Loading...

piątek, 19 września 2014

Erich Fromm: „Zdrowe społeczeństwo”

Ze sporym zainteresowaniem, choć nie bez pewnej irytacji przy niektórych fragmentach, przeczytałem książkę Fromma z 1955 roku, która była właściwie kontynuacją „Ucieczki od wolności” (1941). Korzystałem z wydania z wydania z 2012 roku (Wydawnictwo Vis-a-vis Kraków). Według redakcji książka pozostaje do dziś aktualna, ja jednak nie do końca się zgadzam z tą oceną, ale zacznijmy od początku.



Fromm wychodzi od rozróżnienia między relatywizmem socjologicznym a normatywizmem humanistycznym. Uważa, że podejście psychologów do zdrowia psychicznego jednostek polegające na uznaniu za zdrowego tego, który dobrze dopasowuje się do społeczeństwa, jest podejściem błędnym, ponieważ chore może być całe społeczeństwo (s. 21) np. na kalwińskie lęki (jak w USA). To co konserwatyści zwą „naturą ludzką” jest często patologią. Liberałowie mają więc rację, starając się ulepszać człowieka, choć popełniają błąd, jeśli biorą człowieka za niezapisaną tabula rasa. Już Spinoza pisał, o tym, ze każde społeczeństwo akceptuje niektóre patologiczne afekty, a inne nie, stąd np. chciwość nie napotyka na potępienie (s. 24), ale okrucieństwo na przykład to już inna sprawa. Ludzie mają różną naturę i wytrzymałość i w różnym stopniu znoszą wymagania i ograniczenia kulturowe. Człowiek znajduje się poza przyroda i wie, że umrze, to spora presja (s. 32). Kultura to dla Fromma religia/ideologia oficjalna, natomiast nerwica to prywatna religia jednostki (s. 37) – ciekawe podejście. Każdy ma jakieś wartości, jakimi się kieruje, więc wszyscy są de facto idealistami. Zagrożeniem dla rozwoju jednostki są: pokusa kazirodcza („pępowina”), narcyzm, destrukcjonizm, klanowość (rasizm, nazizm – s. 62), ubóstwienie państwa.

Pisałem już o spostrzerzeniu na temat światopoglądu protestanckiego i katolickiego. Fromm uważa, że protestantyzm jest bardziej patriarchalny, a więc „męski” i normatywny, bardziej skupiony na prawach, zasadach, dekretach i państwie. Katolicyzm zaś, mimo męskiego kleru, na rodzinie, matkowaniu (święta matka-Kościół, Madonna itd.), rasie, pochodzeniu itd. Stąd – pisze Fromm – zarówo zdrowe systemy jak i totalitaryzmy generowane przez protsestantyzm i katolicyzm różnią się. Nazizm jest bardziej katolicki, jakobinizm bardziej protestancki. To spostrzeżenie poddałem próbie włąsnych rozważań popartych innymi lekturami. Wyjaśniałoby to znakomicie, dlaczego kraje protestanckie łatwiej grawitowały zarówno ku teokracji kalwińskiej, jak i ku oświeceniu, ponieważ wspólną cechą systemów anty-wolnościowych opartych na obowiązku i wolnościowych opartych na prawach i szczęściu jednostki jest szacunek do prawa. Wyjaśniałało by także, czemu protestanci mają katolików za bałaganiarzy. Korespondowałoby ze spostrzeżeniem Erika von Kuehneld-Leddina odnośnie katolickiego anarchizmu (niechęci do reguł i praw) i komunizmu (antyindywidualnizm, wspólnotowość). Wyjasniałoby także dlaczego liberalizm dzieli się na dwie grupy, choć powinien stanowić jedność: „ekonomiczny” i „społeczny”. Liberałowie holistyczni tacy jak Mill, Hume, Gray, Rawls czy autor tego tekstu są chyba w mniejszości; dominują liberałowie typu protestanckiego i katolickiego. Chyba tylko Holendrom udaje się łączyć oba typy liberalizmu, ale oni z kolej wpadają w pułapki postmodernistycznego relatywizmu.

