jak H. Meciszewski i rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego W. Litwiński. Po upadku powstania listopadowego głównym ośrodkiem polskiego liberalizmu stało się Wielkie Księstwo Poznańskie, gdzie działali K. Libelt, radykalny reformator demokratyczny i A. Cieszkowski, organizator i przewodniczący Ligi Polskiej. Najpełniej liberalizm rozwijał się w Galicji w latach 80 i 90 XIX w. Tam zaistniały takie nazwiska jak T. Romanowicz, redaktor krakowskiej Nowej Reformy i współpracownicy :T. Rutowski, A. Asnyk, S. Szczepanowski, M. Pawlikowski, A. Sokołowski, F. Weigel, K. Srokowski. Głównymi postulatami galicyjskich liberałów była walka o upowszechnienie praw wyborczych, reforma samorządu terytorialnego i obrona praw obywatelskich. W zaborze rosyjskim głównym propagatorem liberalizmu był A. Świętochowski, redaktor Prawdy. W okresie międzywojennym to Kraków stał się najbardziej liberalnym ośrodkiem w kraju, głównie za sprawą aktywistów nazywanych potocznie Krakowską Szkołą Ekonomiczną (de facto ich nazwa to Krakowskie Towarzystwo Ekonomiczne). Główna postacią był tam A. Krzyżanowski, oraz . A. Heydel i F. Zweig. Krakowianie postulowali walkę z interwencjonizmem, etatyzmem i zacofaniem ekonomicznym. Odrzucali mimo tego koncepcję stróża nocnego i skrajny indywidualizm. W Warszawie z kolei za liberałów uznawano T. Boy-Żeleńskiego i A. Słonimskiego, którzy działali w Wiadomościach Literackich, wydawanych w stolicy. W okresie PRL właściwie jedynym liberałem, który publicznie się do tego przyznawał, był Stefan Kisielewski …”.

Trudno więc o to byśmy od razu mieli wielką tradycję liberalną, ale wszystko jest do nadrobienia. Jeśli PO pójdzie drogą szejnfeldowców – zrobię coś czego jeszcze nie robiłem – zagłosuję na nią.