Loading...

sobota, 18 października 2014

Moja liberalna odpowiedź na „Libertarianizm” Davida Boaza

Libertarianie w USA już napotkali opór innej grupy tzw. komunitarian, i - co ważniejsze zwykłych liberałów - jednak w Europie ciągle są modni, co dziwi, ponieważ libertarianizm jako ideologia, jeśli w ogóle można uznać, że jest to ideologia, jest dość dziwnym fenomenem. Kiedy czytam liberatriańskie książki i słucham wypowiedzi libertarian nie mogę się nadziwić ile hałasu i ile energii jest zaangażowanych w głoszenie filozofii, która jest parodią zwykłego dobrego liberalizmu (z pozycji tego zwykłego liberalizmu krytykuję libertarianizm), a która da się sprowadzić do zdania: „odregulować i zdecentralizować wszystko i nic nie robić”, czyli do swoistego kapitalistycznego anarchizmu. Prawica garnie się do liberalizmu nieco częściej niż lewica, choć lubi regulować np. obywatelską moralność (lewica raczej ekonomię), ponieważ zniesienie lub ograniczenie państwa doprowadziłoby najpewniej do wzrostu roli religii i kościołów, zwł., że w USA państwo jest neutralne religijnie, czyli z punktu widzenia kościołów – wrogie (taką najpewniej ambicję miał Reagan i niestety częściowo mu się tu udało), z tego powodu liberał powinien sprzeciwiać się libertarianizmowi. Tych liberałów, którzy nie zgadzają się na likwidację państwa i socjalu (a np. jedynie na ich ograniczenie – tzw. rewizjonistycznych liberałów), w tym mnie samego, libertarianie uparcie nazywają „socjalistami” i zarzucają im modę na zwiększanie aparatu państwa jaka zapanowała na przełomie XIX i XX wieku (przykład J.S. Milla i Erica Hobsbawm), choć był to raczej czas gdy liberałowie, po prostu ulegli politycznie masowym ideologiom jak nacjonalizm i socjalizm, więc zanik wolności to nie ich wina, po prostu zaatakowani z obu stron przez konserwatystów i faszystów, oraz rewolucyjną lewicę, nie mieli szans, tym bardziej, że – jak dobitnie wykazał Erich Fromm – instytucje liberalne i wartości nie zdążyły się zakorzenić nigdzie poza Holandią, Francją, UK i wybrzeżami USA. Po II wojnie światowej, która liberalizm wygrał, libertarianie mogą się mądrzyć, co trzeba było zrobić…

Libertarianie uważają, niczym wigowie w XVII wieku, że prawdziwy liberał (sami uważają się za tych prawdziwych rzecz jasna), powinien tylko bronić się przed apetytami państwa, ale sam nie powinien rządzić, nawet jeśli może (liberałowie rządzący typu Walpole’a, Guizota, Milla i Benthama wzbudzali pewien opór moralny tych liberałów, którzy uważali, że liberał jest z natury opozycjonistą). Po tym względem postawa libertariańska jest stara i ma długą tradycję, co nie znaczy, że uprawnione jest przygłaszanie sobie przez nich dorobku dawnych liberałów takich jak Locke, Voltaire czy Hume, ci bowiem by, albo by się z nimi nie zgodzili, albo nie zrozumieliby o co walczą dzisiejsi libertarianie, tak czy inaczej wątpliwe by ich zrozumieli i poparli. Libertarianizm właściwie nie jest ideologią, lecz raczej postawą charakterystyczną dla mniej inteligentnych, bardziej prostudusznych liberałów, którzy myślą, że: „zderegulować i zdecentralizować wszystko” jest receptą na wszystko. A przecież słabe państwo nikogo nie obroni przed nadużyciami ze strony patriarchatu, rodzin, mafii, teokratów, itd. W przeciwieństwie do liberałów głównego nurtu (John Gray, John Rawls, Bill Maher, Lawrence O’Donnell) libertarianizm nie wierzy w jakikolwiek konsensus między grupami społecznymi czy jednostkami, i postuluje totalną deregulację, nie myśląc, że każda anarchizacja skutkuje konserwatywnie. Efektem mody na libertarianizm może być co najwyżej kryzys klasy średniej, i oligarchizacja społeczeństwa typowa dla czasów Busha juniora, który, choć konserwatysta przyjął (m.in. za sprawą Cheneya – ucznia Friedmanna), optykę libertariańską, uznając bogaczy za job creators i niemal zwalniając ich z płacenia podatków, co skończyło się kryzysem ekonomicznym i utratą miejsc pracy, a nie – na co liczono – wzrostem ich liczby. Obama niestety podtrzymał tą chorą sytuację, bo republikańska większość w Kongresie praktycznie uniemożliwia mu większość inicjatyw.



Gdy David Boaz z Cato Institute pisał omawianą książkę (1997), rządził jeszcze Bill Clinton (1993-2001), więc nie wiedział czym poskutkuje libertariański eksperyment Busha, ale to nie zwalnia go z odpowiedzialności za wiele błędów filozoficznych widocznych zarówno w książce, jak i w libertariańskiej postawie (bo na doktrynę to libertarianizm jest trochę za ubogi i zbyt uzależniony od liberalizmu głównego nurtu, przypomina raczej postawę permisywną) i optyce. W przedmowie do polskiego wydania (Zysk i S-ka Poznań 2005), Boaz kadzi Polsce sarmackiej, zapominając, że była to anarchia a nie wolność, a dla 90% społeczeństwa wręcz niewola gorsza od tej w państwach absolutystycznych. Libertarianizm jest zdaniem Boaza „bardziej radykalnym i konsekwentnym stosowaniem ideałów liberalnych”, niż się to zwykle czyni, a liberalna politykę uprawiają, wg Boaza, do pewnego stopnia wszystkie partie (s. 9). Patrząc na to z zewnątrz, dostrzegam, że „konsekwentny” może też oznaczać tyle co „dogmatyczny”, „fanatyczny” i bezwzględny, a więc sposób nie uznający skomplikowania ludzkich spraw, a to wszystko w sprzeczności z poglądem Boaza, iż libertarianizm nie postuluje być odpowiedzią na wszystkie nasze problemy (s. X). Skoro np. niewielki socjal (nie jakiś strasznie hojny po socjaldemokratycznemu) nie wynika z ideałów libertariańskich (bo nie wynika, choć z liberalnych jak najbardziej – bez bezpieczeństwa bytowego nie ma mowy o wolności, dość spojrzeć na mapę świata i na to gdzie dobrze się ma liberalizm), to w ogóle nie może go być. To postawa fanatyczna, typowa np. dla chrześcijanina, który musi najpierw udowodnić obecność chrześcijańskich wpływów w święcie Halloween, by móc je ze spokojem „duszy” obchodzić. Boaz uważa libertarianizm za najlepszy pomysł na czasy globalizacji, gdzie rozbudowane państwo ponoć nie daje rady, oraz za „obietnicę” dobrobytu (s. 10), co w kontekście eksperymentu Busha-Cheneya wydaje się dość zabawne.

Boaz cytuje badania Instytutu Gallup z 1995 roku, wg których 52% obywateli USA uważa rząd federalny za zbyt silnie wpływający na życie codzienne ludzi, i zagrażający mu (s. 11). Jakże może być inaczej po epoce Reagana, który choć sam był rządem, straszył nim co chwila używając całego czaru aktora z Hollywood. Musimy też pamiętać o tym, że Clinton wygrał wybory w 1993 roku pod hasłem rządu bardziej obecnego w życiu ludzi (remont zaniedbanej przez Reagana i Busha seniora infrastruktury, nowe programy edukacyjne itd.), o tym, że każdy prezydent USA ma przeciw sobie niemal połowę kraju, o tym, że Partia Libertariańska nie przebiła się na trwałe do polityki mimo środków, oraz, że w USA zawsze istnieli ludzie, którzy uważali USA za luźną konfederację kilkudziesięciu krajów (states), a waszyngtońskie elity polityczne – za niepotrzebny balast. Nota bene dwustopniowość rządów w USA (krajowe i federalny) jest przyczyna dla której libertarianizm nie ma w zasadzie sensu jako propozycja polityczna dla kogokolwiek poza USA – może jeszcze w federacyjnych państwach takich jak Niemcy, Szwajcaria czy Indie, gdzie rząd jest dla partitów lokanych „obcy”, ale na tym koniec . Tych rzeczy nie dowiemy się jednak z książki Boaza, co nadaje jej charakter czysto propagandowy. Boaz słusznie gani rząd federalny za stosowanie cenzury, wdrażanie niejasnych przepisów, nadmierne pobłażanie brutalnym policjantom itd (s. 16), ale jego operowanie na skrajnościach (albo rządowe planowanie, albo totalny brak kontroli państwa nad finansami firm prywatnych), jest nieprzekonujące. Być może stąd bierze się nieustanne obsesyjne nazywanie nie-anarchokapitalistów „komunistami” przez libertarian. Boaz uważa, że postawy antywojenne i antyrządowe z lat 60. i 70. (s. 17-18) wskrzesiły starą filozofię libertarianizmu (s. 17), choć trudno uznać, że lewicowe protesty z tych lat i Reaganowski fanatyzm religijny połączony z rozwalaniem państwa za dwie strony tego samego medalu. To, że państwa opiekuńcze słabną (s. 20), nie oznacza jeszcze, że Boaz ma rację postulując ich likwidację.

Co ciekawe Boaz uważa, że Thatcher i Reagan zrobili bardzo mało dla libertarianizmu, bo stosunek wydatków rządowych do PKB nie zmienił się pod ich rządami (s. 21), chwali za to nowozelandzki rząd Davida Lange. Pisze Boaz o kryzysie zaufania do polityków w latach 90. Jako dowodzie na to, że ludzie chcą państwa minimum (s. 24), choć lata 90. To czasy bardzo popularnych polityków-gwiazdorów takich jak Schroeder, Clinton, Berlusconi, Blair i Sarkozy, którzy zwykle szli inną drogą – „trzecią drogą” czyli drogą liberalizmu głównego nurtu, inną niż zaleca Boaz. Boaz cytuje Michaela Ledeena z American Enterprise Institute, twierdzącego, że rozpad ZSRR spowodował, że obywatele państw Zachodu stwierdzili, że silne rozbudowane państwo nie jest już tak potrzebne (25). Ta teza koresponduje z przekonaniem Fukuyamy o końcu historii, i już wiemy, że to teza nieprawdziwa. Putin wznowił zimną wojnę. Boaz cytuje liberała głównego nurtu – ekonomistę Johna Kennetha Galbraitha, który w swoim „Społeczeństwie dobrobytu” stwierdził, że różnica między tym co zadbane i prywatne i tym co publiczne/państwowe i zaniedbane, stanowi powód dla którego powinno się dofinansować to co publiczne. Boaz uważa przeciwnie, i ocenia wniosek Galbraitha jako „dość zaskakujący” (s. 27), choć taki wcale nie jest. Jeśli coś nie działa, to trzeba to doinwestować, oczywiście Boaz chce państwo zmniejszyć a nie inwestować w nie, ale to jest nie dowód na logiczność jego wniosku i nielogiczność wniosku Galbraitha, lecz jedynie stwierdzenie odmienności ich postaw i celów.

Słusznie przypomina Boaz różnice między demokratyzmem a liberalizmem, oraz rozróżnienie Constanta na wolność pozytywną greckiej polis, i nowożytną wolność negatywną (s. 29), jednak przesadza uważając Constanta za libertarianina. Wprawdzie Constant był typowym liberałem-wiecznym opozycjonistą zwróconym przeciwko liberałom rządu takim jak Guizot, jednak nie ma u niego aż takiej niechęci do państwa samego w sobie, jaka usprawiedliwiałaby nadanie mu miana libertarianina. Za libertarian uważa też Boaz takich autorów jak Locke, Hume, Jefferson i Paine, choć w mojej opinii tylko ostatni z nich miał libertariański dryg dzieląc państwo na tych co płacą podatki i na tych co z nich żyją (s. 33), choć urzędnicy przecież też podatki płacą. Paine był przede wszystkim demokratą, Locke dzielił życie na sferę prywatną i publiczną i to nie w sposób, w jaki chciałby to zrobić Boaz, który zapomina o sferze publicznej. Jefferson był decentralistą i zwolennikiem niezależności stanów, zwł. plantatorów z Wirginii takich jak on sam od rządu federalnego w Washingtonie, a społecznie konserwatystą (to federał Hamilton – jego wróg polityczny był bardziej liberałem). Hume koncentrował się na walce z fanatyzmem i przymusem w ekonomii, ale czy jego walka z rządem bigotów, przełożyłby się dziś na walkę z dużym rządem? Paine i Jefferson dorabiali ideologię wolnościową do ekonomicznych interesów nakazujących im rozpętanie wojny domowej w obrębie Królestwa Wielkiej Brytanii (Carl Becker znakomicie wykazał, że niepodległość USA jest dzieckiem amerykańskich arystokratów, którzy nie chcieli płacić długów londyńskim bankierom i wierzycielom, a całe gadanie o wolności i samostanowieniu służyło wyłącznie jako propaganda wojenna). Pozornie sensowne zdania w książce Boaza, jak np. spostrzeżenie, iż: „w całej historii wojna była zawsze wrogiem pokojowo nastawionych, przedsiębiorczych ludzi po obu stronach frontu” – s. 34), są jednak straszliwie uproszczone. Henry Fox – jeden z głównych ministrów brytyjskich połowy XVIII chwalił zarówno jako człowiek interesu jak i człowiek cieszący się z napływu podatków wojnę siedmioletnią, jako „a war that make us rich”. Państwa panujące na morzach mogą z wojny czerpać krociowe zyski, a cierpią prości żołnierze i ich rodziny raczej – niż kupcy. Uproszczona, propagandowa wizja historii u Boaza drażni każdego znającego trochę historię.

Boaz twierdzi, że libertarianin wbrew konserwatystom – sprzeciwia się wtrącaniu się w moralne prowadzenie się obywateli, a wbrew liberałom – w ekonomiczne, a więc jest przeciwieństwem populisty/etatysty (s. 37). Jakież dziwne rozróżnienie, skoro sam libertarianizm zwykle w polityce występuje w wersji populistycznej (Berlusconi, Cheney, Farage, Korwin-Mikke). Im dalej brnie się w lekturę książki Boaza tym bardziej nabiera się przekonania, że libertarianizm postuluje deregulację, dla samej deregulacji, podczas gdy typowy liberalizm postuluje wolność jako cel, a regulację (jak słabe nieobecne państwo ochroni np. wolność ofiar przemocy domowej?), czy deregulację, jedynie jako środek. Libertarianizm jawi się więc nie jako ideologia lecz jako odruch lub postawa oznaczająca po prostu brak zaufania do rządu centralnego/federalnego. Zauważa Boaz, że poza USA słowo liberał może oznaczać libertarianina (np. niemiecka FDP czy Helen Suzman walcząca a apartheidem w RPA – s. 41, choć FDP nie zawsze jest antyrządowa, czasem chce by np. rząd zakazał islamskich burek w szkołach), nie zauważa jednak, że ten fakt najlepiej obrazuje nam, że libertarianizm ma sens tylko w kontekście USA, oznaczający anty-centralistycznego samorządowca stanowego w typie Jeffersona czy Tea Party. Nic dziwnego, że osoby dla których deregulacja nie stanowi całego świata nie lubiły słowa libertarianin (Friedrich Hayek, Ayn Rand – s. 42). Gdyby decentralizacja oznaczała wolność to liberałem byłby też syryjski islamistyczny separatysta… Liberalizm prorządowy uważa Boaz za relikt państw absolutystycznych i przewiduje jego upadek w świecie zglobalizowanym (s. 43), lecz, mimo pewnych zwrotów ku prywatyzacji, widzimy raczej coraz silniejszy pęd ku federalizacji. Niestety o projektach takich jak UE, SEATO, ASEAN, ZBIR, Grupa Szanghajska, Boaz nie mówi w ogóle. Nie po raz pierwszy książka o tematyce jedynie amerykańskiej jest na serio dyskutowana w Europie i Japonii, tylko po co? Boaz cytuje Karla Poppera, który uważał, że ludzka pycha pożądająca raju na ziemi, szykuje zwykle piekło na ziemi (s. 43), zapomniał dodać, że Popper był liberałem głównego nurtu, i by się z nim nie zgodził w spojrzeniu na rząd. Boaz uważa libertarianizm za filozofię wolności, poza którą jest już tylko filozofia siły (s. 44). Każdy jednak wie, że bez pewnej siły nie ma bezpieczeństwa i wolności. Boaz na pierwszego libertarianina kreuje Lao Tzu, który uważał, że: „bez przymusu i siły, ludzie żyliby w harmonii” (s. 44), co obnaża romantyczną utopijność idei libertariańskiej, sprzecznej z ideą liberała Locka, który uważał, że przed założeniem państwa ludzie nie byli ani dobrzy ani źli, i konserwatysty Hobbesa, który uważał, że byli źli, za to zgodnie z „socjaldemokratą” Rousseau! Dalej mamy bredzenie o starożytnych Izraelitach, którzy długo nie mieli króla, bo ich królem był Jahwe (s. 46), co stanowi dowód nie na ich libertarianizm, lecz klerykalizm, i walkach między Kościołem a władzą świecką w średniowieczu, jako rzekomo sprzyjającą liberalizmowi/libertarianizmowi (s. 49), tak jakby walka dwóch piratów stwarzała wielką przestrzeń wolności między nimi. Nieco więcej sensu ma postrzeganie zarodków liberalizmu w prawodawstwie miast średniowiecznych, choć ich przywileje stanowiły raczej gwarancję małych tyranii cechów i gildii niż wolność jednostkową typu liberalnego. Ayn Rand nie przekonuje go do końca w wierze, iż sekularny humanizm renesansu przyniósł wolność (s. 51), choć właśnie Montaigne był pierwszym liberałem, a nie człowiek przywileju miejskiego (np. Machiavelli). Wielość nie jest wolnością, choć może ostatecznie jej sprzyjać. Reformacja biorąc się za bary z katolicyzmem przyniosła i absolutyzm i oświecenie. Uwagi typu: „Luter i Kalwin, było bez wątpienia liberałami” (s. 51), całkowicie dyskwalifikują Boaza jako historycznego nieuka. Jak widać każdy separatysta, nawet okrutny kontrolujący wszystko teokrata (Kalwin) i uległy książętom antysemita (Luter) mogą być – dla Boaza - liberałami….

Podobnie wielkie zastrzeżenia budzi uznanie za liberała Johna Miltona, który owszem w 1644 roku zabrał głos sprawie wolności słowa i druku Dużo bardziej słuszne jest uznanie za liberała Barucha Spinozy (s. 54), ale nie tylko jako obrońcę wolnego amsterdamskiego rynku – jak sugeruje Boaz, lecz także jako odważnego filozofa atakującego religię. Nie dostrzeganie społecznego elementu wolności u libertarian, oraz przecenianie liderów reformacji budzi u mnie podejrzenie, że mamy tu chwilami do czynienia z kolejnym wcieleniem kalwińsko-weberowskiego kultu etosu pracy (s. 55), a nie z żadną wolnościową ideologią. Zreszta popularność libertarianizmu w USA (choć nie Partii Libertariańskiej) łączy się zwykle z amerykańskim kalwińskim etosem pracy, i woluntaryzmem etycznym, który nie pozwala uznać, że choćby za część zła, np. przestępczości odpowiada społeczna znieczulica. W takim układzie winnym może być tylko „rząd”. Słusznie zauważa Boaz, że za pierwszego prawdziwego liberała uznaje się Locke’a, broniącego praw jednostki (s. 55), choć Jonathan Israel ma rację piętnując jego nietolerancję względem katolików i ateistów i sugerując, że ojcem liberalizmu jednak był głównie Spinoza. Słusznie uznaje Boaz za liberała Voltaire’a zachwyconego brytyjskim rządem (s. 56), choć sami Brytyjczycy też narzekali na cenzurę i surowe prawa. Innego liberała Thomasa Gordona uważa Boaz za swego idola (Cato Instutute od jego Cato’s letters), lecz uważanie wszystkich secesjonistów amerykańskich roku 1776 za liberałów jest bzdurne; i tłumaczyć je może uważanie za dostateczny mandat liberalizmu wolnorynkowość. Fizjokratów (Turgot, Quesnay), też ma Boaz za liberałów, choć byli centralistami (co w ogóle nie szkodzi byciu liberałem, ale Boaz chwilę temu twierdził iż to sprzeczne z liberalizmem), Boaz chyba sam nie wie kim jest liberał… Wróg merkantylizmu, Adam Smith też jest uznany za libertarianina (s. 61), choć wcale nie odbierał rządowi prawa do inwestowania za pomocą państwowych pieniędzy. Thomas Paine jest z kolej liberałem ze względu na swe zrównanie monarchii z piractwem i oddzieleniem społeczeństwa (w istnienie czegoś takiego jak społeczeństwo Boaz nie bardzo wierzy, czym zbliża się do oligarchicznej prawicy typu Thatcher) od państwa (s. 65). Czy to znaczy, że liberalny cesarz Józef II nie był liberalnym cesarzem? Znamienne, że Boaz nie przywołuje Montesquieu, który – jak świetnie zauważył Pierre Manent – dowiódł, że wolność w jakimś zakresie zawsze jest, choć może być jej więcej lub mniej. Boaz zdaje się myśleć na sposób Locke’a, iż wolność albo jest, albo jej nie ma. Czyżby libertarianie byli po prostu niedojrzałymi liberałami? Wierzy Boaz w teorie Richarda Cobdena, Johna Brighta oraz Herberta Spencera, że wolny rynek jest sprzeczny z wojną jako zjawiskiem (s. 68), i tu może mieć w sporym stopniu rację. Wymienia też Boaz Milla, Constanta, Benthama, Humboldta, ale pomija liberałów rządzących jak Guizot czy Gladstone, choć mieli spore zasługi (Guizot wdrożył sporo liberalnych reform, Gladstone potepił np. handel opium wmuszany Chinom przez armię brytyjską), znowu rządzący liberał wydaje się może nie być dostatecznie liberalny, tak samo nie ma u Boaza krytyka amerykańskiej wolności monarchistę-liberała Tocqueville’a. Libertarianin Boaz zatrzymał się w rozwoju wraz z Lockiem, w końcu XVII wieku, kiedy wydawało się, że liberałowie nigdy nie będą rządzić, więc można było głupio pisać, że może nie powinni (jak twierdził też Herbert Spencer, który pod koniec XIX wieku „dowodził”, że liberalna reforma zagraża wolności, choć jest liberalna…). Libertarianizm jest nieżyciową, ślepą uliczką liberalizmu, wykorzystywaną dziś przez konserwatystów, by sparaliżować politycznie liberalne reformy. Mam nadzieję, że Boaz nie jest tu krypto-konserwatystą, lecz „tylko” pożytecznym idiotą. Benthama i Milla krytykuje za pragnienie wdrożenia w życie zasady poszukiwania: „jak największej ilości szczęścia, dla jak największej ilości ludzi”, i za ich zasługi jako przodków państwa socjalnego (s. 72-73), choć jeśli nimi byli to w niewielkim stopniu i przez przypadek (jak twierdził cytowany nieco później Mises), Wspomina tez Boaz socjalistów, lecz zapomina zupełnie o chadekach i socjalnych konserwatystach jak Disraeli, Bismarck, chadecy w Niemczech końca XIX wieku. Boaz uważa, że architekci państwa socjalnego popełnili błąd uznając biedę za coś nienaturalnego, co da się wykorzenić (s. 73), choć rozumie, że rewolucja przemysłowa umożliwiła walkę z bieda po raz pierwszy. Uważa, że Spencer miał rację iż interwencjonizm państwa stanowi ścieżkę ku nacjonalizmowi i I wojnie światowej (s. 74), zapominając dodać uczciwie, że socjaliści byli przeciwko tej wojnie i to nierzadko z wolnościowych przyczyn (jak brytyjscy fabianie). Być może faktycznie jest związek między państwem socjalnym a nacjonalizmem i wybuchem I wojny światowej, lecz trzeba pamiętać, że państwo socjalne było sposobem na wyeliminowanie radykalnego rewolucyjnego socjalizmu, i że bardzo być może nie mamy innego wyjścia, jak w celu zwiększenia stabilności rządów – podtrzymywać państwo socjalne, choć możemy je ulepszać i reformować.

W przeciwieństwie do wielu innych libertarian, zwłaszcza do katolickiego propagandzisty Thomasa Woodsa, Boaz ma odwagę przyznać, że działania powiększonego rządu Roosevelta osiągnęły sukces w likwidowaniu skutków Wielkiego Kryzysu, choć sympatia jego sto po stronie nieufnych wobec rządu intelektualistów jak Henry Louis Mencken. Zupełnie zapomina Boaz wspomnieć o krajach, w których cały przemysł budowało państwo, a dopiero potem oddało go w ręce prywaciarzy (Japonia i Niemcy końca XIX wieku). Wizja libertariańska, według której Wielki Kryzys dał zbyt wielki kredyt zaufania rządom, co dało faszyzm, wszechpotęgę rządu itd., jest mniej przekonująca niż teza Fromma, o nieprzewycięzonej przez wczesny liberalizm osobowości autorytarnej, czy starej tezie, iż każda wojna powiększa możliwości rządu (nie tylko administracyjnie, ale i technicznie).

Wyśmiewa Boaz wszelkie dążenia do równości ekonomicznej, choć wie, że socjaldemokracja zachodnia walczyła jedynie o nieco mniejszą nierówność – taką, która nie groziłaby rewolucją biednych przeciw bogatym (dlatego Marx pragnący rewolucji tak bardzo soc-demokratów i soc-liberałów nie cierpiał). Boaz powtarza bezmyślne zdania Vonneguta o wolności pod względem IQ i urody (s. 87), jaką też rządy mogłyby postulować, ale to, że chyba nikt poza Czerwonymi Khmerami tego nie zrobił, nie zniechęca go do takich bezmyślnych porównań. Podobnie jak Mises, Boaz atakuje tzw. ekonomiczne prawa człowieka (np. do urlopu czy 8 h dnia pracy), twierdząc, że są niemożliwe do spełnienia i odbiorą innym pracę (s. 90). Rozumiem jego punkt widzenia, ale nie rozumiem dlaczego on nie pojmuje, że ludzie nie chcą czekać całe życie na podniesienie się poziomu PKB by wreszcie dostać urlop. Jeśli ktoś przez to nie dostanie niskopłatnej pierwszej w życiu pracy – trudno. Dużo pisze Boaz o poczuciu pewności inwestorów bojących się nadaktywności rządu (s. 92), ale co z poczuciem ekonomicznego bezpieczeństwa pracowników, będących przecież konsumentami produktów sprzedawanych przez firmy? Boaz próbuje wykazać, że prawa człowieka są prawami własności (swojego ciała i przedmiotów). Uważa, że zasada: my Home is my Castle i zasada kontraktu (jeśli kupiłeś bilet to nie po to by straszyć ludzi w kinie słowami „pali się”) wystarczą do obrony praw człowieka (s. 95). Ale co z obroną praw człowieka w domu (przemoc domowa)? Zresztą Boaz niekonsekwentnie broni sfery prywatnej, bo uważa np. szkoły za takową, chociaż jest to sfera publiczna. Boaz chce po prostu zlikwidować sferę publiczną, podobnie jak teokraci i komuniści starali się zlikwidować sferę prywatną. Podział na te dwie sfery wprowadzony przez Locke’a nie jest doskonały, bo bezradny wobec np. przemocy domowej, i knucia w domu spisków przeciw państwu i społeczeństwu. Słusznie protestuje Boaz przeciw poborowi do wojska jako instytucji zachęcającej do wojen i współczesnej formie niewolnictwa (s. 106) i przeciw bezsensownej i kryminogennej wojnie z handlem marihuaną (s. 108), podobnie jak słusznie skarży się, że fabrykanci alkoholu nie mogą zgodnie z prawem reklamować np. wina, napisami w stylu: „picie niewielkich ilości alkoholu jest dobre dla zdrowia”, nieco mniej przekonujące są jego obiekcje na temat limitów pieniędzy jakie obywatel może dać na kampanię polityczną jako pomysłowi establishmentu na hamowanie partyjnych konkurentów (np. partii libertarian…), choć niedawno w jednej z Karolin limit zniesiono i liberałowie z Bille Maherem na czele słusznie ostrzegli przed wizją kupowania wyborów przez superbogaczy. Oligarchiczne zagrożenie dla wolności ze strony niekontrolowanego biznesu i lobbies Boaza w ogóle nie stresuje; libertarianie zazwyczaj uwielbiają nie tylko wolny rynek, ale i biznesmenów, choć ci, kiedy tylko mogą swoje problemy rozwiązują NIEZGODNIE z wolnym rynkiem – w kuluarach politycznych. Ciekawy jest fragment, w którym Boaz zastanawia się, czy libertarianin musi uznawać tzw. prawa naturalne jednostki, które obalał już utylitaryści Bentham w końcu XVIII wieku (a za nim Mill w XIX w.), i od których odżegnywali się inni utylitaryści: Mises i Friedmannowie (s. 112). Wygląda na to, że prawa naturalne to jakiś deistyczno-religijny element, którego ateiści jak M i F, nie uznawali, lecz Boaz uważa, że pomagają w zrozumieniu libertarianizmu, bo trudno zakładać, że człowiek zawsze woli bogactwo od skromnej egzystencji jak robił to Mises. Mam tu dwie uwagi; po pierwsze Boaz dostrzega, że nie każdy chce być bogaty, stąd nie wiadomo czemu nie rozumie czemu nie być socjalnie bezpieczny - no chyba, że socjalny system upada, ale tu wystarczy chyba reforma? Po drugie Boaz pokazuje, że rdzeń liberalizmu zasadza się na wierze, a nie na filozofii utylitarystycznej, jest więc po religijnemu irracjonalny, co nie dziwi, w końcu jest to kalwinizm z przybudówkami…

Zastanawia się Boaz czy socjalna pomoc państwa jest kiedykolwiek usprawiedliwiona, i odpowiada, że nie. Na argument, że np. powódź wymaga opieki państwa nad ofiarami, odpowiada, że podczas klęsk żywiołowych normalne ustalenia włącznie z ewentualny libertarianizmem są zawieszone, a więc nie jest to argument za państwem socjalnym (s. 115). Jeśli ktoś jest w nędzy nie z własnej winy, a instytucje charytatywne nie mogą mu pomóc z jakiś względów, Boaz niechętnie dopuszcza socjalną pomoc rządu (s. 117), choć stara się nie napisać tego wprost. Wiele więc zależy tu od tego czy bardziej wierzymy w kalwińskie: „jak sobie pościelesz…”, czy materialistyczne. Boaz bardzo obawia się roszczeniowej postawy pod tytułem: „jeśli czegoś bardzo chcę mam do tego prawo”, i opisuje m.in. przypadek amatora pizzy z Annapolis, który wymusił sądownie dostawę pizzy do swej niebezpiecznej dzielnicy, gdzie knajpa nie chciała dostarczać, oraz kobietę, której przeszkadzały zbyt wielkie na jej możliwości i krzepę ciężarki w siłowni, choć znajdowały się w niedostępnej dla niej męskiej Sali (s. 119), oczywiście ma rację, że te żądania są bzdurne, choć dla mnie najbardziej dziwne w tych przykładach było purytanizowanie Ameryki powodujące, że chłopcy i dziewczęta ćwiczą oddzielnie… (uciechę mają tylko geje i lesbijki).

Pisze Boaz o obronie przez Hume’a tzw. „wolności do bycia nieodpowiedzialnym” (s. 120), co oznacza, że prawo należy wykonać, nawet jeśli każe ono oddać pieniądze niezbyt sympatycznej osobie. Boaz ciekawie o tym traktuje, ale potem gubi się nieco „dowodząc”, iż skoro osoba, która nie chce wynająć np. niezamężnej parze pokoju jest ok., podczas gdy ta, która specjalnie szuka np. dwóch czarnoskórych wynajemców podpada pod prawo, to trzeba wycofać prawa antydysktyminacyjne w zatrudnianiu pracowników i znieść państwowe szkolnictwo i apteki ze względu na niekończące się spory o aborcyjne leki, modlitwę w klasach lub jej brak, lub problem manifestowania religii w miejscu pracy (s. 124). Propozycje Boaza współgrają z jego ogólnym planem kasacji państwa, lecz prowadzą w mojej opinii do tabliczek: „czarnym/Żydom/gejom wstęp wzbroniony w sklepach i hotelach, i to jeszcze będzie zgodne z prawem! Poza tym są te propozycje sprzeczne z koncepcją sfery publicznej u Locke’a, która jasno mówi, że nie-manifestowanie przekonań jest w niej preferowane. Problem jest więc po liberalnemu rozwiązany przez wyprowadzenie modłów ze szkół, nie trzeba rezygnować z państwowego szkolnictwa. Wprowadzenie jedynie światopoglądowych szkół, wcale nie ułatwi życia w jednym społeczeństwie i nie złagodzi napięć społecznych, wbrew temu co myśli Boaz. Próbowano tego w Wielkiej Brytanii, co opisała doskonale Melanie Philips w książce: „Londonistan”, i w radosnym postmodernistycznym docenianiu kultur, zaprzepaszczono szanse integracji azjatyckich imigrantów w UK. Teraz na szczęście się tą sytuację naprawia. Prawa Murphy’ego głoszą: „jeśli coś może pójść źle, to pójdzie”, oto kolejna rzecz która może pójść źle, jak libertarianie – nie daj Darwinie – dorwą się na stałe do władzy. Nie chodzi jedynie o to, że do najbliższej gejowskiej czy latynosko-katolickiej szkoły będzie 200 km drogi.

Libertarianizm po raz kolejny atakuje zdobycze oświecenia, takie jak koncepcja państwa neutralnego światopoglądowo, i wykonuje pracę dla konserwatywnych bigotów oraz rasistów, a może jest tylko kapitulanctwem części liberalnie myślących, którzy nie wierzą w pokonanie rasizmu itd., tak jak nie wierzą w skuteczność rządu. Feminizm uznaje Boaz z libertariański z ducha, chyba, że pomyli autonomię jednostek z jednakowością kobiet i mężczyzn (s. 131). Uwagę Hilary Clinton, o tym, że cały naród (dosł. cała wioska) wychowuje każde dziecko, uważa za antylibertariańskie (s. 137), choć mnie osobiście wydaje się, że aż „grzech”, by pewnej wiedzy socjologicznej i psychologicznej (tej podstawowej, np. że dzieci nie lubią być ciągle strofowane bo to niszcz ich pewność siebie), nie wykorzystywać w państwowych szkołach, lecz każdorazowo czekać na dobrą wolę zapracowanego rodzica, któremu niekoniecznie chce się zagłębiać w te kwestie. Liberał chce by człowiek był wolny, libertarianin – by NALEŻAŁ do swych rodziców – w pełni. Libertarianin oczywiście będzie mówił, że najważniejsze by NIE NALEŻAŁ do państwa, ale przecież wcale do państwa nie należy, chyba, że w czasie republikańskiego z ducha poboru wojskowego, który – tu zgadzam się z libertarianami, ale to ogólno liberalny postulat – trzeba znieść.

Komunitarysta Michael Waltzer, który twierdzi, że społeczeństwo ma prawo podporządkować sobie jednostkę, czy konserwatysta George F. Will, który twierdzi, że państwo posiada „rząd dusz”, tak samo jak Hilary Clinton nie należą do ulubieńców Boaza (s. 140). W przypadku Willa i Waltzera, ma zupełną rację; nie może plemię decydować o człowieku, a państwo rządzić człowiekiem w całości. Tu liberałowie i libertarianie są zgodni. Poszedłbym dalej w sprawie plemiennej. Dzieci powinny być uczone o religii tylko za własna zgodą w wieku 18 lat. Amerykanie z ich wolnością DO najgłupszych religii chyba by dostali zawału na taką propozycję, ale spokojnie – przybywa tam na szczęście ateistów i za jakiś czas Południe USA też wyrwie się z mroków średniowiecza. Oczywiście Boaz nie widzi nic złego w zamknięciu dzieci baptystycznych w kręgu baptystów z np. zakazem kolegowania się z nie-baptystami, a nawet uznał to za objaw… różnorodności społecznej (s. 177). Ta różnorodność rodzi brak dyskusji i insularyzm, a nie nowoczesne społeczeństwo. To, że musimy stykać się z ludźmi o innych poglądach rozwija nas. Teksańskie średniowiecze może kiedyś drogo kosztować USA. Libertarianom brakuje stronniczości na rzecz racjonalizmu, zbyt bardzo starają się by bezstronnymi arbitrami, by nadal móc nazywać się liberałami, czy na liberalizm powoływać. Prawdziwy liberał uważa jednostkę za ważniejszą nie tylko od plemienia, ale i od kultury lokalnej, uważa bowiem wolność za uniwersalne pragnienie, a nie za lokalny wykwit kulturowy (zresztą Boaz deklaruje takie liberalne przekonanie, ale nie jest tu konsekwentny, jego konsekwencja posunięta do dogmatyzmu koncentruje się tylko na walce z rządem). Boaz chce rozdzielić rodziny i państwo oraz szkoły i państwo tak jak rozdzielono kościoły i państwo (s. 164). Tyle, że religie są sprzeczne ze sobą nawzajem, a edukacja może być wspólna, więc czemu ma nie być? Nie lubi Boaz sponsorowania sztuki przez państwo, bo zawsze wszyscy się spierają czemu dano na to a nie na to, np. nie na „naszą” sztukę, poetkę, malarza itd (s. 148). Faktycznie zależność artystów od państwa jest kłopotliwa, ale czy nie można dać każdemu po trochu? Możliwe, że ludzie będą zmieniać przynależność etniczna by dostać grant, jak teraz by dostać miejsce w szkole – to jest problem, ale można to rozwiązać przez ustawodawstwo ślepe na rasę i tyle. Boaz w jednym przypadku rozumuje jak… socjalista, skarży się na niesprawiedliwość polegającą na tym, że czarni nie korzystają z uroków emerytury w tym stopniu co biali, bo krócej żyją (s. 150), takim socjalistycznym argumentem atakuje Boaz państwowy system emerytalny i podważa sens jego istnienia, choć cały czas protestował przeciw myśleniu o ludziach w kategoriach grup społecznych.

W 1933 roku Roosevelt namówił kongres do usunięcia klauzuli złota z umów dłużniczych, co faworyzowało dłużników wobec wierzycieli (s. 156). Uczynił to w imię walki z biedą, jednak Boaz lamentuje, że zdestabilizowało to rynek. Czy słusznie? Przecież to był Wielki kryzys. Nawet podczas bankructw banki nie zwracają wszystkich pieniędzy. Co się takiego stało, że syty wierzyciel dostał o 1/10 mniej długu z powrotem? Boaz traci z oczu człowieka, widzi tylko księgi buchalterskie. Zgadzam się natomiast z obawami Boaza dotyczącymi komisji państwowych i ich zarządzeń, często sprzecznych ze sobą, i nie opartych na mandacie konstytucji czy wyborów demokratycznych (s. 161). Sugeruje Boaz, że charytatywność maleje, gdy wzrasta państwo socjalne (s. 188), i martwi się z tego powodu, pisząc o dewaluacji potrzeby pomocy. Tylko jakie to ma znaczenie? Ważne by potrzebujący dostali pomoc, poza tym skąd przypuszczenie, że fundacje prywatne lepiej dbają o potrzebujących? Często to jedynie element PR firmy, a nie realna pomoc. Boaz martwi się też zanikiem wartości mieszczańskich np. oszczędności, znowu zwalając to na duży rząd. Słusznie? Przecież liczy się też popyt i konsumpcja. Może po prostu cnoty takie jak etos pracy, które zresztą wielu autorów (niekoniecznie lewicowych jak socjaldemokrata Fromm, ale i liberalnych jak Tom Hodgkinson czy innych jak Corinne Maier) wypaliły się i tyle, i ani rząd, ani Keynes, a jedynie edukacja to zmieniły. Kto chce już zbierać na życie wieczne? Nie mogę zrozumieć jak łatwo libertarianie przechodzą ze słusznego postulatu zostawienia cen rynkowych w spokoju (choć w sumie rozumie ideę akcyzy anty-alkoholowej), do dziwnego oporu wobec ustanowienia płac minimalnych (s. 218), które po prostu są wymogiem życia od pierwszego do pierwszego i które popiera ponad 80% Amerykanów. Jeśli trochę ludzi nie dostanie fatalnie płatnej pracy przez to, że inni mają minimalną pensję, a nie fatalną, to moim zdaniem ok. Krytykuje Boaz rząd, który daje prace jednym zabierając możliwość utworzenia samoczynnego miejsc pracy (s. 222), lecz przykład Busha juniora pokazał, że to tak nie działa. Chciałoby się zapytać: co w tym złego, że rząd załatwi czasem komuś pracę? Czy wszystko zawsze musi być optymalnie opłacalne? Ludwik II Bawarski budował skrajnie nieopłacalne zamki, które dziś przez turystykę pomnażają bogactwo tego kraju. Paryż daje malarzom mieszkania, ale fakt bycia stolicą kultury przyciąga ludzi, a nawet inwestorów, którzy o zgrozo czasem … lubią sztukę.

Protekcjonizm celny za Henry George’m uważa Boaz za postępowanie charakterystyczne dla czasów wojny i szkodliwy zawsze i wszędzie (s. 233). Cóż ja się nie dziwię Włochom, że chcieli zabić import tanich chińskich buntów cłami zaporowymi na poziomie UE. Giorgio i Luigi muszą gdzieś pracować. Czasem praca jednego zabiera pracę drugiemu nie tylko wskutek działań państwa, ale poprzez wolny rynek. Przewiduję, że globalizacja nasili dumping, politykę ceł ochronnych. Ludzie nie zechcą podróżować z Mongolii do Sydney za pracą, bo rynek jest jaki jest. Co prawda w ramach tworów takich jak UE tak bywa, ale państwa na podobnym poziomie zamożności mogą sobie na to pozwolić, taka była – sprawdzona – idea EWG. Boaz zaprzecza, iż automatyzacja, czy komputeryzacja powoduje bezrobocie, może i nie powoduje, ale nie dowodzi tego, szybko przechodząc do tego, że każde państwo powstaje przez podbój (cytuje tu Franza Oppenheimera), i wpisuje się to w jego starania o totalną demonizację państwa (s. 241), mimo iż Locke wyraźnie mówił, że państwo zakładają sami obywatele dla ochrony swych interesów i swego bezpieczeństwa, po czym stworzywszy rząd zawierają z nim kolejna umowę społeczną: bezpieczeństwo prawne za utrzymanie. Na 241 stronie zacząłem się zastanawiać czy Boaz nie pisze dla idiotów. Boaz porównuje następnie limitowaną liczbę programów partyjnych z nieograniczoną liczbą zawodów i towarów (s. 244). Niestety nie ma racji; pracy zawsze będzie dokładnie tyle, by mało kto mógł wykonywać to co kocha najbardziej w świecie, a towary także są jakie są (brakuje np. taniego a porządnego np. odkurzacza), tak samo jak w wyborach wybierasz czasem „mniejsze zło”. Poza tym wybory polityczne dotyczą grup wyborców, a nie jednostek, gdyby było inaczej to, każdy łyk stworzyłby sobie własny rząd, czyli byłaby kompletna anarchia. Boaz myli się twierdząc, że wolne państwo nie musi prowadzić wojen, czy też, że ich uniknie (s. 268). Przyznaje, że państwo nie zawsze wydaje pieniądze na zbędne rzeczy (jak sugerował Reagan, s. 276), ale nie rozumie, że słabe państwo jest bezbronne wobec oligarchów i wielkiego biznesu. Obecnie państwo np. w USA, jest rozbudowane i silne, więc wokół niego gromadzą się lobbyści, ale gdyby je okroić nadużycia nie zniknęłyby, lecz zmieniły swą naturę. Mafie wpływu zostałyby zastąpione przez prywatne armie i rozboje, wojny sąsiedzkie, jak w „libertariańskiej” sarmackiej Polsce, SPECNAZ-owe podjazdów ki między oligarchami znane nam z postsowieckiej Rosji, oraz inne przejawy radosnego piractwa, a skromny rząd i sądy nie śmiały by nawet się przeciwstawić. Dlaczego emerytury prywatne miałyby być lepsze od państwowych jak twierdzi Boaz (s. 284)? Przecież prywatny fundusz może łatwiej jeszcze zbankrutować niż rząd! Inne libertariańskie zaklęcia też mnie nie przekonują; akcja afirmacyjna jest nieuczciwa dla kilku studentów (s. 294), ale można zrozumieć próbę złagodzenia kontrastów społecznych napędzających przemoc, jeśli coś spowodowało odwrotny skutek, to raczej konserwatywna purytańska (oczywiście to Reagan ją w swej głupocie kowboja wmyślił) walka z marihuaną i innymi nieszkodliwymi – poza sytuacją kierowcy – używkami. Boaz sam popada w konserwatyzm żałując, że posiadanie nieślubnego dziecka nie ściąga już społecznych gromów, i przyznaje, że taka jest cena kapitalizmu i społeczeństwa wyboru (s. 308), choć oczywiście najbardziej wali w państwo. Myli się moim zdaniem Boaz w założeniach o ludzkiej psychologii; gdy pisze, że jeśli obywatel A chce kupić od B towar za 200 $, ale wskutek działań rządu (akcyza), kosztuje on 240 $, to transakcja nie dojdzie do skutku (s. 333). Nigy nie byłem bogaty, ale wiem, że jeśli coś mi się podoba i byłem gotów dać 200 $, z radością dam i 240 $, byle nie 300 $. I ta różnica wyznacza granicę między racjonalnym państwem i opodatkowaniem, a szkodliwym państwem i opodatkowaniem. Dzięki Montesqueiu wiemy, że wolność jest stopniowalna, podobnie jak bezpieczeństwo, możemy więc usiąść i uzgodnić pułapy, nie musimy grać w grę Boaza i libertarian pt.: „wszystko albo nic”.

Martwi się Boaz, że w XX wieku rządy skaptowały intelektualistów, którzy udowadniają potrzebę istnienia rozbudowanego państwa (s. 258), tymczasem ja bronię państwa (zresztą nieco okrojonego także, a nie tak bardzo jakby chciał Boaz) z własnej woli, nie pracując dla państwa lecz dla prywatnej uczelni. Bronię przede wszystkim społeczeństwa przed totalną anarchią jaka proponuje pan Boaz, zwłaszcza, że tłumy ludzi znudzonych istnieniem państwa, z ciekawości czniałoby zobaczyć, jak by było bez, co jest dowodem raczej na ludzka chojracką głupotę i nieumiejętność docenienia postępu cywilizacyjnego, a nie na sympatie libertariańskie w narodzie amerykańskim czy innym. Książka Boaza kończy się lista pytań dotyczących tego, czy chciałbyś by rząd decydował w pewnych sprawach, czy jedynym decydentem masz być ty (s. 373-375). W sprawach marihuany, służby wojskowej, wyboru szkoły, pornografii, i wolnego dostępu do netu jestem po jego stronie, lecz nie zgadzam się na wolny dostęp wszystkich ludzi z wariatami włącznie do broni i na budowanie garaży bez pozwolenia i konsultacji z planem zagospodarowania terenu (garaż mógłby mieć wysokość krzywej wieży w Pizie!). Chcę także by ludzie mieli obowiązek uczęszczania do szkoły podstawowej, bo głupie społeczeństwo nie jest nigdy wolne, mieli minimalne ubezpieczenie medyczne obowiązkowe – bo większość ludzi jest zbyt frywolna w tych kwestiach, a potem płacą podatnicy podatkami lub będąc okradanymi na ulicy przez chorych desperatów, i by nikt nie mógł zgodnie z prawem odmówić obsługi w hotelu człowiekowi innej rasy czy narodowości, bo przy naturze ludzkiej i ogólnej ksenofobii szybko mało który z nas znalazłby pokój na noc. Polecam książkę Boaza, choć traktuję, ją jako ostrzeżenie przed wykoślawieniem idei wolnościowych Locke’a i innych wielkich liberałów, których Boaz chyba nie czytał uważnie i jak tylu innych myli wolność z anarchią.

Brak komentarzy: