sobota, 25 sierpnia 2018

Thomas Sowell: „Intelektualiści mądrzy i niemądrzy” - recenzja

W czasach widocznego zdurnienia „elit”, które przejawia się choćby w niemożności odróżnienia wyczerpanych głodem uciekinierów od spasionych cwaniaków rzucających ofiarowaną wodą w policję i naiwniaków NGO-idalnych, każdemu chyba warto polecić książkę Thomasa Sowella: „Intelektualiści mądrzy i niemądrzy” (wydanie polskie w tłumaczeniu Kamila Maksymiuka-Salamońskiego Fijorr Publishing Warszawa 2010, wydanie oryg.: Intellectuals and Society również z 2010 roku – choć raz coś nie tłumaczą u nas książki z opóźnieniem…).

Sowell to ciekawy człowiek. Urodził się w Karolinie Północnej, gdzie, jak wzmiankował w swojej biografii Personalna Odyseja, jego kontakt z białymi ludźmi był tak ograniczony, że sam nie wierzył, iż kolor "żółty" był możliwym kolorem włosów dla człowieka. Wraz z rodzeństwem przeniósł się do Harlemu, dzielnicy Nowego Jorku, pod opieką siostry matki (sam wierzył, że była jego matką, a ojciec zmarł przed jego narodzeniem). W wieku 17 lat z powodu rodzinnych kłopotów finansowych i pogarszającego się poziomu życia w domu porzucił szkołę średnią i rozpoczął samodzielne życie. Później służył w Marynarce Wojennej USA.

Intelekt nie jest mądrością, lecz mocą mózgu (Sowell 2010, s. 13). Intelekt może łatwo zrobić błyskotliwy wywód mający niewiele wspólnego z prawdą, np. jeśli wg Marxa praca fizyczna daje bogactwo, najbogatszymi krajami byłyby te z pokaźną siłą roboczą, podobnie z ideą Rawlsa, że sprawiedliwość jest „kategorycznie istotniejsza” niż wszystkie inne względy społeczne (Sowell 2010, s. 14). Orwell powiedział słusznie, ze niektóre idee są tak głupie, że może w nie uwierzyć tylko intelektualista (Sowell 2010, s. 15), bo jest bardziej oderwany od życia niż przeciętny człek. Intelektualista to człowiek, którego praca zaczyna się i kończy na ideach; Adam Smith nigdy nie prowadził firmy, a Marx gułagu (Sowell 2010, s. 17). Intelektualiści wymigują się we wszystkich czasach od wszelkiej odpowiedzialności, J.S. Mill uważał, ze powinni być wolni nawet od norm społecznych (Sowell 2010, s. 23). Potrafią się mylić kosmicznie; w 1968 roku Paul Ehrlich rzekł: „bitwa o wyżywienie całej ludzkości dobiegła końca”, po czym dekadę później świat nawiedzają straszliwe klęski głodowe (Sowell 2010, s. 24). Podobnie w 1965 roku Ralph Nader głosił, ze amerykańskie samochody są mniej bezpieczne, i choć żadne badania tego nie wykazały, nadal chodził w glorii mędrca.

G.B. Shaw wyśmiewał w 1933 roku strach Amerykanów przed dyktatorami, aż w końcu Hitler wziął się za Żydów, potem był już ślepy tylko wobec Stalina (Sowell 2010, s. 29), Keynes z równą swadą wypowiadał się na tematy sobie znane i absolutnie mu nieznane. Ponieważ, nikt nie ma tyle wiedzy by zrozumieć całość tego co się dzieje na świecie, czy choćby 1% z tego, zaleca Sowell wolne rynki i sędziowską powściągliwość, ponieważ bazują one na doświadczeniach całej ludzkości, a nie kilku intelektualistów (Sowell 2010, s. 35). Dewey ignorował fakt, że w zasadzie nie wiadomo jak zrobić lepsze społeczeństwo. Wiedzę sztucznie dzieli się na przyziemną (mundane) i elitarną, by ta pierwsza zbywać jako przesądy (Sowell 2010, s. 40). Termin: „przymusowa emerytura”, dobrze oddaje tą arogancję intelektualistów wobec zwykłych ludzi i ich doświadczeń (Sowell 2010, s. 41), podobnie wobec ludzi z przeszłości, zarzuca się np. uprzedzenia Cyceronowi, gdy odradzał kupno brytyjskich niewolników, a może wiedział o czym mówi, w końcu byli niepiśmienni i nie rozumieli życia w Rzymie… (Sowell 2010, s. 42). Ekspert w dziedzinach ideowych służy do przełamywania oporów społeczeństwa wobec ryzykownych projektów i tu w zasadzie leży jego główna niesławna rola (Sowell 2010, s. 47). Eksperci z ZSRR próbowali ustalić 24 milionów cen, rezultat totalna klapa. W USA zaprzeczali przez dekadę, że przestępczość od 1961 do 1974 roku wzrosła dwukrotnie (Sowell 2010, s. 49). Nota bene dodam, że po spadku z lat 80 i 90, dziś też wzrasta i też zaprzeczają, choć np. w Kaliforni życie jest coraz bardziej ryzykowne, ponieważ Obama przeszkadzał policji i usprawiedliwiał kolorowych bandytów i chuliganów.

Inteligenci maja w ogóle problem ze zrozumieniem pracy policji; np. nie rozumieją że z odległości 14-23 metrów w walce z bandytami na broń palną tylko ok 14% pocisków trafia w cel, więc policjanci muszą „marnować” wiele amunicji (Sowell 2010, s. 51). Taka ekonomia pocisków wydaje się absurdem tylko inteligentowi, który uważa się za chodzący trybunał rozumu. Racjonalizm może być krótkodystansowy a la np. Chamberlain lub długodystansowy jak np. Churchilla. Ponieważ ludzkość z elitami na czele preferuje ten pierwszy władze i media traktują np. każdy huragan jako coś nagłego i nieprzewidywalnego, choć to zjawisko cykliczne (Sowell 2010, s. 58).

Intelektualiści nie będący ekonomistami postrzegają ekonomię jako grę o sumie zerowej (Sowell 2010, s. 63), stąd nie rozumieją ani tego, że „sprawiedliwy podział” jest w dużej mierze fikcją, tego, ze różna praca ma różną produktywność i tego że biedny w 1950 i biedny w 2000 roku to zupełnie dwie różne rzeczy. Bez niedoborów nie byłoby ekonomii byłby Eden, kapitalizm obwiniany przez Deweya za niedobory, nie tworzy ich lecz jedynie je ujawnia (Sowell 2010, s. 80). Shaw twierdził jeszcze głupiej, że kapitalizm sztucznie ogranicza produkcję. Mercier de La Riviere czy Adam Smith rozumieli, ze brak kontroli nie oznacza chaosu, Marx już nie (Sowell 2010, s. 83), choć np. natury nie kontrolujemy, a chaotyczna nie jest. Dewey i Dworkin uznali, że przyczynowość systemowa to mit, wszystkim rządzi wola ludzka, a więc chaos trzeba zastąpić kontrolą. Marx rozumiał, że nie jest to mit, ale uznał system za niewłaściwy (Sowell 2010, s. 91). Neomarksiści nie rozumieją, już zwykle ekonomii, i nie rozumieją, ze np. ustawowa płaca minimalna wyrzuca młodych ludzi z rynku pracy, a kontrola czynszów zmniejsza ilość budowanych mieszkań (Sowell 2010, s. 93). Lester Thurow jako jeden z niewielu przyznał się, że uważa ekonomię, za grę o sumie zerowej, inni zakładają to milcząco. Theodore Roosevelt, Lenin (do 1920 roku) i John Dewey uważali, ze praca przedsiębiorcy jest prosta (Sowell 2010, s. 101). Inni mylnie uważają możność współ-ustalania cen przed przedsiębiorców za władzę (jak Galbraith) i domagają się państwowej przeciwwagi. To co zupełnie wymyka tym geniuszom to rewolucyjne innowacje (H. Ford, Rochefeller i Standard Oil, Kodak). Hoover i FD Roosevelt usiłowali w czasie Wielkiego Kryzysu utrzymać wysokie i pensje i ceny produktów rolnych, chociaż siła nabywcza zależy od liczby transakcji a nie od cen (Sowell 2010, s. 113). Intelektualiści nie wyciągnęli wniosku z partactwa interwencjonizmy Hoovera-Roosevelta, i sukcesu „bezczynności” Reagana i nadal nie uczą się ekonomii uważa Sowell. Intelektualiści zwykle starają się ułożyć wszystkie fakty w jedną spójną epicką wizję świata (Sowell 2010, s. 117). Założenie wizji jest jednak irracjonalne i zbyt pierwotne wobec gotowej wizji co zauważyli już Paul Johnson i Schumpeter. Rousseau czy Mill uważali, że wystarczy kilka podstawowych korekt by nastała era szczęśliwości, a siebie samych za proroków i wizjonerów. Tragiczni (na zasadzie: cienka warstewka cywilizacji na górze barbarzyństwa) myśliciele tacy jak Robert Kagan jednak zachowują nieco więcej związków z rzeczywistością niż „oświeceni” jak Mill czy Rousseau, którzy oponentom przypisują niemoralność, dlatego np. William Godwin nazwał Thomasa Malthusa „szkodnikiem”, a bardziej „tragiczny” Edmund Burke wyraźnie uznał, ze oponent też może chcieć dobrze (Sowell 2010, s. 129). Arthur C. Brooks z Syracuse University zauważył jednak, że konserwatyści oddają częściej krew niż lewicowcy (Sowell 2010, s. 132).

Kolejnym problemem intelektualistów są prawa domniemane. Na przykład gardłują oni za prawami terrorystów do tego czy tamtego, choć nie są oni stroną prawa, rozumianego prawidłowo jako kontrakt – np. nie podpisali Konwencji Genewskiej (Sowell 2010, s. 134). Dlatego legenda SN Oliver Wendell Holmes odrzucał abstrakcyjne prawa będące de facto jedynie ideologicznymi hasłami myślicieli. Lewica wierząca w takie rzeczy, w jedną wszechogarniającą wizję rzeczywistości i w domyślnie zbawienną moc rządu i programy zmiany natury człowieka, istnieje naprawdę, prawica nie istnieje de facto bo ci co nie są lewicą mają zbyt różne wizje rzeczywistości (Sowell 2010, s. 139). W Ameryce lewica nazywa się socliberałami lub w skrócie liberałami, choć prawdziwi liberałowie (tj. klasyczni) są zwykle jednym z typów sceptycznych prawic, obok konserwatystów (Sowell 2010, s. 142). Konserwatyzm może konserwować różne rzeczy, więc w zasadzie ogóle nie jest ideologią – człowiek prawicy to człowiek nie-zideologizowany. To podstawowa równica lewicy i prawic (w liczbie mnogiej) wg Sowella. Oliver Wendell Holmes uważał jak typowy nie-lewicowiec, że prawa pochodzą z doświadczenia ludzkości a nie z logiki (jak sądzą lewicowcy). Wolny rynek jest nie tyle „prawicowy” co nie-ideowy. Rousseau – główny twórca lewicy tego nie rozumiał i domagał się woli powszechnej, wspólnych celów, a interpretację powierzył elicie (Sowell 2010, s. 149). Edmund Burke i Adam Smith byli rewolucjonistami bardziej niż lewica, ponieważ głosili wolność w feudalno-merkantylistycznym świecie przymusu, ale ponieważ dziś za rewolucjonistę może uchodzić tylko lewicowiec, są uważani za konserwatystów (Sowell 2010, s. 155).

Lewicowców i intelektualistów typowych uważa Sowell za w sumie jedno, ponieważ intelektualiści są wyabstrahowani z rzeczywistości i zwykle nie znają tego o czym mówią. Takich ludzi nie interesuje rzeczywistość, np. okazali zerowe zainteresowanie przemianom wolnorynkowym lat 90 w Chinach i Indiach, które wyciągnęły z biedy miliony ludzi, a ponoć troszczą się o biednych (Sowell 2010, s. 157). Raymond Aron zauważył, że osiąganie celów lewicy innymi niż ich metodami wywołuje ich wrogość. Dla lewicy bardziej liczy się postawa (kaprys) niż zasada; kiedyś byli eugeniczni, dziś uważają, że tylko biały może być rasistą, protestują przeciw boksowi, ale jakoś nie przeciw sky diving gdy zawodnik umrze (Sowell 2010, s. 165).

Intelektualiści traktują ludzi jako byty abstrakcyjne stąd bezsensowne wysyłanie po 1945 roku Niemców osiedlonych od stuleci w Europie Wschodniej „z powrotem” do Niemieck, których nigdy nie widzieli, lub Hindusów z Ugandy do Indii, których nigdy nie widzieli (Sowell 2010, s. 168). Byt abstrakcyjny nie umiera nigdy. Stąd dziwne teorie dotyczące rozliczeń z niewolnictwem, lub np. oburzenie, że biały łatwiej dostanie kredyt w banku niż czarny (choć przecież to nie ze względu na kolor skóry lecz choćby wyższe przeciętne zarobki tj. zdolność kredytową!). Tam gdzie nie ma danych, milcząco zakłada się istnienie równości, tj, że wszystko jest cacy. Świat jest zawsze winny, a idee lewicy zawsze dobre (Sowell 2010, s. 174).

Następny rozdział dotyczy uczciwości intelektualnej, a raczej jej braku. Od prawdy ważniejsza jest wizja. Duranty, choć wiedział jaka jest prawda o ZSRR zniszczył karierę Muggeridge’owi, który powiedział ją głośno (Sowell 2010, s. 180). W Rosji i Brazylii są większe restrykcje co do posiadania broni a liczba przestępstw jest tam wyższa, dlatego lewica nigdy nie mówi o tej zależności, lecz o innej – między liczba sztuk broni, a liczba strzelanin, nie wspomną też, ze ataków bez użycia broni palnej też jest w NY więcej niż w Londynie na przykład (Sowell 2010, s. 184). Jakiekolwiek informacje które nie pokazują czarnych czy gejów jako ofiary są uważane za nudne (np. info, ze od 1994 roku odsetek ubóstwa czarnych par spada stale i ciągle jest jednocyfrowy), ponieważ liczy się nie ich dobrostan, a rola w epickiej opowieści inteligentów (Sowell 2010, s. 188). Utrzymuje się, na przykład że ilość podpaleń czarnych kościołów jest większa niż białych, a tak naprawdę jest taka sama. Historia też bywa przekłamywana; Theodore Roosevelt, który nie znał się na ekonomii i przeputał wiele pieniędzy w bezsensownych akcjach uważany jest za biznesmena, oczytany prezydent Truman za wiejskiego głupka, a płytki Adlai Stevenson za intelektualistę, Hoover – filantrop, za człowieka bez serca, przystępny sędzia Clarence Thomas – za odludka. Podobnie fikcyjną osobowość miewają narody; Gandhi został zastrzelony bo walczył z nietolerancją w Indiach, ale intelektualiści uczynili jemu współczesnych Hindusów jego wzorowymi klonami. Diderot, Shaw i inni idealizowali Rosję, a wszystko co wiktoriańskie jest zawsze ośmieszane, choć Wiktorianie położyli kres masowej biedzie i alkoholizmowi (Sowell 2010, s. 290).

Jean-Francosi Revel zauważał, że intelektualiści zbyt często piszą o „drganiach swojej duszy”, a nie o faktach (Sowell 2010, s. 214). Mimo to intelektualiści widza rzecz odwrotnie. Harold Pinter uważał, że nie ma powieści prawdziwych i nieprawdziwych. Paul Johnson pisał o tendencji czytelników którzy raczej widza w sobie coś nie tak, jeśli nie umieją zrozumieć współczesnego pisarza niż oczekują, że następnym razem pisarz wyrazi się bardziej zrozumiale (Sowell 2010, s. 216). Stąd neurastenia, buta i pogoń za nowym wśród pisarzy, bo ta sobie zaprogramowali odbiorców, by mieć swobodę i za nic nie odpowiadać.

Intelektualiści nie rozumieją prawa. Condorcet czy Dworkin uważali, że naturalna ewolucja prawa to bzdura, i powinna ja zastąpić wyrozumowana filozofia prawa (Sowell 2010, s. 235). Dlatego na przykład F.D. Roosevelt uważał, ze wolno mu wszystko czego przepisy nie zabraniają, choć każda kosntytucja opisuje to co władzy wolno, z domysłem, że co nie spisane w niej – tego nie wolno (Sowell 2010, s. 236). Stąd ten cały aktywizm sędziowski, rozpatrywanie konstytucji bez kontekstu historycznego kiedy była spisana oraz lewicowe bajania o dostosowaniu prawa do postępu technologii, o woli narodu itd. Uważa Sowell. Wymysłem lewicy jest tez „prawo nastawione na skutki”, to znaczy inżynieria społeczna udająca prawo jako przykład daje to Komitet Ocalenia Narodowego Robespierre’a (Sowell 2010, s. 262) i prawa majątkowe.

Lewicowy nacisk na prewencję (blame society), i rozumienie przestępcy pozbawia uczciwych obywateli prawa do obrony (w UK nawet nie mogą pogrozić bandycie plastikowym pistolecikiem), w latach 90 w USA przybyło broni, a UK nałożyła nowe restrykcje – przestępczość wbrew przewidywaniom elit zrosła w UK, a w USA zmalała (Sowell 2010, s. 281). Za Reagana było najmniej zamieszek rasowych bo prezydent ten w ogóle się nie zajmował niczym co miało „rasowe” w nazwie, za Johnsona były rekordowe zamieszki, bo Johnson nieustannie dłubał w tej tematyce. Lewica woli jednak brnąć w „substytuty więzienia” i „alternatywy” niż karać jak trzeba i zająć się prawdziwymi a nie abstrakcyjnymi przestępcami. Szkoda, że nie da się obliczyć ogromnych kosztów wdrażania w życie pomysłów intelektualistów, może wtedy by się opamiętali wzdycha Sowell (Sowell 2010, s. 291). Intelektualisci myślą, że istnieje coś takiego jak „wojny w ogóle”, choć nie ma czegoś takiego – każda wojna jest inna; ma inne przyczyny, skutki, przebieg i dynamikę (Sowell 2010, s. 293). Mimo to do 1918 roku wszyscy w zasadzie chwalili imperializm (Hitler tak samo jak Wilson), a po 1918 roku wszyscy chwalą pacyfizm (Churchilla uznano za idiotę i podżegacza choć chciał po prostu ostrzec naród brytyjski) – w każdej sytuacji, znowu postawa ważniejsza od faktów… W 1793 roku William Godwin uznał, że „kraj rozbrojony ergo - nie stanowiący żadnego zagrożenia dla innych nie może zostać zaatakowany”, to samo uznają Russell i Blum w latach 30 XX wieku. Weil za to zacznie uznawać każde panowanie za okupację wiec wszystko jedno czy francuska czy nazistowska (Sowell 2010, s. 325). Doprowadzając do rozbrojenia mentalnego i faktycznego elity ułatwiły zadanie państwom Osi. W latach powojennych Russell atakował ZSRR, ale potem w 1958 roku znów zaczął namawiać do jednostronnego rozbrojenia Zachodu. Walter Cronkite – tuza dziennikarstwa przedstawił wojnę w Wietnamie jako klęskę, choć została wygrana (Sowell 2010, s. 355). Z incydenty w Mai Lai zrobiono regułę, a regularne zbrodnie Vietkongu przemilczano. Wierzono w dobrą wole wszystkich ludzi tak dalece, ze pozwolono Wietnamczykom z Północy zmasakrować południowców. Dlatego dla inteligencji takim szokiem były uczciwe słowa Reagana o „imperium zła” – uważa Sowell, a taki strach wywoływał jego zwyczaj nie podpisywania żadnych traktatów „dobrej woli”, które nic nie zmieniały (Sowell 2010, s. 369). Inteligenci bali się, że Reagan wywoła wojnę swą twarda postawą, choć w zasadzie zakończył on (zimną) wojnę uczciwie stawiając sprawy. Dlatego przypisali zasługi Gorbaczowowi, by nie przyznać, że czasem siła i zdecydowanie sa lepsze niż puste wyrazy dobrej woli. Nad obiema operacjami w Iraku (1991 i 2003) roztaczano złe wróżby drugiego Wietnamu, a powiodły się, operacja Surge (2007) wyplenienia terroryzmu, wywołała sprzeciw Hilary Clinton, Teda Kennedy, Obamy, Paula Krugmanna i Johna Edwardsa, i właściwie wszystkich mediów w USA i przedstawiana była jako „oczywisty” nonsens w jaki wierzy tylko Dick Cheney, choć zakończyła się spektakularnym sukcesem – ilość ofiar miesięczna po stronie USA i Iraku spadła gwałtownie, a uchodźcy mogli wrócić do domów, zaś Irak mógł wreszcie stać się jedyną stabilną demokracją na Bliskim Wschodzie oprócz Izraela (Sowell 2010, s. 381). Generała Petraeusa oskarżono o kłamstwo zanim… cokolwiek powiedział. Lewica kłamała o Surge jeszcze przez dwa lata aż wreszcie otarła się o śmieszność. Patriotyzm, który kogoś innego sprowadziłby do refleksji, dla niej nie istnieje, już Godwin uznawał go w końcu XVIII wieku za „romantyczne bredzenie”.

Intelektualiści sami wynoszą się na ołtarze (np. Dreyfusowi pomógł więcej i wcześniej polityk Clemenceau, a nie intelektualista Zola, ale to intelektualiści opowiedzieli tą historię - Sowell 2010, s. 422), a są raczej balastem dla społeczeństwa uważa Sowell. Tworzą wielkie butne wizje w świecie, którego tak naprawdę do końca nikt nie rozumie, widzą społeczeństwa jako jeden scalony organizm, a sami dzielą je na plemiona (klasy, rasy itd. - Sowell 2010, s. 405, 426). W USA nie zdobyli takiej pozycji jak w Europie, dlatego polityka w USA jest ciągle bardziej realna niż europejska. W 1776 roku USA powstały w zasadzie bez elit, bo arystokracja europejska bała się rejsów przez Atlantyk, następnie w XX wieku zatriumfowała także w USA, utrudniając walkę z nazizmem i komunizmem, od czasu Internetu jej monopol na propagandę nieco zelżał (Sowell 2010, s. 408). Mylą się kosmicznie np. przed I wojną światową wychwalali eugenikę jako środek do walki o utrzymaniu dobrego IQ, choć badania wskazywały na podnoszenie się IQ (Sowell 2010, s. 414). Nie przewidzieli I wojny światowej, bo sami wierzyli we własny mit międzynarodowej solidarności klasy robotniczej (Sowell 2010, s. 415). Dziś, jeśli sa akademikami chroni ich dożywotnia profesura, nie musza odpowiadać za błędne analizy. Zachęcają uczniów do pobieżnego zajmowania się trudnymi problemami typu rozbrojenie atomowe na godzinnej lekcji, wtłaczając im brak szacunku do fachowej wiedzy (skoro każdy może niby rozwiązać ten problem w godzinę…), a więc zachęcają do pozerstwa intelektualnego tworząc więcej samochwałów-głupców jak oni sami (Sowell 2010, s. 413). Upierają się, że muszą dostarczać zwykłym ludziom sensu życia, choć głównie walczą z bogactwem i różnorodnością życia. Przekłamują historię w imię własnych chimer, swiadomie np. zapominając, że Zachód nie wymyślił niewolnictwa, za to doprowadził do jego zniesienie, wbrew oburzeniu Afrykanów i Arabów (Sowell 2010, s. 430), przedstawiają obraz kraju, który zachował wobec nich zdrowy sceptycyzm i nie pozwolił im rządzić wszystkim jak w Europie, czyli przedstawiają USA jako kraj egoistów, choć to mekka filnatropii i najcenniejszych laboratoriów medycznych, z których korzysta cały świat (Sowell 2010, s. 433). Inteligencja lubi odmieńców, bo sama stara się być za wszelką cenę kimś innym niż przeciętny człowiek (Sowell 2010, s. 437), dlatego zachęcają muzułmanów do łamania zachodniego prawa (Sowell 2010, s. 424) i zrównują pracusiów z leniami (Sowell 2010, s. 434). Myślę, że książkę Sowella powinien przede wszystkim przeczytać każdy inteligent by zastanowić się ile z jego poglądów to chimery, a ile wnioski z obserwacji rzeczywistości, w celu pozbycia się chimer i mód intelektualnych, ergo wdrożenia naprawdę samodzielnego myślenia.

PN

środa, 1 sierpnia 2018

Karl Raimund Popper: "Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie" - recenzja

Jeśli miałbym polecić wielką cegłę filozoficzną do przebrnięcia to byłyby to dwa tomy dzieła Karla Poppera: „Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie” (przeł. Halina Krahelska, Witold Jedlicki, PWN Warszawa 2010. W pierwszym tomie „Urok Platona” Popper krytykuje trybalizm i irracjonalizm platoński, w drugim: „Wysoka fala proroctw: Hegel, Marks i następstwa” kontynuuje opowieść o ideach utrudniających budowę racjonalnego równościowego społeczeństwa. Popper woli słowo społeczeństwo otwarte, gdyż nie każda demokracja pasuje do ateńskiego ideału „nie-despocji” (Urok Platona, s. 8). Pisał swe działo w 1943 roku, a wiec pod wpływem totalitaryzmów I połowy XX wieku, decyzję o jej napisaniu podjął w czasie Anschlussu jego kraju czyli Austrii (1938).

Oto tok rozumowania Poppera widoczny w I tomie. Cywilizacja nie przeszła jeszcze szoku wyjścia z plemienności (s. 18). Objawem jest historyczna metafizyka zwana przez autora historycyzmem, krępująca reformy i wprowadzająca despotyczny fatalizm: „aż nazbyt często słyszy się, że jakaś forma despotyzmu jest konieczna”, ludzie wierzą w heglowskie i platońskie proroctwa przyszłości nie widząc, że ich idee to tylko orzeczenia bez wartości naukowej, powstałe ze złej woli. Tylko demokracja zapewnia ramy do pokojowych reform przypomina Popper (s. 22), ale musimy wierzyć ze reformy są możliwe i odrzucić totalitarny fatalizm. Platon głosił, że nikt nie powinien pozostawać bez kierownictwa (s. 25), Hezjod jako pierwszy z Greków zbliżył się do historycyzmu, prawdopodobnie pod wpływem perskim (fatalizm wschodni), Heraklit odkrył zmiany społeczne, przemijalność instytucji doprowadziła go do przekonania o przeznaczeniu (s. 34). Proces społeczny stał się prawem dziejowym. Dobro i zło nie maja znaczenia wobec woli bogów. Platon, arystokrata z rodziny, która straciła władzę przez demokratów, uznał, że każda zmiana jest degeneracją (s. 43). Starał się jednak godzić postawę historycysty z przeciwna postawą – inżyniera społecznego, który wierzy, że upadek można zahamować (s. 51). Platon odkrył wiele, w tym np. ekonomiczną podstawę społecznych warunków, do potem Marx nazwie materializmem historycznym (s. 68), ale nie chciał bezklasowości jak Marx, lecz kastowego państwa, które by powstrzymało upadek (s. 79). Uznał że idee a więc nieweryfikowalne sądy są prawdziwe, a nie to co widzimy. Platon był i zwolennikiem rządu klasowego i rasistą. Rządzić powinni „najlepsi i najmądrzejsi” (s. 176), „szaleństwem jest wydawać umysły na indywidualne gusta” (s. 193). Platon zapomniał nauk Sokratesa o tym, że rządzący powinien znać swoje ograniczenia (s. 201) i nie popadali w zbrodnicza pychę. Logika Platona popycha go ku totalitarnopodobnym rozwiązaniom Jego estetyzm i radykalizm powodują odrzucenie rozumu (s. 243), jak każdego filozofia próbującego wskrzesić, jak to nazwał Popper „heroiczny wiek trybalizmu” (s. 287). Największy problem to nie to co myślał Platon, ale bezkrytyczny stosunek współczesnych filozofów do niego.

Drugi tom zawiera popperowską rozprawę z Heglem i Marxem i jest znacznie ciekawszy. Popper Wychodzi jednak od Arystotelesa, który przyjął platońskie poglądy, ale pogodził się z demokracją i uznał ją za nieuniknioną. Pokonanym możnym zalecał filozofię jako hobby i pocieszenie (s. 15). Arystoteles jako biolog uznał, że każda zmiana jest jakby zaklęta w organizmie czym otworzył drogę determinizmowi filozoficznemu typu heglowskiego (s. 18), to można by dodać że widać to także u Leibniza (teoria monad), ale Popper nie wspomina o Leibnizu. W każdym razie zauważa wpływ arystotelesowskiej werbalnej scholastyki nawet u … Wittgensteina. Wielu za Arystotelesem wierzyło, ze zdefiniowanie równa się poznaniu. Stąd wynikał sprzeciw wobec empirycznym eksperymentom. Z drugiej strony uznaje że Arystoteles i Platon przed nim przynajmniej odróżniali wiedze od mniemania (s. 21). Arystotelesowy wymóg definiowania wszystkiego, widać w zdaniu kiedy stwierdza on, że mowy polityków stałyby się jaśniejsze i krótsze, gdyby zdefiniowali wszystkie terminy, których używają, oczywiście skutek byłby przeciwny (s. 31). W sumie zauważam, że skoro Arystotelses prócz definicji dopuszczał tez demonstrację (dowód) to nie do końca wiem w czym problem, może po prostu średniowiecze wolało definicję, a to nie wina Greka. Kantowskie próby odrzucenia metafizyki, spowodowały romantyczna reakcję irracjonalizmu (Herder, Hegel, Fichte, Schelling), którzy odrzucili dowód na rzecz magii słów, proroctw i pustej logiki (s. 36). Schopenhauer potem powie, ze Hegel zapoczątkował wiek nieuczciwości w niemieckiej filozofii., uznawał Hegla za propagandystę i maga a nie myśliciela. W 1818 roku Hegel w nagrodę za uznanie ducha dziejów i rozum dziejów za to samo, a Prusy za efekt tej ewolucji, został przywołany z Heidelbergu do Berlina i otoczony zaszczytami. Hegel miał trzymać filozofię w ryzach i czynił to. Uznał, jak Platon, że wszystko co jest - jest ideą (s. 55), jak Rousseau, że lud czy potem u Hegla naród ma wolę powszechną, od heraklita, że wojna jest ojcem wszystkich rzeczy i czymś naturalnym. Kanta krytyki spekulacji nie opartej na empirii nie udało mu się zaatakować, ale przejął część jego języka, który przerobiła na własny żargon by znowu wprowadzić znienawidzoną przez sekularnego Kanta metafizykę do filozofii i polityki (s. 58). Hegel zauważył, ze Kant i opisuje rozum jako coś statycznego, a przecież umysł się rozwija i miał rację, ale to nie usprawiedliwia tworzenia z ducha dziejów rozumu i odwrotnie, nie usprawiedliwia tworzenia pozytywizmu etycznego i prawnego, że to co jest musi być dobre bo jest (s. 61), czyli jak mów Popper, że „siła jest prawem”, a ten co wygrał ma rację. Wolność myśli i badań naukowych uważa Hegel za niedorzeczne, skoro rację ma historia i to co się dzieje (s. 64). Istnienie prawa zakłada milcząco nierówności i ich naturalność, egalitaryzm prawny Kanta oparty na wzajemnym szacunku, Hegel przekształca w kiełznanie wolności przez jednostkę w imię porządku konstytucyjnego (s. 67). Heraklit uważał, że rozum ukrywa się w historii, Hegel uznał, że ten rozum w historii odkrył (s. 69), tak stał się prorokiem. Wobec tych proroctw humanitaryzm (filantropia jak mówi Hegel) jest bez sensu. Oddał przysługę trybalizmowi oczyszczając nacjonalizm z napoleońskich postępowych elementów, i przejął alegoryczny styl Herdera, który krytykował już Kant (s. 77). Hegel nie był pierwszy, którzy kopiowali styl Kanta, niosąc przeciwne kantowi treści, przed nim robił to nacjonalista Fichte. Hegel uznał państwo za ducha w jego substancjalnej racjonalności, a prawdziwy liberalizm typu anglosaskiego uznał za „wolność formalną” (s. 83). Według Poppera Hegel przemienił nacjonalizm niemiecki w pruski i spruszczył Niemcy (s. 85), moim zdaniem Hegel przede wszystkim narzucił nacjonalizm Prusom, które były przez większość swej historii wieloetniczne i liberalne (por. badania Christophera Clarke’a). Popper wyraźnie mało wie o historii Prus, mylą mu się nawet pruscy władcy, zapewne był nieco pod wpływem alianckiego przesądu, że Austria była tym dobrym duszkiem w czasie II wojny światowej, a Prusy tym złym, choć straż obozowa SS była głównie austriacka, a pruscy generałowie byli jedynym środowiskiem które chciało wielokrotnie zabić Hitlera – cóż nie oczekujmy tu logiki od Austriaka, którym jest Popper… Ale wróćmy do tego na czym Popper się zna. O dziwo widzi on jedną zasługę Hegla, iż odkrył on iż abstrakcyjny rozum ma dług wdzięczności wobec tradycji i historii, ale to odkrycie Hegel dzieli z innymi romantykami, generalnie Popper w ogóle nie uznaje Hegla za filozofa (s. 87), lecz za propagandystę. Materializm XIX wieku zdaniem Poppera, który sam jest materialistą (ale liberalno-demokratycznym i woluntarystycznym), wydał i marksizm i faszyzm, materializm wzbogacił Hegla o pewien biologizm. Narody są tym czym są ich czyny powie Hegel (s. 92). A państwo realizacją etycznej idei. Max Scheler uznał w 1915 roku wojnę jako państwo w najbardziej rzeczywistym rozwoju. Hegel nauczył faszystów i marksistów, ze życie to walka i wojna (s. 101). Stad zachwyty wojną u Heideggera i Jaspersa. Schopenhauer ratuje zadaniem Poppera honor niemieckiej filozofii. Ciekawe, że nie wspomniał o np. Cassirerze i innych liberalnych filozofach XX wieku i o bardzo pruskim i jednocześnie bardzo liberalnym Wilhelmie von Humboldt… Podejście Poppera do niemieckiej filozofii jest dość dziwne.

Marxa Popper uważa za człowieka, który chciał dobrze i naprawdę chciał ulżyć ludowi, ale niestety przyczynił się on do uznania proroctwa za naukową metodę (s. 116). Marx nie tylko nie był inżynierem społecznym, ale na tym właśnie polega problem, że jego wizje przyszłości, która „na pewno się spełni”, wyklucza inżynierię społeczną i wyklucza reformy. Dlatego Marx uznawał socjalistów-demokratów za utopistów. Utożsamianie determinizmu z myśleniem naukowym to przesąd całego XIX wieku. Mill i Marx tak samo zwalczali skrajny leseferyzm; Mill zalecał reformy, ale popadał w psychologizm i, natomiast Marx odkrył, ze prawa socjologii są inne niż psychologii, lecz popadał w deterministyczny fatalizm (s. 125) i spiskowe teorie społeczne, które głoszą że wszystko co się dzieje jest wynikiem spisku lub działalności ludzkiej (s. 133). Te spiskowe teorie nie powinny tknąć Marxa, który wierzył, ze ludzkie wady wynikają nie z psychologii, lecz z wad systemu społecznego, ale tknęły trochę, a bardzo jego wielu następców (s. 141). Marx uważał myśl i idee za nadbudowę wobec istniejących przede wszystkim materialnych warunków ekonomiczno-społecznych. Kochał wolność także tą liberalną prawną („formalną”), która gardził Hegel, ale za ważniejszą uważał ekonomiczną (s. 144), nie mógł jednak wywalczyć tej ekonomicznej bo wierzył w proroctwo walki klas a inżynierię społeczną uważał za utopijną, dlatego nie został bojownikiem społeczeństwa otwartego, choć miał na to zadatki twierdzi Popper (s. 154). Moim zdaniem przesadza. Wolność ekonomiczna jest prawdziwa, ale podniesiona do dogmatu ważniejszego niż wolność prawna (liberalna wolność wobec prawa) zagraża wolności liberalnej i jest niemal równie szkodliwa społecznie jak deterministyczny historycyzm, ale cóż widać jestem liberałem nieco prawoskrętnym, gdy Popper lewoskrętnym – zdarza się. Za zasługę Marxa Popper uważa podważenie wiary, ze kapitalizm będzie istniał wiecznie i teorii Burke’a że prawa handlu są jak boskie (s. 189). Moim zdaniem kapitalizm i gospodarka to jedno, a prawa handlu są znacznie pewniejsze od boskich, bo bogów nie ma, a potrzeby i popyt istnieją w każdej epoce: http://racjonalista.tv/kapitalizm-i-gospodarka-to-jedno/

Możliwe, że wynika to z tego, że Popper uznaje interwencjonizm nieco na wyrost jako koniec epoki kapitalizmu utożsamianego z leseferyzmem (s. 195). Ciekawie natomiast Popper wytyka Marksowi zbyt statyczne i dogmatyczne podejście do cen towarów (s. 172), oraz ubóstwo programu politycznego, które skutkowało szukaniem metod na chybił trafił w ZSRR (s. 175), a także to, że początki interwencjonizmu, a więc tej według niego „niemożliwej” inżynierii społecznej w UK, nie dały mu do myślenia; uznał po prostu UK za przypadek szczególny (s. 195). Marx żył w czasach prawdziwego wyzysku robotników, ale nie zrozumiał, że wyzysk ten typowy jest raczej dla wczesnych form kapitalizmu a nie dojrzalej formy, że wcale niekoniecznie chłopi zasilą proletariat miejski, że liczba robotników wcale niekoniecznie musi rosnąć itd. (s. 205-217), że nazwanie np. Beethovena burżujem nic nam nie mówi ani o Beethovenie ani jego motywach (s. 291), tak samo jest z politykami. Tak bardzo Marx starał sam się przekonać do własnego proroctwa pauperyzmu i rewolucji, że nie dostrzegał już faktów zza swych przekonań. Liczy na korzyść Marxa, że nie chciał wcale by robotnicy strzelali pierwsi do burżuazji i kupionych przez nią niektórych „nieuświadomionych” robotników, gdy już cała ludzkość podzieli się z grubsza na te dwa obozy (s. 221), i że myśl Hegla „wolność to uświadomiona konieczność” ulubił sobie Engels, a nie Marx (s. 308). Reasumując to co złe u Marxa przypisuje Popper Heglowi (s. 272) Marx był racjonalistą, pisze Popper, a racjonalista jak Sokrates jest świadomy własnych ograniczeń i unika platońskich orzeczeń przedstawianych jako argumenty. Gdy już raz w to zabrniemy to jak historyk Toynbee ignorujemy fakty i argumenty, bo nie pasują nam do ideologii (s. 347-348).

Toynebee faktycznie dowolnie żonglował faktami uznając marksizm i rewolucjonizm za typowo żydowski, i słusznie krytykuje to Popper. Przy okazji można się tu dopatrzeć współczesnej lewicowej manii patrzenia na wszystko z perspektywy tożsamości etnicznej i klasowej, co widać np. w antykolonialnych i antymieszczańskich obsesjach. Tylko czy Marx nie jest tu jednak tak samo winny jak Hegel? Czy to nie on przekształcił narodowe obsesje Hegla w klasowe własne? Czy nie był ślepy na fakty i zadufany we własną nieomylność tak samo jak Hegel czy Platon. Osobiście myślę, że bronienie Marxa i atakowanie niemal wyłącznie Hegla jest nie do utrzymania. Jeśli Marx dał się ogłupić Heglowi to już jest źle, a on także rozwijał te oparte na naturalnej wielkiej walce teorie w jeszcze bardziej szkodliwe teorie. Popper mówi, ze Marx chciał dobrze, a może Hegel też chciał dobrze? W końcu jego praca dla rządu pruskiego była dobrowolna. Może uznając rewolucję francuską za szkodliwą chciał jej Prusom za wszelką cenę oszczędzić, tak jak Marx zapewne szczerze chciał zakończyć wyzysk. Czy rewolucja francuska nie miała złych stron? Czy nie można się było jej przestraszyć i uznać za zło absolutne? Być może faktycznie Hegel był mniej uczciwy intelektualnie od Marxa, ale wydaje mi się, że Popper zbyt łatwo utożsamia rewolucję francuską z wolnością, jest zbyt lewicujący by zawsze w pełni obiektywnie bronić wolności. Jego niewiedza historyczna wobec Prus, które do czasów rewolucji francuskiej były najbardziej liberalnym krajem Europy (zwłaszcza jeśli chodzi o tolerancję religijną) poraża. Swoją drogą Hegel mógł ulec przekonaniu, że Prusy są nadal liberalne, chociaż zbroiły się mentalnie przeciw rewolucji francuskiej i stawały konserwatywne od lat 1790-tych. Ciekawe też, że Popper wrzuca Herdera, który Prus nienawidził i je demonizował, bo kiedyś widział przymusowy zaciąg i tylko z tym się mu Prusy kojarzyły (przy okazji rewolucjoniści francuscy też lubili ta metodę) i Hegla który je idealizował do jednego worka. Popper przyznaje omawiając Toynbee’go, że nie jest kompetentny do wypowiadania się o historycznych faktach opisanych przez niego, szkoda, że nie ma równej wstrzemięźliwości i sokratejskiego poczucia własnych ograniczeń gdy chodzi o historię Prus… Mimo to polecam lekturę!