Loading...

czwartek, 20 listopada 2014

Martin Schulz: "Skrępowany olbrzym. Ostatnia szansa Europy"



Podczas, gdy my zastanawiamy się czy Tusk da radę w UE ze swą słabą angielszczyzną (choć z Schulzem szefem PE i Junckerem z KE może przecież gadać po niemiecku), szef PE pisze książkę, w której apeluje by Europejczycy nie odwracali się od projektu UE. Schulz przypomina, że o postęp i pokój trzeba walczyć każdego dnia (s. 14), stąd, choć sam krytyczny jest wobec Unii, daje wyraz swemu strachowi przed spisywaniem jej przez wielu na straty. Przypomina głosy podziwu z USA (Jeremy Rifkin: european dream) i innych rejonów świata, które naśladują UE (ASEAN, MERCOSUR itd.). Schulz wspomina swą młodość, w miasteczku przy granicy z Belgią i Holandią, oraz kilka portmonetek jakie trzeba było kiedyś nosić (s. 18), o tym, że niemiecka socjaldemokracja SDP już w 1925 roku chciała stworzyć Stany Zjednoczone Europy (s. 21), o słowach Timoty Gartona Asha, który uważał, że brukselski palawer jest ceną pokoju, i o szansie jakie adenauerowskim Niemcom dali aliancki po 1945 roku. Pisze szef PE także o tym, że dziś trudno zaimponować wakacjami w Hiszpanii, więc nie doceniamy już zniesienia granic (s. 26), teraz by zrobić wrażenie trzeba jechać do Brazylii czy Azji. Unia uchodzi za organizację oderwaną od rzeczywistości i zbyt wielką, choć jej 40.000 urzędników to niewiele więcej niż liczba administratorów miasta Monachium (30.000), nie jest też tak oderwana od życia jak się myśli, co przyznał po 2012 dawny krytyk UE Edmund Stoiber (s. 36). Słynna ustawa krzywizno ogórkowa z 1988 powstała na wniosek organizacji handlu, a nie KE, i została uchylona w 2009 roku. W PE ustawa mająca 20 stron, może wskutek dopasowania do prawa np. RFN uzyskać dodatkowe 40, stąd bajki o brukselskim bizantynizmie administracyjnym (s. 39). UE zdaniem Schulza cierpi na deficyt demokracji i zbytnio podlega naciskom rynku (big society Davida Camerona de facto ma obywać się bez państwa – s. 66), zbytnio spiesząc się z decyzjami i zanadto polegając na głowach państw, zamiast skupić się na tworzeniu prawa i transnarodowych głosowaniach, tak by PE stał się parlamentem pełną gębą. Swego czasu (2011) trybunał konstytucyjny RFN uznał, że PE nie jest parlamentem, bo nie wybiera składu rządu (czyli kongres USA tez nie byłby wg tego trybunału parlamentem kwituje Schulz). RE nie nadaje się do szybkich decyzji bo wymaga jednomyślności (s. 89). Dużo w niej pozornych działań liderów państw obliczonych na lokalne wybory. Partykularyzmy lokalnych administracji nie drażnią, tak bardzo jak głosowe rozwiązania UE, czemu tak jest zapytuje autor? (s. 48-53). UE była zyskiem i dla Niemiec i dla Polski, choć wiele osób uważa politykę za grę o sumie zerowej i nie może w to uwierzyć (s. 60). Alternatywą wobec UE mogłaby być krwawa granica a la granica USA-Meksyk.

Neoliberalizm oznaczał ruinę UK, a socjalliberalizm i III droga rozkwit RFN, zauważa nie bez racji Schulz odnośnie kryzysu (s. 69). Prywatyzowanie zysków, uspołecznienie strat – oto pełna hipokryzji taktyka zwolenników dogmatu wolnorynkowego twierdzi autor (s. 70). Hiszpania do 2007 roku miała nadwyżkę budżetową, i uległa kryzysowi dopiero wobec kryzysu nieruchomościowo-kredytowego w USA (s. 75). MFW i BŚ wymuszają konsensus neoliberalny na innych krajach, a amerykańskie ratingowe firmy oceniają stan gospodarki według niejasnych kryteriów (s. 77). Dopiero w maju 2012 roku dzięki Montiemu i Hollande’owi oparto się naciskom neoliberalnym i uchwalono impuls pro wzrostowy, by spadek popytu nie zdławił gospodarki UE (s. 78). Tak krytykowane euro oznacza mniejszy dług publiczny, i większe zainteresowani Chin i USA, we wspieraniu kursu waluty w Europie, niż by to było w przypadku utrzymania się walut narodowych (s. 84). Wiedzą to Szwajcarzy, dlatego podłączają – w środku kryzysu – swą walutę do kursu euro. Ciągle nie ma euroobligacji, walki ze spekulacją (która postuluje ex-spekulant George Soros), a w Niemczech FDP uważają impulsy pobudzania popytu i socjal za objaw dekadencji „Rolf z Florydy), tymczasem oszczędnościowa polityka Włoch i Grecji postulowana przez MFW i Merkel, pogorszyła położenie ekonomii tych krajów (s. 101). Krugman, cytowany przez Schulza, uważa, że uelastycznianie rynku pracy to ładne określenie na obniżkę płac (s. 102), która zmniejsza popyt i rozmiary kluczowej dla gospodarki klasy średniej. Liczy Schulz na europejski nadzór bankowy uchwalony w 2012 roku (wejdzie w życie w 2016 r. – s. 156), przypominające nieco instytucje kontrolne niemieckiej społecznej gospodarki rynkowej (DIN i TUV – s. 230).

Narzeka szef PE także na politykę UE wobec arabskiej wiosny, na brak jednolitego frontu wobec tych wydarzeń, i zbyt małe dostrzeżenie proeuropejskich elementów protestów na placu Tahrir (s. 112), czyli na roztrwonienie europejskiej soft power. Narzeka też autor na nieproporcjonalny do zagrożeń strach przed imigrantami, podsycany przez prawicę, a także na ultralewicowe postrzeganie UE jako kapitalistycznego egoistycznego klubu (s. 147). Tylko jako UE Europa może wytargować dobre warunki handlu z Chinami czy USA. Autor postuluje przekształcenie Rady Unii Europejskiej (resortowi ministrowie krajów członkowskich) w II izbę PE (s. 161) i wybory rządu UE przez PE. Postuluje większy nacisk na programy europejskich partii, tak by głosowano partiami a nie wg przynależności narodowej (s. 167), cieszą go takie inicjatywy jak Europejki rok ochotniczy i europejska inicjatywa obywatelska (2012), a także londyńska radość ze zwycięstw sportowców olimpijskich jako medali dla sportowców z UE (s. 180). Popiera Schulz zarówno euro patriotyzm obywatelski (demokratyczno-liberalny) jak i narodowe referenda dotyczące UE, których UE zbytnio się boi. Schulz krytykuje Chiny za łamanie praw człowieka, i nie uważa, by ze względu na interesy należało tego zaprzestać. Widzi Afrykę jako surowcową alternatywę dla Rosji, a Amerykę Łacińską jako kontynent potencjalnie bardzo przychylny wobec UE (s. 192-194). Cechą odróżniającą UE od USA jest szacunek do ONZ i miękkiej siły (s. 203). Za Oskarem Negtem broni Schulz europejskiego państwa socjalnego nie tylko jako aktu humanitaryzmu, ale przede wszystkim jako źródła nieznanej wcześniej stabilności europejskich demokracji (s. 212). Domaga się także europejskich agencji ratingowych, które przełamałyby monopol kryteria amerykańskich z ich niejasnymi i upolitycznionymi reaganowsko kryteriami.

Na korzyść wniosków szefa PE przemawiają obecne wydarzenia. Kraje o gospodarce neoliberalnej (UK, Nowa Zelandia, USA, Meksyk), znoszą kryzys gorzej niż kraje bliższe społecznej gospodarce rynkowej (Niemcy, Australia, kraje skandynawskie), gdzie to rynek dostosowuje się do prawa, a nie odwrotnie. O tym samym pisał też ex-thatcherysta John Gray w „Fałszywym świcie”. Schulz uważa, że biznesmeni cenią niskie podatki, ale także stabilność ryku i prawa, stąd obawa, że wobec zachowania wysokich podatków w UE, bogacze czmychną jak jeden mąż do rajów podatkowych, jest nieuzasadniona. UE zbyt często jest uważana za problem (obwiniając UE politycy narodowi wybielają siebie), a nie element rozwiązania, by mogła faktycznie powalczyć ze skutkami kryzysu i innymi problemami. Dlatego, choć nie ze wszystkim co przeczytałem u Schultza mogę się zgodzić, polecam lekturę jego książki, zarówno zwolennikom UE jak eurosceptykom. To czy UE jest neoliberalna czy społeczno-kapitalistyczna pozostaje kwestią otwartą, więc warto o tym pamiętać, krytykując czy chwaląc.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Roman Dmowski - nauki nieaktualne

cławskie wydawnictwo Nortom wydało w 2002 roku "Myśli nowoczesnego Polaka" Romana Dmowskiego - idola polskich narodowców, przekonanych, że myśl tego człowieka, znakomicie odpowiada sytuacji i potrzebom obecnym, mimo wszelkich sygnałom, iż nie odpowiada im w najmniejszym nawet stopniu. Dmowski reprezentował wszystkie uproszczenia intelektualne swych czasów i reagował na potrzeby swych czasów bezpardonowej walki nacjonalistycznie nastawionych narodów, którą Polski naród przed 100 laty przegrywał, a która już dziś się nie toczy, przynajmniej nie w Europie. Demografia i ksenofobia przestają być dziś bowiem funckją polityczną państw. Dmowski zaczyna "Myśli..." od ataku na uniwersalistycznych humanistów:

"...Nierzadko spotykamy się ze zdaniem że nowoczesny Polak powinien jak najmniej być Polakiem. Jedni powiadają że w dzisiejszym wieku praktycznym trzeba myśleć o sobie nie o Polsce, u innych Polska zaś ustępuje miejsca – ludzkości. Tej książki nie piszę ani dla jednych, ani dla drugich...Piszę nie dla tych, których dla polskości trzeba pozyskiwać dopiero, ale dla tych, co głęboko czują swą łączność z narodem...". (s. 17-18)

https://www.youtube.com/watch?v=z1fat7ahFLk

a tu Dmowski na wesoło :)

Dmowski uważał, że obok sfery życia osobistego, indywidualnego zna "zbiorowe życie narodu, którego jest cząstką". "Jestem Polakiem – więc mam obowiązki polskie" - stwierdza. Choć uznaje, że każdy naród ma obowiązki względem innych narodów, względem ludzkości. Nie oznacza to jednak współpracy, lecz walkę z innymi narodami: "...patriotyzm – to nie system filozoficzny, który ludzie równego poziomu umysłowego i moralnego przyjmują lub odrzucają: to stosunek moralny jednostki do społeczeństwa: uznanie go jest koniecznością na pewnym stopniu rozwoju moralnego, a odrzucenie świadczy o moralnej niedojrzałości lub upadku..." (s. 19).

Dmowski pisze to w kontekście przegrywania walki kulturowej Polaków, zbyt jego zdaniem łagodnych i zbytnio skupionych na prywacie, z zaborcami. Stąd apeluje o "siłę moralną", którą rozumie jako ambicję, co przypomina nieco hitlerowski "Triumf woli". Narzeka Dmowski na łzawy i sentymentalny polski pseudopatriotyzm ("...nie umieją wybrnąć poza Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego!..." s. 28), i brak umiejętności praktycznej polityki (s. 21), podobnej pruskiej (choć uważa, że Prusy także zepsuły ducha Niemiec, co się źle skończy i w sumie miał rację, tj. w I wojnie światowej Niemcy przegrały, ale czy przegrały przez ducha pruskiego czy z przyczyn obiektywnych?).

"...terytorium narodowe nigdy nie posiada stałych granic, nakreślonych od początku przez Opatrzność, ale zależy od wewnętrznej prężności narodu, od jego zdolności do ekspansji..." (s. 24). Brak tej zdolności i mesjanizm polski uważa Dmowski za efekt konfliktu woli Polaków z bolesną rzeczywistością zaborów, oraz wpływowi Żydów, i ich teorii o narodzie wybranym. Nawołuje więc do militaryzacji patriotyzmu: "...musimy robić sobie z patriotyzmu religię, a każda religia musi mieć swoje księgi święte...

Dmowski dostrzega modernizację polskiego społeczeństwa, i uważa to za zmianę pozytywną. Narzeka, że nie ma polskiego charakteru narodowego, bo za Polaka uważa się szlachcica (s. 30). Wini też Żydów:

"...Żydzi. Tylko dzięki im,przy ich pomocy szlachta zdolna była zrujnować zupełnie miasta, pozbyć się w nich współzawodnika politycznego i zapewnić sobie do końca wyłącznie, niepodzielne w Rzeczypospolitej rządy. W tym istnienie licznej ludności żydowskiej, nie poczuwającej się do żadnej wspólności z narodem, stąd pozbawionych wszelkich aspiracyj politycznych, a dążącej jedynie do materialnego wyzyskania kraju i jego ludności, leżało najważniejsze w końcu źródło oryginalności stosunków Polski historycznej. Dzięki Żydom Polska została narodem szlacheckim do połowy XIX stulecia, a nawet dłużej, bo jest nim dziś jeszcze w pewnej mierze; gdyby nie oni, pełniąca opanowane przez nich funkcje społeczne część ludności polskiej byłaby się zorganizowała..." (s. 31).

Jak Marx, uznaje Dmowski, że warunki życia wpływają na zmianę charakteru narodowego:

"...Im społeczeństwo więcej posunięte jest w rozwoju, im więcej jest społeczeństwem, tym mniej jednostka w stosunku do innych członków społeczeństwa jest, czym chce być, a tym więcej, czym być musi. Nie trzeba się tym martwić, bo ten przymus społeczny prowadzi do poddania szablonowi bardziej powierzchownych sfer życia duchowego jednostki, nie naruszając głębszej istoty ducha, i tam, gdzie jest ona silna, ułatwia tylko rozwój jej indywidualnej odrębności na wyższych szczeblach. Anglicy np. są społeczeństwem, w którym przymus społeczny, a stąd sformalizowanie zewnętrznej strony życia jest najsilniejsze, a jednocześnie nigdzie nie spotykamy tak silnych jak w Anglii indywidualności duchowych..." (s.33)

Już John Stuart Mill w 1859 roku narzekał na panującą w Wielkiej Brytanii tyranię opinii (mimo sporej wolności stricte politycznej), która wcale nie sprzyjała kształtowaniu się silnych "indywidualności duchowych", lecz ślepemu, dychawicznemu konformizmowi. Mill był ekspertem własnie od kwestii wolności jednostki, można mu więc wierzyć bardziej niż Dmowskiemu. Republikańska i antyliberalna postawa Dmowskiego ma więcej wspólnego z jakobinizmem czasów Rewolucji Francuskiej. Jakobini błędnie zakładali, że mądrze pomyślany sztywny i autorytarny ustrój, nie zdławi wolności, bo jest nowoczesny. Jak wiadomo zdławił (na krótko 1793-1794), i tak samo było z dmowskopodobnymi konstrukcjami w innych krajach. Dmowski powołuje się na Anglię, a nie na Francję, by uniknąć konotacji z systemami "bezbożnymi", gdyż jakobini są błędnie zresztą postrzegani jako niewierzący w Boga, oraz z uwagi na angielskie (wiktoriańska religijna Brytania) sukcesy kolonialne w XIX wieku, choć - czego nie dodaje - zapłacili za to utratą wpływu na Europę.

"...W społeczeństwie szlacheckim w Polsce wzajemne uzależnienie jednostek było niesłychanie słabe, tak słabe, że nie było to w całym tego słowa znaczeniu społeczeństwo..."

- Dmowski dokonuje tu porównania nowoczesnej Wielkiej Brytanii z anachronicznym feudalizmem sarmackim, i zauważa obywatelskość brytyjską, która spaja mieszkańców. I słusznie, lecz Dmowski absolutyzuje tą zasadę, i podobnie jak Mussonilni czy Gentile wywodzi z tego błędny, totalitarny wniosek, że im bardziej ludność jest zgrana ze sobą, tym nowocześniejsze i silniejsze jest państwo. Faszyzm udowodnił swym istnieniem, że zorganizowanie całego życia wokół spraw narodowych skutkuje niedostatkiem nowoczesności wobec stłumienia wolnej myśli (jako antynarodowej), bez swobodnej dyskusji, także tej krytycznej wobec własnego narodu (zresztą Dmowski też krytykuje Polskość obecną, przyszłościowo postulując krytykowania tej upragnionej narodowej polskości).

"...Przecież ten szlachcic polski z ostatnich czasów Rzeczypospolitej i z okresu porozbiorowego, przy całej swej bujnej indywidualności, był dzieckiem, istotą bez charakteru Cudzoziemiec, zajmujący się z daleka losami Polski a nie znający nas bliżej, musi nas sobie wyobrażać jako naród twardy, żyjący ciągłą troską o byt, naród, dla którego walka stała się żywiołem. Tymczasem my jesteśmy w istocie jednym z najmiększych, najłagodniejszych narodów w Europie, najbardziej skłonnym do życia bez troski, nie tylko marzącym o „spoczynku na łonie wolnej ojczyzny", ale spoczywającym bez ceremonii na łonie zakutej w kajdany, narodem mającym głęboki wstręt do walki, chętnie załatwiającym się z wrogami... „czapką, papką i solą".Pochodzi to stąd, że podstawą naszego charakteru jest bierność. Pozyskiwała nam ona już nieraz miano „narodu kobiecego" a występowała dotychczas jako ogólna i stała wada nasza oraz zdawała się nieodłączną od naszego typu rasowego. W ostatnich wszakże czasach coraz więcej mamy sposobności przekonywać się, że nie jest ona ani tak stałą, ani tak nieodłączną od polskiego typu rasowego, że raczej jest ona wytworem historycznego typu naszych stosunków społecznych..." (s. 37).

To wszytsko zblizone jest do prawdy, lecz nie można zapominać, że USA, Australia, Kanada czy Rosja to ojczyzny ludzi żyjących na uboczu, a mimo to aktywnych życiowo. Raczej łatwe ziemiańskie bogactwo rozleniwiło sarmatów, a nie sam fakt oddalenia od potrzeb ogółu społeczeństwa. Dmowski znów nagina rzeczywistość do swych wyobrażeń, podbnie jak robił to Reagan, gdy chciał udowodnić stuprocentową rację wniosku, iż państwo-minimum, zawsze jest lepsze od wielkiego. Dmowski, piszący przed faszyzmem i stalinizmem uważa wręcz odwrotnie. Obaj nie mają racji. Wbrew wizji Reagana, Rosja carów była państwem-minimum i domem niewoli, Japonia jest rozbudowana administracyjnie i łagodna dla obywateli. Wbrew wizji Dmowskiego, USA jest bardziej regionalne, niż centralistyczna wiktoriańska Brytania, a mimo to indywidualności bywają tam silniejsze.

"...Chłop we wszystkich krajach, zwłaszcza tam, gdzie niedawno została zniesiona pańszczyzna, odznacza się biernością duchową, ciężkością, brakiem przedsiębiorczości..." (s.38)

Dmowki był jednym z pierwszych autorów, narzekających na polską mentalność chłopa pańszczyznianego i tu wypada się z nim zgodzić.

"...System świadomej demoralizacji młodszego pokolenia, wynikający z filozofii biernego bezwzględnie używania życia i rozpowszechniony zwłaszcza w sferach zamożnych, szlacheckich i mieszczańskich, polega na cynicznym zachęcaniu synów do szukania na każdym kroku niższych przyjemności bez poczuwania się do jakichkolwiek obowiązków względem społeczeństwa..." (s. 39)

Nie ma żadnej korelacji między purytanizmem, a wzmożoną obywatelskością. Ateny były rozwiązłe i obywatelskie, podobnie Francja czasów rewolucji. Szlacheckie szukanie przyjemności sprowadzało się raczej do pijaństwa - leku narodów sfrustrowanych seksualnie. "...Mamy ogromnie dużo ludzi zdolnych, ale niesłychanie mało uzdatnionych, bardzo dużo „miłych w towarzystwie", ale nadzwyczaj mało umiejących postępować z ludźmi tam, gdzie interesy w grę wchodzą. Gdy jest posada ze stałą pensją i szablonowymi obowiązkami, zgłaszają się na nią dziesiątki..." (s. 40)

Brak eksperckości jest problemem narodów młodych, to zawsze tak wygląda. "...Chętnie np. złorzeczymy Niemcom za działalność Schulvereinu i usiłujemy ustanowić zasadę, że bezprawiem z ich strony jest kulturalne podtrzymywanie grup niemieckich poza granicami Niemiec. Robimy zaś to dlatego, że uznanie takiej działalności za zdrowy przejaw poczucia narodowego u Niemców obowiązywałoby nas do robienia czegoś podobnego na rzecz Polski, na to zaś nasza bierność nie pozwala..." (s. 41)

Dmowski posyuluje tu relatywizm wartości i mentalność Kalego, choć ma też trochę racji. Wówczas naśladowanie Niemców mogło przynieść wiele pożytku, a zanadto absolutyzacji filozoficznej szkodziło. Dziś jednak te nauki nie przystają do anty-najconalistycznie zorientowanych Niemiec czy UE. Na co nam dziś takie nauki? "...Polacy z innych dzielnic, spotykając się z Poznańczykami, przykro bywają nieraz dotknięci ich poglądami na życie, ich odmiennymi wprost zasadami etycznymi, razi ich suchy realizm, twardość i nawet w pewnej mierze nielitościwość w pojmowaniu spraw życia. Tłumaczą to sobie zazwyczaj krótko, uważając wszystko za skutek zniemczenia, gdy tymczasem obok pewnego, znacznego, co prawda, wpływu kultury niemieckiej działała tu o wiele silniej zmiana typu życia, konieczność przystosowania się do warunków nieustannej walki..." (s. 42).

Dmowski uważa, że zaborcy naciskając na Polaków wyświadczyli im przysługę, zmusili do oporu, a więc do aktywności, wcześniej Poslka zdawała się na Żydów w sprawach finansowych, a w polityce na Litwinów. Kościół unicki, to kolejna fikcja: "... Stworzyliśmy Unię kościelną, czyli fikcyjny katolicyzm, tam, gdzie jedynie utwierdzenie istotnego katolicyzmu mogło nasz wpływ utrwalić...". Czy aktywność oporu, jest aktywnością obywatelską? Moim zdaniem nie. Tej ostatniej nadal nam brakuje. Zaborcy nas wkurzyli, ale nie obudzili. Walka nie zawsze jest inspiracją, zwykle sprowadza się do uproszonych wizji.

"...Gdybyśmy nie byli narodem biernym i leniwym, gdybyśmy byli dostatecznie uobywatelnieni i umieli działać na każdym kroku dla ojczyzny, dla interesu narodowego, wtedy byśmy rozumieli, że dla naszej przyszłości narodowej w stosunku do Rusinów jest potrzebna jedna z dwóch rzeczy: 1) albo żeby zostali oni wszyscy lub część ich, o ile to jest możliwe, Polakami, 2) albo żeby zostali samoistnym, silnym narodem ruskim, zdolnym bronić swej samodzielności nie tylko wobec nas, ale i wobec Moskali..." (s. 48)

Dmowski, przejawia tu brak wiedzy historycznej, bowiem dokładnie o to drugie chodziło z kozakami w Polsce szalcheckiej. Krytykuje on, choć receptę ma taką samą.

"...Jest u nas, zwłaszcza w Warszawie, ogromnie liczna sfera ludzi, których nie można nazwać socjalistami, bo ani nie zajmuje ich szczególnie kwestia proletariatu robotniczego, ani nie przyswoili sobie doktryny kolektywistycznej. Pod każdym jednak innym względem, zwłaszcza w pojmowaniu kwestyj narodowych, ludzie ci idą za socjalistami, nie widząc w starciach narodowych walki o wyższe, ogólniejsze interesy, ale dowody jedynie reakcyjności, zdziczenia, zboczeń moralnych itd. U socjalistów pogląd ten ma inne źródła: oni pragną skierować całą uwagę społeczeństwa na walkę klas, więc wmawiają w nie, że wszelkie inne walki, inne antagonizmy nie mają sensu, że są niemoralne, że istnieją chwilowo tylko, póki ludzkość nie przejrzy na oczy, nie zrozumie, że była oszukiwana przez tych, którzy wysuwając sztucznie antagonizmy narodowe, tym sposobem starali się ukryć przed nią kwestię społeczną. Te sfery inteligencji, o których mówimy, nie mają tego celu, ale pogląd powyższy przyjmują dlatego, że dogadza on ich bierności, że pozwala im bezczynnie z boku patrzeć na walkę z punktu widzenia ich etyki wstrętną i czekać, aż się ludzie umoralnią i pozwolą zapanować „sprawiedliwości".

Pomijając Żydów i będące pod ich wpływem sfery, u których źródło „humanitaryzmu" leży w braku łączności z narodem polskim i przywiązania do jego interesów, powyższe poglądy najbardziej są rozpowszechnione wśród inteligencji zdeklasowanej, od której się dziś jeszcze roi Królestwo i która, odznaczając się doskonałym lenistwem ducha i brakiem przedsiębiorczości w urządzaniu sobie życia osobistego, te same wady wykazuje w traktowaniu spraw narodowych..." (s. 49)

Ten sam mit rzekomej lewicowości Żydów, głosili Hitler i Mussolini. Jest błędny, ponieważ nie brak w historii Żydów ultraprawicowych jak Benjamin Disraeli w UK, którzy utożamiali chrześcijaństwo z judaizmem, a własny lud wybrany, z ludem wybranym w szerszym znaczeniu. To raczej uprzedzenia narodowców, gnały Żydów do partii anty-nacjonalistycznych. Co do sporów narodowych i ich nieprawdziwości; to wspomniani kosmopolici nie mieli racji, nie dostrzegając ich, lecz trudno ich krytykować za nadzieję ich wygaśnięcia. W tej chwili mamy UE i te wrogości żyją, już tylko w umysłach narodowców.

"...Każde społeczeństwo ma pewną ilość swoich intelektualistów i estetów, a liczba ich zwłaszcza rośnie wśród narodów bogatych, po stuleciach pracy cywilizacyjnej, po okresie politycznych powodzeń. Na gruncie wyrafinowania duchowego, przesytu dobrami materialnymi, wobec braku niebezpieczeństw zagrażających bytowi społeczeństwa, w naturach bierniejszych, postawionych w warunki, zwalniające je od potrzeby walczenia o cokolwiek, zjawia się dążność do uczynienia treści życia z poszukiwania a raczej upajania się prawdą lub pięknem, u przedstawicieli zaś etyzmu – dobrem. W społeczeństwach, tracących zdolność do czynu upodobania te szybko się rozrastają i przyśpieszają proces rozkładu – dość powołać się na dobę upadku w dziejach Grecji i Rzymu, później na przykład Włoch w epoce odrodzenia, gdzie upadkowi potęgi na zewnątrz towarzyszyły na wewnątrz objawy wyrafinowania duchowego które dziś nazywamy intelektualizmem i estetyzmem...".

To samo o estetach pisał Mussolini, który narzekał, że Włosi boją się wojny, by nie uległ zniszczeniu obraz Giotta. Jest to chyba dobry powód, by nie iść na wojnę. Co innego gdy ktoś nas faktycznie napada. Dmowski wydaje się jednak głosić mobilizację, dla samej mobilizacji. Ma bowiem manię aktywności jako wartości samej w sobie. Moim zdaniem ma on po prostu mentalność kalwińską, gdzie to co robisz i zrobisz jest potwierdzeniem łaski boskiej, stąd lubi on USA, UK i etos pracy a la Benjamin Franklin, choć człowiek tego umysłu powinien sobie zdawac sprawę, że są to tylko konstrunty kulturowe. Franklin sam je wymyślał, Dmowski, bezrefleksyjnie kopiuje. Dmowski wierzy, że Poslacy są młodym narodem, więc dopiero w przyszłości będzie miał swoje 5 minut (s.56). Już wiemy, że nie miał, co być może tłumaczy, czemu polscy narodowcy wciąż Dmowskiego czytają - czekają na Mesjasza, reszta Polaków już wie, że nie przyjdzie. "...Stara i oklepana prawda, że bezczynność jest głównym źródłem demoralizacji, stosuje się nie tylko do ludzi pojedynczych, ale i do narodów. W pospolitym znaczeniu mówi ona, iż życie czynne jest najlepszym zabezpieczeniem zdrowia duchowego, głębsze jednak wejrzenie w rzecz każe ją jeszcze uzupełnić: zdrowie duchowe człowieka wymaga zakresu życia czynnego, zużytkowującego jego najgłówniejsze zdolności i dającego ujście jego najwydatniejszym skłonnościom..." (s.58)

Oklepane prawdy zazwyczaj są fałszywe. owszem feudalna Polska była pasywna społecznie, ale to nie dlatego została rozebrana, lecz dlaetgo, ze tak podobało się trzem dworom. "...Przykłady potwierdzające, przynajmniej w pewnej mierze słuszność powyższego, same się oczom naszym nasuwają. Jeżeli np. naród angielski stoi dziś niewątpliwie wyżej pod względem moralnym od francuskiego, jeżeli charakter przeciętnego Anglika współczesnego jest bez porównania tęższy niż przeciętnego Francuza, jeżeli całe życie duchowe angielskie przedstawia najzdrowszy bodaj typ w Europie, gdy francuskie obok świetnych przejawów wytwarza miazmaty, zakażające świat cały, to najgłówniejszą bodaj przyczyną tego jest fakt, że naród angielski, postępując cywilizacyjnie i rozszerzając zasób swych sił duchowych, jednocześnie szybko rozszerzał sobie pole czynu, dzięki rozpostarciu panowania angielskiego na olbrzymie obszary zamorskie, dzięki niesłychanej ekspansji brytyjskiej rasy i objęciu wszystkich części świata sferą interesów angielskich, podczas gdy energia imponującej zdolnościami swymi rasy francuskiej w coraz ciaśniejszym obraca się kole...odwraca się od sfery czynu ku kontemplacji, ku szukaniu nowości w biernym używaniu życia (s. 59).

Trudno powiedzieć jaką myśl i politykę, ma tu Dmowski na myśli. Jeśli w 1759 i 1815 roku Brytyjczycy pokonali Francuzów i stali się najpotężniejszym narodem kolonialnym, to z pewnością wytworzyło to nieco demoralizującej frustracji u pokonanych, ale też i nieuzasadnionej mesjanistycznej dumy u zwycięzców. Wynik wojny jest w dużej mierze przypadkiem, potem dopiero zwycięzcy "piszą historię", czyli dorabiają do tego ideologię. Darwinista społeczny jakim jest Dmowski, nie dostrzega drugiej strony problemu. "...budujmy nową Polskę za morzami, twórzmy z tego wszystkiego jedną, wielką, nowoczesną ideę narodową – a siły nasze zaczną rosnąć jak nigdy przedtem. Bo wtedy przeciętne zdolności nie będą spały, społeczeństwo nie będzie myślało nad wynalezieniem nowych sposobów zabijania czasu obok już ustalonych, jak czcze gadulstwo, karciarstwo itp..." (s. 64) Budować? Z czego? Mały naród, który chce być wielki, krzywdzi siebie bardziej niż innych. "...Idea narodowa w ścisłym tego słowa znaczeniu i ruchy narodowe są, jak wiemy, zjawiskiem bardzo świeżym w dziejach Europy. Interes narodu nie tak dawno zjawia się w polityce na miejsce interesu dynastii, hierarchii świeckiej lub duchowej itd. Jest to skutkiem nieuchronnym demokratyzacji ustroju politycznego i demokratyzacji kultury, czyli rozszerzenia jej na wszystkie warstwy społeczeństwa. W miarę jak źródło organizacji prawno-państwowej przenosi się od panującego do narodu, rządzącego się przez swych przedstawicieli, w miarę jak pod wpływem postępu oświaty wszyscy członkowie społeczeństwa stają się uczestnikami kulturalno-narodowego życia, jak pod wpływem postępu ekonomiczno-społecznego wzmacnia się spójność i wzajemne uzależnienie od siebie warstw i jednostek, składających się na naród, cały interes publiczny ześrodkowuje się na narodzie, na tej samoistnej organizacji społecznej, będącej źródłem instytucji politycznych i cywilizacyjnych, twórcą form życia, od których zależy materialny i moralny dobrobyt jednostki. Stąd patriotyzm, na który dawniej składało się z jednej strony na półfizjologiczne przywiązanie do ziemi, do dawnych warunków przyrodzonych, z drugiej zaś wierność królowi i przywiązanie do danej organizacji państwowej, w swej formie nowoczesnej coraz bardziej staje się wyłącznym przywiązaniem do swego społeczeństwa, do jego kultury, do jego ducha, do jego tradycji, zespoleniem się z jego interesami, bez względu na jedność lub rozdział polityczny, a nawet na terytorium. Ten nowoczesny patriotyzm, a raczej nacjonalizm w szlachetniejszym tego słowa znaczeniu, najdalej jest posunięty w rozwoju tam, gdzie najstarszy jest samorząd polityczny społeczeństwa, mianowicie w Anglii. Podstawą jego – przywiązanie do angielskiego języka, zwyczajów, tradycji do instytucji angielskich i przejawów angielskiego ducha, wyrazem zaś głównym obrona interesów angielskich zawsze i wszędzie oraz noszenie ze sobą Anglii po całym świecie..." (s. 65)

To, że historia nam sprzyja jest zwykle bardzo szkodliwym przekonaniem. Modernizacja jest efektem nie przebudzenia narodowego, lecz odwrotnie. Najpierw kapitalizm i oświecenie, potem dopiero nowoczesny szowinizm, zastępujący stare partykularne szowonizmy. Najpierw idee i wynalazki geniuszy, potem rojenia niedowartościowanych przeciętniaków, którzy sami niewiele znacząc, chcą się rozpuścić w wyimaginowanych cnotach narodu.

"...Wielu z nich nawet nazywa się patriotami, uważając, iż do tego wystarczy odczuwać ucisk i być wrogiem niewoli. Zbyt słabo związani ze społeczeństwem, nie dość rozwinięci moralnie, żeby interes publiczny, interes społeczeństwa, do którego należą, za swój uznać i bronić go jak swego, a dostatecznie rozwinięci umysłowo, żeby zrozumieć brzydotę niespołecznego egoizmu, ratują się w ten sposób, iż zamiast bliskiego, konkretnego społeczeństwa stawiają sobie na ołtarzu oderwaną ludzkość i jej niepochwytnymi prawami i interesami, zamiast realnej wartości – fikcję, która nic w życiu nie zawadza, bo do niczego nie obowiązuje, a daje ładne ramy zwykłemu, przyzwoicie egoistycznemu obrazowi życia. Dla tych kosmopolitów rozmaitego typu, rozmaicie nazywanych, nacjonalizm jest kierunkiem wstrętnym. Ich instynkt samozachowawczy, nie mający nic wspólnego z instynktem samozachowawczym narodu, buntuje się przeciwko kierunkowi, który nakazuje obowiązki względem żywego organizmu nie zaś abstrakcji. Istota żywa, mówiąc trywialnie, potrzebuje jeść, podczas gdy abstrakcji etyczny kult wystarczy, ostatnia więc taniej kosztuje..." (s. 70).

Najzabawniejsze, że to właśnie naród, a nie ludzkość jest abstrakcjią. Ludzkość łączą ludzkie cechy. Naród? Sam Dmowski już był poza jego obrębem z jego kalwińskim, niepolskim etosem aktywności, brytyjskim darwinizmem społecznym itd. Jest typowym człowiekiem, ale przecież nie typowym Polakiem. Chce zrealizować utopię przemiany ludzkiej duszy, jest inżynierem społecznym. Ciekawe jest podejście Dmowskiego do liberalizmu, który uważa za konkurencyjną wobec nacjonalizmu ideologię modernizacyjną: "...w Anglii i Stanach Zjednoczonych, życie polityczne opiera się na antagonizmie dwóch tylko stronnictw – tu konserwatywnego i liberalnego, tam republikańskiego i demokratycznego. Jakkolwiek ten antagonizm stronnictw w obu krajach wytworzył się na gruncie spraw drugorzędnych i przez pewien czas nosił charakter całkiem specyficzny, to jednak drogą stopniowej ewolucji zamienił się on już w znacznej mierze w antagonizm między liberalizmem a nacjonalizmem, czyli, jak tam mówią, imperializmem. Zwłaszcza można to powiedzieć o stronnictwach Anglii, tego kraju, który wytworzył samoistne normy życia politycznego, przejęte dziś przez całą Europę. Postęp jej polityczny polega na kolejnym przychodzeniu do władzy stronnictwa liberalnego i konserwatywnego, które słuszniej byłoby nazwać narodowym, bo nie okazuje ono dziś wstrętu do reform wewnętrznych i czasem idzie w nich nawet dalej od liberałów. Główna różnica między tymi stronnictwami polega na tym, że liberałom idzie przede wszystkim o prawa obywateli wobec Państwa, o to, by nie byli oni narażeni na wielkie ofiary dla państwa i dalszych interesów narodowych, gdy konserwatyści bronią interesów państwa, rozwijają politykę szerokich aspiracji narodowych kosztem dobrowolnych i przymusowych ofiar ze strony obywateli. Dlatego właśnie Polityka zagraniczna gabinetów konserwatywnych w Anglii odznaczała się zawsze siłą i konsekwencją, gdy przyjście do władzy stronnictwa liberalnego sprowadzało w sprawach zagranicznych chwiejność i skłonność do ustępstw. Toteż, jeżeli Anglia jest dziś krajem pierwszym pod względem swobód obywatelskich, jest to przede wszystkim zasługą liberałów angielskich, którym nie bardzo przeszkadzali konserwatyści; panowanie zaś swoje we wszystkich częściach świata i na wszystkich morzach, szeroką kolonizację, liczne rynki zbytu i rozpowszechnienie języka angielskiego zawdzięcza ona przede wszystkim konserwatystom, którym nie bardzo przeszkadzało stronnictwo liberalne... Nawet w sferze idei z nowoczesnymi prądami demokratycznymi łączyło się do niedawna zawsze stanowisko odporne względem szerszych aspiracyj narodowych, względem etyki, biorącej za punkt wyjścia interes narodowy itd., i dopiero w ostatnich czasach zaczynają się zaznaczać wśród demokracji silne prądy nacjonalistyczne, jeszcze niedostatecznie uświadomione, nie uwolnione jeszcze częstokroć od mącących je tradycyjnych sojuszów, niemniej przeto zapowiadające szeroki wzrost w przyszłości. Na ogół wszakże pozostaje dotychczas oczywistym fakt, że, podzieliwszy stronnictwa różnych krajów na dwie grupy – narodową i liberalną, w pierwszej znajdujemy przede wszystkim stronnictwa konserwatywne, w drugiej zaś – demokratyczne..." (s. 73)

Błednie utożsamia t Dmowski liberalizm z demokratyzmem, oraz bierze sukcey Anglii pochodzące z potęgi jej floty, i z brytyjskiego mesjanizmu łączącego liberalnych (Mill, Gladstone) i konserwatywnych (Disraeli) wiktorian, za efekt narodowego konsensusu. Tymczasem silne państwo, zwykle jest zadowolone, a to skutkuje pewną łączącą wszytskich dumą. Znów efekt bierze Dmowski za przyczynę. Zresztą nie docenia on temperatury brytyjskich sporów konserwatywno-liberalnych w XVIII i XIX wieku. "...Dzisiejsze państwo konstytucyjne, stanowiąc przejście od absolutyzmu do demokracji, coraz bardziej staje się organizacją zarządu i obrony interesów narodowych, ale dalekie jest jeszcze od równomiernego uwzględnienia interesów wszystkich warstw i daje przewagę jednym nad drugimi....Najważniejszym faktem, na który tu musimy zwrócić uwagę, jest, że żywioły starsze społecznie, na których opierają się stronnictwa zachowawcze, wychowane zostały w Europie w szkole absolutyzmu, który drogą przymusu nauczył je przyznawać pierwsze miejsce interesowi państwowemu, wytwarzając w tym kierunku nałóg, odbijający się po dziś dzień na ich polityce. Z postępem czasu, nałóg ten, co prawda, słabnie, zwłaszcza że w miarę demokratyzacji państwa warstwom tym coraz trudniej utożsamiać swój interes z państwowym: nawet tak do niedawna karny państwowy żywioł, jak agrariusze pruscy, czynią dziś swe stanowisko wobec państwa zależnym od zaspokojenia ich żądań, podyktowanych przez interes klasowy..." (s. 76)

"Gdy konserwatyzm polski, który swego czasu wezwał obcej pomocy przeciw własnemu państwu – w imię wolności szlacheckiej, w imię politycznego liberalizmu, dziś, stanąwszy na gruncie obcej państwowości, usiłuje zatrzeć w duszy narodu wszelki ślad polskiej idei państwowej, a co za tym idzie i narodowej – bo fikcją jest, że naród zrośnięty z obcą państwowością, może zachować coś więcej ponad odrębność plemienną – demokracja nasza, uważając się od dawna za gałąź demokracji europejskiej, idąc śladami tamtej, walczy z polską ideą narodowo-państwową w imię liberalizmu nowoczesnego. Jednocześnie w szerokich sferach społeczeństwa przetrwała z czasów Rzeczypospolitej tradycja narodowej abnegacji..." (s. 78).

Rzeczywiście Polska nie zaliczyła lekcji absolutyzmu, i wpływa to z pewnością na niedocenianie państwa. Zabane jednak, że dzisiejsi polscy narodowcy atakują polskie państwo, w imię Reaganizmu, a przeciw zaleceniom zwolennika silnego państwa - Dmowskiego. "... Przyznam się, że mam wstręt do oskarżania Niemców i Moskali. Powiem więcej: jeżeli się nie łudzę, to przestałem ich nawet nienawidzieć. Inna rzecz, że nie lubię Niemców, że wstrętny lub śmieszny mi jest pod wielu względami ich samolubny typ życia, ich sposób czucia i myślenia, że budzi we mnie częstokroć politowanie ich brutalna naiwność, ale z drugiej strony mam ogromny szacunek dla ich energii, karności, zdolności organizacyjnych, a przede wszystkim dla ich konsekwencji, która jest głównym przymiotem prawdziwie dojrzałego, męskiego umysłu, a która u nas jest białym krukiem. Mam pogardę dla Moskali za ich azjatycką skłonność niszczycielską, za tę bezceremonialność, z jaką tratują po niwach wiekowej pracy cywilizacyjnej, za tę wschodnią nieodpowiedzialność przed własnym sumieniem, która w każdej sprawie pozwala mieć dwa oblicza, ale czasem mi się zdaje, że nawet oni mają więcej odwagi, gdy idzie o uznanie bolesnej prawdy i wyciągnięcie z niej bezpośrednich wniosków..." (s. 81)

To może wyjaśniać, czemu narodowcy do dziś tak silnie atakują własny naród, i czemu wrogów szukają częściej w nim niż poza nim. Zazdroszczą siły przebicia np. interesów Francji, nie biorąc poprawki na to, że gospodarka francuska jest 10 razy większa niż Polska, patrząc zaś na niewielką różnicę populacyjną (1,6:1) i atakując polskich polityków jako nieskutecznych lub za mało skutecznych w wygryzaniu polskiej części przy unijnym stole.

Dalej konwergencja (Dmowski byłby świetnym komisarzem UE) i odrobina antysemityzmu: "...Organizm narodowy powinien dążyć do wchłaniania tylko tego, co może przyswoić i obrócić na powiększenie wzrostu i siły zbiorowego ciała. Takim żywiołem nie są Żydzi. Mają oni zbyt wyraźną, zbyt skrystalizowaną przez dziesiątki wieków życia cywilizowanego indywidualność, ażeby dali się w większej liczbie przyswoić tak młodemu jak nasz, formującemu dopiero swój charakter narodowi...Pewną, niewielką ilość żywiołu żydowskiego musimy i możemy wchłonąć i przerobić bez wielkiej szkody dla siebie, zwłaszcza że biorąc niewielką ilość, wybierzemy z niego to, co się silniej do nas garnie, co jest nam najbliższe, do nas najpodobniejsze. Tam, gdzie przyswajanie żywiołu żydowskiego odbywało się w większej liczbie i nie pod wpływem wyboru, społeczeństwa europejskie odczuwają dziś boleśnie skutki tego. Coraz częściej np. wśród Hiszpanów słyszy się dziś opinię, że ich indolencja narodowa i słaba organizacja życia publicznego ma swe źródło w silnej domieszce elementu żydowskiego, który w czasie strasznych prześladowań Żydów, mając do wyboru między śmiercią a chrztem, przyjmował był ostatni..." (s. 84).

Dmowski jest antysemitą tylko w tym sensie, że niemal całkowicie wątpi w możliwość bycia Żyda dobrym polskim obywatelem, nie można mu jednak zarzucić spoglądania na Żydów z góry, jeśli już to raczej z dołu. Hiszpanie, być moze ulegli pewnej judeizacji myślenia, lecz większość swych Żydów wygnali w XV wieku, i trudno powiedzieć czego przyczyną jest słaba pozycja Hiszpanii w Europie w XIX. Najprawdopodobniej nie zależała ona od żadnej polityki żydowskiej tego państwa, lecz raczej od utrzymania się ekstensywnego rolnictwa, ciemnoty intelektualnej bronionej przez inkwizycję, cenzury państwowej, ataku Napoleona, który przyniósł tam niechęć do francuskiej postępowości i utraty kolonii w latach 20 i 30 XIX wieku, przy niemożliwości przestawienia zwrotnicy gospodarczej. Rasa żydowska czy mozarabska to najmniejszy problem XIX-wiecznej hiszpanii. Darwinizm społeczny (spenceryzm) obecny w myśli Dmowskiego, powoduje przecenianie tego faktu.

Jak sam Dmowski pisze, celem jego książki było zapewnienie powrotu, a raczej: "wkroczenia na powrót na arenę dziejową" dla narodu polskiego. Ceni on Brytyjczyków, lecz zapomnina o liberalnym rdzeniu ich kultury politycznej; wolności dyskusji. Mity narodowe mogą ją łatwo stłumić, i zamiast mobilizować narody, pchać je ku samozadowoleniu i tak nienawistnej Dmowksiemu bierności. Nie da się ukryć, że Dmoski słusznie polecął naśladować niektóre metody niemieckie, gdy silny i drapieżny nacjonalizm niemiecki zagrażał Polakom, lecz dziś, gdy Polska zdążyła już po raz drugi powrócić na arenę dziejową (1918, 1989), te rady są już bardzo nieaktualne. Jedyny nacjonalizm jaki nam dziś zagraża to nasz własny (może jeszcze rosyjski, ale Rosja już nie jest zaborcą), który powoduje, że zamiast słuchać krytyki naszych poczynań jakby chciał Dmowski, nagradza się tych, którzy mówią nam to co każdy chce słyszeć, że jesteśmy wspaniali. Krytycy zaś są piętnowani jako "Żydzi i kosmopolici", choć Dmowski Żydów podziwiał (i przeceniał), i choć podpatrywanie innych narodów było rdzeniem jego modernistycznego nacjonalizmu. Nie żyjemy już pod zaborami, lecz między internacjonalistyczną UE (do której należymy) i nacjonalistyczną Rosją, stąd nauki Dmowskiego, choć - mimo wielu uproszczeń - niezłe, dziś na nic się nie zdadzą.

niedziela, 9 listopada 2014

Tajlandia: demos przeciwko libertas

Polityka w Tajlandii, kraju dość znanym Europejczykom i Amerykanom, z racji bycia topowym celem turystycznym, nie podlega w najmniejszym stopniu wzorom zachodnim. Intuicja Zachodniaków (Westerners) zawodzi tu na każdym kroku.

Yingluck Shinawatra

Tajlandią rządziła do niedawna przynajmniej teoretycznie znana z urody pani premier Yingluck Shinawatra, a w praktyce ponoć jej brat Thaksin, który od 2008 roku mieszkał w Dubaju na wygnaniu (oskarżono go o korupcję), choć Yingluck starała się wmówić/tłumaczyć obywatelom, że służy jej jedynie wsparciem moralnym. Wszyscy ministrowie byli w stałym telefonicznym kontakcie z Taksimem („Tajski boks”, NEWSWEEK Polska 9-15.12. 2013). Rodzina Shinawatra, mimo tajsko brzmiacego nazwiska, ma pochodzenie chińskie, i typową chińską karierę za sobą; od sprzedawcy do lidera politycznego. Thitinan Pongsudhirak, tajski politolog w rozmowie z NEWSWEEK w grudniu 2013 stwierdził, że wielu mieszkańców, fakt posiadania dwóch premierów, przy bezbarwności opozycji, wyraźnie cieszyła. Thaksin był premierem w latach 2001-2008. W 2003 roku wsławił się twardym zwalczaniem dilerów metaamfetaminy, przy okazji likwidując wiele przypadkowych ofiar sąsiedzkich donosów. Zadarł przy tym z wojskiem, bo policjanci zabili też niekórych wojskowych informatorów. Shinawatrowie to superbogacze (mąż Yingluck jest również bogatym biznesmenem), kupujący głosy wiejskiej biedoty (40% Tajów to wieśniacy, choć rolnictwo daje tylko 7% PKB Tajlandii) np. przez podnoszenie cen ryżu. Według Ruchira Sharmy, Tajlandia traci na tym populizmie, swą szansę na unowocześnienie (podobnie jest jego zdaniem w Malezji). Opozycyjna Partia Demokratyczna domaga się więc cenzusu wyborczego, by miliony ignoranckich wieśniaków przestały decydować o przyszłości kraju i losie klasy średniej. 5 grudnia PD przerwała protesty z szacunku dla urodzin króla.PD też ulega niestety oligarchizacji, ponieważ jeden z jej niedanych liderów, premier Abhisit Vejjajiva (2008-2011), też naraził się Frontowi Demokracji Przeciw Dyktaturze (UDD). Sytuację utrudnia też niejasna rola monarchy Bhumibola Adulyadeja, który z jednej strony pomagał tworzyć zręby demokracji (1973, 1992), z drugiej traktowany jest jak bóg (za sms krytyczny wobec króla pewien taksówkarz skazany został na 20 lat więzienia). Yingluck Shinawatra utworzyła w 2011 roku partię Phuea Thai, w miejsce zdelegalizowanej Partii Władzy Ludu (Thai Rak Thai – dobre nawiązanie do jej populizmu), i wygrała na czele PT wybory. W listopadzie 2013 roku Yingluck Shinawatra próbowała ogłosić amnestię dla brata, by ten mógł powrócić do kraju, sprawa skończyła sie jednak niepowodzeniem, protestami, i usunięciem Yingluck Shinawatry ze stanowiska premiera przez Sąd Konstytucyjny w maju 2014 roku glównie za korupcję. Od sierpnia 2014 generał Prayuth Chan-ocha, który dokonał w maju zamachu stanu wobec adinistracji p.o. premiera Niwatthamronga Boonsongpaisana, jest premierem Tajlandii. Wprowadził rządy autorytarne z cenzurą i zakazem jakiejkolwiek krytyki rządu, a do szkół wprowadził program nauczania tzw. 12 „wartości”, jakie sam ułożył.



generał Prayuth Chan-ocha

Generał twierdzi, że to wszystko było potrzebne w ramach walki z korupcją, choć dwaj jego ministrowie (w tym jego brat), sami zdążyli już zostać o korupcję oskarżeni. Styl rządów generała-premiera, doczekał się już potępienia ze strony Zachodu, podczas jego wizyty w Mediolanie 16 października 2014 roku. W Tajlandii walką z szeroko rozumianą korupcją – czyli „zepsuciem” – można uzasadnić zbyt wiele. Pamiętam program telewizyjny o prostytucji w tym kraju, i wywiad z bangkokckim komisarzem, który omawiając wspólne zwalczanie niewolnictwa seksualnego uzbeckich i kazachskich dziewcząt (wbrew stereotypom to z Azji Centralnej wywodzą się najliczniejsze tabuny prostytutek „tajskich”), co chwile mówił o: ”oczyszczaniu” społeczeństwa z brudu, i pamiętam jak zastanawiałem się jak na takie faszystowskopodobne stwierdzenia reagują jego brytyjscy koledzy pomagający zwalczać seksualne niewolnictwo. W każdym razie walka z korupcją, która wydaje się nie mieć końca trwale pozbawia Tajlandię stabilności. W azjatyckich kulturach „prezentów” korupcja jest częścią dnia codziennego. W Japonii resztki tej kultury korupcji jakoś zlały się z zachodniopodobnymi rządami prawa. Wydaje mi się, że oskarżenia o korupcję, tak w Tajlandii, jak w Chinach i na Tajwanie czy w Malezji, służą głównie jako broń polityczna, a nie cnota sama w sobie.

Co zaś się tyczy demokracji, to im dalej od Zachodu tym bardziej nasza intuicja się rozmywa. My na Zachodzie myślimy, że demokracja i liberalizm czyli anty-autorytaryzm idą w parze. W Egipcie jednak autorytaryzm armii zwalcza jeszcze gorszy fanatyzm i autorytaryzm najsilniejszych partii demokratycznych. W Tajlandii zaś liberalizm oznacza cenzus wyborczy i dążenia do utworzenia rad mędrców, ponieważ masom brakuje tego o czym pisał Jefferson – „dobrego poinformowania”, co oznacza, że generałowie mogą robić im wodę z mózgu. Demokracja niestety tylko na Zachodzie (może jeszcze na Tajwanie i czasem w Indiach i Japonii) dobrze współgra z liberalizmem. Z tych dwóch idei: demokratyzmu i liberalizmu, tylko ta druga wnosi autentyczną poprawę ludzkiej kondycji w szerokim sensie. Warto o tym pamiętać.

Tajlandia, choć jej 8-milionowa gorąca stolica, Bangkok jest jednym z najpopularniejszych celów turystycznych, i stałym miejscem zamieszkania ok. 50 tysięcy Westerners (45 tys Europejczyków i kilku tysięcy Amerykanów), pozostaje miejscem egzotycznym dla ludzi Zachodu:

https://www.youtube.com/watch?v=RAIFOR0Tmyw

Pełna nazwa Bangkoku w języku tajskim brzmi: Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit, co w tłumaczeniu oznacza: „Miasto aniołów, wielkie miasto – rezydencja świętego klejnotu Indry [Szmaragdowego Buddy], niezdobyte miasto Boga, wielka stolica świata, ozdobiona dziewięcioma bezcennymi kamieniami szlachetnymi, pełne ogromnych pałaców królewskich, równającym niebiańskiemu domowi odrodzonego Boga; miasto, podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wiszwakarmana”.

Buddyzm zdaje się działać nieco obezwładniająco na Tajów, stąd 250 000 Chińczyków i 30 tys Japończyków zdaje się dominować w życu poblicnzym i gospodarczym tego potężnego niemal 70-milionowego kraju, nigdy nie podbitego przez białych, co stanowi ewenement w historii Azji (W latach 60. XIX wieku tajskie państwo było formalnie niepodległe, ale realnie było uzależnione od państw kolonialnych. Europejczycy odebrali krajowi zwierzchnictwo nad Kambodżą (1867) i Laosem (1893) – Indochiny Francuskie. W początkach XX wieku przeprowadzono reformę; władcy zachowali ustrój absolutystyczny. W 1932 nastąpił wojskowo-cywilny zamach stanu, który doprowadził do ustanowienia monarchii konstytucyjnej, a w 1938 władzę objęło wojsko. Rząd Tajlandii w 1940 zawarł pakt o nieagresji z Japonią, a później sojusz wojskowy i polityczny).

https://www.youtube.com/watch?v=oFmBitcsk6w

Jeśli Zachód naprawdę chce pomóc Tajlandii, budzącego sympatię kraju serdecznych ludzi, o łagodnej religii, który na naszych oczach stacza się pod rządami junty wojskowej, powinien przestać promować demokrację w Azji, a zacząć promować indywidualizm, etos klasy średniej i niezależności intelektualnej, tak by świadomych obywateli było wreszcie więcej niż marionetek w rękach rządu.

czwartek, 6 listopada 2014

Argentyna: społeczeństwo indywidualistów i innowatorów

Argentyna porównywalna populacyjnie z Polską (41 mln mieszkańców), choć ponad 10 razy większy powierzchniowo , w naszym kraju nie budzi prawie żadnych skojarzeń poza kryzysem i tango, choć to kraj ze wszech miar godny uwagi. Po pierwsze wydaje się od 2002 roku wychodzić z własnego kryzysu, podczas gdy inne kraje dopiero się w nim pogrążają. Po drugie od 2003 prezydent Nestor Kirchner odpowiadał na kryzys zmniejszaniem socjalu i nacjonalizacją niektórych przedsiębiorstw jednocześnie; co u nas w Europie wydaje się zagadkową kombinacją. Kirchner ma pochodzenie chorwacko-niemieckie, co przypomina nam historię Argentyny - kraju z umiarkowanym klimatem, który przyciągał Europejczyków z Europy Centralnej i Północnej. Jest też politykiem Partido Justicialista czyli peronistą, co wskazuje na sporą ciągłość polityczną Argentyny. Peronizm to ustawodawstwo socjalne i idea "Trzeciej drogi", oraz zdystansowanie się od USA. Obecną prezydentką (od 2007 roku) jest Cristina Fernandez de Kirchner, żona Nestora; również mająca częściowo pochodzenie niemieckie (ze strony matki), która kontynuuje socjliberalne reformy męża. Elity argentyńskie są zwykle europofilskie, jak przystało na kraj niemal bez Indian, lecz niedawno przesunięto słynny pomnik Kolumba w Buenos Aires w mniej eksponowane miejsce, co tłumaczono poszukiwaniami własnej tożsamości przez naród Argentyński. W Argentynie wciąż żywe jest wspomnienie krwawej prawicowej dyktatury Jorge Videli (1976-1981), związanemu z Reaganem politycznie, co do dzisiaj jest pamiętane Amerykanom. Mimo to na tle regionu Argentyna prezentuje się dość stabilnie, zwłaszcza w porównaniu z Meksykiem, który poszedł drogą radykalnych reform wolnorynkowych, i teraz zmaga się z gigantycznym wzrostem aktywności gangów zwł. narkotykowych, z którymi prowadzi dosłowną wojnę. Argentyna tymczasem szybko odrabia straty i niektórzy oceniają już dwucyfrowo jej wskaźniki wzrostu PKB. Mówimy o kraju bardzo rozwiniętym intelektualnie, o elitach ceniących naukę w najwyższym stopniu - przykładowo psychoanaliza jest tam w wielkiej modzie, a informacja o szukaniu porad psychologicznych jest tam bardzo dobrze widziana. W Hiszpanii do dziś przetrwał stereotyp Argentyńczyka-psychiatry. Dla Argentyńczyków psychoanaliza była w ciemnych latach dyktatury Videli potwierdzeniem jednostkowej niezależności, o czym zabawnie piszą "Wysokie obcasy" ("Historie z kozetki" 4 stycznia 2014). W latach 1890-1930 Argentyna należała do najbogatszych państw, niestety kryzys lat 30. i drogi socjal wdrożony w jego efekcie w latach 50. okazał się zbytnim obciążeniem. Dziś jednak Argentyna ma wiele atutów; scentralizowane szkolnictwo wyższe na przyzwoitym poziomie, dobre drogi i porządnie utrzymana infrastruktura, ropę, winorośla i uwielbienie nowinek naukowych. Przykładowo jest to kraj, w którym jako pierwszym wprowadzano badania odcisków daktyloskopijnych (1909-1911). W drugiej połowie XIX wieku elity argentyńskie prowadziły projekt celowej demokratyzacji i liberalizacji, stymulując i zachęcając imigrację z Europy, by "lokalnemu barbarzyństwu" (styl gaucho) eks-kolonialnemu przeciwstawić europejską cywilizację przybyszów, stąd imigranci otrzymywali od razu pełnię praw obywatelskich i cywilnych. Ocenia się, że w latach 1857-1937 osiadło w Argentynie 1,5 miliona Włochów, milion Hiszpanów, 300 tysięcy Rosjan, Polaków i poddanych Austro-Węgier łącznie, 132 tys Francuzów, 87 tys Niemców, 64 tys Turków i Arabów, 58 tys Brytyjczyków i 30 tys Portugalczyków (Leopoldo J. Bartolome, Danuta Łukasz, Ryszard Stemplowski, "Słowianie w argentyńskim Misiones 1897-1977, Warszawa PWN 1991, s. 11). Włosi argentyńscy byli obiektem zainteresowania rządu Mussoliniego (mit Wielkich Włoch nad La Platą), chociaż jest prawie pewne, że ogromna większość Włochów argentyńskich miała poglądy antyfaszystowskie i lewicowo-liberalne. W lutym 1931 w Argentynie powstała pierwsza komórka NSDAP. III Rzesza zawyżała liczbę Niemców w tym kraju, stąd do dziś myślimy często o Argentynie jako kraju w ogromnym stopniu niemieckim; mimo wysiłków hitlerowców do NSDAP w 1935-1937 roku należało zaledwie nieco ponad 60 Niemców z prowincji Misiones (s. 24-25). Berlin szczuł niemieckich i ukraińskich imigrantów przeciw Polskim. W latach 30 i czasów kryzysu konserwatywne środowiska zaczęły jednocześnie podziwiać III Rzeszę i krytykować szkoły niemieckie, które nie uczą hiszpańskiego. Np. Leopoldo Lugones chciał wykazać, że imigranci są elementem kryminogennym, wtedy picie yerba mate stało się jakby wyznacznikiem argentyńskości (s. 35). W czasie Anschlussu Austrii, argentyńskie władze zaczęły kontrolować nazipropagandę i propagandę mussolińską. Regulacje uderzyły we wszystkich imigrantów z Polakami włącznie, lecz mimo to można powiedzieć, że Argentyna mocno kontrastuje z USA swą historią entuzjastycznej polityki proimigracyjnej. W latach 90. zaczęto także przywiązywać większą wagę do usuwania śladów klerykalizmu. Carlos Saúl Menem Akil (ur. 2 lipca 1930 w Ancillaco), prezydent kraju w latach 1989-1999, najdłużej urzędującym w historii Argentyny, urodził się w rodzinie syryjskich emigrantów w prowincji La Rioja i wychował się jako muzułmanin, jednak jako dorosły przeszedł na katolicyzm (droga do kariery politycznej była aż do 1994 zamknięta dla niekatolików). Wolność wyznania obowiązuje zgodnie z konstytucją (Constitución de la Nación Argentina) z 1853 roku. W 1994 reforma konstytucyjna zabezpieczyła prawa cżłowieka, uznała wszytskie ONZ-towskie wytyczne w tym zakresie, uznała zasadę habeas corpus, i habeas data, oraz wprowadziła urząd rzecznika praw obywatelskich (ombudsmana). Progresywny zwolennik praw człowieka, jakby się wydawało arcybiskup Jaime Francisco de Nevares, tak się zdenerwował, że prezydent nie musi już być katolikiem, że nazwał reformę: „dotkniętą absolutną nicością”, po czym zrezygnował ze stanowiska. Stanowi to najlepszy dowód, że konstytucję mają Argentyńczycy sprawiedliwą nie tylko dla katolickiej większości (70%), ale także dla 14 % protestantów, 12 % ateistów/niezrzeszonych i pozostałych obywateli kraju. Argentyna może nas jeszcze zaskoczyć. Może znów będzie srebrna.

wtorek, 4 listopada 2014

Brazylia: kalwiniści-ekologowie przeciw socjalliberałom

Feministkom mogą przypaść do gustu obecne wybory w Brazylii, najbogatszym państwie Ameryki Południowej, państwie kontrastów, które co prawda maleją, ale nie wiadomo na jak długo, bowiem o najwyższy urząd konkurują dwie niewiasty (zob.: „Wysokie obcasy” 4 października 2014 r., art.: „Zielone tsunami”).
Obecna prezydentka Dilma Rousseff z Partii Pracujących, ekonomistka, córka Brazylijki i bułgarskiego imigranta inżyniera i prawnika Petara Ruseva, wychowana w rodzinie należącej do klasy średniej, od stycznia 2011 roku, kiedy to stała się 36 prezydentem i pierwszą prezydentką Brazylii,. stara się wzmocnić klasę średnią w tym państwie, rozumując keynesistowsko i chyba słusznie, że mocne rodziny, wzmacniane pewną pomocą państwa, są drogą do rozwoju wolnej myśli, bogactwa i indywidualnej godności ludzkiej.
To kim jest jej przeciwniczka Marina Silva odzwierciedla ciekawy konflikt typowy dla dzisiejszych czasów. Silva, wychowana w skrajnej biedzie, podobnie jak Rousseff przyznaje się do poglądów lewicowych, choć jej lewicowość jest chwilami dość wątpliwa. Po pierwsze usunęła za swego programu wsparcie dla małżeństw gejowskich i kryminalizację homofobii, gdy skrytykował ją za te punkty („gejowska agenda”), wpływowy pastor ewangelikalny Saifa Malafaia. Po drugie sama Silva jest modelowym przykładem new-born christian, fundamentalnej ewangeliczki w stylu amerykańskim, przemawiającą z Biblią w ręku, co krytykuje ateistka Rousseff, która jednak w odpowiedzi na działania Silvy sama zaczęła manifestować swe przywiązanie do religii, i – co wzbudza obawy działaczy walczących o prawa kobiet jak Ipas Brazil takich jak Beatriz Galli – dała się wciągnąć w religijne dysputy o aborcji. Zresztą legalizację aborcji popiera w Brazylii w zasadzie tylko 1-3 % społeczeństwa (elektorat Edoardo Jorge z Partii Zielonych, i Luciana Genro z PSOL, niszowych polityków). Rousseff może bać się Silvy, bo stoi za nią – jak za ewangelikałami w USA – biznesmeni (Guilherme Leal, Neca Setubal), którzy – jakby powiedział John Gray – popierają globalny wolny rynek i państwo minimum, mimo iż taka polityka powoduje rozpad społeczeństwa, w tym także tych wartości konserwatywno-centroprawicowych jakie teoretycznie wspierają. Na razie Rousseff dość skutecznie ośmiesza Silvę, jako niedoświadczoną fantastkę, ta jednak ma za sobą większość ekologów zarzucających Dilmie Rousseff miękkość kar dla karczowników lasu deszczowego, oraz poparcie dla GMO. Silva już raz odeszła z rządu Luli de Silvy, w proteście wobec GMO. Walka z GMO jest popularna w Brazylii, choć jak przyznają co bardziej realistyczni analitycy jak John Gray, świat musiałby zostać pokryty w całości farmami i wiatrakami, gdyby na serio potraktować walkę z GMO, ropą i węglem.
Rousseff nie jest idealna, ale trzeba przyznać, że jej socjalliberalna strategia działa; Brazylia na tle kontynentu prezentuje się dobrze - zgodnie z dewizą państwa "Porządek i postęp" (Auguste Comte) - rodziny znajdują grunt, przestępczość spada. Miejmy nadzieję, że nie dojdzie do wyboru ewangelikalnej ekolożki-fantastki, grającej dodatkowo kartą rasową (Silva chce być pierwsza czarną osobą na stanowisku głowy państwa, co jest naciągane bo jest mulatką, a nie murzynką), oraz urokiem osobistym (prezentuje się lepiej niż otyła Dilma Rousseff) co zapewne zmarnowałoby efekty rządów solidnej Bułgarki. Ciekawe, że Brazylia jest sceną połączenie się trzech religii naszych czasów: ewangelikalnego fundamentalizmu protestanckiego; kalwińskiego dogmatu wolnorynkowego i irracjonalnego ekologizmu. Na tym tle ateistka-katoliczka-socjalliberałka Dilma Rousseff reprezentuje obóz wielopłaszczyznowego rozsądku.

poniedziałek, 3 listopada 2014

John Gray: „Fałszywy świt. Urojenia globalnego kapitalizmu”



John Gray, dawniej wyznawca idei libertariańskich Friedricha von Hayeka, i członek thatcherystowskich think-tanków, obecnie krytyk wolnego rynku (tzn. nie całego kapitalizmu, ale nieskrępowanego globalnego, rzekomo samoregulującego się rynku), napisał książkę, w której postuluje przywrócenie nadzoru państw nad rynkiem, oraz reinterpretuje historię, uznając wolny rynek nie za efekt naturalnej ewolucji ustrojowej, lecz za eksperyment XIX-wiecznych brytyjskich ekonomistów, zakończony zresztą niepowodzeniem, a mimo to powtórzonym przez Thatcher i Reagana. Gray, uważa, że globalne społeczeństwo wolnorynkowe, sterowane jakąś „niewidzialną ręką”, jest taką samą utopią jak globalny komunizm oparty na centralnym planowaniu. Krytykuje on oświeceniowy optymizm i uniwersalizm zdogmatyzowany przez Amerykanów, którym się wydaje, że każde społeczeństwo powinno działać jak USA, i założenie, że w istocie świat zmierza w tym kierunku. W przedmowie Gray pisze:

„…Jeśli jedną z oznak utopistycznej natury globalnego wolnego rynku były nierealistyczne założenia dotyczące ludzkiej wiedzy, inną było ignorowanie władzy i konfliktu. Rynki to nie maszyny, które raz wprawione w ruch działają po wieki. Są instytucjami, które przejawiają wszystkie wady swoich twórców i konflikty pomiędzy nimi. Nie tylko są podatne na cykle koniunkturalne, lecz odzwierciedlają sprzeczne cele i wartości ludzi, którzy ich używają. Zaś ponad wszystko systemy rynkowe są nie bardziej trwałe niż władza, na której się opierają. Skłonność do wymiany dóbr i usług – czy, jak nazwał to Adam Smith, do wymiany i handlu – wydaje się niemal powszechna. Wymiana rynkowa istnieje zarówno w obozach koncentracyjnych, jak i w centrach handlowych. Jednak wysoko rozwinięte instytucje rynkowe istnieją jedynie wtedy, kiedy chronione są prawa własności, a kontrakty są dotrzymywane, a to zapewnić może jedynie państwo. Kiedy upadają rządy i państwa, to samo dzieje się z systemami rynkowymi, które były przez nie nadzorowane i podtrzymywane…”

Książka Graya (I wydanie 1998, polskie wydanie: „Wektory” Wrocław 2014, na bazie tego z 2009 roku) jest cenną krytyką dogmatyzmu wolnego rynku, niestety nieco zbyt często zaciera on granicę między liberalizmem, a amerykańskim dogmatem wolnego rynku i państwa-minimum, choć jest świadom, że chodzi o dwie różne rzeczy. Fałszywe wrażenie potępienia oświecenia w całości przez Graya najprawdopodobniej nakazały dodać do książki kabotyńskie posłowie ultrakonserwatysty chrześcijańskiego Damiana Leszczyńskiego, cytującego swych fundamentalistycznych kolegów z USA np. Pata Buchanana, i krytykującego Graya za resztki „oświeceniowych przesądów”. Leszczyński jednak poza „módlmy się” i krytyką wielokulturowości (zapożyczonej od rasisty Buchanana, który uważa, że już sam amerykański tygiel jest problemem, podczas gdy Gray uważa raczej, że tygiel jest problematyczny tylko jeśli kasuje się państwo do stopnia państwa-minimum) nie ma nic do zaproponowania, podczas gdy Gray ma rację pisząc, o potrzebie uzgodnienia miedzy państwami, ze istnieją różne modele kapitalizmu, tak jak istnieją różne kultury, i takie uzgodnienie absolutnie nie unieważnia oświecenia, a jedynie jedną z jego radykalnych wersji.

Według Graya kryzys Azjatycki 1997 roku, oraz niespłacenie długów przez Jelcynowską Rosję, i uczynienie USA funduszem hedgingowym oraz kryzys 2007 roku, spowodowały demontaż globalnego wolnego rynku, choć wiara, że samoregulujący globalny wolny rynek, nadal się utrzymuje, zwłaszcza w USA, gdzie wydaje się być wpisana w American Creed (mimo iż np. Obama w 2009 roku rozpoczął już protekcjonistyczną kampanię: „zatrudniaj i kupuj u Amerykanów”, nawiązującą do tradycji Soot-Hawley act (1930)). Zauważa Gray, że podczas gdy Smith i Mill, oraz Keynes nie uznawali, liberalizmu (w tym też doktryny wolnego handlu) za naukę przyrodniczą, Hayek, Chicago Boys i libertarianie podnieśli ją go do rangi dogmatu (s. 9). To cenna obserwacja różnicy między zwykłym liberalizmem, a neoliberalizmem czyli wolnorynkowym dogmatem. Jego upadek, uważa Gray za przyczynę rozwoju antyoświeceniowych idei; fundamentalizmów religijnych i ekologizmu.

Według Graya wolnorynkowi ekonomiści brytyjscy jak Cobden w połowie XIX wieku próbowali uniezależnić gospodarkę od wymagań społecznych i uczynić ją globalną grą opartą wyłącznie na popycie i podaży, w jaką nikt by nie ingerował (s. 22). Stąd stygmatyzująca ubóstwo Poor Law Act z 1834 roku i zniesienie ustaw zbożowych (Corn Laws) w 1846 roku. Adam Smith uznawał, że człowiek jest racjonalnym indywidualnym bytem (idea Graya, że może tak jest ale tylko na Zachodzie, jest dziwna), zaś w XIX-wiecznej Anglii uznano, że gospodarka jest niezależną od społeczeństwa maszyną (s. 33). Hobhouse, Hobson, Bosanquet, Green i Keynes już przed II wojną głosili, że tak nie jest, ale posłuchano ich dopiero po wojnie.

Leseferyzm zaatakował UK ponownie w 1976 gdy MFW starł się z brytyjskim korporatyzmem, i nieco później w postaci thatcheryzmu (choć pierwsze liberalne tendencje do likwidowania korporatyzmu widać już zdaniem Graya u Jamesa Callaghana). Centralizm i stłamszenie związków zawodowych (za radą Johna Hoskynsa) pozbawiły państwo kontroli nad gospodarką, a rodzinę uczyniła nieopłacalną instytucją (zaś bandytyzm – opłacalny), choć to niezależne bytowo i – w efekcie – umysłowo rodziny (middle class), są fundamentem liberalizmu. Tak wolny rynek niszczy liberalną kulturę i instytucje, za Reagana w USA było, zdaniem Graya, jeszcze gorzej. Thatcherystowskie zasiłki z 1996 dawały kierownikom firm dostęp do niemal niewolniczej siły roboczej (musieli co jakiś czas najmować się do pracy by dostać zasiłek – s. 45). Szkoda, że Gray nie bije się choć trochę w piersi, bo sam był przecież thatcherystą. Bliskie jednak mi jest jego spostrzeżenie, że dogmat globalnego wolnego rynku, który najlepiej sam się reguluje, nie jest ani prawicowy, ani lewicowy, lecz jest dogmatem co bardziej radykalnych ideologów oświecenia. W 1993 roku, kiedy UK została zmuszona do wystąpienia z Europejskiego Systemu Walutowego, thatcheryzm stracił poparcie społeczne (s. 48). Mobilność zawodowa i indywidualizm na modłę amerykańską, jaką postulował ten pseudokonserwatywny kierunek, nie zostały zaakceptowane przez Brytyjczyków, którzy wybrali III drogę Blaira. Gray uważa, że prawica dzisiaj niszczy rodziny dogmatycznym przywiązaniem do wolnego rynku, choć deklarują społeczny konserwatyzm w czym zaczynają przypominać schizofreników. Niekontrolowany wolny rynek niszczy przeszłość i premiuje utopię.

W latach 1984-1990 Partia Narodowa Nowej Zelandii zrobiła pod dyktando GATT i WTO, to samo co thatcheryści w UK, co tak samo doprowadziło do powstania podklasy ludzi uzależnionych od zasiłku, kryzysu rodzin, nieznanego w krajach przywiązanych do społecznej gospodarki rynkowej w wersji Keynesa lub szkoły fryburskiej (Austria, Niemcy, Norwegia), i gdzie regionalne uprawnienia uniemożliwiłyby taką amerykanizację/tchatcheryzację (RFN). Clinton związany z NAFTA, dał w 1997 roku wielką pożyczkę Meksykowi, gdzie od 1985 roku wolnorynkowy z PRI zdobywszy przewagę w swej partii, zrobili to samo co Partia Narodowa Nowej Zelandii (s. 59). W Meksyku, też – mimo pomocy USA – rezultat był ten sam – podklasa, bezrobocie, kryzys rodzin, rozkwit gangów, a także tradycyjnej tam korupcji, z którymi słaby aparat policji nie daje sobie rady. Reploretaryzacja klasy średniej to kolejny skutek reform wolnorynkowych w UK, Nowej Zelandii i Meksyku (s. 81). Niestety państwo niewiele może tu często pomóc, bo gospodarka jest już totalnie uzależniona od przepływów wirtualnego pieniądza po całym globie, stąd walka z bezrobociem itd. jest coraz trudniejsza. Bezrobocie napędza też dysproporcja demograficzna, ponieważ np. Indie mają nadmiar inżynierów, którzy mogą konkurować z np. tymi w USA za ułamek ich pensji (s. 93), sama w sobie różnica płac w różnych krajach by tego nie czyniła. Nawet socjaldemokracje dbające o równowagę miedzy biznesem a dobrostanem lokalnym (w ordoliberalnych Niemczech o polityce firmy decydują nie tylko akcjonariusze, ale też interesariusze, a pracownicy są rzadko zwalniani, a jeśli nawet to długo zabezpieczani finansowo, mimo przekleństw WTO i MFW), pękły pod naciskiem wolnego rynku, MFW, monetarystów i USA. Francja Mitteranda, Szwecja 1994 roku, częściowo także Niemcy przenoszące część zakładów na Wschód, ugięły się pod naciskiem zdominowanych przez amerykańskie widzenie biznesu organizacji (s. 101). Gray bierze to za efekt amerykańskiego mesjanistycznego dogmatyzmu wolnorynkowego, osobiście wydaje mi się, że może być to także element wojny kulturowo-ekonomicznej USA (zwłaszcza Republikanów) z socjaldemokracją.

Gray chwilami upraszcza sprawę sprowadzając politykę do wyboru między oświeceniowa wiarą w samospełniający się postęp a aktywną dyplomacją szanującą różnice kulturowe (s. 107). Typowy liberał społeczny nie będzie szanował nieliberalnych kultur, jednocześnie jednak nie będzie wierzył naiwnie, że postęp nie może ulec zahamowaniu lub regresowi. Dwaj myśliciele liberalni, nie cytowani niestety przez Graya, Condorcet i Kant mieli pod tym względem całkowicie różne zapatrywania; Constant uważał istotnie, że postęp jest niepowstrzymany, lecz niewielu oświeceniowców i liberałów tak uważało. Nie zgadzam się także z Grayem, że USA polegając na postępie wyrzekają się tradycyjnej dyplomacji jako mediacji. Zgadzam się natomiast z postrzeganiem USA jako kraju purytańskiego z ducha (choć może już nie z treści) kontrolującego wiele dziedzin życia, rządu Reagana jako keynesistowskiego w dziedzinie wojskowej, i dogmatycznie wolnorynkowego w biznesowej. Reaganizm uważa Gray za krzykliwą pochwałę technologii i demonizację rządu. Jednocześnie uważa, że Reagan zniszczył rodziny, a więc tą instytucje którą obiecał chronić, nie zasługuje więc na miano konserwatysty (s. 111). Ale czy Middle class nie jest przypadkiem liberalna? Czy niestabilnego proletariatu, zwracającego się ze strachu ku irracjonalnej religii, za sprzymierzeńca konserwatystów nie uznał już w XIX wieku Disraeli? Wydaje mi się, że Reagan z premedytacją niszczył middle class. Zgadzam się natomiast, że szkoda, że Clinton podążył tą samą drogą, uwalniając rząd federalny od odpowiedzialności za świadczenia socjalne (Welfare Reform Act 1996). Gray zauważa, że rozpad rodziny ma konsekwencje czysto praktyczne; w Hiszpanii czy Italii, wielopokoleniowa rodzina pomaga przetrwać okres bezrobocia swym członkom, nawet jeśli państwo nie da rady (s. 115) i nie ma to nic wspólnego z górnolotnymi rozważaniami czy rodzina jest z „natury” instytucja konserwatywną czy liberalną. Jako indywidualista uważam, że fiksacja na punkcie obrony rodziny jest błędem, ale skrajna mobilność społeczna w poszukiwaniu pracy po całych USA, wymuszona przez reganizm jest jeszcze większym błędem. Za Michaelem Lindem, Gray stwierdza, że doszło do brazylizacji USA (s. 119), czyli chorobliwych wręcz różnic między bogatymi i biednymi, co jednocześnie postawiło prawo i policję tradycyjnie skuteczne w Ameryce, w roli jedynej trwałej instytucji wolnorynkowego państwa-minimum (1/3 prawników globu mieszka w USA, podobnie jak wielka część więźniów). Nie należy mieć złudzeń, że brazylizacja byłaby efektem wdrożenie wolnorynkowych dogmatów agenta amerykańskich Republikanów w Polsce – Janusza Korwin-Mikkego.

Wizję końca historii Fukuyamy, uważa Gray za efekt pomieszania westernizacji z modernizacją, wizję Huntingtona za uproszczenie skoro kraje walczą ze sobą zwykle w ramach cywilizacji, a nie międzycywilizacyjnie (s. 121-124). Szkoda, że nie odniósł się do wizji globalnego starcia demoliberalizmu z autokracjami Roberta Kagana. Oświecenie, jak pisze Gray, uważało, że istnieje jeden wzorzec cywilizacji (s. 125), jednak błędem byłoby moim zdanie wywodzenie z tego amerykańskiego wolnorynkowego dogmatyzmu. Oświeceniowcy wszak zachwycali się Chinami (Leibniz, Hume, Voltaire), Japonią, i innymi pomysłowymi naukami (konfucjanizm). Jeśli uważali, ze np. podporządkowanie jednostki religii jest błędem, to nie oznacza to, że zamierzali kolonizować cały świat; Adam Smith był przeciwko, dopiero John Stuart Mill w połowie XIX wieku, uznał, ze liberalizm warto np. przeszczepiać do Indii, ale czy należy akceptować moralnie kastowość lub niewolę kobiet, o której pisał np. Mill? Czym innym pochwała, a czym innym kolonizacja. Takich rozważań u Graya zdecydowanie mi brakuje. Za szybko przechodzi on od liberalizmu ogólnego (społecznego) do wolnego rynku i interwencjonizmu, by uznać go za myśliciela liberalnego, choć niewątpliwie wydaje się być społecznym liberałem, co więcej w jego stwierdzeniu związku między dobrostanem rodzin a liberalną opinia publiczną i racjonalizmem istnieje tworzy się ciekawa płaszczyzna do dyskusji między liberalnym centrum a konserwatywną prawicą.

Gray nie uważa, by coś takiego jak Zachód istniało; mobilne, wolnorynkowe, religijne USA, wydają mu się zasadniczo różne od wolnorynkowo-niemobilnych UK, a co dopiero od społecznego zacięcia Niemców czy Szwedów (s. 129). Nie uważa, też by wielokulturowośc oznaczała niestabilność (USA, Hiszpania i UK nie są mniej stabilne niż np. Niemcy). Uważa też, że USA Niceo trudniej znoszą wielokulturowość (stawanie się społeczeństwem postzachodnim) niż np. Australia, bo głoszą się nauczycielami ideologicznymi ludzkości.

Nie ma racji Gray, uznając, że bolszewizm stanowił ortodoksję marksistowską, myśl zachodnią nie nadającą się dla Rosji (s. 133), ponieważ Lenin wszystko w niej pozmieniał, ale ma rację, że jego implementacja, tak samo jak idei WTO i MFW za Jelcyna, wywołała złe skutki. Wobec zaniku prywatnej gospodarki wiejskiej za ZSRR, i braku zrębów społeczeństwa obywatelskiego, oraz rozpadu policji i kryminalizacji prawa, reformy Jelcyna-Gajdara, musiały doprowadzić do mafijnego anarchokapitalizmu (s. 143). Brak rządów prawa wyklucza możliwość sprawnej implementacji idei Adama Smitha, cieszy mnie postawa Graya, który widzi liberalizm w szerszym kontekście społecznym. Liberalizm to bowiem głównie prawa człowieka a więc Voltaire i Mill, a nie szkockie kalwińskie bajania o ekonomii. Gray cieszy się, że w Rosji przetrwały silne rodziny i upodobanie do nauki jako nauki, a nie tylko drogi do pieniędzy (s. 158-159).

Niestety należy Gray do wielbicieli „azjatyckich wartości” singapurskiego autokraty (Gray zgrabnie unika uznania go za autokratę) przebranego za demokratę Lee Kuana Yewa, a może nie tyle w same „azjatyckie wartości”, ale sprzeciw wobec zachodniego imperatywu wolnorynkowego (s. 162). A przecież Chis Patten, ostatni brytyjski gubernator Hong Kongu uznał te „wartości” za zachodni kolonialny autokratyzm i przekonująco to udowodnił, podobnie jak Guy Sorman uznał konfucjanizm za ideologię z gruntu feudalną. Można oczywiście prowadzić wewnątrz-liberalną dyskusję jak dalece zachodnie koncepcje liberalizmu są zdatne do implementacji w Azji, ale Gray niebezpiecznie blisko ociera się o uznanie, ze co lokalne to dobre, bo lokalne; może więc kamienowanie cudzołożnic tez jest dobre lokalnie?

Dyskusyjne jest uznanie przez Graya japońskiego kapitalizmu za kontynuację feudalizmu (s. 163), wielu bowiem specjalistów od historii Japonii zwracało uwagę na zadłużenie się samurajów i dajmio u kupców, co poprzedzało reformy Meiji (s. 163). Równie dyskusyjny jest wniosek Graya, iż rangaku i ekspercka wiedza Zachodu niewiele znaczyły dla reformatorów Meiji, bo nie zmieniły japońskiego społeczeństwa. Czy faktycznie nie zmieniły? Czy Japonia się nie indywidualizuje? Czym jest ruch furita (freeters)? Ciekawe są natomiast jego rozważania o japońskiej stagnacji gospodarczej, w kontekście teorii Milla o stacjonarnym stanie kapitału (s. 168) nasyceniu rynku. Czebole i zaibatsu – ponadrodzinne japońskie i koreańskie firmy, są zdaniem Graya skrajnie różne nawet od tajwańsko-chińskich rodzinnych (rodowych) biznesów, a co dopiero od kapitalizmu w wersji WTO/MFW czy społecznego kapitalizmu RFN (177). Wahania między konfucjanizmem a maoizmem uważa Gray za problem chińskiego państwa (s. 179), choć przecież Mill mówił, że gdzie nie ścierają się ideologie nie ma rozwoju.

Nie wierzy Gray w doktrynę racjonalności głoszoną przez libertarian (a nawet niektórych zwykłych neoliberałów jak Sorman), przychyla się raczej do stanowiska Schumpetera, o ludzkiej nierozumnej irracjonalności – s. 185-186 (w końcu jak pamiętam prawdziwy racjonalizm np. Hume’a bazował na tym spostrzeżeniu, że racjonalizm nie jest czymś naturalnym i trzeba się starać pokonać w sobie cyrk emocji), która czyni gospodarkę i politykę zbyt nieprzewidywalnymi, by zostawić je same sobie, bez żadnego nadzoru czy dyskusji. Nawet Alan Greenspan uznał w 1997, że wolny rynek to kultura a nie natura, jednak Gray nie wierzy, że w warunkach wolnego rynku uda się osiągnąć konsensus. Uważa, że trzeba wzmocnić państwo jako instytucję, bo dziś już nie państwa (ZSRR) stanowią zagrożenie, lecz anarchia (Afganistan, Somalia), trzeba więc przypomnieć sobie co pisał w 1651 roku Hobbes. Wolny rynek uznaje Gray za efekt ideowej wojny z państwem – ZSRR, który przetrwał do dziś, choć jest już nieaktualny, choć kryzys w Azji w 1997 podtrzymał iluzję jego aktualności (s. 204).

Gray nie wierzy w Stany Zjednoczone Europy, ale wierzy, że sam rozmiar gospodarki UE pozwoli jej wymusić na USA rewizję dogmatycznego wolnorynkowego spojrzenia na gospodarkę (s. 214-216), bo globalny wolny rynek oznacza niemożność socjalnego państwa (Gray uważa za problem przekonanie panujące np. w RFN, że można te rzeczy pogodzić, stąd RFN i UE nie naciskają na USA), i osiadłego europejskiego życia. Liczy też na nieugiętą postawę Japonii, oraz trochę na Chiny, jako, że do dziś pozostały one po części poza globalnym wolnym rynkiem, choć jest sceptyczny co do możliwości długotrwałego sukcesu gospodarczego Chin w przyszłości. Większe szanse daje Japonii, zwłaszcza jeśli przezwycięży deflację, zauważa też, że tylko Japonia faktycznie walczy z kryzysem, szkoda, że nie zauważa starań prezydenta Francji Hollande’a by podążyć śladem japońskiej administracji Shinzo Abe. Najwięcej jednak zależy od USA, i ewentualnego porzucenia wolnorynkowego mesjanizmu. Posłowie Leszczyńskiego odnoszące się do walki paleokonserwatyzmu (z nim Leszczyński się utożsamia) z neokonserwatyzmem niczego nie wnosi do zagadnień poruszanych w książce Graya, która dotyczy bardzo interesującego sporu w ramach liberalnego centrum i centroprawicy, o to na ile rynek może być niezależny, by nie niszczył społeczeństwa, w tym także rodzin, które zdaniem Graya, są instytucją indywidualistyczno-liberalną. Polecam książkę Graya!