Przy okazji widac jak bardzo inspirujący intelektualnie dla Europy i Zahodu jest rozpad chrześcijańskiej ekumeny na reformację i kontrreformę. Ten „katolicki” liberalizm jest nieufny wobec państwa, protestancki zaś wobec sąsiadów, religii, rodu i rasy. Uwaga Fromma wyjaśnia też dlaczego protestantyzm wydaje się antyliberalny w krajach katolickich i odwrotnie. To naprawdę wiele wyjaśnia. Ludwig von Mises, ateista z katolickiej Austrii, grzmiał na antyliberalizm chrześcijaństwa w ogóle, ale był podejrzliwy najbardziej w stosunku do państwa. To oznaczałoby, że jego liberalizm jest katolicki. My świeccy humaniści gromimy radykalnych protestantów jak np. teksańscy baptyści, lecz generalnie bardziej wkurza nas katolicyzm z jego mamisyńską niedojrzałością psychologiczną; jesteśmy ludźmi prawa i państwa, a nasz kosmopolityzm wyklucza typowe dla katolików inklinacje rasistowskie. Dlatego protestanci wydają nam się naszymi przodkami; ponieważ protstancki obraz świata typowy jest i dla Kalwina i dla Bayle’a – mistrza Voltaire’a. Jest jednak trzecia inspiracja Europy – postjudaistyczny spinozjański panteizm i demokratyzm, oraz czwarta – epikureizm starożytnych. Stąd zapewne nasze utożsamianie się z protestanckim oglądem świata jest tylko częściowe. Ciekawe, że kalwiński (świat jako niegościnny i wrogi, pełen pokus) i oświeceniowy (świat jako przedmiot radosnej eksploracji) ogląd świata wzajemnie sie wykluczają, a mimo to nacisk na prawa i zasady ponownie je do siebie zbliża.

Patriotyzm zdaniem Fromma zastąpił religię, dlatego zdanie: „nie obchodzi mnie zwycięstwo mojego kraju”, wywołuje większe oburzenie niż np. zdanie: „jestem za zabiciem wszystkich Murzynów” (s. 63). Nacjonalizm i kult państwa uważa Fromm za niedojrzałość i formę kazirodztwa, oraz regresu społecznego do klanowości, ponieważ dojrzała osoba jest indywidualistą/tką. Fromm oddziela rozum od inteligencji, jako że ta druga to tylko rozwinięty zwierzęcy instynkt, a więc samo IQ nie czyni z nas ludzi, a już na pewno nie spełnionych twórczych członków tytułowego zdrowego społeczeństwa (s. 68). Konkurencyjne społeczeństwo na modłę freudowsko-amerykańską, Fromm uważa nie za normę lecz formę patologiczną (s. 76). Etos pracy uważa Fromm za sztucznie wytworzony pseudopopęd (s. 83), co wcale jednak NIE znaczy, że ludzie są z natury leniwi.

Freud jest mocno krytyczny wobec kapitalizmu. Uważa, że do końca XVIII wieku, gdy dawała o sobie znać feudalno-humanistyczno-chrześcijańska moralność (cytuje Complete English Tradesman, w której to pracy Daniel Defoe potępiał rządzę nadmiernego zysku), limitowała nieco pęd do zarabiania pieniędzy, i życia jako produkcji (s. 87), podczas gdy w XIX wieku człowiek został sprowadzony do roli sługusa kapitału, a jego wartość do wartości rynkowej jego pracy. W ten sposób powstał wyzysk; bo przecież robotnik nie może pójść do innej fabryki, bo każda rządzi się ta samą filozofią (s. 90). Szczerze mówiąc dziwi mnie ta napaść na kapitalizm, ponieważ przy wszystkich swych wadach, kapitalizm jednak wyzwolił człowieka (Fromm dość niechętnie to przyznaje), od feudalnego nacisku, anarchicznej niepewności jutra związanej z kaprysami feudała itd. Fromm zbyt łatwo porównuje feudałów, którzy przecież jak wykazał Mises, są tylko pasożytami i piratami, z kapitalistami, którzy inwestują swój intelekt i majątek. Dziwi mnie też napaść Fromma na to, że człowiek – siła żywa, służy kapitałowi – sile martwej. Przecież kapitał to nic innego jak praca poprzednich pokoleń – nawet jeśli niezbyt szczęśliwie dystrybuowana. Pisze Fromm, że kapitalista ciągnie zysk z pracy innych, a przecież równie słuszniej byłoby powiedzieć, ze obecna praca przedłuża pracę przeszłą. Nie każdy chce być przedsiębiorcą, więc nie do końca pojmuję problem.

Naiwnie pisze Fromm, że do XVIII wieku resztki feudalnego czy chrześcijańskiego obyczaju kazały feudałom zachowywać pewne zasady sprawiedliwości, które kapitalistów już nie obowiązują (s. 94). Nie wiem skąd ten niby lewicowy autor wziął te konserwatywne brednie o złotym wieku. Przecież feudał mógł bezkarnie robić ze swymi chłopami niemal wszystko. Ius primae noctis, czy odsiadka tygodnia w wieży za zabicie chłopa to część dawnej feudalnej rzeczywistości, w kapitalizmie przynajmniej istnieje umowa o pracę, i chociaż dyktuje ją rynek, pracownik może iść sądzić się z pracodawcą. Chciałbym zobaczyć jak chłop Jean sądzi się z hrabią Owerni w 1770 roku, chociaż jeszcze lepiej by było jakby Fromm coś nieco był poczytał o takich sprawach.

Fromm zupełnie bajkowo zakłada, że podczas gdy kapitalizm za jedyny swój cel ma zysk, celem chrystianizmu i humanizmu był człowiek (s. 102). Cóż, moim zdaniem celem chrystianizmu był Kościół i jego dobro i nic więcej, co zaś się tyczy humanizmu, to zależy od humanisty. Dalej pisze Fromm o XIX-wiecznym oszczędzaniu, i o XX-wiecznym zniewalającym człowieka konsumpcjonizmie (108). Wszystko pięknie, tylko, że konsumpcjonizm jest rezultatem keynesizmu, a nie kapitalizmu samego w sobie, poza tym konsumpcjonizm sam w sobie, nie jest zły, tylko nasze podejście do niego może być dla niektórych jednostek niezdrowe.

Zgadzam się natomiast z Frommem, gdy pisze o poczuciu alienacji człowieka, wykonującego tylko mały ułamek pracy przy np. taśmie montażowej (s. 113), o zwodniczym języku („generał zdobył twierdzę”, choć zrobili to żołnierze – nota bene przypomina mi to głupawe uwagi miłośników sportu, gdy mówią po meczu: „wygraliśmy” – najlepiej takie uwagi kwitował komik Jerry Seinfeld: „nie, oni wygrali, wy tylko oglądaliście”) – umniejszającym wkład zwykłego człowieka w pracę i w życie. Kapitalizm obciąża Fromm winą za rozpad poczucia wspólnoty ze społeczeństwem - nie na zasadzie stadności bo taką wspólnotowość F. krytykuje, lecz wspólnego interesu np. politycznego (s. 139) i znów niekorzystnie porównuje go z feudalnym chrystianizmem, choć po mojemu chrześcijaństwo to nie tyle wspólnota co egoistyczna walka o własne jednostkowe zbawienie. Ciekawie jednak pisze Fromm o alienacji milionów ludzi sprowadzonych do roli widza, i prze to głupiejących w beznadziejnym rozczarowaniu (s. 142), co wywołuje depresje (nudę uważa Fromm za jej łagodna formę), neurozy, konformizm wobec pseudoautorytetu pod tytułem: „być taki jak wszyscy inni” (s. 154), zachłanności (cytuje F. Bergsona i Huxleya), zaniechanie poszukiwania sensu życia (s. 171), trywializację i komercjalizację religii i partii politycznych, obsesyjne dążenie do bezpieczeństwa (s. 188), choć wolny=niepewny, poczucie winy z powodu niedostawania do wymagań społecznych (s. 198), sadyzm telewizyjny i sportową namiastkę wspólnotowości, brak wiary w człowieka (stąd faszyzm, nazizm i komunizm sowiecki – s. 229). To wszystko prowadzi Fromma do rozważań o tym, jak można by zapobiec alienacji pracy, tj. by nawet ludziw ywkonujacy zawody niespecjalnie się wyróżniające mieli poczucie sensu. Rozwiązanie Jamesa Lincolna, by płacić pracownikom nie za godziny, lecz za wyniki, uważa za superkapitalizm, który tylko zwiększy społeczne neurozy (s. 231-234). Preferuje socjalizm, ale nie oddzielony od humanistycznego celu (Babeufa czy Owena), jak marksizm (zdaniem Fromma Marx uważał naiwnie, że wszystko rozwiąże uspołecznienie środków produkcji, gdyż nie docenił negatywnych skłonności ludzkiej psychiki – s. 236. Podczas gdy Fromm uważa, że własność prywatna czy państwowa nie jest tu najważniejsza, istotniejsze dla komfortu pracowników i szczęścia ogólnego, byłoby poczucie partycypacji jak to osiągnięto w fabryce Marcela Barbu w Valence we Francji (s. 291), gdzie niczym w marzeniach Richarda Owena, człowiek jest twórczą całością; istnieje wspólnota z własnym „dekalogiem” (opartym nie na ideologii, lecz na swobodnej dyskusji miedzy pracownikami), i kursami dokształcającymi, za udział w których pracownicy są premiowani. Bardzo ciekawy projekt, nieco mniej jasne są pomysły zreformowania demokracji u Fromma.

Lektura dzieła Fromma była dla mnie słodko-gorzka. Z jednej strony podoba mi się optymistyczny, anty-konserwatywny a nawet nieco utopistyczny wydźwięk tej książki. Zgadzam się z nim, że telewizja psuje ludzi przez pokazywanie w niej przykładów sadyzmu (tu wolę Holendrów i ich postawę, że erotyka w TV jest o niebo mniej szkodliwa niż okrucieństwo, czego amerykańscy rodacy Fromma nie mogą jakoś pojąć), podoba mi się jego krytyka założenia, jakoby armia bezrobotnych była niezbędna dla prawidłowego rozwoju gospodarki (miał nadzieję, że nikt już nie wyskoczy z takimi bajdami, a tu proszę w 1980 - roku śmierci Fromma - wyskoczył Reagan, a potem Thatcher i Korwin-Mikkowie całego świata), podoba mi się jego ocena ludzi jako wrogich nudzie i lenistwu i zgadzam się, że zasiłek może pomóc ludziom się dokształcić i przekwalifikować i stad warto by zasiłki były dostępne (s. 317), podoba mi się też jego pochwała andragogiki i zasypywania przepaści między teorią i praktyką w edukacji, tak by każdy uczeń wiedział jak działa fabryka i telefon, a nie tylko jak wybierać numer (s. 325). Ja osobiście w ramach walki z alienacją, zwolniłbym nawet wszystkich krytyków sztuki nie będących jednocześnie artystami. Podoba mi się także nawoływanie Fromma do wspólnej etyki dla wszystkich. Nie podoba mi się jednak niedocenianie kapitalizmu, wynikającego w końcu z liberalizmu oświeceniowego i jego zasług społecznych emancypacyjnych wobec ludzi z niższych kast, kobiet, gejów itd, a także daleko idące upraszczanie jego wpływu i znaczenia, krytyka reklam za rzekomą trywializację pracy (s. 313). Kapitalizm ceni nie tylko pieniądze, ale też pomysł, co inne systemy krępują, o tym F. zapomina. Nie podoba mi się jego klasyfikowanie problemów ZSRR jako rzekomo analogicznych wobec tych typowych dla drapieżnego kapitalizmu Manchesteru w XIX wieku, a przecież tam gospodarka rozkwitała, podczas gdy ZSRR poruszał się w kółko (choć może w 1955 roku wydawało się inaczej).

Nie podoba mi się krytyka konsumpcjonizmu (tj. nie tylko jako jedynego celu w życiu – tu krytyka jest jak najbardziej wskazana – ale w ogóle konsumpcjonizmu wszelkiego, a to pachnie mi purytanizmem i ascezą), a nade wszystko – skłonność do popadania w syndrom złotego wieku. Niespecjalnie podobają mi się też jego próby odczarowania słowa socjalizm, które mogą tylko zrażać liberalnych odbiorców – tj. tych nie będących libertariańskimi egotykami, a więc potencjalnych wdrażających pomysły Fromma w życie.

Brak komentarzy: